Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Białobrzegi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Białobrzegi. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 października 2025

Nocna Wataha czyli trening przed MP

Jesień to czas jakiś tam mistrzostw. Tym razem są to Mistrzostwa Polski w Biegu Nocnym i Średniodystansowym na Orientację. Zwykle przed takim wydarzeniem w każdym regionie niczym grzyby po deszczu pojawia się wysyp treningów. W naszym mazowieckim grajdołku w tym roku jakoś tych treningów brakowało. Na Stravie widziałem, że biegają ludzie z Team 360, z UNTSu i inni, ale dla indywidualistów takich jak ja te treningi były zamknięte. Pewnie szanowne kluby nie chciały zdradzać swoich technik treningowych postronnym. Wreszcie, w ostatniej chwili, „otwarty” trening nocny ogłosił niezawodny Karol. 

CZ przy drodze do Beniaminowa - wersja minimum;-)
Standardowo wybrałem trasę najdłuższą, czyli 6-ciokilometrowego Chojraka. Start tradycyjnie koło fortu w Beniaminowie. Po wbiegnięciu w las niestety widać nieporządek zostawiony przez prace leśne – stosy gałęzi pod nogami, a gdzie nie ma gałęzi, tam wyrosłe przez lato jeżyny i inne nieprzyjemne porosty. Od PK 2 postanowiłem pobiec na azymut i od razu tego pożałowałem… 
Wniosek – jak najwięcej drogami. 

Co tu dużo pisać – brakowało mi biegania po nocy. Tej samotności w lesie, czasami świecących oczek zerkających z krzaków… Raz spotkałem jakiegoś jelenia czy sarenkę przebiegające mi drogę – w świetle latarki widziałem tylko wpatrzone we mnie oczka poruszające się mniej więcej po sinusoidzie na dość dużej wysokości. Dopiero potem latarka wydobyła z mroku tułów zwierzaka. Ale wrażenie tych „skaczących oczu” było niesamowite. 

Ciemność;-)
A samo bieganie szło dość dobrze. Może nie jakoś bardzo szybko, ale w miarę dobrze trafiałem na lampiony. No, może poza PK 13 – tu mnie coś zniosło z azymutu i szukałem lampionu stanowczo w złym miejscu. 
Dobieg do mety Karol zafundował nam po największych krzakach w okolicy – ale jakieś atrakcje być muszą!

 

Tak biegałem

czwartek, 2 maja 2024

Nocna WATAHA

Trzy dni po nocnych przygodach z ZAZU TOUR kolejne nocne bieganie, tym razem z WATAHĄ w Białobrzegach. Las znany, ale lubiany. Znając Karola na pewno będą lampiony „stowarzyszone”, więc dokładnie trzeba sprawdzać numerki na stacjach SI. 

Czekając na noc

Do startu kawałek dojścia, a mapy „nietypowo” dostajemy dopiero na starcie, jak w porządnych zawodach, a nie na treningu. I mamy limit czasu 75 minut, co przy trasie Chojrak 6.6km jest pewnym wyzwaniem. ZAZU TOUR o podobnej długości zajął mi 86 minut! 

Clear, Check i Start

Nie ma taryfy ulgowej – strat w pełnej ciemności. Początek idzie dobrze. Na przebiegach widać, że biegnę dokładnie po kresce, jakbym miał ją wyrysowaną w terenie. Lekkie zawahanie na PK 3, ale bez porównania z tym PK 3 z poprzedniego biegu;-) 

Dopiero na PK 7 niewielka pomyłka – zdezorientował mnie tabun latarek i szukałem lampionu na sąsiedniej przerwie pomiędzy gęstwinkami. Ale to straty rzędu minuty, a nie dziesięciu;-) 

Ten PK 7 musiał mnie rozkojarzyć, bo następny - PK 8 to znowu pomyłka. Jak widać na przebiegu biegłem po kresce i przed samym lampionem skręciłem w lewo. Znowu te błędne ogniki – nie sugeruj się w nocy tym co świeci, a tylko własnym kompasem! 

Co tu dużo mówić – bieg nudny do opisywania, bo biegło mi się bardzo dobrze! Starczyło sił by doczłapać na metę w czasie, poza tymi drobiazgami żadnej większej wtopy, przebiegi na azymut „idealnie po kresce”. Ale za to ten bieg podbudował moje ego i może w MP nie będę na szarym końcu;-) 

Tu można oglądać moje bieganie po kresce;-)

 

sobota, 14 stycznia 2023

Dystans Stołeczny czy Społeczny?

 

Jak zwał tak zwał, ale geneza imprezy sięga Tras na Czasy Zarazy (TNCZ), a że jedna literka inna… To już trzecia edycja tej imprezy – dokładnie w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia. Białobrzegi, tuż przy forcie Beniaminów - czyli miejsce obiegane już z każdej strony. Na starcie, pomimo kropiącego deszczu (taki mamy klimat..), całkiem sporo osób, które już nie mają siły siedzieć za stołem i pochłaniać kolejne porcje barszczyku, uszek czy śledzika… 

Do startu... GOTOWY!

