Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XIX Nocne Manewry XXIV Mistrzostwa Polski w Nocnych Marszach na Orientację. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XIX Nocne Manewry XXIV Mistrzostwa Polski w Nocnych Marszach na Orientację. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 marca 2015

XIX Nocne Manewry XXIV M P w Nocnych Marszach na Orientację - zakończenie

Jeszcze nie minęły trzy godziny snu, a już kur zapiał. S - kur ... chciałoby się powiedzieć.
Nie było jednak zmiłuj, bo do 10-tej trzeba było opuścić ośrodek, a tu jeszcze miała się odbyć medalacja zwycięzców. Pakowanie się w półśnie, śniadanie w półśnie, doprowadzanie pomieszczeń do użytku w półśnie.
W końcu wszyscy, którzy zdążyli ożyć, zgromadzili się w jadalni. Dyrekcja imprezy przemówiła, a następnie wręczyła takie medale:

takim osobnikom, płci mieszanej, zgodnie z kategorią występowania:


A potem zrobiło się smutno, bo co chwilę ktoś się żegnał i odjeżdżał w siną dal i wreszcie zostali sami organizatorzy. Oraz lampiony w lesie. Wiadomo - kto sobie porozwieszał, ten zbiera. Litościwie siostry M. zadeklarowały pomoc i przejęły część naszych i część T. D. Siostry wsiadły na rowery, my we trójkę do autka i każde pojechało w wyznaczony rewir. Najpierw wysadziliśmy T. D., potem podjeżdżaliśmy kawałek i każde zbierało po swojej stronie drogi. Znowu podjazd i znowu zbiórka. W końcu po ostatnim kawałku wyszłam z lasu z torbą lampionów:


Na obrzeżach Skierniewic zgarnęliśmy T. D. i ruszyliśmy w stronę domu. Po tej przebieżce po lesie zgłodnieliśmy i widok punktu niezdrowego żywienia wywołał lekkie poruszenie.
- Zatrzymamy się coś zjeść - zapadła decyzja.
Akurat dogoniliśmy siostry M., które żwawo pomykały na rowerkach i wydzwoniliśmy je, żeby dołączyły do nas.
Pojedliśmy, popili, pośmiali się, podrzemali ...


Teraz już ruszyliśmy nieodwołalnie do Warszawy. Po chwili w samochodzie zaległa niebezpieczna cisza.
- Musimy rozmawiać z T. żeby nie zasnął - oznajmił T. D.
Ja co chwilę szturchałam T., T. D. usiłował podtrzymywać konwersację. W pewnym momencie zamilkł wpół zdania. Obróciłam się zaciekawiona i ku swemu przerażeniu zobaczyłam, że zwisa bezwładnie na pasach.
- Umarł! Umarł z przemęczenia! - pomyślałam ze zgrozą.
Trwałam tak w stuporze, nie wiedząc co zrobić, aż tu nagle T. D. jak umarł, tak nagle ożył i dokończył rozpoczęte zdanie. Akcja powtórzyła się jeszcze kilka razy i to tyle w temacie pomocy w utrzymaniu T. w świadomości za kierownicą.
- Zatrzymamy się na stacji benzynowej i kupisz mi jakiś dopalacz, bo zaraz zasnę - zaordynował T.
Pierwsza napotkana stacja była dopiero w budowie i chyba tylko cudem dojechaliśmy do następnej. Pobiegłam po napój ratujący życie, T. D. udał się do przybytku ulgi, a T. został w samochodzie. Co zastałam po powrocie? Jeden T. śpi na siedzeniu w autku, a drugiego nie ma w ogóle, czyli wiadomo gdzie śpi:-) Spacerując dokoła samochodu zastanawiałam się - co robić? Jednego budzić, a drugiego szukać? Czy może też się zdrzemnąć zamiast czuwać? Wreszcie, po kilku następnych minutach, jeden się znalazł, drugi obudził, wypił i ożył i mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. Dojechaliśmy chyba tylko siłą woli kierowcy, by wreszcie  nieodwołalnie paść już we własne łóżka.

