Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ząbki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ząbki. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 grudnia 2023

Inowanie-Ząbkowanie

Grudzień to ciężki logistycznie okres. Ciężki, bo dużo się dzieje. Wszelakie orientalistyczne wydarzenia atakują ze wszystkich stron i to nie tylko w weekend. Do tego należy dodać zwyczajowe przedświąteczne pucowanie okien, glansowanie podłóg, segregację rasową rodzynek do ciast i mamy średnio 26 godzin na dobę zajęte. A jak ktoś jeszcze urodził się w grudniu, to ma zupełnie "przechlapane".

 Staram się robić UrodzIno w terenie, w którym jeszcze nie było i oczywiście blisko domu. W tym roku litościwie UrodzInO wypadło w niedzielę. Aby nie było za różowo, to w sobotę było ChoInO i ZazuTour, a w niedzielę przed UrodzIno kolejny etap biegania z Przemkowym Zazu w... Zielonce. Niestety musiałem wybierać. Biegania w Zielonce nie dało rady odpuścić, więc niestety nie dotarłem na ChoInO – czas poświęciłem przygotowaniu map, lampionów, kodów na serwerze (bo znaczą część map pobierało się na trasie dzięki kodom QR z lampionów) i wieszaniu tego co trzeba w terenie, by w sobotę rano móc spokojnie pobiegać po zielonkowskich bagienkach. 

Miałem dylemat z ustaleniem limitu czasu na UrodzInO. Jak nic pasuje 58 minut, ale nie jest to zbyt długo jak na nocną walkę z lasem. Wprawdzie las mały, ale noc to noc. Zostawiłem te 58 minut mając świadomość, że wszystkich PK to nikt nie zbierze – traktowałem to wręcz jako pułapkę na tych, co myślą, że mogą wszystko:-) 

Bałem się także, że nie będzie gdzie zaparkować koło startu (w prognozie były jakieś delikatne opady deszczu, a moknąć trzy godziny w bezruchu nie jest zbyt miło) i planowałem awaryjne przesuniecie startu o 160 m, ale o dziwo udało się zaparkować przy samym szlabanie, gdzie przewidziałem start. 

Biuro przy samochodzie

Pierwsi spragnieni leśnych doznań dotarli na start przed godziną zero. W bagażniku auta zaczęły pojawiać się zapasy żelków, a w lesie zaczęły pobłyskiwać pierwsze latarki. 

Pierwsi ruszają w las...

Większość uczestników dotarła sprawnie i ruszyła na trasę w początkowym przedziale minut startowych. Wkrótce zostaliśmy z Renatą sami, z dwoma ostatnimi mapami. Jako że miejsce startu było dość ucywilizowane (taki niewielki lasek w Ząbkach), co chwilę jakiś zainteresowany mieszkaniec (zwykle z pieskiem) dopytywał się co to za zawody. O dziwo, większość albo sama zawierała w pytaniu frazę "na orientację", albo po odpowiedzi od razu wiedziała o co chodzi! Jak to zwiększa się orientacyjna świadomość społeczeństwa! 

Ostatni uczestnik rusza w las...

Wreszcie dotarli na start spóźnialscy i zostało nam wypatrywać pierwszych wracających z lasu. Zegar stanowczo pokazywał, że pierwsi co wyszli, wpadli już w limit spóźnień, a w rogainingu wiadomo - spóźniać się nie opłaca. Wreszcie zaczęły błyskać latarki, dało się słyszeć dyszenie ludzi biegnących na metę. Jak to na mecie: usłyszałem, że dałem za mały limit czasu, albo że w terenie wykopałem kilka wielkich dołów, których nie było na lidarowej mapie ;-) No niestety - naprawdę nie miałem czasu kopać dołów wielkości małej ciężarówki, ale zastanowię się nad takim rozwiązaniem za rok;-) 

Jak widać na załączonym obrazku zwycięstwo daje dużo radości!

 Po podliczeniu wyników okazało się, że jak przystało na kategorię TU (Trasa Urodzinowa) wygrali typowi wyjadacze TU - nie dali omamić się nadmiarem punktów, które poza limitem de facto tylko obniżały końcowy wynik, zmieścili się dokładnie w czasie i wybrali sensowne wagowo PK. Bardzo cieszy to, że nie zmarnował się żaden PK - wszystkie zostały odwiedzone! I na dodatek jeszcze kilka punktów stowarzyszonych! 








 

Teraz zostaje planować kolejne UrodzInO – chyba już wiem gdzie – tym razem na starcie będą wiaty, a utrudnienia… coś się wymyśli;-) Na pewno będzie ciut dłuższy limit czasu, bo imprezę zasponsoruje liczba 59!

