Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XXVI Mistrzostwa Polski w Nocnych MnO „BeneInO 2017". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XXVI Mistrzostwa Polski w Nocnych MnO „BeneInO 2017". Pokaż wszystkie posty

środa, 8 marca 2017

Wyczerpująca noc druga i na szczęście ostatnia

Druga noc nie wyzwoliła już we mnie takiego entuzjazmu jak pierwsza, energia kształtowała się na poziomie zerowym, za to współczynnik senności dramatycznie wzrastał. Do tego mieliśmy ostatnią minutę startową. Umówiliśmy się z Anią M., że idziemy razem, i jakoś wybłagała żeby puścili ją jeszcze po nas. Ani my, ani ona nie mieliśmy szans na zwycięstwo w całej rywalizacji, więc nasze stramwajenie się nie wpływało i tak na wyniki.
Tym razem organizatorzy wywieźli nas w siną dal, ale przynajmniej na starcie było porządne ognisko i kiełbaski, których nie trzeba było samemu piec, tylko dostawało się gotową z rusztu - ot, taka odrobina luksusu. Ponieważ start się trochę opóźniał wrąbałam profilaktycznie pół kiełbaski, bo licho wie ile czasu miałam spędzić w lesie. Ostatecznie lepiej być z pełnym żołądkiem niż z pustym.

Pierwszy etap - "Przechylona ścieżka" jakoś dramatycznie groźnie nie wyglądał. Postanowiliśmy pójść wariantem dolnym i już na pierwszym wycinku nas zastopowało. Najpierw przymierzaliśmy się do dwójki, potem do czwórki, w końcu stanęło na czternastce. Znaleźliśmy odchodzącą ścieżkę, charakterystyczne drzewo, granicę kultur, tylko lampionu nie było. Przy proporcji 3:1 na korzyść czternastki zarezerwowaliśmy bepeka (jeszcze bez wbijania) i poszli próbować dalej.
Ciut na północ wyhaczyliśmy szóstkę, po czym bezskutecznie usiłowaliśmy dopasować coś do kolejnego wycinka. Ze schematu wynikało, że brzegiem wycinka powinna iść droga, a w rogu odchodzić ścieżka. W realu przez środek  przechodziła duża droga. Jeszcze raz przeczytaliśmy opis, czy czasem wycinki nie są zubożone o treść, ale autorka zarzekała się, że tylko płotów nie naniosła. Napotkane zespoły były równie zdezorientowane i też miały jedynie pojedyncze punkty. Odpuściliśmy felerny wycinek i poszli na dwunastkę, która wyjątkowo wynikała nam dość jednoznacznie. Udało się także z trzynastką, ale w następnym miejscu gdzie powinien być wycinek nic nie znaleźliśmy, choć pasowały nam dwa  - bez dróg, za to z granicami kultur. Granic było do wyboru, do koloru, tylko znowu ani jednego lampionu. Nawet takiego nadającego się na stowarzysza. Polataliśmy trochę po krzakach i poszli dalej.
Koło PK 3 najpierw przeszliśmy obojętnie, bo do niczego nam nie pasował, ale kiedy pobłąkaliśmy się chwilę po błocku, rozlewisku, a wręcz bagnie od razu uznaliśmy, że ta trójka jest jednak jak najbardziej OK. Byle zebrać chociaż stowarzysza. Siódemkę zlokalizowała Ania, kolejny wycinek olaliśmy, a dół przy czwórce pamiętał Darek z jakichś wcześniejszych zawodów na tym terenie, więc wiedział gdzie iść. Na koniec wbiliśmy tę nie znalezioną czternastkę i oddaliśmy kartę raptem z siedmioma punktami. Mój wkład w ten etap ograniczył się do czesania terenu oraz liczenia kroków. Na mecie okazało się, że nie tylko my mamy taki marny uzysk i tak niekomfortowe odczucia. A jeszcze później okazało się, że z wycinków były pousuwane drogi, ale jakoś autorce umknął ten fakt przy opisywaniu mapy.
Kolejny etap na szczęście okazał się normalny, a w porównaniu do wcześniejszego, wręcz lekki i przyjemny. Mapa składała się z wycinków zachodzących na siebie i nie było głupiego dopisku o zakazie cięcia mapy:-) Oczywiście, że zrobiliśmy to, co lubimy najbardziej - pociachaliśmy mapę i poskładali tak, jak powinna od razu wyglądać. A potem poszliśmy, znaleźliśmy wszystko i wrócili na metę. Ponieważ mieliśmy tylko jedną mapę złożoną do kupy, zaszczyt jej dzierżenia (a więc i prowadzenia wycieczki) przypadł Darkowi. Na początku nie pałał entuzjazmem, ale przecież z dwoma babami nie miał szans wygrać. Dla przyzwoitości czasem zaglądałam mu w tę mapę, żeby wykazać się aktywnością i zaangażowaniem, ale generalnie przez całą drogę nie wiedziałam gdzie jestem i dokąd idziemy. Poza tym tak gdzieś w połowie drogi (a może i wcześniej) zaczęłam wymiękać i coraz więcej wysiłku kosztowało mnie zwykłe przekładanie nóg jedna przed drugą  celem przemieszczania się w przestrzeni. Na metę doszłam chyba siłą woli.
W bazie oczywiście życie towarzyskie młodego pokolenia kwitło w najlepsze. A tak się głupio łudziłam, że w końcu się zmęczą:-) Jedna grupa hałasowała za pomocą gitar, druga usiłowała zagłuszyć pierwszą za pomocą różnej maści odtwarzaczy. O ile pierwszy hałas był całkiem przyjemny dla ucha, a nawet dostarczył mi pozytywnych wrażeń, o tyle drugi wzbudził najpierw zdziwienie, a potem zniesmaczenie. Na turystycznej imprezie jakieś łubudubu z odtwarzacza??? No, ludzie, do czego ten świat dąży???
Rano Tomek usiłował wyciągnąć mnie ze śpiwora, który trzeba było spakować, a ja bardzo starałam nie dać się  obudzić. Wiadomo, że byłam na przegranej pozycji, ale zawsze parę minut wytargowałam. Wyglądałam żałośnie, mniej więcej jakby mnie po trzech dniach wykopano z grobu. Mogę nie dojeść, nie dopić, ale niedospanie rujnuje mnie doszczętnie. Jakoś przetrwałam całą ceremonię zakończenia imprezy, zapozowałam do pamiątkowej fotki, pomachałam organizatorom i znajomym i wreszcie mogłam dospać w samochodzie.

