W niedzielę obudziłam się połamana od sobotnich etapów, ale chyba jeszcze bardziej od niewygodnego łóżka. Ponieważ z bieganiem i tak szło mi marnie, nastawiłam się na mile spędzony czas w lesie, nawet gdybym miałam się zgubić.
Tym razem to Tomek startował wcześniej. Ponieważ mój start nie był jakoś dramatycznie później, więc poszłam razem z nim (znowu dłuuuga dojściówka) i dopilnowałam, żeby pobiegł:-)
Przed startem.
Trzeci etap był najdłuższy. I znowu musiałam sama sobie pilnować zegarka przy starcie, ale chyba już dochodzę w tym do wprawy, bo upilnowałam. Ruszyłam. Teren ten sam, co w etapie drugim, więc pojawiła się nadzieja, że skoro nie zginęłam poprzednio, to i teraz jakoś ogarnę.
Punkt pierwszy nie dość, że daleko, to za całą masą niebieskości - nie wiadomo: suchej, czy mokrej. Na wszelki wypadek postanowiłam obiec ścieżkami. Trochę miałam obawy, bo w pewnym momencie tych ścieżek robiło się dużo i nie byłam pewna, czy wstrzelę się we właściwą. Tak w zasadzie, to byłam pewna, że nie. Na pierwszym skrzyżowaniu spotkałam Ulę, nieco zagubioną, więc razem oglądałyśmy mapę, aż mi w końcu przypomniała, że jednak powinnam lecieć dalej. Cały czas starałam się trzymać brzegu mokradła i dopiero na samej końcówce skróciłam sobie, dowiadując się przy tym, że wszystko jest suche jak pieprz i od razu można było iść na azymut.
Dwójka i trójka za drogą, w lesie, dość łatwe. Czwórka znowu na "mokradłach", z wariantem ścieżkowo-azymutowym. Piątka w ciul daleko, ale z dobrym drogowym dobiegiem. Na końcówce za późno weszłam w las, ale szybko zorientowałam się, gdzie jestem. Jeszcze w międzyczasie ratowałam jakieś zagubione dzieciaki, więc była okazja do zatrzymania się i odsapnięcia.
Nie wiem dlaczego do szóstki nie skorzystałam znowu z dróg, tylko przedzierałam się lasem, ale kto bogatemu zabroni? Grunt, że lampion znalazłam. Siódemka była śmiesznie łatwa, a ósemka tuż przy niej. Do siódemki biegłam za jakąś starszą kobitką, a za mną leciała jakaś z młodszej trasy. Ta z przodu zasuwała jak mały samochodzik, który nie sposób dogonić, a ta z tyłu mamrotała pod nosem: przynajmniej z dziesięć lat starsza, a nie idzie jej dogonić! I wiecie co? Nie dogoniłyśmy.
Do dziewiątki i dziesiątki znowu pobiegłam drogami z ominięciem tych niby mokradeł, a potem tylko jedenastka i meta.
Usiłuję z fasonem wbiec na metę.
W sumie nawigacyjnie to ten etap dla mnie był najłatwiejszy, a prędkością i tak się nie przejmowałam. Odległość trochę dała mi w kość, bo startowałam już zmęczona, więc kiedy przyjechaliśmy na zakończenie imprezy czułam się tak:
No, nie powiem - umordowałam się trochę, ale za to w pięknych okolicznościach przyrody, z dobrą organizacją i fajnymi mapami. Trzeba tę imprezkę na stałe wpisać w kalendarz. Warto.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz