Pokazywanie postów oznaczonych etykietą azymut. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą azymut. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 kwietnia 2025

Grand Prix Mazowsza 2025 im. Andrzeja Krochmala - etap 1, czyli azymuty ku czci Andrzeja i zuchwała kradzież butów.

Weekend spędziliśmy na Grand Prix Mazowsza 2025 im. Andrzeja Krochmala.  Zawody były daleeeko, bo aż pod Wyszogrodem, a ponieważ na sobotę przewidziano aż dwa etapy, to nie opłacało nam się po pierwszym wracać do domu i staliśmy się takimi sobotnimi tułaczami. Dobrze, że impreza zaczynała się o ludzkiej godzinie, a nie bladym świtem, bo miałam minutę zerową. Za mną w dwuminutowych odstępach startowały moje dwie rywalki, co znaczyło, że jeśli je spotkam na trasie, to nie jest dobrze:-)
 
Przed startem.

Z bazy zawodów na start trzeba było dojść kilkaset metrów, a ponieważ Tomek startował ponad pół godziny po mnie, to nawet mnie odprowadził żeby nagrać mój start i odnieść ubrania do samochodu, bo zimno było, że brrrr, ale znowu nie na tyle, żeby biec w kurtce:-)
Dojście na start na końcowym odcinku wiodło przez krzaczory, ścięte gałęzie i ogólny leśny bałagan, ale nie spodziewałam się, że to samo czeka nas na dobiegu do lampionu startowego. A tymczasem wyglądało to tak:
 
Kicamy nad leżącymi gałęziami.

Mapę obejrzałam dopiero przy lampionie startowym, bo na torze przeszkód wolałam patrzyć pod nogi. Wyglądało, że prawie wszędzie trzeba biec na azymut, co mi akurat pasuje, bo lubię. Zresztą na zawodach upamiętniających Andrzeja nie mogłabym inaczej, bo to On uczył mnie obsługi kompasu, ustawiania azymutu i trzymania się go.
Punkt pierwszy i drugi weszły jak po maśle i to chyba uśpiło moją czujność. Ponieważ dwójka stała w gęstwinie, więc odchodząc od niej zaczęłam omijać różne przeszkody i coraz bardziej znosiło mnie w lewo. Nie skorygowałam, zakładając, że zwykle znosi mnie w prawo, więc samo powinno się wyrównać. A tymczasem rozminęłam się z punktem, ba nawet z całym obniżeniem. W końcu ogarnęłam, że jestem za daleko, wróciłam na granicę kultur i po chwili znalazłam lampion.
 
Gdzie ta trójka?

Trochę mnie ta sytuacja zdenerwowała, no bo te dwie rywalki za plecami, więc jeszcze dokładniej pilnowałam dalszych azymutów, dzięki czemu na kolejne punkty wychodziłam bezbłędnie.
Początkowa część trasy mało sprzyjała bieganiu, dopiero gdzieś od ósemki las zrobił się bardziej przebieżny. Za to cały czas teren był pofałdowany i urozmaicony, co też dawało po drodze różne punkty odniesienia ułatwiająca nawigację.
Dziesiątki szukałam troszkę za wcześnie, ale w sumie miałam tego świadomość i idąc wzdłuż linii wysokiego napięcia, trafiłam gdzie trzeba. Przy dwunastce praktycznie nie było ścieżki przy której na mapie zaznaczony był punkt, więc szukałam przy sąsiedniej, ale ponieważ odległość między istniejącą i nieistniejącą ścieżką była mała, więc wypatrzyłam lampion.
Prawdziwy problem pojawił się przy czternastce. Od trzynastki odeszłam dobrze i nawet przez chwilę trzymałam się kreski, potem zaczęło mnie znosić coraz bardziej w prawo, zobaczyłam z daleka lampion, podbiegłam i ... to nie był mój. Lampion stał na kopczyku, więc wyszukałam na mapie wszystkie okoliczne kopczyki i bardzo się zdziwiłam. No, niemożliwe żeby mnie aż tak zniosło! Jak się potem okazało, to na czym byłam, na mapie oznaczono jako górkę, a nie kopczyk i stąd moja dezorientacja. Bo kopczyki były jednak trochę bardziej oddalone. Zgłupiałam doszczętnie, więc postanowiłam podejść do linii wysokiego napięcia i pójść od niej grzbiecikiem na zachód. To był dobry pomysł, bo po chwili natrafiłam na mój lampion.

