W niedzielę budzik dzwoni o szóstej rano, a przecież dopiero co położyliśmy się spać. T. do późnej nocy rozwieszał położone najdalej lampiony, a ja niczym Penelopa oczekiwałam jego powrotu.
Zwlekamy się z łóżka (co po całym tygodniu chodzenia nie jest takie łatwe), dzielimy pozostałe lampiony (na szczęście sprawiedliwie, a nie równo) i wyruszamy w las. Zimno. Palce drętwieją od trzymania metalowego zszywacza. Odnajduję pierwszy punkt i staczam nierówną walkę ze zszywaczem. T. przybywa na odsiecz. Ustrojstwo wobec przeważającej siły wroga poddaje się i dalej działa już jak należy. Jestem tak przejęta swoją misją, że z wrażenia nie udaje mi się odnaleźć kilku punktów, w których byłam już co najmniej kilkanaście razy w ostatnich dniach. Totalne zaćmienie umysłowe. W głowie dzwoni mi uporczywa myśl: T. mnie zabije! T. mnie zabije! Nie żeby był taki skory do mordu, ale w ekstremalnej sytuacji to nigdy nie wiadomo co z człowieka wyjdzie.
Czuję narastający ból głowy, co przeraża mnie jeszcze bardziej, bo w razie migreny czeka mnie tylko łóżko. Rozwieszam jeszcze kilka lampionów - to tu, to tam, wybierając jak najmniej optymalny wariant przejścia. W końcu resztę zostawiam T., a sama pędzę do domu spragniona małej niebieskiej pigułki.
Nie, nie kładę się do łóżka. Noszę stoły, szoruję krzesła, rozwieszam na słupach i drzewach plakaty naprowadzające na start. Z odsieczą przybywają umówione wcześniej siostra i mama. Zajmują się organizacją punktu gastronomicznego. W trakcie przygotowań przybywa pierwszy uczestnik i od razu zostaje zagoniony do roboty - co się chłopak będzie marnował, skoro młody i zdrowy.
Z lasu wraca T. i razem bierzemy się za organizację startu. Jeszcze rozstawiamy biuro, a już pojawiają się pierwsi niecierpliwi inowcy. W planie mieliśmy oficjalne rozpoczęcie, na które zapowiedział się burmistrz - jakby nie było sponsor imprezy. Możemy o tym zapomnieć. Przy stoliku zaczyna kłębić się tłum, więc z obawy przed zadeptaniem szybko wysyłamy tłum w las. Nadchodzi gromada dzieciaków. Cieszymy się, że któraś szkoła zdecydowała się przysłać swoją reprezentację. Usiłujemy ogarnąć ten żywioł, wytłumaczyć o co mniej więcej chodzi, policzyć i wystartować. Policzenie dzieci, jak wiadomo, jest równie realne co przeliczenie worka pcheł. Mamy nadzieję, że opiekunowie opanują sytuację i ile wyprowadzą, tyle przyprowadzą.
Pojawia się burmistrz. Chyba lepiej, że nie trafił na panujące wcześniej pandemonium. Ogląda mapy i decyduje się wziąć udział w zabawie, musi tylko pojechać się przebrać. Obiecujemy nie zwinąć startu.
Większość już na trasie, mamy więc chwilę odpoczynku. Wygląda na to, że sytuacja opanowana. Idę skontrolować punkt żywieniowy, robię kanapkę dla T. żeby nie padł (bo co ja wtedy zrobię?) i ledwo wracam na start, a już pojawiają się pierwsi powracający. Dzieciaki. No jak? Jakim sposobem - ja się pytam - już zdążyli oblecieć las i wrócić?? Szybkie losowanie nagród i zabieram ich na poczęstunek. Dzieci wsuwają aż im się uszy trzęsą, a ja ściągam pomoc kuchenną do dorabiania kanapek. Po dłuższej chwili nadchodzą kolejni uczestnicy i ogródek zapełnia się ludźmi. Spośród zawsze pomocnych sąsiadów szybko tworzy się komitet pomocowy do spraw donoszenia kawy i herbaty, a ja zaczynam wypuszczać chętnych na etap MINI. Etap jest krótki, więc co chwilę ktoś wychodzi, ktoś wraca. Ciekawa jestem co słychać w "biurze" leśnym, ale mogę liczyć tylko na relacje powracających.