Do startu daleko. Na tyle daleko, że można się porządnie zasapać. I nawet pomimo niezachęcającej prognozy pogody jakoś strasznie z chmur nie cieknie. Clear - pik - check - pik - start - pik i długa w krzaki. To już chyba jakaś taka świecka tradycja, że pierwszy PK budowniczowie zawsze robią na azymut przez krzaki. Pewno dlatego, że na starcie wszyscy jeszcze mają chęć biegania po czymkolwiek i przez cokolwiek. Dobrze, że jedynka blisko. Dwójka także. Zawsze w okolicach gdzie stał PK 1 i PK 2 miewam problemy nawigacyjne - czy to mapa nie oddaje dobre terenu, czy ja mam już po prostu jakiś uraz do tego fragmentu terenu. Tym razem tylko lekkie zawahania co do kierunku, choć na tak krótkim odcinku chluby to nie przynosi. Za to na PK 3 po kresce niczym Renata – muszę podtrzymywać jej tradycję biegania idealnie po kreskach;-) 

PK 3 z kodem klubowym - musiałem sobie zrobić fotkę!

No dobra, na czwórkę także po kresce - omijając jedynie doły i wgłębienia;-) Renata powinna być ze mnie dumna! 

Jestem dumny z tych przebiegów:-)

Dalej do PK 5 już drogami, bo nie ma sensu biegać przez młodniki. Minimalnie za wcześnie zacząłem szukać kopczyka… który okazał się dołkiem z kopczykiem po środku;-) 

Właściwie do PK 16 nuda: albo dobrze na azymut, albo sensownie obiegałem po drogach. Przy PK 16 znalazłem dołek bez lampionu, którego nie ma na mapie. Tak mi wychodziło, że lampion powinien być właśnie w tym wgłębieniu. Wręcz byłem pewien. Ale jako że mylić się rzecz ludzka, zacząłem szukać innego dołka, gdzie może budowniczy umieścił lampion. Znalazłem, podbiłem i poleciałem na PK 17. Gdy już widziałem lampion PK 17 dopadła mnie refleksja: na mapie jest jeszcze jeden dołek bardziej na północ – może podbiłem lampion w tym dołku, lampion z innym kodem niż powinienem? Bo żeby Karol aż o tyle metrów pomylił się z umieszczaniem lampionu? Prędzej podejrzewałem go o jakieś „lampiony stowarzyszone” na tyle blisko, by ludzie się mylili i mieli NKL. A ja podbijając lampion nie sprawdziłem jego kodu, więc mogę mieć NKL… Szybka decyzja – wracam sprawdzić kod. Uff, kod okazuje się właściwy, a ja straciłem dobre 3 minuty na powrót;-( 

To był właściwie jedyny emocjonujący moment tego biegania. Reszta PK wchodziła prawie idealnie – albo bieganie na azymut „na Renatę” albo sensowne obieganie drogami. Niestety ta 16-stka poskutkowała przegraną z moją standardową konkurencją, z którą rywalizuję na każdych zawodach. Na odreagowanie „dokręciłem” jeszcze brakujące kilkaset metrów do dychy, te wigilijne pierogi trzeba jakoś spalać;-) 


 

piątek, 7 października 2022

Po nocy z Watahą

Kolejna noc w lesie. Tym razem z Watahą. Okolice Beniaminowa i obsada prawie międzynarodowa: Na trening zajechali zawodnicy ze Szczecina, Wrocławia… normalnie cała orientacyjna śmietanka!



Dojeżdżając do miejsca zbiórki z daleka widziałem ustawione przy drodze błyskające pomarańczowe światła i stojące na poboczu auta. Wypadek? Nie – to tylko „oddolna inicjatywa” bezpiecznego oznakowania miejsca zgrupowania chętnych. Oddolna, bo organizatora ani widu ani słychu. Znaczy ktoś tam słyszał (lub się słusznie domyślał), że organizator jak zwykle lata po lesie i wiesza lampiony;-) 

Tam po prawej widać te migające światełka. Pomysł wart propagowania!

Umówiona godzina startu mija, a organizator dalej w lesie. Wreszcie widać migające światełko w lesie. Przebiega w naszych okolicach i biegnie gdzieś w okolice zakrętu drogi przy forcie. Pewno to już ostatnie punkty. Mamy rację - za chwilę wyłania się organizator i niewinnie stwierdzająco pyta: „Chyba zdążyłem?” 

Rzucamy się po mapy (fot A. Krochmal)

Jeszcze rozstawić stolik i wydawanie map. Start po drugiej stronie ulicy. Biegniemy we trzy osoby. Jest droga w bok i po chwili lampion. Tyle, że to stacja „check” – gdzie zginął „clear”? Ponoć stoi na skraju lasu… Wstyd się tak zgubić przed startem;-) 

Mapa jest w wersji „mini”. Moja trasa „Chojrak” 5,9 km/21 PK mieści się na kartce A5. Wręcz na kawałku kartki bo jest tu także tabelka z opisami PK! 

Odbijam start i ruszam w krzaki. PK 1 bezbłędnie, PK 2 dobrze, choć może nie optymalnie, do PK 3 przez mocno zielone – za wcześnie wbiegam na wydmę (przy PK 16), ale nie jest źle. Biegnę do PK 4 i… skucha. Szukam końca wydmy z karpą – tyle, że trafiam nie na ten koniec. Przebiegam za daleko – muszę się wracać. Dwie minuty w plecy;-( 

Do PK 5 obiegam drogami, bo mam już dość zielonego. Kolejne punkty wchodzą dobrze – na tej mapie kompas dobrze wskazuje kierunek, dobrze naniesione zieloności i mikrorzeźba pozwalają korygować ewentualne odchylenia w biegu. Po prostu dobra mapa. 