Trochę pokrążyłam przy czternastce.

Zostały mi jeszcze trzy punkty, na szczęście łatwe i wyznakowany dobieg do mety. Dobieg litościwie był lepszy niż wybieg na starcie, więc mogłam przyspieszyć. Oczywiście przy stracie na czternastce była to sztuka dla sztuki, choć bywa, że czasem liczą się sekundy, więc trzeba walczyć do końca. Moich rywalek jeszcze nie było na mecie, a przynajmniej ja ich nie widziałam, no ale wybiegały po mnie, więc to jeszcze nic nie znaczyło. Potem wrócił Tomek ze swojej trasy i sprawdził wyniki w Internetach. I co ja widzę?! Wygrałam! Dziewczyny gubiły się jeszcze dłużej niż ja.
 
Tomek na mecie.

Moje rywalki rozczarowały mnie jednak oświadczając, że w popołudniowym etapie nie startują. No i co mi po takiej rywalizacji samej ze sobą. To już wolałabym przegrać z nimi niż wygrać walkowerem. No ale co, nie każdemu pasuje cały dzień spędzić poza domem i takich osób rezygnujących z drugiego etapu było więcej.
Chwile posiedzieliśmy jeszcze w bazie żeby odpocząć, pogadać ze znajomymi, a potem ukradłam buty Markowi i szybciutko wyjechaliśmy do Wyszogrodu, gdzie po południu miał się odbyć drugi etap.
(O butach to już w kolejnym odcinku.)

Moje przebiegi i błądzenia.

piątek, 25 marca 2022

Niewiadoma, czy nie wiadomo, gdzie jest las?

W niedzielę miała odbyć się 3 runda WMTour, ale w ostatniej chwili organizator odwołał imprezę. Jak wiadomo przyroda nie lubi próżni, więc nie minęła dłuższa chwila i jak królik z kapelusza wyskoczyły ZZK w Olszewnicy. Nam pasują każde zawody, wiec od razu zgłosiliśmy akces.

Idziemy na start.

Mapa nazywała się Niewiadoma, ale jaka to tam niewiadoma, jeśli już nie raz tam się biegało. Mimo to kiedy stanęłam przy starcie, w żaden sposób nie mogłam zlokalizować północy i lasu. To znaczy żeby to co na mapie, było zgodne z tym, co przed oczami. Tak to mniej więcej wyglądało:
 
Tam jest las kochanie!
 
W końcu znalazła się i północ i las i ruszyłam. W okolicach drugiego punktu, który nota bene nie stał prawidłowo, ale i tak na niego wyszłam, dogonił mnie Tomek. Potem razem biegliśmy do PK 3, PK 4 i jeszcze kawałek dalej, ale przed piątką nasze trasy się rozeszły.

Widzę lampion!

To jak dalej?
 
Ledwo rozstałam się z Tomkiem, a już wkrótce biegłam w towarzystwie Hani. Pewnie każda z nas się łudziła, że jakoś uda się tę drugą zgubić i w efekcie raz jedna była pierwsza na kolejnym punkcie, raz druga. 
Przy dwunastce Hania była pierwsza i już z daleka było widać, że coś jest nie tak. Nigdzie nie było widać lampionu, a wyszłyśmy niezależnie w to samo miejsce. Po chwili dołączył do nas jeszcze Mateusz, więc wyglądało, że jednak szukamy w dobrym miejscu. Cóż, rozstawiaczowi punktów coś się najwyraźniej pokiełbasiło i postawił lampion nie tam, gdzie powinien. Po dwunastce nasze drogi rozeszły się, bo Hania pobiegła do drogi, a ja, jak zwykle, ruszyłam na azymut. Niestety, ponieważ namierzyłam się ze źle stojącego punktu, zamiast biec po linii, leciałam równolegle do niej, ale z przesunięciem na zachód. Tym sposobem trzynastkę trochę przebiegłam i dopiero kiedy górka zaczęła mi się kończyć, zorientowałam się, że jestem za daleko.
Czternastka weszła gładko, zaniepokoił mnie tylko brak Hani, bo nie wiedziałam, czy została w tyle, czy wyprzedziła mnie. Piętnastka stała znowu nie w tym miejscu, co powinna i powtórzyłam manewr z dwunastki, czyli namierzyłam się z niewłaściwego miejsca. Tym sposobem rozminęłam się z szesnastką, ale za to w oddali mignęła mi Hania biegnąca już na kolejny punkt. Z tą szesnastką chwilę mi zeszło, za to kolejne dwa punkty stały gdzie trzeba i były dość proste, bo każdy w pobliżu ścieżki.
Do dziewiętnastki było pod górkę i w zasadzie to już nawet nie próbowałam biec, a jedynie lazłam pocieszając się, że zaraz meta. Jakoś do niej dobrnęłam. Z Hanią oczywiście przegrałam - ona twierdzi, że jej drogowy wariant był lepszy niż mój azymutowy, ale powiedzmy sobie szczerze - biegowo jestem przy niej cienias, bo tam gdzie ja lezę, ona w najgorszym przypadku dziarsko maszeruje.
A tak wygląda mój przebieg:
 


