Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyszogród. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyszogród. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 kwietnia 2025

Grand Prix Mazowsza 2025 im. Andrzeja Krochmala - etap 2, czyli schody, schody, schody.

Jeszcze dobrze nie dojechaliśmy do Wyszogrodu, a tu już telefon od Włodka, czy nie widzieliśmy butów Marka. Szybko się zorientowali i plan wyeliminowania rywala Tomka spalił na panewce:-( Bez butów by nie pobiegł - tak sobie kombinowałam.
A tak serio to buty leżały w reklamówce przy naszym krzesełku turystycznym, były niebieskie jak buty Tomka, więc po biegu dołożyłam tam swoje i zaniosłam do bagażnika, nawet nie podejrzewając, że dokonuję czynu przestępczego.
W Wyszogrodzie mieliśmy dużo czasu więc najpierw poszliśmy coś zjeść, potem długi spacer (długi to wyszedł przez przypadek), a na koniec niczym bezdomny zdrzemnęłam się na ławce w rynku. Wyspać to się nawet wyspałam, ale obudziłam się połamana i zdrętwiała, a przy okazji wdzięczna losowi, że mam gdzie mieszkać.
Kebab taki sobie, a potem jeszcze szamotał się w żołądku.

Baza zawodów była na rynku, a meta usytuowana strategicznie przy kibelkach, gdyby ktoś się planował po...ć ze szczęścia, że dobiegł szczęśliwie.

My (i Michał) na tle kibelków:-)

Startowaliśmy znad samej Wisły i znowu była długa dojściówka, zwłaszcza, że musieliśmy ominąć teren zawodów, więc naokoło. Za to po niekończących się schodach w dół. Tak idąc tymi schodami rozmyślałam, że potem w jakiś sposób będziemy musieli nadrobić tę straconą wysokość.

Neverending schody.

Minuty startowe mieliśmy fajne - nie za wczesne, nie za późne. Tylko z samopoczuciem było trochę nie do końca dobrze, bo kebab podstępnie krążył po żołądku. W sumie to te kible przy mecie miały sens.
W mieście to start był luksusowy - po trotuarze, a nie gałęziach jak rano. O, tak to wyglądało:
 
Startuję.
 
Po tym trotuarze to niestety nie było długo, bo wkrótce zrobiło się tak:

Schody przed PK 1.

Luuudzie, myślałam że się wykończę jeszcze przed pierwszym punktem. Od połowy schodów to już ledwo lazłam, a na ich szczycie siedział Karol i poganiał: szybciej! szybciej! A schody były strome i wydawały się nie mieć końca.
Do dwójki było na szczęście w dół, ale chyba tylko po to, żeby po niej napotkać kolejne schody wiodące na następny fragment skarpy. Do tego jakiś dziadek z wnuczką zaczęli mnie dopingować i głupio mi było przystawać co kilka schodków, ale też biec nie byłam w stanie. Na szczęście to były już ostatnie schody i aż do jedenastki było w miarę po płaskim. Nawigacyjnie było łatwo, jak to na ogół po mieście. Trzeba było tylko uważać przy ósemce, bo jak organizatorzy informowali na starcie, do punktu nie można było biec na skróty, bo ktoś zamknął furtkę i trzeba było ulicami naokoło. Ja sobie oczywiście przypomniałam o tym gdzieś koło dziesiątki, ale mi i tak jakoś bardziej pasowało ulicami, więc pobiegłam dobrze.
Jedenastka stała u góry skarpy, a dwunastka na dole. Na szczęście nie było między nimi schodów (bo tych miałam już dość) tylko kręta ścieżka. Nie powiem stromo było, ale dawało radę. Po dwunastce jeszcze tylko dwa łatwe punkty przy ulicy i meta w wiadomym miejscu.
To, że nie miałam żadnych rywalek nie znaczyło, że nie dawałam z siebie wszystkiego, a już szczególnie na dobiegu do mety. W końcu jakiś przyzwoity czas mieć wypada, a i tak na schodach bardzo dużo traciłam. 
Jakiś czas po mnie wrócił Tomek, który nawet w mieście potrafi sobie urozmaicić przebieg, na przykład wracając się kawał drogi do pominiętego punktu. On to potrafi! 
Po powrocie Tomka już nie czekaliśmy na rozwój wydarzeń, bo nawet nie wiedzieliśmy czy na koniec dnia będzie jakaś oficjałka, tylko pognaliśmy do samochodu, żeby jak najszybciej zacząć regenerować przed kolejnym dniem zawodów.

Moja trasa.
 

Grand Prix Mazowsza 2025 im. Andrzeja Krochmala - etap 1, czyli azymuty ku czci Andrzeja i zuchwała kradzież butów.

Weekend spędziliśmy na Grand Prix Mazowsza 2025 im. Andrzeja Krochmala.  Zawody były daleeeko, bo aż pod Wyszogrodem, a ponieważ na sobotę przewidziano aż dwa etapy, to nie opłacało nam się po pierwszym wracać do domu i staliśmy się takimi sobotnimi tułaczami. Dobrze, że impreza zaczynała się o ludzkiej godzinie, a nie bladym świtem, bo miałam minutę zerową. Za mną w dwuminutowych odstępach startowały moje dwie rywalki, co znaczyło, że jeśli je spotkam na trasie, to nie jest dobrze:-)
 
Przed startem.