Ci, którzy przyjechali z dalszych okolic, nie czekają na podliczenie wyników; do końca imprezy zostają mieszkańcy Zielonki i zaprzyjaźnieni "Stowarzysze". Robi się coraz później, a w lesie jeszcze dwie osoby. W końcu i oni wracają. Jeszcze podliczenie ostatnich kart i mamy wyniki. W miarę ostateczne, bo nikt nie wrzucał protestów do dziury :-) Szybko wypisuję dyplomy dla tych, którzy czekali do skutku. Przynajmniej na zakończenie udaje nam się zorganizować część oficjalną. Są przemówienia, wręczanie dyplomów, pamiątkowe fotki i obietnica, że na wiosnę Niepoślipka znowu wyprowadzi Zielonkę w las.
poniedziałek, 6 października 2014
InO z Niepoślipką (cz.1)
Z pamiętnika organizatorów:
Środa
Pamiętniczku!
Środa
Pamiętniczku!
Wyobraź sobie, że będziemy organizować imprezę na orientację! My! Takie żółtodzioby! Oglądamy nasz las na różnych mapach, a potem T. narysuje naszą własną. Chce mnie nauczyć jak to się robi, ale nie wróżę temu przedsięwzięciu większego powodzenia. Ja mu tłumaczę, że przecież od mapy ważniejsze jest to, czym nakarmimy ludzi, no bo wiadomo - przez żołądek do serca!
Sobota
Kochany Pamiętniczku!
Dzisiaj T. cały dzień rysuje i rysuje. Też spróbowałam. Wiesz, że to wcale nie jest takie łatwe? Moje poziomice (T. mówi na to warstwice - nie podoba mi się ta nazwa) wyszły strasznie kanciaste. Przecież nie możemy puścić ludzi w teren z kanciastymi poziomicami, prawda?
Poniedziałek
Kochany Pamiętniczku!
T. wymyślił i przygotował dzisiaj mapę dla TZ-owców. Tak mi się wydaje, że on planuje wytracić całą konkurencję! Znam nasz las od 15 lat, ale gdyby mnie do niego wpuścił z tą mapą, zostałabym tam już na zawsze. Jak ja mam uratować tych biednych ludzi??
Niedziela
Pamiętniczku!
Mamy już wszystkie trasy. Jedną przygotowałam całkiem samodzielnie! Wyobrażasz to sobie? T. mówi, że teraz będziemy musieli kilka razy pójść do lasu, żeby sprawdzić czy na pewno mapa zgadza się z terenem. No ale jak może się nie zgadzać? Przecież już byliśmy wydeptywać ścieżki!
Poniedziałek
Drogi Pamiętniczku!
Przez cały tydzień (codziennie) będą teraz imprezy na orientację. Będziemy na wszystkie chodzić, ale wcale nie po to żeby szukać tych punktów kontrolnych (ale oczywiście parę zbierzemy), tylko po to żeby podpatrywać innych organizatorów. Bo my też chcemy być tacy jak oni! Ja to nawet chcę być lepsza, ale nie mówię tego T. bo by się ze mnie śmiał. Dobrze, ze Tobie Pamiętniczku mogę o tym powiedzieć.
Sobota
Najukochańszy Pamiętniczku!!!!
Tak bardzo się boję. Dzisiaj śniło mi się, że nikt nie wrócił z trasy i musieliśmy zawiadomić policję. Nie zdążymy już zmienić map żeby były łatwiejsze. Szkoda będzie stracić tylu znajomych, a nawet własną rodzinę! Oj, co myśmy najlepszego zrobili?!
A T. w ogóle nic się moim zmartwieniem nie przejmuje tylko liczy i liczy. Liczy mapy, karty startowe, upominki do loterii i sama nie wiem co jeszcze.
Ja tam tylko liczę na to, że jakimś cudem wszystko się uda. Trzymaj za nas kciuki Pamiętniczku!!!
Kochany Pamiętniczku!
