Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyspa O-CUP. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyspa O-CUP. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 marca 2026

Wyspa O-Cup, etap 3 - na luzie, bo i tak nic do stracenia.

W niedzielę obudziłam się połamana od sobotnich etapów, ale chyba jeszcze bardziej od niewygodnego łóżka. Ponieważ z bieganiem i tak szło mi marnie, nastawiłam się na mile spędzony czas w lesie, nawet gdybym miałam się zgubić.
Tym razem to Tomek startował wcześniej. Ponieważ mój start nie był jakoś dramatycznie później, więc poszłam razem z nim (znowu dłuuuga dojściówka) i dopilnowałam, żeby pobiegł:-) 
 
Przed startem.

Już w boksie.

Trzeci etap był najdłuższy. I znowu musiałam sama sobie pilnować zegarka przy starcie, ale chyba już dochodzę w tym do wprawy, bo upilnowałam. Ruszyłam. Teren ten sam, co w etapie drugim, więc pojawiła się nadzieja, że skoro nie zginęłam poprzednio, to i teraz jakoś ogarnę.
Punkt pierwszy nie dość, że daleko, to za całą masą niebieskości - nie wiadomo: suchej, czy mokrej. Na wszelki wypadek postanowiłam obiec ścieżkami. Trochę miałam obawy, bo w pewnym momencie tych ścieżek robiło się dużo i nie byłam pewna, czy wstrzelę się we właściwą. Tak w zasadzie, to byłam pewna, że nie. Na pierwszym skrzyżowaniu spotkałam Ulę, nieco zagubioną, więc razem oglądałyśmy  mapę, aż mi w końcu przypomniała, że jednak powinnam lecieć dalej. Cały czas starałam się trzymać brzegu mokradła i dopiero na samej końcówce skróciłam sobie, dowiadując się przy tym, że wszystko jest suche jak pieprz i od razu można było iść na azymut.
Dwójka i trójka za drogą, w lesie, dość łatwe. Czwórka znowu na "mokradłach", z wariantem ścieżkowo-azymutowym. Piątka w ciul daleko, ale z dobrym drogowym dobiegiem. Na końcówce za późno weszłam w las, ale szybko zorientowałam się, gdzie jestem. Jeszcze w międzyczasie ratowałam jakieś zagubione dzieciaki, więc była okazja do zatrzymania się i odsapnięcia.
Nie wiem dlaczego do szóstki nie skorzystałam znowu z dróg, tylko przedzierałam się lasem, ale kto bogatemu zabroni? Grunt, że lampion znalazłam. Siódemka była śmiesznie łatwa, a ósemka tuż przy niej. Do siódemki biegłam za jakąś starszą kobitką, a za mną leciała jakaś z młodszej trasy. Ta z przodu zasuwała jak mały samochodzik, który nie sposób dogonić, a ta z tyłu mamrotała pod nosem: przynajmniej z dziesięć lat starsza, a nie idzie jej dogonić! I wiecie co? Nie dogoniłyśmy.
Do dziewiątki i dziesiątki znowu pobiegłam drogami z ominięciem tych niby mokradeł, a potem tylko jedenastka i meta. 
 
Usiłuję z fasonem wbiec na metę.
 
W sumie nawigacyjnie to ten etap dla mnie był najłatwiejszy, a prędkością i tak się nie przejmowałam.  Odległość trochę dała mi w kość, bo startowałam już zmęczona, więc kiedy przyjechaliśmy na zakończenie imprezy czułam się tak:

Czekamy na zakończenie imprezy.

No, nie powiem - umordowałam się trochę, ale za to w pięknych okolicznościach przyrody, z dobrą organizacją i fajnymi mapami. Trzeba tę imprezkę na stałe wpisać w kalendarz. Warto.

piątek, 27 marca 2026

Wyspa O-Cup, etap 2, czyli zdążyć na obiad.