Problem pojawia się przy PK 9 - dołek ukryty w młodniku na górce. Młodnik nie trudno znaleźć, ale światełka zdezorientowanej konkurencji rozpraszają. Błąd trafienia rzędu 20m nie pozwala dostrzec właściwego dołka z lampionem i zwiedziony błędnymi światłami szukam najpierw ze złej strony. A teren trudno przechodni (o przebieżności zapomnijmy), więc dobra minuta straty.

 PK 10, 11.. żeby tak wchodziły PK na Mistrzostwach Polski! 

PK 12 - znosi mnie lekko, gdy widzę jakąś konkurencję, trafiam na poziomnicę i biegnę według rzeźby do punktu… Niestety, to nie ta poziomnica i znowu kolejna strata. Niby nie jakaś wielka, ale kolejne 2 minuty w plecy. 

Za to 13-stka nie jest wcale pechowa – tu pojawiają się jacyś szybkobiegacze za którymi można biec, a wiadomo tacy raczej nawigują dobrze. 

Koło PK 15 dogania mnie Mateusz. Staram się go gonić, ale za PK 16 znika mi z oczu. 

PK 19 to chyba ten, co ostatni stawiał organizator, gdy spóźniał się na otwarcie startu. Nie doczytuję w opisach i szukam go na kupie kamieni, a nie na górce. 

Przedostatni PK 20 ma być na mocno zielonym. Pamiętam, że jak były jakieś zawody na tej mapie w tych okolicach i zawsze miałem problemy nawigacyjne. Tu także jakoś nie idzie mi znalezienie drogi, za którą ma być dołek. Wreszcie ją znajduję i widzę w krzakach buszujące światełka. Wydaje mi się, że odległościowo jest OK, więc także wpadam w krzaki. Chodzimy tyralierą w tę i we wtę, a lampionu brak. Okazuje się, że cześć ludzi szuka PK 2, a część PK 20. Niby zero to nic, ale jednak robi pewną różnicę. Wśród szukających jest także Mateusz, który mi wcześniej uciekł. Po dłuższej chwili udaje się namierzyć w najgęstszych krzakach dołek z lampionem. Teraz grupowo biegniemy w kierunku ostatniego PK 21 - ten jest na szczęście widoczny z daleka. Dobieg do mety – za innymi – byle nie zostawać w tyle;-) Na przebiegu widać, że mało optymalnie;-) 

Trening zaliczony - te kilka błędów powoduje, że nie jestem w czołówce, ale pamiętajmy że to tylko trening. Właściwe bieganie ma być w weekend - oby tam było mniej błędów:-) Choć z drugiej strony na zawodach sporo uczestników robi większe błędy ze stresu! Zobaczymy jak wyjdzie tym razem;-) 


 

środa, 23 marca 2022

Białobrzegi, czyli poprawka po FalInO

Żeby nie było, że się obijam – po FalInO pojechałem na finałowy etap Dystansu Stołeczego II. Jakoś nie dane mi było uczestniczyć w drugiej edycji tej szacownej imprezy - zawsze terminy popołudniowe z czymś istotnym kolidowały. Ale zawsze lepiej być na choć jednym etapie, niż na żadnym. 

Po dojechaniu na start – szok: zniknęło gdzieś Ranczo. Znaczy budynek nazywany Ranczem. Wyrównany plac, dzięki temu sporo miejsca na parkowanie. Do kompletu samotny budynek rozdzielni elektrycznej i zjawiskowo prezentujący się na wyrębie zarys tradycyjnego drewnianego wychodka;-) 

Tu stał budynek Leśnego Rancza

Została tylko rozdzielnia elektryczna i widoczny po prawej wychodek

Pobrałem mapy i poszedłem szukać startu. Wystartowałem zaraz za Przemkiem. Tyle , że on szybciej się przemieszcza i po chwili zniknął mi z oczu. 

Do PK 1 przez leżące drzewa. Nie wiadomo czy lepiej niż młodnikiem obok. Dobrze, że niedaleko. Do PK 2 na kreskę, a potem czymś zaznaczonym na biało pomiędzy dwoma młodnikami zaznaczonymi na ciemnozielono. No cóż, powinno być to nie białe, tylko porządnie zielone na mapie! 

Po czymś takim już ciąłem na równo po zielonym, zakreskowanym i ogólnie mało przebieżnym terenie. Taki lajf;-) Niczym Renata (no może nie aż tak dokładnie po kresce, jak ona) dotarłem do PK 12. Dopiero na PK 13 trochę obiegłem drogą, bo ile można biegać po krzalach. Podobnie długi przebieg na PK 15 postanowiłem pobiec drogami. Do momentu gdy drogę zagrodziła pryzma ściętego drewna – wtedy i tak musiałem zbiec ze ścieżki! Jeszcze przyznam się do obiegania na przebiegu PK 19-20 – tu na kierunku był naprawdę nieprzyjemnie wyglądający młodnik i to całkiem rozległy, jak pokazywała mapa. 