Dzisiaj T. cały dzień rysuje i rysuje. Też spróbowałam. Wiesz, że to wcale nie jest takie łatwe? Moje poziomice (T. mówi na to warstwice - nie podoba mi się ta nazwa) wyszły strasznie kanciaste. Przecież nie możemy puścić ludzi w teren z kanciastymi poziomicami, prawda?
Czwartek
Drogi Pamiętniczku!
Dzisiaj
jestem bardzo zmęczona. Zrobiliśmy pierwsze porównanie wykreślonej mapy
z terenem i wyobraź sobie, że kilku z zaznaczonych na mapie ścieżek nie
było w rzeczywistości. Tak przecież nie może być! Szybko wzięliśmy się do
roboty i we dwójkę zaczęliśmy je wydeptywać. Nie przypuszczałam, że to takie
trudne. Najpierw musieliśmy usunąć większe krzaczki (dobrze, że wzięliśmy
sekator), potem powyrywać wysokie trawy i chwasty, następnie dobrze udeptać
podłoże i na koniec malowniczo wysypać liśćmi. Uff, nie wiem jak inni
przygotowują swoje trasy w czasie krótszym niż kilka miesięcy.Poniedziałek
Kochany Pamiętniczku!
T. wymyślił i przygotował dzisiaj mapę dla TZ-owców. Tak mi się wydaje, że on planuje wytracić całą konkurencję! Znam nasz las od 15 lat, ale gdyby mnie do niego wpuścił z tą mapą, zostałabym tam już na zawsze. Jak ja mam uratować tych biednych ludzi??
Niedziela
Pamiętniczku!
Mamy już wszystkie trasy. Jedną przygotowałam całkiem samodzielnie! Wyobrażasz to sobie? T. mówi, że teraz będziemy musieli kilka razy pójść do lasu, żeby sprawdzić czy na pewno mapa zgadza się z terenem. No ale jak może się nie zgadzać? Przecież już byliśmy wydeptywać ścieżki!
Poniedziałek
Drogi Pamiętniczku!
Przez cały tydzień (codziennie) będą teraz imprezy na orientację. Będziemy na wszystkie chodzić, ale wcale nie po to żeby szukać tych punktów kontrolnych (ale oczywiście parę zbierzemy), tylko po to żeby podpatrywać innych organizatorów. Bo my też chcemy być tacy jak oni! Ja to nawet chcę być lepsza, ale nie mówię tego T. bo by się ze mnie śmiał. Dobrze, ze Tobie Pamiętniczku mogę o tym powiedzieć.
Sobota
Najukochańszy Pamiętniczku!!!!
Tak bardzo się boję. Dzisiaj śniło mi się, że nikt nie wrócił z trasy i musieliśmy zawiadomić policję. Nie zdążymy już zmienić map żeby były łatwiejsze. Szkoda będzie stracić tylu znajomych, a nawet własną rodzinę! Oj, co myśmy najlepszego zrobili?!
A T. w ogóle nic się moim zmartwieniem nie przejmuje tylko liczy i liczy. Liczy mapy, karty startowe, upominki do loterii i sama nie wiem co jeszcze.
Ja tam tylko liczę na to, że jakimś cudem wszystko się uda. Trzymaj za nas kciuki Pamiętniczku!!!
sobota, 4 października 2014
Jesienne 2×2
Pomimo zmęczenia niemal tygodniowym codziennym inowaniem oraz mimo nawału prac przy własnej imprezie, decydujemy się jechać do Kozienic. Na trasie korki, roboty drogowe, objazdy, ale nas to nie zraża.
Po dotarciu obowiązkowa część towarzyska - powitania, pogaduszki - zupełnie jakbyśmy się nie widzieli dzień wcześniej. W końcu ktoś rzuca hasło, że może by tak jednak na trasę. Akurat gawędzimy z siostrami M., więc aby nie przerywać konwersacji łączymy nasze wagoniki i nowiutkim tramwajem wyjeżdżamy z zajezdni. Za płotem konsternacja - według mapy powinniśmy iść na północ, w prostej linii od startu. Nam jednak wychodzi, że albo na północ, albo po prostej - jednocześnie się nie da. Jedna z sióstr (jeszcze ich nie odróżniam) wraca do organizatora dopytać "co autor miał na myśli". Okazuje się, że miał na myśli start w innym miejscu. Ruszamy LOP-ką. Dołącza do nas jeszcze kolega M. Idziemy, idziemy, idziemy, a PK jakoś nie widać. W końcu okazuje się, że wszystkie wiszą od d... strony (od drugiej strony) pni i w drodze powrotnej będą świetnie widoczne. Spisujemy co jest, ja obowiązkowo robię pomyłkę - przy LOP-ce na szczęście da się to naprostować. Mimo wszystko brakuje wciąż jednego PK. Podobno jest na samym początku, sprawdzimy w drodze powrotnej. Co sprytniejsi zostawiają sobie miejsce na wpis w karcie startowej, sklerotycy zapominają o tym. Trudno.