Po etapie pierwszym wróciłam pieszo na kwaterę, ogarnęłam się i zaległam w oczekiwaniu  na Tomka, który startował sporo po mnie, więc i wracał później. Drugi etap zaczynał się od 14.30, ja miałam trzydziestą minutę startową, a Tomek nieco późniejszą, więc tego odpoczynku między etapami było jednak niewiele. Na kolejny start znowu była spora dojściówka, ale i tak krótsza niż na pierwszy.

Tomek odprowadza mnie kawałek.

Najbardziej przed startem stresowałam się, że zapomnę włączyć zegarek, zamiast tym, czy łatwo trafię na punkty i czy nie wymięknę kondycyjnie. Ale wiecie - jak bez zegarka, to potem trzeba pobiec jeszcze raz:-)
Do pierwszego punktu postanowiłam pobiec drogami, bo było to całkiem logiczne, no i wygodne. Co prawda nie wyszłam czysto na punkt i na końcówce trochę za daleko weszłam w las, ale nie było to jakieś duże błądzenie. Dwójka była tuż obok, na górce, więc łatwa sprawa. Trójka ciut dalej, ale też bez problemów. Trochę mnie to podniosło na duchu, bo dobry początek, to... dobry początek.
Czwórka już w większej odległości. Starałam trzymać się kurczowo azymutu, do momentu, kiedy dotarłam do mokradeł i jak na mój gust okazały się zbyt mokre. Postanowiłam obejść, choć teraz myślę - co mi ta odrobina wody przeszkadzała? W każdym razie czwórka weszła.
Miedzy czwórką a piątką doznałam jakiegoś zaćmienia umysłu i ubzdurałam sobie, że punkt stoi przed drogą, a nie za nią. Patrzyłam w mapę i zupełnie tego nie widziałam. Oczywiście szukałam za wcześnie. Zastanowiło mnie dopiero, że wszyscy biegną dalej, nie zwracając uwagi na miejsce, gdzie prowadzę swoje poszukiwania, no a przecież ktoś oprócz mnie musiał mieć też ten punkt. Dla mnie jednej by chyba nie stawiali.

Efekt zaćmienia.

Do szóstki był dość długi przebieg. Początkowo poruszałam się po linii azymutu, a potem zniosło mnie w lewo. Na szczęście weszłam na rów, który w dalszej swojej części biegł bliziutko szóstki, więc uznałam to za prezent od losu i dalej ruszyłam rowem. Sprawdziło się.
Do siódemki znowu drogami, ósemka tuż przy siódemce, więc łatwa, a dziewiątkę wzięłam azymutowo-drogowo. 
 
Gdzieś na trasie.

Z dziewiątki na dziesiątkę przeleciałam przez w miarę suche mokradła i zatrzymał mnie dopiero ciek wodny, na tyle konkretny, że jednak musiałam go obejść. Do jedenastki już drogami i ścieżkami i tu można się spierać czy wybrałam dobry wariant obiegnięcia mokrego, ale najważniejsze w sumie, że skuteczny. Dwunastka to już w zasadzie tylko formalność i dobieg do mety, jak zawsze z fasonem.
Po etapie najważniejsza część dnia, czyli obiad:-) Bałam się czy Tomek zdąży, bo organizatorzy jakoś dziwnie to urządzili, że obiad był wydawany w czasie, kiedy większość zawodników była w lesie. My obydwoje zmieściliśmy się w czasie - ciekawa jestem jak inni. Po obiedzie jeszcze tylko wizyta w sklepie po słodką nagrodę za wysiłek i wreszcie odpoczynek, aż do niedzielnego etapu.
A wyniki? Cóż, znowu uplasowałam się na ostatnim miejscu, ale już bez tej przepaści między mną, a poprzedzającą zawodniczką. Czyli jest postęp.

Cała trasa.

czwartek, 26 marca 2026

Wyspa O-Cup, etap 1, czyli marny początek.