Z bazy zawodów na start trzeba było dojść kilkaset metrów, a ponieważ Tomek startował ponad pół godziny po mnie, to nawet mnie odprowadził żeby nagrać mój start i odnieść ubrania do samochodu, bo zimno było, że brrrr, ale znowu nie na tyle, żeby biec w kurtce:-)
Dojście na start na końcowym odcinku wiodło przez krzaczory, ścięte gałęzie i ogólny leśny bałagan, ale nie spodziewałam się, że to samo czeka nas na dobiegu do lampionu startowego. A tymczasem wyglądało to tak:
 
Kicamy nad leżącymi gałęziami.

Mapę obejrzałam dopiero przy lampionie startowym, bo na torze przeszkód wolałam patrzyć pod nogi. Wyglądało, że prawie wszędzie trzeba biec na azymut, co mi akurat pasuje, bo lubię. Zresztą na zawodach upamiętniających Andrzeja nie mogłabym inaczej, bo to On uczył mnie obsługi kompasu, ustawiania azymutu i trzymania się go.
Punkt pierwszy i drugi weszły jak po maśle i to chyba uśpiło moją czujność. Ponieważ dwójka stała w gęstwinie, więc odchodząc od niej zaczęłam omijać różne przeszkody i coraz bardziej znosiło mnie w lewo. Nie skorygowałam, zakładając, że zwykle znosi mnie w prawo, więc samo powinno się wyrównać. A tymczasem rozminęłam się z punktem, ba nawet z całym obniżeniem. W końcu ogarnęłam, że jestem za daleko, wróciłam na granicę kultur i po chwili znalazłam lampion.
 
Gdzie ta trójka?

Trochę mnie ta sytuacja zdenerwowała, no bo te dwie rywalki za plecami, więc jeszcze dokładniej pilnowałam dalszych azymutów, dzięki czemu na kolejne punkty wychodziłam bezbłędnie.
Początkowa część trasy mało sprzyjała bieganiu, dopiero gdzieś od ósemki las zrobił się bardziej przebieżny. Za to cały czas teren był pofałdowany i urozmaicony, co też dawało po drodze różne punkty odniesienia ułatwiająca nawigację.
Dziesiątki szukałam troszkę za wcześnie, ale w sumie miałam tego świadomość i idąc wzdłuż linii wysokiego napięcia, trafiłam gdzie trzeba. Przy dwunastce praktycznie nie było ścieżki przy której na mapie zaznaczony był punkt, więc szukałam przy sąsiedniej, ale ponieważ odległość między istniejącą i nieistniejącą ścieżką była mała, więc wypatrzyłam lampion.
Prawdziwy problem pojawił się przy czternastce. Od trzynastki odeszłam dobrze i nawet przez chwilę trzymałam się kreski, potem zaczęło mnie znosić coraz bardziej w prawo, zobaczyłam z daleka lampion, podbiegłam i ... to nie był mój. Lampion stał na kopczyku, więc wyszukałam na mapie wszystkie okoliczne kopczyki i bardzo się zdziwiłam. No, niemożliwe żeby mnie aż tak zniosło! Jak się potem okazało, to na czym byłam, na mapie oznaczono jako górkę, a nie kopczyk i stąd moja dezorientacja. Bo kopczyki były jednak trochę bardziej oddalone. Zgłupiałam doszczętnie, więc postanowiłam podejść do linii wysokiego napięcia i pójść od niej grzbiecikiem na zachód. To był dobry pomysł, bo po chwili natrafiłam na mój lampion.

Trochę pokrążyłam przy czternastce.

Zostały mi jeszcze trzy punkty, na szczęście łatwe i wyznakowany dobieg do mety. Dobieg litościwie był lepszy niż wybieg na starcie, więc mogłam przyspieszyć. Oczywiście przy stracie na czternastce była to sztuka dla sztuki, choć bywa, że czasem liczą się sekundy, więc trzeba walczyć do końca. Moich rywalek jeszcze nie było na mecie, a przynajmniej ja ich nie widziałam, no ale wybiegały po mnie, więc to jeszcze nic nie znaczyło. Potem wrócił Tomek ze swojej trasy i sprawdził wyniki w Internetach. I co ja widzę?! Wygrałam! Dziewczyny gubiły się jeszcze dłużej niż ja.
 
Tomek na mecie.

Moje rywalki rozczarowały mnie jednak oświadczając, że w popołudniowym etapie nie startują. No i co mi po takiej rywalizacji samej ze sobą. To już wolałabym przegrać z nimi niż wygrać walkowerem. No ale co, nie każdemu pasuje cały dzień spędzić poza domem i takich osób rezygnujących z drugiego etapu było więcej.
Chwile posiedzieliśmy jeszcze w bazie żeby odpocząć, pogadać ze znajomymi, a potem ukradłam buty Markowi i szybciutko wyjechaliśmy do Wyszogrodu, gdzie po południu miał się odbyć drugi etap.
(O butach to już w kolejnym odcinku.)

Moje przebiegi i błądzenia.