W sumie bardzo pozytywna imprezka była i nawet jak ponarzekałam, to tak żeby nie wyjść z wprawy:-)

c. d. n. n.

wtorek, 7 marca 2017

Dobre piwo w czteropaku

W sobotę obudziłam się już o siódmej i nie udało mi się zasnąć, mimo że mogłam spać prawie do dziesiątej. Taka strata! Zjadłam śniadanie, wystroiłam się w koszulkę organizacyjną i snułam się po bazie w oczekiwaniu na oficjalne rozpoczęcie. Kiedy zaczęły się przemówienia, podsumowania, wręczania byłam już tak zmęczona, że niemal przysypiałam. Nagle z odrętwienia wyrwało mnie hasło - "InO z Niepoślipką". Co? Jak? Gdzie?
Okazało się, że w konkursie na najlepszą imprezę pucharową za ubiegły rok zdobyliśmy trzecie miejsce. Od razu się ożywiłam i wypchnęłam Tomka po odbiór dyplomu. Myślę, że miejsce na podium zajęliśmy głównie dzięki moim pierniczkom i warto było spędzić przy ich produkcji długie tygodnie:-) Poczułam się doceniona, dumna i blada, przy czym blada to chyba jednak z niedospania.

Po rozpoczęciu wszyscy jechaliśmy do Leżajska na trino, zwiedzanie muzeum browarnictwa i obiad. Można było jechać autobusem lub indywidualnie samochodem i załapaliśmy się na samochód prezesostwa. Ponieważ siły trzeba było rozłożyć racjonalnie na cały dzień i noc, więc trino zrobiliśmy w przeważającej części samochodowo. W muzeum najbardziej podobała mi się degustacja piwa, ale mogła potrwać ze dwie szklanki dłużej. Niestety muzeum jest małe i nie było pretekstu do przedłużania, aczkolwiek jednostki bardziej operatywne poradziły sobie w tym zakresie. W muzeum mieli jeszcze fajne kufle i szklanki ale pozamykane w gablotkach i ostatecznie nic nie wyniosłam z tego zwiedzania. Chociaż nie! Zaposiadłam ważną informację - dobre piwo zaczyna się w okolicach siedmiu, ośmiu złotych. Żeby więc mieć pewność, że pije się dobre, to takich za dwa złote trzeba wypić cztery! Chyba podoba mi się ta idea.