środa, 18 marca 2015

XIX Nocne Manewry XXIV M P w Nocnych Marszach na Orientację - etap III

Rzeczywistość nie była tak romantyczna, jak wskazywałby na to wstęp - było po prostu buro, mokro i zimno. Dygocący z zimna organizatorzy czynili ostatnie przygotowania:

Wkrótce zaczęli pojawiać się pierwsi startujący z wszystkich kategorii:


T. z nabożnym przejęciem startował kategorię TU, dokładnie każdemu tłumacząc o co chodzi w tej pokręconej mapie, ja tymczasem uwieczniałam każdą chwilę, oślepiając ludzi lampą błyskową.
 W końcu całe TU było już na trasie i mogliśmy się na chwilę wymknąć na tezeta. T. D. zapowiedział nam, że musimy być z powrotem zanim "nasi" zaczną wracać, wiedzieliśmy więc, że pójdziemy tylko na najbliższe punkty. Udało nam się przetrwać całe przygotowania bez zajrzenia do tezetowskiej mapy, więc nie mieliśmy nic łatwiej niż inni. W odróżnieniu od pi z poprzedniego wieczoru, ta mapa wydawała się znacznie przyjaźniejsza człowiekowi. Chyba lubię takie, gdzie jest ogólny schemat i przybliżone miejsce punktu kontrolnego, a cały proces przypasowania odbywa się w terenie, a nie przy stoliku. Pomysł z "pamiętnikiem" generała, jak dla mnie, super!
Ruszyliśmy. Jeszcze zanim doszliśmy na start, doceniłam fakt, że nie musimy robić całej trasy. Byłam po prostu już strasznie zmęczona. Jednak za to łażenie to się trzeba było zabrać trzydzieści lat wcześniej, albo chociaż z dziesięć. Ale nic to! Bohatersko parłam naprzód wypatrując punktów 1 i 2, bo jakoś tak nam wyszło, że od nich zaczęliśmy. W lesie co chwilę pobłyskiwały latarki innych poszukiwaczy, ludzie wędrowali w różne strony - jednym słowem - ruch jak na Marszałkowskiej.
Postanowiliśmy po jedynce i dwójce zrobić krótki wypad za linię frontu i ku czci T. D. zebrać punkt znad Balatonu. Udało się, ale z czasem zaczęło być już krucho. W drodze powrotnej bezwstydnie zgarnęliśmy dwa punkty wspólne z naszą trasa, które osobiście rozstawiałam, ale ponieważ i tak nie stanowiliśmy swoim krótkim wypadem (ani też całokształtem) żadnej konkurencji dla nikogo, zrobiliśmy to dla zaspokojenia ciekawości - jak też one wyglądają nocą?
W bazie czekał już na sprawdzenie swojej karty jeden delikwent z trasy TU, po chwili zaczęli wracać następni. T. sprawdzał karty, a ja patrzyłam i chłonęłam tę tajemną wiedzę. Potem sama machnęłam ze dwie (pod światłym kierownictwem oczywiście) i uznałam, że to wcale nie takie trudne. Tkwiłam w tym przeświadczeniu do momentu, kiedy zaczęły pojawiać się pierwsze bepeki dotyczące tego samego punktu. Co ciekawe - część osób miała wpisany punkt zgodny ze wzorcówką. Trzeba było tę tajemnicę jakoś wyjaśnić. Wzięliśmy świadka i samochodem podjechaliśmy na właściwe miejsce. Z mapą i wzorcówką w ręku namierzyliśmy się i ... punkt w okopie był. Nasza radość z rozwiązania problemu nie trwała długo, bo znów zjawił się ktoś z bepekiem i znów zalęgły się w nas wątpliwości - coś musi być nie tak. Tym razem wzięliśmy ze sobą Sędzinę Główną. No bo w końcu po coś jest na tej imprezie, to niech się wykaże. Znowu namierzyliśmy się z mapą, wyliczyliśmy odległości i punkt znowu był. Fakt - okop był tak na granicy błędu odległości, ale jeszcze się łapał w kółeczko oznaczające PK. T. wpadł na pomysł żeby namierzyć się od drugiej strony i to wyjaśniło sprawę. Idąc od drugiej strony trafiliśmy na drugi okop - bez lampionu - i ten też był w granicach błędu. Punkt, według planu, miał stać w nim właśnie, co jednak ogólnej sytuacji specjalnie by nie zmieniło, bo w zależności od kierunku namierzania się każdy z okopów załapywał się na miano tego właściwego. Nasza Główna Sędzina, w swej niezmierzonej mądrości i wielkiej miłości ku bliźnim, podjęła salomonowe rozwiązanie - ona wpisy uznajemy za poprawne! Ostatecznych wyników specjalnie to nie zmieniało, ale wszyscy mogliśmy mieć poczucie, że wreszcie sprawa została uporządkowana.
Prawie do czwartej nad ranem trwało oczekiwanie na powrót wszystkich z lasu, ale przy ognisku, kiełbaskach i w miłym towarzystwie jakoś udało się dotrwać. Bałam się, że w ogóle nie zdążymy położyć się przed świtem, ale w końcu nadszedł ten cudowny moment przytknięcia głowy do poduszki (kto ją miał, bo ja swoją oddałam potrzebującym). Momentalnie zapadłam w sen, który wkrótce miał zostac brutalnie przerwany przez ...