środa, 22 grudnia 2021

Zamiast tortu

„Tradycyjnie” zamiast spędzać kolejny jubileusz za stołem pochłaniając ciasta i wysokooprocentowane trunki, poszedłem w las. Nie dość, że poszedłem, to jeszcze zorganizowałem. UrodzInO. Ot, taka „nowa świecka tradycja”.
Zaczynają mi się kończyć lokalizacje na UrodzInO. Jako że 17 grudnia zwykle nie wypada w dzień wolny od pracy – musi być miejsce z dobrą komunikacją i blisko mojego domu. A to rzeczy ciężkie do pogodzenia. Rembertów, Kawęczyn, Marysin już wyeksploatowałem. Metodą eliminacji padło na Ząbki. Taki niewielki kawałek, gdzie nigdy nic nie robiłem. Niby niewielki kawałek terenu, ale czy na UrodzInO trzeba go dużo?
Odświeżyłem mapę, którą kiedyś rysowałem i poszedłem w las. W terenie co chwila dołek. Pomyślałem i zrobiłem wersję pierwszą mapy. Taką na czasie. Coś tam o Omikronie i reszcie wirusów. 34 PK. Dałem ją Renacie do przetestowania…. Nie wyszłaby w ogóle do lasu. Słowem - za trudna. 

Musiałem ją znacznie uprościć. Wiadomo, w nocy wszystkie dołki są takie same, ale założyłem, że lampion co 20 m w ciemnym lesie sprawi wiele uciechy uczestnikom i coś tam zawsze znajdą;-) 

W TEN dzień najpierw tyrałem przy robieniu nietypowych lampionów (nietypowy jest wtedy, gdy lampion jest mniejszy od kredki do niego przyczepionej;-), a około godziny 14-tej poszedłem je wieszać w lesie. Myślałem, że pójdzie szybciej, ale zeszło mi prawie 2 godziny! Tyle czasu (a nawet mniej) będą mieli uczestnicy, by odszukać lampiony w lesie po nocy! Na szczęście nie muszą odszukiwać wszystkich, w szczególności tych stowarzyszonych… 

Nadeszła ciemna noc, zza chmur jak zwykle świecił księżyc, więc nastał czas wyruszenia na start. Niby podjechaliśmy wcześniej, ale już po drodze widzieliśmy uczestników kończących dojściówkę. Jeden stał już przy szlabanie, drugi chował się w krzakach…. 

Rozłożyliśmy stolik, włączyliśmy zegar i się rozpoczęło. W ruch poszła wymiana życzenia/żelki za mapę;-) Niektórzy wykazali się inwencją. Zamiast żelek znalazł się dżemik, ogórki, a nawet nalewka… 

Ciekawe co Paweł wyciągnie z plecaka...

Jak widać nie tylko żelki były w ruchu

Jak nic jakiś granat?

I do kompletu tajemniczy pakunek
 
W zamian uczestnicy dostali po dwie kartki. Zalaminowane, by było trudno na nich pisać. Niby zadanie proste – latarka, nałożyć jedno na drugie, podświetlić – ze szwajcarek robi się prawie pełna mapa i w las. Jakoś nie wszyscy wpadli na ten oczywisty pomysł. Stali długo zastanawiając się nad mapą. No dobra, matematyka użyta do wyznaczania ilości punktów, do potwierdzenia, czy limitów czasów niektórych wyraźnie zaskoczyła. Liczyli i liczyli i wychodziły im dziwne wartości…. 

fot. Andrzej Krochmal

fot. Andrzej Krochmal

fot. Andrzej Krochmal



Mapy należało sobie "wylosować"




Wreszcie wszyscy zniknęli w lesie. Od czasu do czasu coś błysnęło w krzakach, ale wyraźnie wszyscy skupili się na eksploracji tych dalszych terenów lasu. Z relacji wiem, że jeden zespół postanowił przepłynąć jedyne „bagienko” w okolicy. Od innych uczestników słyszałem, że grupowe poszukiwanie punktu przy zabudowaniach ul. Wrzosowej zaniepokoiło mieszkańców, którzy przyszli pomóc w poszukiwaniach;-). Właściwie to żałuję, że sam nie startowałem – miotanie się po tak małym terenie, wśród takiej ilości dołków musiało być fajne;-) 

fot Andrzej Krochmal


Wreszcie co niektórzy zaczęli wracać. Dorobek punktowy różny. Jedni znaleźli wszystko (no, stowarzysze bywały), inni brali tylko jedną szwajcarkę. Decydująca rolę grał czas. Tak to jest przy krótkich etapach - czas jest decydujący. 

O dziwo, wszyscy wrócili przed zamknięciem mety! Zostało zebrać co się da z lasu i pojechać do domu liczyć wyniki. Za rok jak nic sam pójdę na swoją trasę, a co!