Obiadem (porcja jak dla drwala) napchałam się po czubek kokardy i ledwo dotoczyłam się do samochodu. Dobrze, że blisko.
Korzystając z tego, że do bazy wróciliśmy przed resztą grupy i nie miał kto wylać całej ciepłej wody, wreszcie wymoczyłam się pod prysznicem do woli, a potem padłam na materac i odleciałam. Tym sposobem ominął mnie bieg na orientację, bo Tomek nie miał sumienia budzić mnie brutalnie, a budzenie subtelne nie odniosło skutku. Mniej subtelna była młodzież (tak, ta sama co w nocy) i w końcu produkowane przez nich decybele postawiły mnie do pionu. Wstałam, obejrzałam wyniki, sfotografowałam wzorcówki i powoli, ale za to z najwyższą niechęcią, zaczęłam myśleć o kolejnych etapach. Nawet przemknęła mi przez głowę myśl, żeby odpuścić, no ale tak samego Darka puścić w nocy do lasu? A jak by mi go co zjadło, to z kim bym na InO chodziła?

c. d. n.

poniedziałek, 6 marca 2017

A my wciąż idziemy....

Z drugim etapem nie ociągaliśmy się zbytnio, bo trzeba było iść póki rozpierała mnie energia. Chapsnęłam więc batonika (niby rzuciłam słodycze, ale przecież ciemny las w środku nocy jest okolicznością łagodzącą, nieprawdaż?), zapiłam herbatą i ruszyliśmy. To znaczy nie żeby od razu w las, tylko stanęliśmy zobaczyć co nam tak łopoce na chorągiewkach. No to z jednej strony łopotał schemat, a z drugiej wycinki. Na szczęście wycinki udało się raz dwa dopasować i zgarnąwszy po drodze towarzyszki poprzedniego etapu teraz już dosłownie ruszyliśmy.
  Trochę się martwiłam, że na takim łatwym etapie nie trafi się żadna przygoda życia, więc próbowałam sama taką zorganizować.  Darek chciał z pierwszej chorągiewki wrócić na  dużą drogę, zejść na południe i znowu wbić na kolejną chorągiewkę, a ja zarządziłam, że idziemy od razu na południe. Niestety w pewnym momencie ścieżka się rozwidlała i trzeba było zdecydować - w prawo, czy w lewo. Darek zdecydował, że w prawo. Szliśmy, szliśmy, szliśmy, a tu lampionu ani śladu. Sprawdziliśmy kawałek w prawo, kawałek w lewo i ... wróciliśmy na punkt L, z którego przyszliśmy. Na szczęście odległości nie były duże i przejście na PK F naokoło nie nadwyrężyło zbytnio naszych sił. Kosmie i Izie udało się przejść skrótem, więc najwyraźniej trzeba było wybrać lewą odnogę. Ale oj, tam.
Dalej z przygodami było jeszcze gorzej, bo praktycznie szło się dużymi drogami i tylko na chwilę schodziło z nich gdzieś w bok po punkt. Ja robiłam za krokomierz, Darek pilnował kierunku. Przystopowało nas dopiero przy PK I, bo rowy owszem były (co prawda bliżej siebie niż na rysunku), ale lampionu już nie. Inne zespoły też bezskutecznie szukały w tym miejscu, więc w końcu z czystym sumieniem wbiliśmy bepeka i poszli dalej. Zlustrowane D i E chwilę nas zatrzymały, ale przy czteroosobowej tyralierze dołki nie miały szans i musiały się ujawnić.
Na mecie czekała nas niespodzianka - prawie dwa kilometry powrotu do bazy. Nogami oczywiście. Bez mapy.
- Prosto, w prawo, w lewo i już baza - podał nam namiary organizator i poszliśmy, bo ze stania i tak nic by nie wynikło. Poszliśmy prosto, potem faktycznie było skrzyżowanie, więc w prawo, a potem nic, nic i nic. Zaczęliśmy się z lekka niepokoić, czy aby na pewno mieliśmy skręcić w prawo, bo może jednak w lewo? Nawigacja, którą włączyły dziewczyny potwierdziła, że idziemy dobrze, aczkolwiek wcale nie przekonała do końca. Tymczasem był środek nocy, żywego ducha w okolicy żeby zasięgnąć języka, we wszystkich mijanych domach pogaszone, a wieś zaczęła się kończyć. Wizja powrotu na metę żeby dokładnie dopytać się o drogę raczej odpadała, założyliśmy więc, że gdzieś w końcu dojdziemy. I rzeczywiście, zanim do końca straciliśmy nadzieję, doszliśmy do główniejszej drogi i zaraz za zakrętem ukazał nam się upragniony budynek.
Podczas obu etapów i dojściówek przeszliśmy w sumie szesnaście kilometrów z hakiem i coraz bardziej czułam je w nogach. Marzyłam tylko o kąpieli i śnie. Ale gdzie tam. Pod prysznicami została już tylko zimna woda, więc mycie było mocno powierzchowne i dotyczyło jedynie newralgicznych części człowieka. A spać nie pozwoliła liczna młodzież rozlokowana razem z nami na sali gimnastycznej. Z jednej strony ich rozumiałam, że takie zawody to dla nich emocje, że są w grupie, więc jakieś tam interakcje wzajemne, że młodzi, więc więcej siły mają, ale z drugiej strony mogliby trochę brać pod uwagę, że spora część osób odczuwa jednak potrzebę snu w okolicach godziny drugiej, trzeciej, czwartej. Jednym słowem miałam ochotę poukręcać im te rozwrzeszczane łebki, ale moje dobre wychowanie, a może przede wszystkim zmęczenie i pioruński ból nóg (skurcze) ocaliły im życie.
Tak sobie marzę, że fajnie jakby były takie dźwiękoszczelne pomieszczenia w każdej bazie zawodów...