A wiecie co było najgorsze - żadnych przygód, błądzenia, szukania zagubionych lampionów lub przekoszonej północy. Jeśli już bardzo dokładnie szukać to PK 26 przebiegłem o kilkanaście metrów i szukałem go ze 20 sekund. Słowem nuda. Może to dobry zwiastun przed Wawel SpringCup, który już za dwa tygodnie. No i 11 km w trudnym terenie to także dobry trening przed Jagą-Korą;-) 


 

środa, 24 listopada 2021

Podkurkowe rozbieganie

Następnego dnia po Hale nie zostało nic innego jak pobiegać na rozruszanie. Oczywisty wybór to Podkurkowy scorelauf czasowy. Taki "prawie rogaining" – PK o różnej wadze rozmieszczone wg prostego klucza – bardziej odległe - więcej warte. 

Start nad jeziorem Parów Karski w dobrze znanym Domku Myśliwskim. Niby miejsce dobrze znane ale… okazało się, że nie ma gdzie zaparkować – poprzedni organizatorzy zadbali o wykoszenie trawy, czy choćby uzdatnienie poboczy – tu wszystko nie dość, że zarośnięte, dodatkowo było zawalone świeżo ściętymi gałęziami. Zresztą za samym domkiem po horyzont rozpościerało się „ściernisko” po świeżo skoszonym lesie… 

Rżysko po skoszonym lesie

Na start dotarłem w miarę wcześnie i większej kolejki do startu nie było. W las ruszały niedobitki tras turystycznych, w sekretariacie widać było słodkości, obok płonęło ognisko. Tak typowa turystyczna sielanka. 

Jak na BnO mapa była „nietypowo” – z dwoma lidarami, z tego jeden do dopasowania. Ten fakt sprawiał niemałe problemy typowym biegaczom BnO, bo jak to biegać na mapie nietypowej, a najwięcej radości dostarczało tłumaczenie przez Andrzeja o co chodzi z tym dopasowaniem:


Pobrałem mapę odpipałem start i ruszyłem.

Start

Szczerze mówiąc ruszyłem trochę bezmyślnie: przez najbliższy PK 34 (chwilę go szukałem) , PK 38, PK 42 do wysoko punktowanego PK 50 – tego na pierwszym lidarze. Bezmyślnie, bo z przyzwyczajenia liczyłem wagę PK po pierwszej cyfrze, a nie umiejscowienia ich w konkretnym okręgu. PK 34 było więc nie za 3, a za 1 punkt, PK 38 za 2 punkty, PK 43 za trzy i dopiero PK 50 miał właściwą wagę. Tyle że do końca biegu nie załapałem tych prawidłowości i sugerowałem się pierwsza cyfrą numeru PK. Więc z PK 50 poleciałem na północ. Trochę czasu zeszło mi na PK 49 – szukałem go o górkę za wcześnie. Dalej okrążałem start przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, zgodnie z regułami polując na te wartościowe PK. W tym kawałku PK 55, 48 i 53 miały wagę zgodną ze swoim numerem. Niestety, po tym zestawie poleciałem na PK 42 za 3 punkty, PK 37 w nieprzebieżnym młodniku za 2 punkty i PK 33 za jeden punkt na granicy rżyska po wyciętym lesie. Nie spojrzawszy dokładnie na mapę, tego ostatniego szukałem w złym miejscu – kolejne minuty w plecy;-( 

Zostało niewiele czasu, więc poleciałem na kolejne, wartościowe w/g moich kalkulacji punkty: PK 36 (za 2 punkty) i PK 41 (za 3 punkty). Za tym ostatnim zacząłem wracać w złym kierunku i się pogubiłem. Znów minuty w plecy;-( 

Na koniec PK na lidarze do dopasowania – tuż obok mety. W efekcie spóźnienie jednominutowe. 

Teraz gdy patrzę na mapę pobiegłbym zupełnie inaczej: nie brałbym jedynek i skupił się na piątkach, czwórkach i trójkach. Wymiarowanie na mapie pokazuje, że taki wariant przy tym samym przebiegniętym dystansie w czasie godziny (ponad 7 km) dałby mi uzysk 60 punktów, a nie 50 jakie uzyskałem. Ot mądry człowiek po szkodzie;-) 

Tak było

A tak mogło być...

 

Po biegu od razu zabrałem się do domu – nie czekałem na konsumpcję jubileuszowego tortu – szkoda byłoby jeść takie działo sztuki:-)

Nie szkoda jeść coś takiego?

środa, 17 marca 2021

Wyczerpujące pożegnanie z Dystansem.

No i skończył się mój ulubiony Dystans Stołeczny. Ale jeszcze na koniec organizatorzy pozwolili nam się wybiegać na zapas, bo trasy (w regule 1-man-relay) były przeraźliwie długie, chociaż biegaliśmy na niewielkim kawałku terenu.  Moja trasa miała nominalnie 7,9 km, Tomka ciut ponad 13 i nawet Agata na Maniacu miała ponad 5,5 km. Start masowy (kategoriami), z imienną mapą pod nogą i dla każdego różne warianty.  Cieszyłam się, że chociaż do pierwszego punktu można lecieć za wszystkimi, bo na ogół nie robi się rozbić wcześniej. No i po starcie trochę się zdziwiłam - część osób pobiegła w drogę w lewo, część w drogę prosto, a niewielka grupa prosto w las. 
 