c.d.n.

XIX Nocne Manewry XXIV M P w Nocnych Marszach na Orientację - wstęp do etapu III

Zbliżał się wieczór. Słońce, gdyby świeciło w tym dniu, powoli schylałoby się ku widnokręgowi, drzewa rzucałyby coraz dłuższe cienie, tymczasem jedynie deszcz szumiał delikatnie i jednostajnie, a mgła unosiła się nam moczarem.
Aby nie uronić nic z piękna otaczającej przyrody, Ojciec Dyrektor Imprezy zarządził start kolejnego etapu spod wiaty. Wiata co prawda okazała się być sporą budowlą, zadaszoną i zaścienioną, jednakowoż buzujący wewnątrz ogień stwarzał atmosferę zadumy, nostalgii, tajemnicy...


Każdy, kto pobrał mapę, siadał w ciszy i skupieniu i trwał tak w nieruchomej zadumie długie, długie chwile. Z nostalgią wspominał ciepły, przyjazny dom rodzinny, który został gdzieś tam daleko, ale jego pamięć pomagała nocnym wędrowcom przetrwać trudne chwile. Tajemnica mapy wydawała się nieodgadniona, rozpalała wyobraźnię, przyspieszała bicie serca, rozbudzała nadzieję.

XIX Nocne Manewry XXIV M P w Nocnych Marszach na Orientację - sobota

Tak sobie nieśmiało marzyłam kładąc się nad ranem, że sobotnie dopołudnie spędzę w łóżku zbierając siły przed kolejną nocką. No to bladym świtem obudził mnie jeden budzik; kiedy usiłowałam nie zwracać na niego uwagi - zadzwonił drugi, a po nim chyba ze dwa kolejne. Jeszcze próbowałam sobie wmówić, że śpię, ale ruch w pokoju robił się coraz większy i w końcu nawet udawać, że śpię się nie dało. Kolo dziewiątej byłam już na nogach. Zupełnie niepotrzebnie, bo do Skierniewic z resztą grupy nie jechałam, a na rozwieszanie trasy było jeszcze za wcześnie. Snułam się więc bezproduktywnie po ośrodku czekając na jakąś rozrywkę. Jedyną było podziwianie suszących się lampionów, które malowniczo obwieszały wszystkie krzesła w jadalni.