Po nieudanej LOP-ce reszta trasy już bez problemów. Co prawda niektóre PK autor przypadkiem zamaskował przez nałożenie kolorów na mapę, ale wrodzona inteligencja i tak pozwala nam je znaleźć. Zaginiony PK z LOP-ki faktycznie znajduje się na samym początku trasy i aż dziw, że udało nam się go pominąć. I tak, pośród konwersacji, w miłym towarzystwie, niepostrzeżenie mija nam etap. Największy sukces tego przejścia? Wiem już, która z sióstr to A., a która Z. :-)
Po chwili odpoczynku, upieczeniu i konsumpcji kiełbasek wyruszamy na drugi etap. Ponieważ miłego towarzystwa nigdy dość, idziemy w tym samym składzie.
Opis drugiej mapy jakby mniej nam się podoba - zlustrowane, zamienione, jednocześnie zlustrowane i zamienione - no czegóż to nie powymyślali! I ten znienawidzony dopisek - NIE CIĄĆ MAPY! Zbieramy pierwszy PK, po czym ruszamy w kierunku odwrotnym niż autor mapy przewidział. Żeńska część ekipy nieśmiało protestuje, ale siła perswazji oraz pewność siebie T. przeważa. Po chwili jednak i jemu przestaje zgadzać się rzeczywistość z mapą, postanawia więc zmienić rzeczywistość. Teraz idziemy jak należy. Konwersacja zamiera. Ta mapa wymaga już większego skupienia. Mniej więcej łapiemy o co chodzi i początek idzie błyskawicznie. Kryzys dopada nas między literką E i N. Nic nie chce się zgodzić, a jak już się zgadza, to nigdy wszystkim jednocześnie. Na temat sposobu zlustrowania wycinka pada milion teorii. Może tkwilibyśmy tam do teraz, gdyby nie litościwa podpowiedź B. z TZ-ów. Wiemy już przynajmniej, że jesteśmy tu gdzie myśleliśmy (no, może nie wszyscy) że jesteśmy. Zanim ruszymy dalej i tak jeszcze sto razy obracamy i lustrujemy mapę. Kolejne N znowu trochę myli nam kierunki i A. pochopnie wpisuje PK 11, który przy bliższym poznaniu okazuje się być PK 12 (albo na odwrót). W końcu docieramy do strumyka. Znowu robi się łatwiej, konwersacja odżywa, a ja zaczynam podziwiać krajobrazy pod nogami - no dobrze, przyznaję - szukam grzybów. Po chwili A. i T. szukają PK, my z Z. darów lasu. Znad pięknego podgrzybka podrywa mnie okrzyk T., który nieopatrznie zerknął na zegarek. A już było tak pięknie .... Pędzimy więc w kierunku mety i nadrabiamy stracone minuty.
Na mecie nadrabiamy stracone kalorie (kolejna kiełbaska) i przed wyjazdem zaliczamy jeszcze dwa mini InO. W tyle głowy już dzwoni nam alarm, że przed nami jeszcze rozstawianie lampionów i tysiąc innych spraw do dopięcia.
Zapraszamy jutro na Niepoślipkę!
piątek, 3 października 2014
Tappabuchino vol. 2 ...
... czyli Światowy Dzień Uśmiechu.
Po wczorajszym kryzysie ani śladu. Znów czekam na InO jak na przygodę, a nie obowiązek. Tym razem wybieramy się we trójkę - udaje się namówić Z. na pójście z nami.
