Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Radość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Radość. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 stycznia 2023

LeśnoMózgowe dożynki

Po pewnych przygodach z nawigacją, która nie załapała, że otworzono już węzeł Zakręt, dotarłem na start do Radości. Już sporo osób latało z mapami wokół startu. Budowniczy wrócił z lasu i jakoś dziwnie od razu zmieniał spodnie. Pobrałem mapę i ruszyłem na start. 

Na starcie już całkiem dużo aut i ludzi z mapami

No to startujemy!

W kierunku PK 1 prowadziła droga, więc nią pobiegłem. Należało gdzieś tam odbić w prawo, ale na mapie jakieś takie mokre kreseczki, a w lesie typowa roślinność rosnąca w mokrzejszych miejscach lasu (czytaj niefajna do biegania), więc biegnę ile mogę drogą. Słonko świeci i oślepia, a ja szukam dołka nie tam gdzie trzeba. Pierwsza skucha;-( 

Za to PK 2 po kresce. I dalej niczym ten gacek, co latał i omijał przeszkody, wesoło biegnę sobie po lesie i widzę dołek (z lampionem). Na mapie, na przebiegu są dwa dołki i lampion w drugim, więc nawet nie sprawdzam kodu i biegnę dalej. Biegnę, biegnę i nic. Nie ma dołka, zaczyna się wzniesienie. Zawracam sprawdzam kod na lampionie - to mój dołek! Tak to jest, gdy za dobrze idzie;-( 

Ostrożniej ruszam dalej. Idzie dobrze. Teren wbrew pozorom (dużo białego na mapie) jest ciężki do biegania: mchy, borówki i trochę gałęzi dobrze dają w kość - trzeba wysoko podnosić nogi, uważać, a to strasznie meczy. Na szczęście kilka przebiegów można bez zbytniego nadkładania przyspieszyć drogami. Takie mapy lubię - gdy jest wybór. 

Gdzieś tak koło PK 6 zaczynam się ścigać z jakąś konkurencją. Konkurencja po tych mchach biega chyba ciut szybciej. W każdym razie nie mogę go przegonić (tego konkurenta), choć na drogach wyraźnie się do niego zbliżam (co chwila rozwiązuje mi się but, więc niestety przegonić nie daję rady). Dopiero długi przebieg z PK 10 do PK 11. Patrząc na mapę, na azymucie widzę górkę, trochę zielonego koloru. Niby drogami jest ciut dalej ale…. Ryzyk-fizyk - wybieram drogi. Inne niż konkurent (pewno chce na koniec lecieć na azymut). I rzeczywiście wyprzedzam go znacznie! Co z tego, skoro PK 11 szukam nie tam, gdzie trzeba (ale za to w doborowym towarzystwie). 

PK 15 znowu górka. Dobiją mnie dzisiaj te górki! 

To już końcówka. Jeszcze obiec bajorko i do mety. Rozpędzam się i „przebiegam” miejsce gdzie można by ciąć na azymut do ostatniego PK. Obiegam drogami, ale chyba dużej straty czasowej nie ma. Podbijam ostatni PK i na metę ścieżką, która zanika. Zanika w małym bagienku! No dobra, przedeptanym bagienku przez poprzedników i wcale nie takim głębokim! Ale zawsze to nieprzyjemnie gdy mlaska pod nogami i za chwilę potem mlaska w butach;-) 

Już widać metę...
 
Tylko jeszcze przebiec to bagienko;-)

Uff dotarłem na metę!

Uff, dałem radę, ale czuję kilometry w nogach. Dobrze, że choć pogoda się udała, bo w niedzielę ma lać… 


 

piątek, 25 lutego 2022

Leśny Mózg w Radości

Niedzielny Leśny Mózg miał przewidziane długie trasy, a do tego teren zapowiadał się trudny - wydma, mokradła, a z ciekawostek - bieganie pod autostradą.

 Tak wyglądało miejsce startu.

Przy starcie był tłok i praktycznie wszyscy lecieli kupą, bo nie było minut startowych (pandemiczna metoda startu). Usiłowałam odczekać chociaż z pół minuty za ostatnią osobą, ale co to jest pół minuty.

No to start!
 
Żeby się wyindywidualizować z rozentuzjazmowanego tłumu, nie pobiegłam jak wszyscy główną ścieżką, tylko od razu ruszyłam na azymut. To nie było głupie, bo przy punkcie niemal dogoniłam grupę przede mną. Potem o ścieżkach już nie było co marzyć, bo głównie przecinaliśmy je biegnąc na azymut. 
Chyba już przed drugim punktem (a może dalej) przyuważyłam Bartka, bo świecił z daleka seledynowym wdziankiem. Ciągle miałam go przed sobą na azymucie i wychodziło mi, że biegniemy tę samą trasę. Znowu przeżywałam rozterki, czy jego widok, to dobra rzecz, czy zła. Bo z jednej strony wolę polegać tylko na sobie, a z drugiej skoro biegnie w słusznym kierunku, to czemu nie skorzystać i rzadziej patrzyć na mapę i lecieć za nim. Dobra, poszłam na łatwiznę i leciałam za seledynem, ale jednak kontrolując, gdzie seledyn biegnie. Po jakimś czasie już tak byłam mu wdzięczna za ułatwienie życia, że dogoniłam go przy punkcie i rymsnęłam przed nim na kolana, a nawet wręcz - nie obyło się bez czołobitności. Trochę mu napędziłam stracha, bo myślał, że właśnie się zabijam, a to wszystko przecież tylko z wdzięczności.
Im dalej w las, tym większe moje zmęczenie, więc i Bartkowi w końcu udało się oderwać ode mnie. No to dalej zamiast na Bartka, patrzyłam sobie na kreskę pod nogami i leciałam z punktu na punkt. Przy dziewiątce władowałam się w jakieś niewielkie (nawet nie zaznaczone na mapie) rozlewisko, bo ciut zniosło mnie w prawo. W butach zrobiło się wilgotno.
Między dziesiątką, a jedenastką nadarzyła się pierwsza możliwość skorzystania ze ścieżek, z czego skwapliwie skorzystałam. Z dwunastki na trzynastkę droga wiodła przez wielkie mokradła i pod autostradą. Mokradła na szczęście dawało się pokonać wygodnie ścieżkami bez konieczności moczenia odnóży, a pod autostradą było szerokie przejście. Trzynastkę i czternastkę zdobywałam już grupowo i jak głupia pobiegłam za grupą szukać mety w złym miejscu. Na szczęście ktoś krzyknął, że to nie tam i sprawnie odbiłam we właściwym kierunku.
Wynik - całkiem niezły, wręcz powyżej moich oczekiwań. Może powinnam jeszcze raz paść na twarz przed Bartkiem, który trochę mi pomógł swoją obecnością w zasięgu wzroku?