 
W końcu T. zarządził:
- Jedziemy rozwieszać trasę!
Dostałam przydziałową reklamówkę lampionów, wzorcówkę i zostałam wysadzona z samochodu w środku lasu. No dobra, prawie na jego skraju, ale jednak. Od razu przypomniało mi się jak pierwszy (i do tej chwili jedyny) raz rozwieszałam lampiony i jaki był efekt. W dobrze znanym lesie, tuż za płotem własnej posesji, w miejscu gdzie byłam ze sto razy, doznałam totalnego paraliżu mózgu i po powieszeniu kilku najbardziej oczywistych punktów musiałam wezwać posiłki. Cud, że do domu udało mi się wtedy trafić.
Tym razem jednak czułam się pewnie i byłam przekonana, że dam radę. Szybko myknęłam na najbliższą górkę, postawiłam punkt, do niego dwa stowarzysze i zeszłam do drogi namierzyć się do dołków. Pierwszy bez problemów, drugi też, a trzeciego nie ma. Niby znalazłam jakąś dużą dziurę w miejscu zaznaczonym na mapie, ale wydawało mi się z rekonesansu, że wcześniej była ciut większa. Większa, czy mniejsza - i tak miał w niej stanąć stowarzysz, więc rozmiar nie miał znaczenia. Namierzyłam się jeszcze raz, wyszło to samo, porozwieszałam co było do rozwieszenia i pomaszerowałam dalej. Mimo kropiącego deszczu był to całkiem przyjemny spacer. Udało się bez problemów odnaleźć wszystkie wyznaczone miejsca i w końcu zadowolona z dobrze wypełnionej misji wróciłam do bazy.
T. jeszcze nie było. Minęła godzina, a jego wciąż nie było, minęła kolejna, a ten przepadł. Już mi się różne mroczne wizje zaczęły pojawiać przed oczami, że może zabłądził, a może go niedźwiedź napadł, albo jakiś tubylec i kiedy w myślach już wybierałam kreację na pogrzeb, ten pojawił się w drzwiach - brudny, mokry, zmarnowany.
Niedługo ze Skierniewic wróciła ekipa uczestników imprezy i w bazie zrobiło się gwarno i wesoło. Wszyscy z utęsknieniem wypatrywali obiadu i kiedy tylko samochód z karmą podjechał pod próg, od razu znaleźli się pomagierzy do noszenia pojemników.

Obiad jak obiad, ale płyn występujący w roli kompotu zrobił piorunujące wrażenie. Był słodki i ... niebieski. Bardzo długo stał na stole i jakoś wszyscy woleli popijać płynami własnymi. Postanowiłam zaryzykować. Oto co owa tajemnicza mikstura robi z człowiekiem:

 
Po obiedzie "nadejszła uroczysta chwila". Przedstawiciel władz lokalnych oraz przewodniczący Komisji InO ZG PTTK (kolega W. F.) przemówili ludzkim głosem, co spotkało się z aplauzem licznie zgromadzonych inoków (aplauz na fotce poniżej).

 

Organizatorzy najlepszych imprez i najlepsi budowniczowie tras minionego roku zostali uhonorowani grawerowanymi dyplomami i dumni i bladzi pozowali do zdjęć.



A potem zaczęło się najlepsze ...
c.d.n.