Bardzo chciałam pojechać nad morze. Do tego stopnia, że bez wahania zapisałam się na Wyspę O-Cup. Może gdybym wiedziała, jak mocno da mi w kość City Race, to zastanowiłabym się nad kolejna mocną dawką wrażeń w tak krótkim odstępie czasu, ale zapisy były dużo wcześniej. 
Pojechaliśmy w piątek po pracy i wieczorem zameldowaliśmy się w bazie - głównie, żeby wykupić obiady, bo to przecież najważniejsze.
 
Pamiątkowa fotka musi być.

Na sobotę planowane były dwa biegi, na szczęście o rozsądnej długości. Ale za to już dojścia na start trochę mnie oszołomiły - na każdy etap w granicach 1-2 km. Ja wiem, że to konieczne i nie kwestionuję zasadności, ale pobiadolić sobie przecież mogę. Na poranny etap Tomek nawet planował mnie podwieźć, ale rano okazało się, że mamy flaka w oponie i zamiast na start ze mną, pojechał szukać wulkanizatora. Ku mojemu zdziwieniu załatwił sprawę tak szybko, że jeszcze zdążył uwiecznić mój start.
 
Ruszam

Ponieważ start był tuż przy plaży, to przynajmniej nie było problemu ze zorientowaniem mapy (no bo morze na północy) i znalezieniem trójkąta startowego (blisko morza). I dobrze, bo mapy dostaliśmy formatu A3, a szukanie na wielkiej płachcie zawsze jest trudne.
Punkt pierwszy wyglądał na łatwy, na przedłużeniu ścieżki prowadzącej ze startu, do tego na niewielkiej górce. Faktycznie, widoczny już z daleka. 

Jedynka zaliczona.

Dwójka niedaleko, nic specjalnego w sumie. Ruszyłam na azymut, minęłam ścieżkę, wspięłam się na zbocze, a potem coraz bardziej odbijałam w lewo, nie zauważyłam trzech ścieżek, przeszłam przez drogę, której nie powinnam przekraczać, znalazłam punkt z innej trasy i... wciąż się nie zorientowałam, że jestem już za daleko. Tak sobie jeszcze chwilę pochodziłam po okolicy i wróciłam do drogi. Ponieważ wciąż nie miałam pomysłu co dalej, to postanowiłam sprawdzić, czy droga prowadzi do skrzyżowania. Prowadziła. Podobnie jak  cztery inne ścieżki w pobliżu.  Po chwili wahania założyłam, że jednak jestem na tej największej i od skrzyżowania namierzyłam się na dwójkę. Teraz azymutu trzymałam się już kurczowo i w końcu natrafiłam na właściwy lampion. Uffff.
 
Niby łatwo, a trudno.

Po dwójce wróciłam do skrzyżowania, które ocaliło mi życie i z niego namierzyłam się na trójkę, licząc że skrzyżowanie znowu przyniesie mi szczęście. Najpierw natrafiłam na punkt z innej trasy, a potem, ku swojemu zdziwieniu, na czwórkę. Serio? Znowu się nie udało? Kurczę, w żaden sposób nie mogłam się odnaleźć w tym zwariowanym terenie. U nas mamy płasko, płasko, małe wgłębienie, lekkie wzniesienie, płasko, płasko, maleńka górka, więc tych górek nie sposób przeoczyć, łatwo je ogarnąć wzrokiem  i kierować się tym widokiem. Tu zaś górki (i obniżenia pomiędzy nimi) były dup, dup, dup - jedna za drugą, tak że tego nie ogarniesz i nie policzysz, bo już koło piętnastej się gubisz, a przed tobą jeszcze ze sto. Azymuty też jakieś inne mają, niby lecę według kompasu, a i tak trafiam obok. Skoro jednak znalazłam się przy czwórce, a trójka była tuż obok, to i tak w sumie miałam szczęście, bo mogłam wyjść nie wiadomo gdzie. Tak więc znalazłam trójkę i wróciłam do czwórki, o dziwo nie gubiąc się po drodze.

Przy PK 4. I co dalej?