wtorek, 15 lutego 2022

WesolInO

W sobotę WesolInO. Znowu blisko domu, ale za to długa trasa, bo aż 6,2 km. Tym razem byłam wyspana, najedzona i gotowa na wszystko. 
 
Tradycyjna fotka przedstartowa.
 
Przyjechaliśmy wcześnie i jako jedni z pierwszych ruszyliśmy do lasu. Od razu miałam dylemat czy zacząć drogami, czy od razu ciąć przez las, ale tradycyjnie wybrałam azymut. Las wyglądał na przebieżny i wręcz zachęcał, żeby biec.

Ścieżką, czy lasem?
 
Dobra, lecę lasem.
 
Niby jedynka była łatwiutka, ale już od samego startu zaczęło znosić mnie w lewo i w końcu niemal dobiegłam do drogi, którą miałam NIE BIEC. Odbiłam więc w prawo, przekroczyłam drogę poprzeczną i wcale nie widziałam nigdzie lampionu. Postanowiłam więc namierzyć się od pobliskiego budynku i idąc w jego stronę natknęłam się na punkt. Na śladzie nie wygląda żebym jakoś szczególnie błądziła, ale wiem, że mogłam zrobić to dużo lepiej. 
Do dwójki znowu zniosło mnie w lewo i nie mogłam wyczaić w młodniku właściwej polanki. Oczywiście wyczesałam ją, bo w końcu młodnik miał ograniczoną powierzchnię, ale już po tych dwóch nieudanych punktach byłam mocno zdegustowana.
 
PK 1 i PK 2
 
Zawzięłam się w sobie i na trójkę pobiegłam już po kresce. Nie dam się znosić w lewo! Moje postanowienie biegania po kreskach całkiem dobrze się sprawdzało i dalej już szłam jak po sznurku, za to po piątce pojawiła się WYDMA. Nie powiem - nieźle dała mi w kość. Początkowo jeszcze próbowałam walczyć i usiłowałam wbiegać na nią, ale od pewnego momentu już tylko szłam, a potem lazłam. Jak ja zazdroszczę tym, którzy potrafią biec pod górę. Dla mnie nawet powolny spacer jest wyzwaniem:-(
Dwunastka trochę mnie wykiwała. Z oglądu mapy spodziewałam się wyraźnie zarysowanego młodnika, tymczasem młodnik zdążył już wyrosnąć i... nie zauważyłam go. Dopiero po chwili ogarnęłam, że to co widzę przed sobą, to ta właściwa granica kultur. Jak się człowiek na coś nastawi, to potem ciężko zmienić swoje wyobrażenie.
 
Zmyłka przed PK 12
 
Między trzynastką, a czternastką spotkałam Tomka, biegnącego w przeciwnym kierunku. Dobrze, że postanowiłam biec drogą, a nie na azymut, bo dzięki temu mam pamiątkę z trasy:

 
Między PK 13, a PK 14

Reszta trasy była łatwa, bo kreski były widoczne niemal na ziemi i żadnych większych górek po drodze nie było. Na mecie czekał już Tomek, z lekka zdegustowany, bo zgubił mu się jeden punkt i zaliczył NKL-kę.


Dobieg do mety.

Wynik tradycyjnie umiarkowanie satysfakcjonujący, ale nie ostanie miejsce! :-) Chyba trzeba zacząć biegać krótsze trasy... Chociaż z drugiej strony, to kto mi zabroni siedzieć w lesie ile tylko chcę?!
 
Cała trasa.

wtorek, 30 czerwca 2020

Zagubiona w Zolskim Bagnie.