wtorek, 17 marca 2015

XIX Nocne Manewry XXIV M P w Nocnych Marszach na Orientację - etap II


"I like π" - zatytułowany był drugi etap manewrów. Po obejrzeniu mapy zadecydowałam: I don't like π! Czytałam opis do mapy, ale jak zawsze nie byłam w stanie nadążyć za tokiem myślenia D. W. - budowniczego etapu. Ten to się zawsze musi nażreć jakichś świństw przed robotą:-( I nigdy się nie podzieli, sknerus!
Przy niebieskich i purpurowych kropkach, które przy słabym świetle i bez okularów wyglądały identycznie - poddałam się. T. przeprowadził indywidualne konsultacje w sprawie opisu i coś tam zrozumiał.
Ruszyliśmy.
Na początek LOPka, więc żadne cudo, zebraliśmy co było do zebrania, przeszliśmy przez rzeczkę i rozpoczęli atak na PK A. Nawet udało się znaleźć, aczkolwiek nie mogę przypisać sobie tej zasługi. T. widząc ogrom mojego zagubienia zarządził cięcie i klejenie mapy, żebym chociaż troszkę wiedziała gdzie i po co idę (poza aspektem towarzyskim). Zupełnie nie wiem dlaczego nie zrobiliśmy tego w bazie, przy świetle i na stoliku. Inni robili. Trochę rozjaśniło mi to obraz sytuacji, ale mój bunt przeciwko pi zdążył się już ugruntować.
Zeszliśmy między nóżkami do drogi (między nóżkami pi oczywiście), co niby miało mi ułatwić orientację. Tak sobie szliśmy tą drogą, ciemno, nic nie widać, a T. wypatrzył, że jesteśmy w okolicy pi orto. Uwierzyłam, bo co mi zależy i poszliśmy zgarnąć L, K, O i P. Po drodze już drugi raz na tym etapie spotkaliśmy A. K. Jak A. K. się gdzieś kręci to znaczy, że i punkty muszą być w okolicy. Spotkanie podniosło mnie na duchu - nie jesteśmy zgubieni w tym wielkim, ciemnym lesie!
Koniecznie chcieliśmy znaleźć punkt C, będący jednocześnie punktem T. Wydawał się tak charakterystyczny, że trudny do przeoczenia. A jednak! Po przeczesaniu kilku hektarów odpuściliśmy sobie. Mi zresztą nie zależało aż tak, żeby w lesie spędzić noc do rana. W ramach rekompensaty znaleźliśmy sobie E.
T. wciąż kusił ten zagubiony punkt. Zarządził nowe poszukiwania. Zagryzłam zęby i ruszyłam za nim. Jak się później okazało byliśmy już bardzo blisko i zabrakło nam dosłownie kilkudziesięciu metrów. Pierwszą napotkaną górkę nazwaliśmy więc sobie C-T w nadziei, że jeśli to nie ta prawdziwa, to chociaż stowarzysza da się z niej zrobić.
W ramach zbierania stowarzyszy, w drodze powrotnej zmieniliśmy właściwe A na stowarzyszone, bo taką mieliśmy fantazję. A kto nam zabroni?
Na koniec jeszcze druga LOPka i wreszcie baza. Godzina trzecia.  Po siedmiu godzinach w lesie (oba etapy) byłam tak wygłodzona, że bez względu na abstrakcyjną porę zarządziłam ... no właśnie - kolację, śniadanie? A nie! O tej porze, to podkurek. O! I tym sposobem miałam dwie imprezy w jednej:-)
Widok łóżka wyjątkowo mnie rozczulił, przylgnęłam do niego i miałam nadzieję, że do przyszłego wieczora nikt mnie z niego nie wyciągnie.

Ciąg dalszy o tym, jak bardzo się myliłam, już niedługo...

poniedziałek, 16 marca 2015

XIX Nocne Manewry XXIV M P w Nocnych Marszach na Orientację - etap I

Miałam już nigdy w życiu (a przynajmniej w najbliższej pięciolatce) nie iść na TZ, ale ponieważ przygotowywaliśmy jedną z tras TU, a TP to już przesada, nie pozostało nic innego jak złamać przyrzeczenie i na chwilę stać się tezetką, choćby i taką niedorobioną.
Wieczorem, razem z innymi startującymi zeszliśmy do jadalni...


... a tam starty na wszystkie możliwe trasy przewidziane na piątkową noc. Jako pierwszy trafił nam się etap "Łowicka wycinanka". Etap z gatunku: "nie kombinuj, tylko szukaj w lesie", więc od razu po przeczytaniu opisu wyszliśmy. Teoretycznie nie wyglądało to źle - był schemat trasy z naniesionymi miejscami przybliżonego pobytu PK, więc przynajmniej było wiadomo jak wrócić do bazy. 