Za czwórką nastąpiła lekka zmiana krajobrazu i pojawiły się podłuuuużne wzniesienia i obniżenia. Z tym już jakoś łatwiej mi się współpracowało i po chwili miałam zaliczoną piątkę.
Szóstka daleko, już na terenach podmokłych ale przynajmniej niemal na miejsce można było dostać się drogami. Poszło łatwo. Do siódemki było bliziutko, tyle tylko, że przez bagienko. Tak się zasugerowałam tym niebieskim na mapie, że starannie je obeszłam, mimo że widziałam inne osoby biegnące na wprost, bo bagienko było suchutkie. A zresztą nawet gdyby było trochę mokre, to co?

PK 8

Z ósemki odruchowo pobiegłam za innymi zawodnikami, prosto w stronę rowu i miałam szczęście, że ktoś litościwie ułożył tam kilka bali, po których dało się przejść. Wtedy dokładniej obejrzałam mapę i skierowałam się jednak w stronę drogi, bo natężenie niebieskiego na mapie wzrastało. Do dziesiątki i jedenastki korzystałam już z wszystkich dostępnych dróg i ścieżek, co i tak jakoś specjalnie nie podkręciło mojego tempa. Dopiero na dobiegu do mety nieco się sprężyłam, chociaż i tak nie miało to żadnego znaczenia.
Wynik - cóż, haniebny. I wcale nie chodzi mi o to, że ostatnie miejsce, bo może być ostatnie  i bardzo ostatnie. Moja strata do poprzedzającej mnie zawodniczki uplasowała mnie na tym baaardzo ostatnim.

Cała trasa.

środa, 2 kwietnia 2025

Wyspa zatopiona czy jakoś tak;-)

Wyspa O-CUP dzień drugi. Tym razem dystans klasyczny, czyli trochę dłuższa trasa. Znów na start daaaaaleko. Razem z dojściówką to taki long wychodzi;-) 

Start pod lekką górkę. Wreszcie załapałem się na jakieś zdjęcie ze startu! 

Dobieg do lampionu START
Na pierwszy PK asekuracyjnie – zamiast przedzierać się przez górki i dolinki – drogą. Może ciut naokoło, ale za to wygodnie, akurat by się rozgrzać. 

PK 2 miał być tuż obok, zaraz za drogą i górką. Biegnę sobie, po lewej widzę jakieś obniżenie pasujące na zaznaczone na mapie mokradełko, jest górka i w obniżeniu powinien być lampion. Ale go nie ma. Pojawia się droga - jestem za daleko. Zdezorientowany cofam się i szukam. Wreszcie dostrzegam lampion dość daleko na wschód. Czyli można powiedzieć „po zawodach”. Szansa na dobre miejsce daje tylko bezbłędny bieg. Ci najlepsi biegają szybciej – szczególnie po trudnym terenie, nie mylą się i nie tracą czasu na punktach. Te kilka minut straty na PK 2 od razu zrzuca mnie gdzieś do tyłu w klasyfikacji. 

Na PK 3 biegnę za jakąś konkurencją. Tu bez pomyłki. 

Na PK 5 pierwszy z długich przebiegów. Nie tylko długich, ale dodatkowo z premią górską. W mojej kategorii nie było premii górskiej zapowiadanej w biuletynie, ale był podbieg pod skarpę, gdzie trzeba było pełznąć „na czworaka”. Do tego po terenie nie sprzyjającym pełzaniu w ogóle, przez jakieś zaorane przestrzenie;-) 

PK 5, 6 i 7 prawie nad samym morzem. Było słychać szum fal, choć biegłem dolinką i morza nie zobaczyłem. Zresztą trzeba było patrzeć pod nogi, by nie wywinąć fikołka, a nie podziwiać widoki. 

Z PK 8 na PK 9 długi przebieg, ponad kilometr w linii prostej. Nawet udało mi się kogoś przegonić! 