Z mapy patrzy na nas uśmiechnięta buźka. Jest tak sympatyczna, że nawet nie przeszkadzają nam zlustrowane oczka i uśmiech. Z., jako osoba niezwykle praworządna i trzymająca się zasad, oprotestowuje nazwy punktów kontrolnych. Fakt, mnie też kłuje w oczy "wąrz", "ołóf", "śćema". Czegóż to nałykał się dzisiaj budowniczy????
Nie wiem, czy mapa jest tak prosta, czy mój poziom inteligencji tak wzrósł przez noc, ale prowadzę do pierwszego punktu, drugiego, trzeciego. Teraz pora na pomniki i krzyż. Całkiem niedawno robiliśmy TRInO w tej okolicy i to znacząco ułatwia zadanie. T. stanowczo domaga się stowarzysza do zadania drugiego. Ależ proszę bardzo - mówisz i masz.
Trasa jakoś podejrzanie łatwa, aż upewniam się czy to aby na pewno jest TU. Z. ma co prawda odrębne zdanie w tej kwestii i wyraża votum separatum, ale w końcu mamy wolność słowa.
I kiedy " już był w ogródku, już witał się z gąską" natrafiamy na oczokłujący "ołóf". Wydaje nam się, że PK musi być tutaj i jednocześnie, że jednak absolutnie nie tu. Błąkamy się wśród żywopłotów, a dookoła pobłyskują latarki innych poszukiwaczy. Wyglądamy jak chmara przerośniętych robaczków świętojańskich. W końcu T., po kilkukrotnym przestudiowaniu mapy, ustala gdzie powinniśmy szukać. Szukamy, szukamy, szukamy, szukamy ... "Już miesiąc zaszedł, psy się uśpiły, A tam ktoś klaszcze za borem", a my wciąż uparcie i bezskutecznie szukamy. W końcu decydujemy się na jeszcze jednego stowarzysza, bo co sobie będziemy żałować. Jeszcze tylko przelecimy przez DŻokijema i już meta.
A na mecie .... Eh, gdyby za każdy etap dawali po kawałku tego rozdziabdzianego ciasta, to poszłabym na wszystkie etapy i to kilkukrotnie.
Coś ostatnio InO zmienia się w kulinarny wyścig zbrojeń.
Po wczorajszym kryzysie ani śladu. Znów czekam na InO jak na przygodę, a nie obowiązek. Tym razem wybieramy się we trójkę - udaje się namówić Z. na pójście z nami.
Z mapy patrzy na nas uśmiechnięta buźka. Jest tak sympatyczna, że nawet nie przeszkadzają nam zlustrowane oczka i uśmiech. Z., jako osoba niezwykle praworządna i trzymająca się zasad, oprotestowuje nazwy punktów kontrolnych. Fakt, mnie też kłuje w oczy "wąrz", "ołóf", "śćema". Czegóż to nałykał się dzisiaj budowniczy????
Nie wiem, czy mapa jest tak prosta, czy mój poziom inteligencji tak wzrósł przez noc, ale prowadzę do pierwszego punktu, drugiego, trzeciego. Teraz pora na pomniki i krzyż. Całkiem niedawno robiliśmy TRInO w tej okolicy i to znacząco ułatwia zadanie. T. stanowczo domaga się stowarzysza do zadania drugiego. Ależ proszę bardzo - mówisz i masz.
Trasa jakoś podejrzanie łatwa, aż upewniam się czy to aby na pewno jest TU. Z. ma co prawda odrębne zdanie w tej kwestii i wyraża votum separatum, ale w końcu mamy wolność słowa.
I kiedy " już był w ogródku, już witał się z gąską" natrafiamy na oczokłujący "ołóf". Wydaje nam się, że PK musi być tutaj i jednocześnie, że jednak absolutnie nie tu. Błąkamy się wśród żywopłotów, a dookoła pobłyskują latarki innych poszukiwaczy. Wyglądamy jak chmara przerośniętych robaczków świętojańskich. W końcu T., po kilkukrotnym przestudiowaniu mapy, ustala gdzie powinniśmy szukać. Szukamy, szukamy, szukamy, szukamy ... "Już miesiąc zaszedł, psy się uśpiły, A tam ktoś klaszcze za borem", a my wciąż uparcie i bezskutecznie szukamy. W końcu decydujemy się na jeszcze jednego stowarzysza, bo co sobie będziemy żałować. Jeszcze tylko przelecimy przez DŻokijema i już meta.