Punkt pierwszy udało się przypasować już po kilku przemarszach wzdłuż drogi startowej i po jednym wejściu w las w niewłaściwym miejscu. Samo znalezienie lampionu też chwilę trwało, bo zupełnie nie wiem z jakiego powodu ktoś zadecydował, że Nocne Manewry muszą się odbywać nocą, kiedy nic nie widać. W każdym razie zgarnęliśmy zielone M i ruszyli dalej, do kolejnej kropki. Jakieś rowy towarzyszyły nam w drodze, więc zaznaczyliśmy D. Znowu na kolejną kropkę i znowu rowy. Musieliśmy wybrać kwiatka z zieloną obwódką i po dyskusjach, aczkolwiek bez stuprocentowego przekonania zdecydowaliśmy się na I. Kolejne rowy zasponsorowała nam literka A, a po A natrafiliśmy na kolejne I.To I w terenie wyglądało lepiej niż poprzednie i tym sposobem na naszej trasie było 2xI. A co sobie będziemy żałować?!
W drodze na kolejną kropkę spotkaliśmy konkurencję w postaci A. P. i W. M., która to konkurencja szła na wspak i większość trasy miała już za sobą. I co gorsza, o tej większości wyrażała się bez większego entuzjazmu. H jednak okazało się całkiem łatwe do znalezienia, zaś S musiało być S, bo nic innego nie szło tam dopasować. 
Potem dotarliśmy do muru. Za murem niewątpliwie była jakaś cywilizacja, a do cywilizacji bardzo już tęskniłam, bo nocny las to jednak najfajniejszy jest we wspomnieniach, a nie kiedy jest się w nim realnie. Niestety, do cywilizacji nie było wstępu, a że nie było też żadnego lampionu, więc przyjęliśmy, że jest to kwiatek bez PK.
Po chwili marszu dotarliśmy nad rzekę.Co prawda wybór kwiatków z zaznaczoną rzeką nie był duży, jednak chwilę trwało zanim ustaliliśmy zeznania i zaznaczyli L. Po L z układu dróg przypasowaliśmy F, a ponieważ F było niebieskie, kolejny punkt musiał być zielony. Musiał, ale nie chciał. Uparliśmy się, że wpasujemy tam PK K. Próbowaliśmy je znaleźć naszą wypróbowaną metodą - ja robię za świecący znacznik na drodze, a T. czesze wielkopowierzchniowo (jak to ktoś ujmująco nazwał w komentarzu do rocznej oceny imprez).
Tak czesząc bezskutecznie, w końcu natrafiliśmy na śmieszny punkcik z telewizorem. To pewnie dla tych, co zgubili kompas i muszą jakoś wyznaczyć kierunki świata, a wiadomo, że anteny satelitarne najczęściej skierowane są na południe. Z oglądu krajobrazu (o ile w środku zamglonej nocy można mówić o jakimkolwiek oglądzie) wyszło nam, że to musi być B. I to bez względu na to, że B jest niebieskie i F też było niebieskie. Może budowniczy się pomylił - rozmarzyliśmy się. 
K nie dawało nam spokoju - gdzieś przecież musiało być. Znowu zastosowaliśmy czesanie i w końcu T. znalazł coś K-podobnego. Kto wie, może nawet i to właściwe.
Został nam ostatni punkcik, drogą eliminacji wychodziło, że C. Nie chcąc przedzierać się na azymut, postanowiliśmy iść naokoło drogą. Na czasie i tak nam nie zależało, bo wszelkie przewidziane limity przekroczyliśmy już dawno, dawno temu. Drogą oczywiście zniosło nas za daleko na zachód i musieliśmy nadłożyć więcej drogi niż zakładaliśmy. Ale odpuścić punkt? W życiu! Toż myśmy tam nie na wynik poszli, tylko dla przyjemności! Chwilami wątpliwej przyjemności, ale umówmy się, że tak. 
Spokojnym krokiem udaliśmy się na metę spotykając po drodze tych, którzy już po odpoczynku wyruszyli na swoje drugie etapy.

etap 2 nastąpi ....