Przebieg na kolejny PK 10 wydawał się prosty. Udało się znaleźć drogę wrysowaną na mapę, dobiegłem do dziury oznaczonej niebieskimi kreskami i… dałem ciała. Zamiast trzymać się azymutu poleciałem w miejsce skąd wybiegała duża grupa ludzi. Nie skojarzyłem, że tu był PK na etapie 2 i zacząłem szukać lampionu nie tam gdzie trzeba. Do trzech minut straconych na PK 12 dodałem kolejne trzy minuty;-( 

Jeszcze ostatnie 2 PK i meta. W etapie drugim do ostatniego PK przebiegałem „na skróty” – tym razem postanowiłem inaczej – obiec górę drogą. Jak się okazuje obieganie wcale nie popłaca, a subiektywny pomiar czasu szwankuje, gdy porównuje się pełzanie pod górę z obieganiem jej drogą. O czterdzieści sekund szybciej wyszłoby „na skróty”, ale człowiek mądry po fakcie. 

Było zdecydowanie chłodniej, więc polarek na mecie się przydał
Liczyłem, że w etapie trzecim odrobię straty i awansuję – zwykle w zawodach wieloetapowych zyskuję w ostatnich etapach, gdy konkurencja słabnie fizycznie – niestety dwa głupie błędy i tylko powiększyłem swoją stratę do poprzednika. Ale cóż – teren inny, wymagający – warto tu przyjechać za rok – wtedy mądrzejszy o tegoroczne doświadczenia na pewno osiągnę lepszy wynik! 


 

 

wtorek, 1 kwietnia 2025

Morze, wydmy i przewyższenia jak w górach czyli Wyspa O-CUP dzień pierwszy

W zeszłym roku udało mi się uzbierać śmieszny dorobek punktowy w rankingu PZOS. W ramach uzupełniania dorobku i przy okazji treningu przez MP Long pojechałem na wyspę. Konkretnie na zawody Wyspa O-CUP w Sztutowie – prawie na Mierzei Wiślanej.

Mapa Sztutowa w Internecie wygląda obłędnie – poziomnica na poziomnicy - jak z zawodów w Finlandii czy Szwecji. Filmy reklamowe zawodów pokazywały pagórki i lasy takie jak nasze – sosnowe, przebieżne - aż nie wypadało pojechać. Wpłacone, więc zostało nastawić budzik na 3 rano i ruszyć na północ. 

Orlik w Sztusowie - baza zawodów w przygotowaniu
Dotarłem do Sztutowa przed godziną ósmą. Miałem nocleg w szkole, a start w pierwszych minutach, więc chciałem się odpowiednio wcześnie zakwaterować. Na miejscu Orlik przyozdobiony lampionami. I pusty. Wyciągam komunikat techniczny, a tam jak wół napisane – „biuro czynne od godziny 9:00”. Trochę marnie, bo start mam o 9:38, a do startu jest ponad 2 km! W ramach oczekiwania pojechałem sobie obejrzeć drogę na start. Gdy wróciłem coś zaczynało się dziać na Orliku. Poszedłem tam, gdzie w biuletynie narysowano krzyżyk z lokalizacją biura z nadzieją, że może biuro ożyje jakoś wcześniej. Krzyżyk na niczym. Z opisu domyśliłem się, że chodzi o piwnicę. Tam pustki – to znaczy tylko lampiony czekające na wędrówkę do lasu.
Na szczęście jakieś 15 minut przed dziewiątą biuro się znalazło. Oczywiście w innym miejscu niż wskazywał na to biuletyn. Załatwiłem co trzeba, ale w sprawie zakwaterowania wysłali mnie do odwiedzonej wcześniej piwnicy. Tam znalazł się organizator, który wysłał mnie do szkoły. Do drzwi zamkniętych na amen. Słowem pełna dezorganizacja. No cóż, zakwateruję się pomiędzy etapami. 

Dojście na start E1 dwa kilometry...