Start.

 Jak łatwo się domyślić ochoczo dołączyłam do grupy przedzierającej się na azymut, bo przecież nie po to przyjechałam, żeby biegać po drogach. Oczywiście po chwili zostałam sama, bo wszyscy polecieli przodem, ale jeszcze przed punktem dogoniłam kilku maruderów. Do dwójki bohatersko przedarłam się przez młodnik, choć oczywiście było łatwiejsze dojście, podobnie do trójki darłam na azymut i chyba tylko dzięki temu odnalazłam ją w gęstwinie.
Początkowe punkty stały na ogromnych (jak dla mnie) górach, ale już od czwórki zrobiło się płasko i mogłam ciut przyspieszyć. Nawigacyjnie szło dobrze, bo jednak co azymut, to azymut. Przy jedenastym punkcie zorientowałam się, że nie włączyłam sobie zapisywania trasy. Całe szczęście, że nigdzie nie błądziłam, bo potem zawsze jestem ciekawa gdzież to mnie zaniosło. Jak na razie prawdopodobnie biegłam po kreskach lub przynajmniej równolegle do nich, w bliskiej odległości.
Przy siedemnastym punkcie - ostatnim z pierwszej mapy i startem na drugiej - spotkałam Kasię (a raczej bardziej zobaczyłam, niż spotkałam) i tak mnie to rozproszyło, że na jedynkę ruszyłam dokładnie w przeciwnym kierunku. W końcu zastanowiło mnie, że powinno być pod górę, a jest jakoś płasko. A tak się dobrze biegło... W przeciwną stronę nie dość, że się nie biegło, bo pod górę, to jeszcze przez gęstwinę, no bo co będę omijać. 
Dwójka na najwyższym wzniesieniu w okolicy, łatwa do znalezienia, ale ciężka z moją marną kondycją. Za to do trójki w dół i potem znowu płasko. Niestety, zmęczenie zaczęło dawać mi się we znaki i w końcu więcej szłam niż biegłam, a już gdzieś od dziewiątego punktu wręcz potykałam się o własne nogi. W końcu byłam już tak skupiona na utrzymaniu się w pionie, że na nawigacji było mi się coraz trudniej skoncentrować. Na jedenastce poległam. Nawet przeszłam blisko niej, ale lampionu nie zauważyłam i zaczęłam krążyć po okolicy. W końcu w akcie desperacji podeszłam drogą do dość odległego skrzyżowania, żeby namierzyć się z pewnego punktu i dopiero wtedy trafiłam. Tak zasadniczo było mi już i tak wszystko jedno czy znajdę, czy nie znajdę, najważniejsze było, żeby przeżyć. Na szczęście kolejne punkty udało się znaleźć bez większych problemów. Od piętnastki już się cieszyłam, że jeszcze tylko jeden punkt i meta, ale jak to mówią - nie chwal dnia przed zachodem słońca. Na szesnastkę za nic nie mogłam trafić. Jak pokazuje ślad, przeszłam blisko niej, no ale nie rzuciła mi się w oczy. Błąkałam się po lesie to tu, to tam, w nadziei, że albo się przypadkiem natknę, albo może ktoś przybiegnie i wskaże miejsce. Jak na złość nikogo nie było, bo pewnie większość dawno dotarła na metę. Ponieważ widziałam już drogę i zaparkowane samochody, zaczęłam brać pod uwagę opcję wyjścia na drogę, dojścia do mety i namierzenia się od niej, ale wydawało mi się to zbytnim obciachem. W sumie byłam w patowej sytuacji i wyglądało, że z lasu nigdy już nie wyjdę, jeśli chcę zachować twarz. W końcu podkradłam się tak trochę w okolice mety, ale bez wychodzenia z krzaków, namierzyłam się mniej więcej i wróciłam czesać. Miałam szczęście, że z naprzeciwka pojawiła się kilkuosobowa grupa i kierując się trochę kompasem, trochę ich kierunkiem marszu, w końcu trafiłam na tę felerną szesnastkę. Do mety w pierwszym porywie nawet próbowałam biec, ale szybko dałam sobie spokój, bo przecież ledwo trzymałam się na nogach. Ostatnie dwa metry podbiegłam, bo Andrew kręcił filmik, więc trzeba było się wykazać. Żeby nie to, to na metę chyba bym się wczołgała.

Dzięki za świetny filmik!

Ponieważ na pierwszej stronie mapy nic ciekawego się nie działo, to pokazuję tylko drugą.






piątek, 26 lutego 2021

Dystans Stołeczny 12 - w środku tygodnia, w środku nocy.

Co z tego, że ja kocham Dystans Stołeczny, jak Dystans nie kocha mnie i znowu zrobili mi imprezę nocną, a przecież wiadomo, że ja nocnych nie lubię i boję się. Ale z kolei siedzieć w domu jak oni tam biegają? No, nie da rady. Jedyne co mogłam zrobić to  przepisać się na niższą kategorię, żeby było krócej i jak się potem okazało, wiele osób wpadło na ten sam pomysł. Kategoria MANIAC była tym razem mocno obsadzona:-)
Jakoś tak nam się wcześnie wyjechało i dotarliśmy jako pierwsi uczestnicy, a organizatorzy byli jeszcze w lesie. Dopiero po chwili parking zaczął się zaludniać. Startowaliśmy też jako pierwsi.