c. d. n.

niedziela, 5 marca 2017

Nocna "przygoda życia"

Dopiero niedawno były Mistrzostwa w Nocnych MnO w Krakowie, a tu już po niecałych czterech miesiącach kolejne, tym razem w Łętowni. Ponieważ pierwsze etapy miały być już z piątku na sobotę, wypadało przyjechać odpowiednio wcześnie. Ja tam prawie od południa byłam silna, zwarta i gotowa, ale Tomek opóźniał, bo go praca dopadła. W końcu wyjechaliśmy sporo po planowanym czasie, ale dzięki temu tuż za Warszawą spotkaliśmy Prezesostwo z Pawłem i dalej jechaliśmy zderzak w zderzak (ale bez zderzeń).
Zgodnie z planem, autobus mający nas wywieźć na start miał wyjechać z bazy o dwudziestej i dojeżdżaliśmy tak prawie na styk. Tymczasem okazało się, że nigdzie nas nie wywożą, bo zmienił się teren zawodów i wychodzimy z bazy. W poprzedniej lokalizacji jakieś ważne ptaszysko przejęło teren przez zasiedzenie (a raczej zagniazdowanie) i leśniczy pod wpływem ekologów pogonił ludzi z lasu. Trzy dni przed zawodami! Nam akurat to spasowało, bo dzięki temu teraz mieliśmy chwilę czasu żeby się rozpakować i nawet odpocząć, ale co musieli przeżyć organizatorzy na taką wiadomość, to nie chciałabym przekonać się na własnej skórze.
Tak więc o dwudziestej zamiast wyjazdu odbyło się nieoficjalne otwarcie imprezy ze wszystkimi komunikatami i objaśnieniami co i jak. My z Darkiem mieliśmy trzydziestą drugą minutę startową. Kiedy nadszedł czas, zameldowaliśmy się przy zegarze startowym, a tam żadnych map tylko informacja, w którym kierunku i jak daleko mamy iść po nie. No to poszliśmy, bo cóż było robić. Zresztą noc była taka przyjemna na romantyczny spacer przy świetle księżyca. Mniej romantycznie zrobiło się kiedy już dostaliśmy nasze mapy i trzeba było masę wycinków złożyć w całość, do tego bez użycia nożyczek. Ja byłam skłonna dopasować wszystko na starcie, choćby z użyciem kalki, ale Darek poganiał żeby iść, bo w terenie zobaczymy gdzie co jest. Na początek zebraliśmy PK 3, co to na zachętę postawili go blisko startu, a potem wyskalowaliśmy mapę. Jak już wyskalowaliśmy, to zauważyłam na mapie taki pięciocentymetrowy odcinek z napisem 500 m :-)
Weszliśmy na pierwszy wycinek. Ponieważ byłam stuprocentowo pewna, że to ten z PK 13, nie pozwoliłam Darkowi dziamgać i szukać dziury w całym i faktycznie po chwili trzynastka była nasza. Dalej ruszyliśmy na północ, nie bardzo wiedząc po jaki punkt. Żadne z naszej czwórki (bo dołączyły do nas Krysia i Stasia) nie miało sensownego pomysłu. Kiedy natknęliśmy się na lampion na ambonie Darek wymyślił, że to będzie szóstka, chociaż szóstka miała być na zakręcie. Z najwyższą niechęcią wbiłam na kartę, bo ja zgodna istota jestem (co mi nie zawsze na dobre wychodzi). Dalej poszliśmy drogą gdzie znikała część zawodników, bo nigdy nie zawadzi sprawdzić czego tam szukają. Droga powoli zamieniała się w grzęzawisko, a w końcu zaniknęła. Można było przedzierać się przez nieprzebieżny las, ale po co? Zawróciliśmy.