Chyba muszę zacząć mówić, że ostatnio na wszystkich zawodach to gubię się specjalnie, żeby mieć o czym pisać, bo mi czytelnictwo spada. Bo już naprawdę mi głupio wciąż przyznawać się do totalnej ignorancji w nawigacji. Im więcej doświadczenia, tym gorzej idzie? No, coś nie tak. Słusznie podejrzewacie - Warszawską Milę skopałam aż miło.


Pamiątkowa przedstartowa fotka.

Pogoda na bieganie zapowiadała się taka sobie, a jak już byliśmy gotowi do startu, to zaczęło padać. Mieliśmy dylemat - lecieć czy przeczekiwać? Ale bo to wiadomo, czy nie będzie jeszcze gorzej? Postanowiliśmy wystartować mimo deszczu.
Ponieważ Tomek ma ostatnio jedną nóżkę bardziej, więc wyjątkowo zrezygnował z najdłuższej trasy i obydwoje wybraliśmy średnią. Tradycyjnie ja ruszyłam pierwsza, bo mi zawsze dłużej schodzi.

Start (jak widać).

Plan na jedynkę miałam taki: polecieć ścieżką do skrzyżowania pierwszego albo drugiego (bez znaczenia),  od skrzyżowania namierzyć się na azymut, pobiec, podbić i gotowe. Ruszyłam. Im dalej biegłam, tym bardziej nie było widać żadnych skrzyżowań. No dobra, musiałam przegapić, ale przecież nie będę wracać na start. W końcu jakieś zobaczyłam, ale które to z kolei? Na pewno nie pierwsze sądząc z pokonanej odległości, drugie też raczej nie. Trzecie? Czwarte? Piąte? Które by nie było, trzeba skręcić na wschód. Miałam nadzieję, że może gdzieś wypatrzę Tomka, który miał startować zaraz po mnie i śledząc go trafię na punkt. Dookoła co prawda widziałam nawet sporo osób, ale każdy biegł w inną stronę i miałam poczucie jakiegoś kosmicznego chaosu. To chyba przez to, że jedynka (znajdująca się niewątpliwie gdzieś w pobliżu) była punktem potrójnym. Tak sobie biegłam, biegłam, biegłam, trochę szłam i wydawało mi się, że to już stanowczo za długo trwa, ale nie miałam pomysłu co zrobić. W końcu gdzieś w oddali zamigotało mi coś pomarańczowego. Lampion! Rzuciłam się do niego pędem. Od razu sprawdziłam kod i zgodnie z moimi podejrzeniami nie była to jedynka, tylko szóstka. Ale przynajmniej wiedziałam wreszcie gdzie jestem. Z szóstki udało mi się bezproblemowo dotrzeć do jedynki i wreszcie miałam zaliczony pierwszy punkt. Zajęła mi ta cała operacja prawie 12 minut. Niezły początek!

Jedynkę ominęłam łukiem.


Dwójka miała być za bagienkiem. Bałam się, że po deszczach mogą być trudności z przejściem na krechę, ale okazało się, że nie jest tak źle. Źle było tylko z moim kierunkiem, bo tradycyjnie zaczęło ściągać mnie w prawo. Oczywiście dowiedziałam się o tym dopiero kiedy dotarłam do ścieżki, której wcale nie powinno być przed punktem. Ponieważ w zasięgu wzroku miałam skrzyżowanie, więc mogłam się zlokalizować i namierzyć. Poszło. Trójka, o dziwo, weszła bezproblemowo - może dlatego, że była blisko i nie zdążyło mnie nigdzie znieść. Czwórkę oczywiście przestrzeliłam i znowu pomocne było skrzyżowanie oraz przechodząca obok zawodniczka, która upewniła mnie, że jestem tam, gdzie myślę, że jestem. Ale za to na piątkę poszłam jak po sznurku. Aż do dziesiątki miałam dobrą passę, trafiałam bezproblemowo, nigdzie mnie na boki nie znosiło i już się nawet zaczęłam cieszyć z lekka, że tak dobrze idzie. I znowu stało się jak w Bajeczkach Babci Pimpusiowej:

Latał sobie z radarem pewien gacek młody
I po drodze omijał przeróżne przeszkody,
Lecz właśnie gdy się cieszył, że je tak omija,
Wpadłszy na jedną z przeszkód rozbił sobie ryja.