Zawsze mnie zastanawia, co za sens jest robić 2 km dojścia dla etapu, który ma 3 czy 4 km długości… 

Zaraz moja minuta startowa
Wreszcie zegar zapikał i ruszyłem. Pierwszy PK tuż obok, na drugiej z kolei górce. Wbiegam w las, wczołguję się na pierwsza górkę, a tam… górek po horyzont. Wybieram jakąś i szukam lampionu – nie ma. Konsternacja. Dopiero po chwili dostrzegam na mapie, że dołek jest na zboczu górki. W praktyce skutecznie zasłonięty jakimś krzakiem. 

Do PK 2 poszło już lepiej – udało się „wejść w mapę”. PK 3, PK 4, PK 5 – wszystko OK, poza tym, że to co ładnie wyglądało z daleka, w rzeczywistości okazało się średnio-przebieżnym jagodowiskiem. 

Pomiędzy PK 5 i PK 6 długi przebieg. Pokonałem pierwszą parę wydma-dołek i zwątpiłem. Obiegam drogami. Jak pokazują wyniki, ci co biegli po kresce, zrobili to szybciej. Ale Polak mądry po szkodzie. Reszta punktów wchodziła w miarę dobrze. Żadnych spektakularnych wpadek, kilka minimalnych niedokładności. Jedyne co sobie mogę zarzucić, to zbyt wolne bieganie po ciężkim poszyciu – ale ciągle mam uraz po skręceniu kostki i w taki terenie zwalniam. Może i słusznie, bo człowiek, który spał w tej samej sali w szkole, na drugim etapie załatwił sobie staw skokowy walcząc o dobry wynik na takim podłożu… 

Po pierwszym etapie udało mi się zakwaterować w szkole. Dało o sobie znać wczesne wstanie i zamiast iść nad morze, wziąłem do ręki książkę i się regenerowałem. 

Start na etap 2
Etap 2 – na start niby trochę bliżej, ale także dobrze ponad kilometr. Znowu wczesna minuta startowa. I teren na starcie jakiś taki podmokły – obecnie raczej suchy, ale wiadomo jak to wygląda – wyrwy pełne błota, zwalone drzewa, zarośla… 

Do PK 2 przeciąłem taki pobagienny teren – było sucho, ale szybkość biegu raczej marna przy skakaniu z kępki na kępkę. 

Przy PK 3 pierwsza skucha – jak mówi ślad, wybiegłem tuż obok lampionu, ale go nie dostrzegłem i szukałem we wgłębieniu obok. 

W drodze do PK 6 zainspirował mnie jakiś obcy lampion i nadrobiłem dystansu oglądając co to za jeden. Zaś azymut na PK 7 mi nie wyszedł i zniosło mnie znacznie – na szczęście szybko zorientowałem się gdzie jestem i sprawnie znalazłem lampion. 

Na PK 8 i 9 ścigałem się z konkurencją, która mnie dogoniła, a potem przegoniła. PK 11 dał popalić: wysoka góra obłożona ściętymi gałęziami. Pełzanie, a nie bieg! 

Do następnego punktu, zamiast jak najszybciej zbiec do drogi – brnąłem za konkurencją przez te ścięte gałęzie. Gdy dostrzegłem wreszcie drogę, zbiegłem do niej, nie patrząc uważnie na kompas – w efekcie zacząłem szukać PK 12 za bardzo na południe. Może nie bardzo daleko, ale za mokrym tym razem terenem podmokłym. Dotarcie do lampionu nie okazało się suche… 

Z mety do szczytwania chipów kolejne kilkaset metrów

 Ostatni lampion za górą. Pobiegłem po kresce – przez dobrze mokre bagienko, a potem całkiem stromą górę. Prawie wyprułem płuca na tej górze. Wynik – marny. Liczyłem na jakieś podniesienie się w klasyfikacji, a tylko zwiększyłem stratę do poprzednika. Te kilka błędów skutecznie zniwelowało to, co zyskiwałem na innych przebiegach. No cóż, należy liczyć, że najdłuższy 3-ci etap coś zmieni.. 

A po bigach chwilka relaksu i pięciokilometrowy spacer nad morze...