XIX Nocne Manewry XXIV M P w Nocnych Marszach na Orientację - ostatnie przygotowania

Do Bud Grabskich wyruszyliśmy w piątek bladym świtem koło dziesiątej. Dumni i bladzi, że załapaliśmy się na współorganizację tak prestiżowego wydarzenia, nie byliśmy w stanie dłużej usiedzieć w domu. Zresztą dostaliśmy misję specjalną do wykonania - odbiór materiałów promocyjnych z urzędu miasta w Skierniewicach. Po drodze nasza misja rozrosła się jeszcze o dokonanie zakupu różnych niezbędnych rzeczy typu koszulki na mapy czy musztarda po obiedzie i papier w taśmie:-)
Na miejsce podjechaliśmy niemal równocześnie z dwoma samochodami innych organizatorów, chociaż wcale nie umawialiśmy się co do godziny przybycia.
Po zasiedleniu przydzielonego pokoju, wszyscy rzucili się do prac przygotowawczych, tak żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik z chwilą pojawienia się pierwszych uczestników imprezy.
Troszkę dla rozgrzewki polatałam na miotle, bo nanieśliśmy od razu masę błota (eh, ta aura) i razem z T. rozwiesiliśmy bannery:

Potem przygotowałam zestawy materiałów promocyjnych dla każdego uczestnika:

W sekretariacie doszło do drobnych różnic zdań, ale już po chwili współpraca układała się dobrze:

D. i T. pod światłym przewodnictwem Z. poustawiali w jadalni krzesła i stoły:


Wreszcie zaczęło się!
W drzwiach pojawili się zawodnicy:


Jedni zainteresowani byli zaliczeniem trina i zasięgali języka w tej materii, inni - po zweryfikowaniu i nabyciu odznaki - pękali z dumy:


Ale najważniejsze i tak miało zacząć się dopiero wieczorem ...

niedziela, 8 marca 2015

Budy Grabskie - rekonesans

Nie udało mi się załapać na pierwszy rekonesans, ale dzisiaj wreszcie dotarłam.
No bo w ogóle - jak ktoś nie wie - to robimy z T. trasę na Nocne Manewry. To znaczy T. bardziej ją robi, a ja służę jako obiekt kontrolny, na którym on testuje swoje pomysły. Jednym słowem - gdyby nie ja, to trasy TU nie przeszliby nawet najlepsi tezetowcy. Wybijam T. z głowy różne dziwne pomysły i udowadniam na własnym, żywym organizmie, co normalny człowiek jest w stanie ogarnąć, a czego nie. Ponadto czuwam nad opisami słownymi mapy i jej estetyką. A dzisiaj w terenie oglądałam miejsca, gdzie będę wieszać swoją część lampionów. Obejrzałam dokładnie każde drzewko i każdy krzaczek, na którym powieszę PK lub PS (duuużo PS) i nawet chciałam je sobie jakoś oznaczyć, ale nie pomyślałam o wzięciu wiaderka farby:-( Może jednak jak się udało raz trafić, to i drugi się uda?
Zrobiliśmy nawet test estetyki wiszenia lampionów.
Zastanawialiśmy się, czy ładniej będzie tak:

Czy raczej tak: 




Opcja pionowa chyba bardziej nas ujęła, chociaż T. twierdzi, że na trzech różnych drzewach można powiesić PS, PK i PM, a na jednym, to już będzie przesada.


Zastanawialiśmy się, czy to drzewo będzie wystarczająco charakterystyczne:




 Planowaliśmy też trudne przejścia przez naturalne przeszkody:


A tu będzie punkt G. Trochę gorąco się przy nim zrobiło.


T. uprawiał sylwoterapię:


Dla tych, którzy lubią się posilić na trasie, rozstawilismy paśniki:


A wszystkim śmiałkom z trasy TU - krzyżyk na drogę!