 
Ja rozbiłam sobie ryja na jedenastce. Na dziesiątce ustawiłam azymut, który leciał skrajem terenu podmokłego i ruszyłam. Szło się ciężko, bo las był w bruzdach i trzeba było dobrze uważać żeby nóg nie połamać. Nie miałam pojęcia jak znaleźć wykrot jeśli nie wejdę na niego idealnie, bo teren był idealnie cały jednakowy, zarośnięty wysokim poszyciem. Po chwili nie miałam pojęcia gdzie jestem, bo kompasowi to tak do końca nie wierzyłam. I słusznie zresztą, bo znowu sprowadził mnie na prawo. W końcu zdecydowałam, że nie ma sensu kręcić się po krzakach, trzeba wyjść do drogi i od niej się namierzać. Przy skrzyżowaniu spotkałam Piotrka, który też się stamtąd namierzał, ale na coś innego, a szkoda, bo bym się podpięła na bezczelnego:-) Szłam, szłam i szłam, a wykrotu ani śladu. Tym niemniej chyba byłam już blisko, bo najpierw spotkałam młodego chłopaczka, a potem dorosłego zawodnika i obydwaj szukali tego co i ja. Przez dłuższą chwilę nawet we trójkę nie mogliśmy znaleźć, w końcu szczęście uśmiechnęło się do mnie. Zawołałam całe towarzystwo, bo taka świnia to nie jestem, żeby podbić w konspiracji i zwiać.

Jedenastka zatrzymała mnie aż na 17 minut!

Dwunastkę znalazłam z lekkimi oporami, ale potem było już tylko lepiej. Nagle poprawiło mi się bieganie na azymut i przestało mnie znosić i na kolejne punkty wchodziłam bezbłędnie. Zupełnie tego nie rozumiem - dlaczego raz tak bardzo ściąga mnie na prawo, a za chwilę wszystko idzie idealnie. Przecież za każdym razem postępuję dokładnie tak samo.
Tomek mimo nóżki bardziej dotarł na metę dużo, dużo wcześniej niż ja i był już z lekka zaniepokojony moją przedłużającą się nieobecnością.

Meta!
Jak widać, w końcu się doczekał:-)
Do wyników to aż się bałam zaglądać, bo to jednak przykre zobaczyć swoje nazwisko na szarym końcu i faktycznie byłam w  ścisłym ogonie, tuż przed panami Chachurskimi, którzy - podejrzewam - szli sobie szkoleniowo ze względu na młodszego. Cóż, trzeba jakoś przełknąć tę żabę....


A to wszystkie moje wyczyny.

niedziela, 3 marca 2019

4 sekundy wyciśnięte z buraka.

Tak się czasem włóczę po Internetach i czytam różne takie biegowe strony i na którejś z nich wyczytałam, że anemicy to tak średnio mają szansę na szybkie bieganie. Ponieważ ja zawsze miałam dość marne wyniki krwi, więc od razu poleciałam zrobić sobie morfologię, bo jak wyjdzie nie bardzo, to będę miała czarno na białym, że to nie ja jestem winna marnemu bieganiu, tylko anemia. Wyszło tak sobie - jeszcze w granicach normy, ale na samiutkim dole widełek. No to (naczytawszy się uprzednio jak polepszyć parametry bez leków) od razu poleciałam do sklepu i kupiłam wątróbkę, kaszankę i salceson. Za wątróbką nie przepadam prawdę mówiąc, kaszanka jest dla mnie raczej neutralna, a salceson lubię. Tak poleciałam po mięsnych rzeczach, bo ponoć żelazo hemowe lepiej się wchłania. Ale, ale - co sobie będę żałować? Następnego dnia dokupiłam worek buraków, pęczek pietruszki i chciałam jeszcze kilo gwoździ, ale w Auchan nie mieli:-( Pocieszyłam się, że w takiej pędzonej pietruszce to oprócz żelaza mam jeszcze pewnie całą tablicę Mendelejewa, więc i tak jestem do przodu i na swoje wyjdę. Z buraków utoczyłam trochę soku, spróbowałam, powstrzymałam odruch wymiotny i czym prędzej dorzuciłam do sokowirówki marchewkę i jabłko. Takie trio weszło bezproblemowo. Po fazie eksperymentów na własnym, żywym organizmie, postanowiłam napój przetestować na większej próbie badawczej, czyli na Tomku (większy ode mnie). Ustaliliśmy, że w sobotę przed parkrunem wypijamy po szklance soku i lecimy zrobić życiówki. Udało nam się wcisnąć w siebie po niepełnej szklance cudownego napoju, bo wcześniej zjedliśmy śniadanie i miejsce w żołądku było zajęte. Przed biegiem zrobiliśmy porządną rozgrzewkę, żeby nie było to czy tamto i od startu ruszyliśmy ostro. Moja tradycyjna konkurentka, podobnie jak tydzień wcześniej, została z tyłu, a ja gnałam napędzana tymi burakami. Gdzieś w połowie trasy konkurentka dogoniła mnie, wymieniłyśmy grzeczności, po czym przyspieszyłam zostawiając ją za plecami. Nooo, tego jeszcze nie przerabiałam.