Mapę trzeba dobrze obejrzeć.

Tak niespecjalnie mi się spieszyło w ten ciemny las i Tomek musiał mnie niemal siłą wypchnąć. Pierwsze co zrobiłam, to pobiegłam nie tą drogą co trzeba. Droga coraz bardziej odchylała mi się od azymutu i w końcu musiałam coś z tym zrobić. No to zmieniłam drogę na właściwą. Ponieważ już kawałek ubiegłam, nie bardzo wiedziałam, czy minęłam już na właściwej jakieś skrzyżowanie, a było to ważne, bo na trzecim miałam skręcić w lewo. Trzecie skrzyżowanie wybrałam więc na oko i zaczęłam szukać jedynki. Teren nawet mi się chwilami zgadzał, o ile po ciemku cokolwiek może się zgadzać albo nie, tylko lampionu jakoś nie mogłam znaleźć. W końcu stwierdziłam, że chyba jednak nie weszłam w trzecie skrzyżowanie i nie ma innego wyjścia jak wrócić na start i liczyć drogi od nowa.  A skoro już wróciłam taki kawał drogi i zmitrężyłam tyle czasu, to na pocieszenie odbiłam sobie jeszcze raz start i w ogóle zaczęłam od nowa. W międzyczasie wystartowało już sporo osób i w lesie nie czułam się tak bardzo samotna. Liczenie skrzyżować i pilnowanie azymutu doprowadziło mnie w to samo miejsce co pierwsza próba, tylko tym razem do lampionu namierzyłam się już od skrzyżowania, a nie na oko z drogi i po chwili wypatrzyłam lampion. Uffff, jaka ulga.W oddali widziałam światełka przemieszczające się po wyznaczonym przeze mnie azymucie na dwójkę, więc tak łypałam jednym okiem na kompas, drugim na światełka i tym sposobem dotarłam we właściwe miejsce. Światełek trzymałam się kurczowo w drodze na trójkę, a kawałeczek przed czwórką gdzieś mi zniknęły. Ponieważ niestety większą uwagę skupiłam na światełkach, a nie kompasie, więc oczywiście trochę mnie zniosło i nie mogłam znaleźć karmnika. Na szczęście "moje" światełka też go chwilę szukały i znowu się spotkaliśmy.
Piątkę, szóstkę i siódemkę wzięłam "na sępa", ale coraz trudniej było mi poruszać się w narzuconym przez poprzedzającą mnie grupę tempie. Przed ósemką zniknęli mi gdzieś w gęstwinie, zostałam całkiem sama nie do końca wiedząc gdzie jestem. To akurat niedługo się wyjaśniło, kiedy błąkając się to tu to tam, natrafiłam na wielką dziurę, którą udało mi się zidentyfikować na mapie. Niewiele mi z tego przyszło, bo na lampion i tak nie mogłam natrafić. Tak sobie łaziłam po krzakach łudząc się, że może jednak los będzie łaskawy i ześle jakiś trop i faktycznie był łaskawy- zesłał mi kolejnych zawodników, którzy po kolei podbiegali w jedno miejsce. Tam musiał być lampion!

 
PK 8

Na dziewiątkę trafiłam cudem, choć nie tak od razu, ale za to od najtrudniejszej strony, bo nie zwykłam ułatwiać sobie trasy. Dziesiątka była dość łatwa, a potem znowu poleciałam za człowiekiem napotkanym na dziesiątce. Przed samą jedenastką był już lekki tłum, który razem przemieścił się do kolejnego punktu. Jeszcze do trzynastki udało mi się utrzymać tempo grupy, a potem odpadłam. Ostatnie cztery punkty zdobywałam samiuteńka, bo chyba większość wróciła już na metę. Jeszcze jakieś pojedyncze światełka pojawiały się w oddali, co i tak dodawało mi otuchy, choć niespecjalnie pomagało. Prawdę mówiąc to nie wiem jakim cudem natrafiłam na te lampiony, ale jak widać cuda się zdarzają:-) Z ostatniego punktu przedarłam się już do drogi i szłam wzdłuż barierek wypatrując mety. Tak trochę spodziewałam się tam Tomka czekającego ze zniecierpliwieniem, a tymczasem okazało się, że dotarłam do celu pierwsza. Cóż, jemu też nie poszło jakoś rewelacyjnie.

Wreszcie na mecie
 
Jak ja się cieszę, że dni już robią się coraz dłuższe - jeszcze chwila i żaden organizator nie da rady wyciąć mi numeru z nocnym bieganiem o osiemnastej:-)
A poniżej mój żałosny przebieg. Na tych ostatnich punktach też byłam, tylko mój zegarek chciał mi dorównać w wyczynach i też się pogubić, to przynajmniej zgubił satelitę, czy czym on się tam namierza.
 

 

poniedziałek, 18 stycznia 2021

Rogaining - podejście drugie, czyli Dystans Stołeczny inaczej.