Duch w narodzie podupadł. Postanowiłam sobie jednak, że nie złamią mnie żadne przeciwności i nawet jeśli się zgubimy, to potraktuję to jako przygodę życia. Ponieważ nie za bardzo wiedzieliśmy gdzie konkretnie jesteśmy (bo tak mniej więcej, to Darek owszem wiedział) postanowiliśmy iść na wycinki położone bardziej na północ i tam coś dopasowywać. Darek wymyślił czwórkę i czwórka faktycznie stała w przewidzianym miejscu. Jedynki byłam pewna i znowu nie dałam się zbałamucić, dwunastkę dla odmiany zlokalizował Darek. Kiedy w drodze na dwunastkę zobaczyłam rów, byłam przekonana, że gdzieś tam dalej musi być dziewiątka. Ponieważ energia mnie rozpierała (ta przygoda życia), pogoniłam to coraz mniej ruchliwe i coraz bardziej zblazowane towarzystwo na rowy i dopadliśmy dziewiątki. Po dziewiątce nas zastopowało i w końcu olewając jeden z trójkątów zeszliśmy do wycinków w dolnym rzędzie. Dwójkę i jedenastkę zebraliśmy bezproblemowo, a z jedenastki wyznaczyłam azymut na PK X (co to go trzeba było sobie wyznaczyć samemu) i poooooszłam, a reszta za mną. Daleko nie uszliśmy, bo drogę zagrodził rów z wodą. Taki konkretny. I gdzie się nie ruszyliśmy to kolejny rów, zazębiający się rów, prostopadły rów, odchodzący rów. Jednym słowem - rowy osaczyły nas ze wszystkich stron. Ostatkiem sił i zdrowego rozsądku
wycofaliśmy się na z góry upatrzone pozycje, czyli do PK 11. Postanowiliśmy odpuścić i wracać na metę. Darek wykoncypował co prawda gdzie będzie dziesiątka, ale żeby ją dopaść  nie narażając się na kontakty z krwiożerczymi rowami, trzeba było obejść dookoła zagrodzony teren i nie do końca było wiadomo ile tych hektarów tam jest zagrodzonych. Ale, jak już mówiłam, energia mnie rozpierała (co zresztą w moim przypadku jest dziwne, a wręcz jakieś chorobliwe) i w końcu poszliśmy. I bardzo dobrze, bo wpadł nam kolejny punkcik. Na tym jednak postanowiliśmy zakończyć przygodę życia, bo i tak szanse na znalezienie czegokolwiek więcej szacowaliśmy na zero procent, a przed nami przecież był kolejny etap, na który trzeba było trochę sił zachować.
Nie da się ukryć, że mogło nam pójść trochę lepiej i uroczyście oświadczam, że następnym razem będę się upierać przy użyciu kalki, jeśli nie będzie wolno ciąć mapy. Howgh!

c. d. n.