 Fotka z parkrunowego fejsa - autorem jest Arek.

Gdzieś tak przed ostatnią prostą trochę chyba musiałam zwolnić, bo parę osób mnie wyprzedziło, chociaż może po prostu zaczęli tak wcześnie finiszować. Konkurentka dopadła mnie przed ostatnim zakrętem, ale słyszałam, że dyszy nie mniej ode mnie. Długą chwilę biegłyśmy łeb w łeb. Zdekoncentrował mnie Tomek, który widząc co się dzieje, zaczął mnie dopingować. Niestety, okazało się, że doping bardziej pomógł rywalce i wyprzedziła mnie o 5 sekund. Ale i tak pobiłam własny rekord i mam nową życiówkę! Poprawiłam swój rekord o całe CZTERY sekundy!Tomek swój też! Ale tylko o trzy:-) Ludzie! Jakie te buraki człowiekowi dają przyspieszenie! :-)
W drodze do Wesołej (bo pojechaliśmy jeszcze na WesolInO) doczytałam w Internetach, że tego soku to trzeba wypić pół litra żeby zadziałał, a nie - jak my - małą, niepełną szklaneczkę. Bo widzicie - najważniejsze, że my w te buraki uwierzyliśmy! Pomogło! Zresztą gdybym wypiła pół litra soku, to czas miałabym dużo, dużo gorszy, bo na trasie biegu nie ma toalet i musiałabym pewnie lecieć na najbliższą stację benzynową.

Na WesolInO już nie planowałam bić żadnych rekordów, a jedynie nie zgubić się i dotrzeć na metę. Kiedy zobaczyłam mapę, jeszcze bardziej zapragnęłam nie zgubić się. Na mapie większą część kartki zajmował opis punktów i legenda, tak 2/3 strony było po prostu białe, niezadrukowane, a w rogu widniały kółeczka oznaczające PK i linie łączące te kółeczka. Jak się dobrze przyjrzeć, to można było jeszcze gdzieniegdzie odnaleźć jakieś szczątki treści pod kółeczkami i liniami i... to wszystko. Jednym słowem - trasa Świętego Azymuta.

Chyba na tuszu oszczędzają:-)

Całe szczęście, że akurat azymuty, to jedna z niewielu rzeczy, które mi w tej orientacji dość dobrze wychodzą, więc założyłam, że jakoś dam radę. Zresztą, dość niepostrzeżenie, przeminęły już czasy, kiedy zgubiwszy się wpadałam w panikę i albo biegłam gdziekolwiek przed siebie, albo wracałam na metę, jeśli wiedziałam gdzie ona jest. Teraz potrafię się zlokalizować porównując mapę z terenem i zamiast histeryzować, myślę. Nawet działa.
Moja trasa miała pięć kilometrów i trochę podbiegów. Ponieważ po rekordach byłam już ciut wycięta, więc nie nastawiałam się na szybkość, a jedynie celność. I muszę przyznać, że z tym ostatnim nie miałam problemów. Truchtałam sobie z punktu na punkt, na azymut oczywiście i z reguły zawsze wychodziłam na lampion, a jak nie, to przynajmniej był w zasięgu wzroku. Pod górę częściej podchodziłam niż wbiegałam, przez las też nie zawsze dało się biec, toteż i czas miałam taki mniej ambitny - prawie godzinę. Na dobiegu do mety spotkałam Tomka i na ostatniej prostej zrobiliśmy sobie wyścig. Wygrałam. Albo dał mi wygrać:-)
Muszę przyznać, że sobota była dobrze wybieganym dniem!

Tak wygląda mój przebieg. Chyba dość przyzwoity?