Rozszalały się te Dystanse Stołeczne na całego - dopiero co we środę walczyliśmy o przetrwanie w Parku Moczydło, a tu już w sobotę organizatorzy zaprosili nas do Białobrzegów na rogaining. Pamiętacie jak mnie poprzedni (mój pierwszy w życiu) rogaining zirytował? No, to teraz przyjęłam całkiem inną strategię. Zapisałam się na najdłuższą trasę, bo godzina to akurat odpowiedni czas żeby się wybiegać i postanowiłam, że nic, ale to nic nie będę przejmować się tym limitem. Będę biegać dotąd, aż mi się znudzi, to znaczy aż się zmęczę. Jak się uda biegać godzinę to fajnie, a jak dłużej, to jeszcze lepiej. Krócej w ogóle nie brałam pod uwagę. Dobre rady dawane mi przez Tomka podczas dojazdu starannie puszczałam mimo uszu i pilnowałam się, żeby przypadkiem nic z nich nie zapamiętać. Jak bunt, to bunt!
Na sobotę zapowiadano pierwszy mróz tej zimy i mieliśmy straszny dylemat, co na siebie włożyć. Najpierw planowaliśmy: wszystko, ale potem zaczęliśmy eliminować kolejne warstwy, poczynając od kurtek puchowych, a na czapkach uszankach kończąc.
Zaparkowaliśmy dość daleko od startu, bo nie bardzo było gdzie, więc biegnąc na start od razu zaliczyliśmy rozgrzewkę:-)
 
Radośnie biegniemy na start.

Tym razem map nie dostawaliśmy wcześniej, a dodatkowym warunkiem był start w przeciągu trzech minut od wyczyszczenia czipa. Kto się guzdrał na starcie, tego czekała straszna kara!:-) No to się nie guzdrałam, tylko wzięłam i ruszyłam.

Clear.

Dookoła piękna zima.
 
Tuż przed ruszeniem Tomkowi udało się wsączyć mi w uszy nieco niechcianych rad i w efekcie porzucając PK 33 i 32 od razu pobiegłam na 31, żeby z niego dostać się do 50. Punkty w sumie były łatwe, chwilami dawało się korzystać ze ścieżek, a widoki zapierały dech w piersi. I wcale nie było zimno. No, może przez kilka pierwszych metrów, potem już musiałam rozpiąć softshela. 
Między 62 a 49 przydarzyło mi się zniknięcie. Biegnę sobie biegnę, nagle patrzę, a mnie nigdzie nie ma. Rozglądam się, patrzę, a ja leżę pół metra pod ziemią, w dole i tylko mi nogi wystają. Pułapka tak była zamaskowana gałązkami i śniegiem, że nic nie zauważyłam. 2D (d..a i duma) nawet mi nie ucierpiało, bo było miękko i nikt nie widział (chyba).
Tomek, który wystartował tuż po mnie, oczywiście szybko zniknął mi z oczu, zaraz za PK 31 i spotkaliśmy się dopiero przy PK 65., który trochę mu się schował, bo za wcześnie go szukał. 65 był moim dziewiątym punktem, Tomek w międzyczasie obleciał ich znacznie więcej. Tomek znowu zalał mnie dobrymi rady i z jednej to nawet postanowiłam skorzystać. Brzmiała ona: zacznij iść w stronę mety zbierając co się da po drodze. Skorzystałam tylko i wyłącznie dlatego, że rada była zbieżna z moim poczuciem zmęczenia, żeby sobie nikt nie myślał! Na zegarek planowo nie patrzyłam i nie miałam pojęcia jak tam mój limit czasu. 
Zebrałam kolejno 58, 43, 37, zawahałam się nad 36, ale odpuściłam i poleciałam prosto na 35, a gdyby nie trudny teren między 35 a 34, to i ten bym wzięła, ale już mi się chciało łazić po bruzdach i dołach. Jeszcze tylko dobieg na metę, gdzie mocno przyspieszyłam zdopingowana przeganiającym mnie Piotrkiem (oczywiście, że nie nadążyłam za nim) i wiecie co się okazało? Wyrobiłam się w godzinę i minutę. Da się ogarnąć ten rogaining, tylko nie należy patrzyć na zegarek. To tak, jeśli ktoś potrzebuje dobrej rady:-)

W kolejce do sczytania się (fot. Andrzej K.)

Na Tomka musiałam poczekać chyba z dziesięć minut, bo postanowił polecieć na najdalsze punkty nie patrząc na limit czasu (moja szkoła!). Okazało się, że punkty były tak wycenione, że w ogóle nie opłacało się wracać w limicie, tylko zbierać do upadłego co się da. Nooo, widzę, że organizatorzy podążają moim tokiem myślenia - limity to samo zuo!

sobota, 13 czerwca 2020

Safari?

Upał, Afryka, Safari. W takich warunkach przyszło nam startować w Koronie Mazowsza (etap 2, ale nasz pierwszy udział w tym przedsięwzięciu). Upał rzędu 27 stopni, parno i raczej bezwietrznie słowem MASAKRA przez drukowane M. Z duszą na ramieniu pojechaliśmy do Białobrzegów. Tym razem w zwiększonej ekipie – dokooptowaliśmy Agatę i to na trasę wkręconą! Zgodnie z instrukcją zaparkowaliśmy przy pętli autobusowej i 500 m dojścia do startu. Topiący się asfalt pod butami…

Przed startem...
Zgodnie z instrukcją zaparkowaliśmy przy pętli autobusowej i 500 m dojścia do startu. Topiący się asfalt pod butami…