Cała trasa.

piątek, 21 grudnia 2018

Radosne ChoInO

Po ChoInO już kurz opadł, a ja wciąż w czarnej dziurze czasowej. No, to ChoInO się odbyło jakby kto pytał. W Radości się odbyło, bo w końcu to radosna impreza, więc i oprawa musiała być jak należy. Tradycyjnie zaczęliśmy od życzeń i łamania się opłatkiem, a potem ruszyliśmy na trasę.  Bardzo cieszyłam się, że naszą trasę robiła Ania, bo u niej trasa jest dla ludzi, a nie ludzie dla trasy:-) Szybko i bezbłędnie dopasowaliśmy wycinki we właściwe miejsca, a i z trafieniem na miejsce nie było problemów. To znaczy szło dobrze do ósmego wycinka. Niby wiedzieliśmy gdzie jesteśmy, co tam należy wpasować, ale ponieważ w tym miejscu wycinki były nie dość, że pozamieniane, to jeszcze zlustrowane, wiec w końcu wszystko nam się popitoliło. Ja to w ogóle straciłam głowę, bo ja to nie mam głowy do luster, to znaczy czasem oglądam głowę w lustrze (jak się czeszę na przykład), ale tak ogólnie - to nie. Tomek zachował zimną krew i po chwili wpatrywania się w mapę, w otoczenie, znowu w mapę i znowu w otoczenie w końcu zawyrokował: TAM! Kierunek okazał się słuszny i po zebraniu ostatnich punktów bezpiecznie wróciliśmy na metę.
Polegliśmy tylko na zadaniu. Trzeba było podać odległość z PK 1 do PK 10 i wyszło na jaw, że Tomek jest krokowo rozregulowany, a ja leniwa. On źle wymierzył, a mi w ogóle nie chciało się liczyć kroków. I za karę mamy ostatnie miejsce:-)
Po dotarciu na metę ja byłam od razu gotowa wracać, bo porządki czekały i wołały wielkim głosem, że czas już na nie, ale musieliśmy czekać na termosy i inne duperele potrzebne na tomkowe UrodzInO. Tomek namawiał mnie więc na Street-O, ja odmawiałam, bo nie byłam ubrana na bieganie i w końcu stanęło na tym, że się przespacerujemy przez godzinkę i co zbierzemy, to zbierzemy. Co zrobiliśmy po wyjściu za próg? Oczywiście - pobiegliśmy! No, może pobiegliśmy to lekkie nadużycie, ale przetruchtaliśmy koło ośmiu kilometrów i dopiero w samej końcówce rozdzieliliśmy się, bo ja pognałam na metę, a Tomek jeszcze po jakiś punkt. I nawet całkiem przyzwoite miejsca zajęliśmy tym truchtaniem.

 A na deser parę fotek z trasy marszowej:









wtorek, 23 października 2018

Bieg z Radością

W niedzielę po Przejściu Smoka trochę zdradziliśmy orientację i pobiegliśmy bez punktów kontrolnych. Spodobał mi się Bieg z Radością, bo wreszcie jakaś impreza gdzie bezproblemowo umiem dojechać, a początkowo nie było pewne, czy Tomek też będzie mógł pobiec. Ale okazało się, że może. Ja wybrałam dystans 5 km, a Tomek ambitnie 10 km.
W sumie to było prawie jak na BnO, bo był start i meta, tylko strasznie dużo bepeków - właściwie same bepeki. Na szczęście od razu było o tym wiadomo, więc nie zawracałam sobie głowy szukaniem czegokolwiek, tylko leciałam przed siebie. Biegłam na życiówkę. Tak w zasadzie to miałam ją niemal gwarantowaną, bo jak się biegnie piątkę drugi raz w życiu, a pierwszy był pod górę i w upale, to raczej trudno dobiec z gorszym wynikiem lecąc po równym i przy normalnej temperaturze. Poprawiłam się mniej więcej o minutę. Tylko o minutę! Myślałam, że będę szybsza tak chociaż z siedem minut, ale podobno to tak nie działa.
Tomek też pobił swój rekord, głównie dlatego, że to był jego pierwszy start na 10 km.
No, ale my wszystkim jeszcze pokażemy! Zaweźmiemy się i pokażemy! :-)