Na starcie pobraliśmy mapy i w las. Agata poleciała z Renatą, a ja samodzielnie pochojrakować w lesie. PK 1 po ścieżce (ciężko się biegnie w takich warunkach temperaturowych). Do PK 2 wzdłuż rowu na górkę… jest górka, nie ma lampionu! Nie ma nawet dołków (tzn. są, ale jakieś takie mało wyraźnie)! Ze dwie minuty szukania, odbicie się od kolejnego rowu i wreszcie mam lampion. Jak zwykle trudne początki…

W drodze na PK 4 zaczepia mnie jakaś rodzinka idąca na trasę spacerową, czy już znalazłem pierwszy PK. Zatrzymuje się i odpowiadam, że lecę już na czwarty, czym wzbudzam podziw… znowu strata kilku sekund, ale nie narzekam - w takich warunkach naprawdę ciężko się biegnie na początku trasy…

PK 4 - chwila szukania, bo stoi w miejscu mało charakterystycznym, a ze śladu GPS wynika, że wręcz nie tam gdzie trzeba, ale co tam - trzeba biec dalej.

Na PK 5 trzeba ominąć teren zakazany – jak się okazuje uprawę leśną zagrodzoną płotem. Wybieram wariant lewoskrętny – pewno wolniejszy, jak pokazuje późniejsza analiza śladu. Po drodze morderczy podbieg pod wydmę (tak z 5 m w pionie) i przedzieranie się przez młodnik…

PK 6 - tu widzę jakiś tłum, kilka osób z różnych tras tłoczy się przy lampionie – oczywiście ukrytym w młodniku…

Kolejne 3 punkty biegnę za/przed jakimś krótkospodenkowcem. Odważny człowiek patrząc na wszechobecne pokrzywy/jeżyny/badyle…

Do PK 10 na azymut długi przebieg. Krótkospodenkowiec leci jakoś inaczej.
Nie mogę znaleźć PK 11. Kolejna minut (lub więcej) niepotrzebnej straty;-(

Odnajduje się krótkospodenkowiec i przybywają inni, przedzieramy się na azymut do PK 12. Podłoże mało biegowe;-( Do PK 13 biegnę koło/za krótkospodenkowcem, gdzieś tam jeszcze dopada nas Zuzanna i oczywiście trafiamy w sąsiednie obniżenie. Niepotrzebna strata czasu i sił, bo wszystko rozgrywa się w młodniku i na całkiem stromych wydmach. Przy PK 14 migają mi plecy Marcina, ale to normalne, że oglądam jego plecy. Przy PK 15 jestem wykończony, ustawiam kompas i lecę za jego wskazaniem. Nie podoba mi się, że kompas pokazuje kierunek „po grzbiecie wydmy”. I mam rację, bo trafiam w okolice PK 12;-( Naokoło docieram do PK 15 (krótkospodenkowiec przede mną).

Na PK 17 biegnę za kolejnym uczestnikiem w takiej samej koszulce co ja (większość startujących ma na sobie koszulkę z ostatniego WawelCup, bo to najlżejsze odzienie w arsenale biegacza BnO). Mało nawiguję i oczywiście trafiamy w sąsiednie obniżenie;-( Tak to jest biegać za kimś!

Kolejne punkty – blisko siebie, w gęstwinach – tu już nawiguję samodzielnie i bezbłędnie! Dopiero na PK 21 znosi mnie w lewo i mam chwilkę zawahania.

Przy PK 36 (punkt podwójny z PK 7) spotykam Ewę – nie mogę znaleźć punktu, choć na nim wcześniej byłem. Ewa także nie może. Jednak ja pierwszy wypatruję lampion.

Przy PK 27 dopada mnie grupa „dobrych” zawodników. Wiadomo, to ułatwienie. Choć widzę, że im także brakuje sił i co chwila przechodzą do marszu. Pogoda jednak wykańcza wszystkich.

Agata na mecie - nie wygląda na zmęczoną;-(

Próbuję jeszcze finiszować, choć nie ma warunków – teren mało nadający się do sprintu.

Pakiet metowy na czasy koronowirusa - żel antybakteryjny!

Wreszcie na mecie!

Jeszcze odstanie w kolejce do sczytania chipa...

Efekt - 28 miejsce na 41 startujących. A gdyby nie głupie błędy mogło być jakieś 6-7 minut lepiej;-( No nic, czekamy na kolejne zawdy Warsaw Orient Race – jak mówi prognoza - w podobnym upale!

wtorek, 11 sierpnia 2015

Hurrraaaa!!!!!! Urlop!

Jak to dobrze, że w te ogromne upały nie muszę iść do pracy. Za to cały dzień spędziłam w nieklimatyzowanym samochodzie, a w przerwach łaziłam po rynkach, ulicach, zamkach, muzeach. Z tym chodzeniem to trochę kicha, bo T. ma jedną nóżkę coraz bardziej bardziej. Ale nie na tyle żebyśmy nie mogli zaliczyć trina w Białobrzegach. Podzieliliśmy się rolami - on nas podwoził samochodem w okolice zgrupowania punktów, ja oblatywałam ulice i znajdowałam co trzeba, a Z. z tylnego siedzenia czuwała nad całością.
 Więcej trin niestety na swojej trasie nie mamy, chyba będziemy musieli jakieś sami zrobić. Tylko ta jedna nóżka bardziej ...