A na mecie .... Eh, gdyby za każdy etap dawali po kawałku tego rozdziabdzianego ciasta, to poszłabym na wszystkie etapy i to kilkukrotnie.
Coś ostatnio InO zmienia się w kulinarny wyścig zbrojeń.
23. OrtInO
Dobijamy do połowy tygodnia. Czuję nadciągający kryzys. Gdyby nie fakt, że impreza z gatunku tych, na których wypada się pojawić (ma już wyrobioną markę), do tego za 2 punkty, no i ta szarlotka na mecie.... to żadna siła nie wyciągnęłaby mnie z domu. Mówiąc uczciwie, przeważyła szarlotka :-)
Jak zwykle staramy się wystartować jak najwcześniej, żeby złapać jeszcze trochę światła, ale i tak musimy zacząć od latarni. Mój udręczony poprzednimi imprezami umysł nie chce ogarnąć idei stykania się trójkątów. Zresztą, jak Bóg rozdawał wyobraźnię przestrzenną, to ja akurat stałam w kolejce po krzywe zęby :-(
Pierwszy punkt łatwy, blisko startu, więc pewnie idę w jego kierunku.
- Na rogu tego bloku - stwierdzam.
T, jak zwykle odruchowo protestuje i twierdzi, że mu się ścieżki nie zgadzają. Po chwili jednak - co się zdarza rzadko - przyznaje mi rację.
Nie bardzo wiemy co dalej. Na jednym z trójkątów wyłapujemy kościół, a ponieważ T. po prostu wie gdzie to jest, idziemy tam. Liczymy dzwony i znowu nie wiemy co dalej. Ja chcę iść do K, bo blisko i łatwo trafić, T. woli najpierw zebrać wszystko po jednaj stronie ulicy. Decydujemy się na PK M i po chwili mamy go.
Uznawszy, że wniosłam już wystarczający wkład w poszukiwania, zapadam w umysłowy letarg. Ożywiam się jedynie w bliskiej okolicy punktów i jak pies myśliwski dopadam i wystawiam je T. Modelowa współpraca:-)
Po chwili, no może dłuższej chwili, możemy przenieść się na drugą stronę Bonifacego.
Po raz ostatni przejawiam inicjatywę i doprowadzam do PK K.
T. analizuje mapę:
- Tu będzie E.
- Zgadzam się.
- A tu L.
- Masz rację.
- O! A tutaj H.
- Niewątpliwie - potakuję nawet nie patrząc na mapę.
Mój wkład w poszukiwania ogranicza się już do nieprzeszkadzania i nadążania. To ostatnie akurat jest łatwe, bo kryzys jak na razie dotyczy tylko umysłu, a nie ciała.
W końcu zostaję doprowadzona do mety. Pałaszujemy szarlotkę i komunikujemy B. co sądzimy o trasie i jej autorce.
Na mecie giełda pomysłów jak optymalnie wypełniać książeczki InO oraz przegląd pieczątek. Zbieramy zaległe podpisy. Kiedyś organizatorzy tych imprez staną się kultowymi postaciami, a my sprzedamy ich autografy i będziemy opływać w luksusy :-)
Rano niespodzianka w postaci protokołu z imprezy. Jakie tempo! I kolejna niespodzianka - WYGRALIŚMY naszą kategorię!
Wniosek - im mniej się angażuję w poszukiwania, tym lepszy rezultat. Może dać T, szansę i zostać dzisiaj w domu?
Jak zwykle staramy się wystartować jak najwcześniej, żeby złapać jeszcze trochę światła, ale i tak musimy zacząć od latarni. Mój udręczony poprzednimi imprezami umysł nie chce ogarnąć idei stykania się trójkątów. Zresztą, jak Bóg rozdawał wyobraźnię przestrzenną, to ja akurat stałam w kolejce po krzywe zęby :-(
Pierwszy punkt łatwy, blisko startu, więc pewnie idę w jego kierunku.
- Na rogu tego bloku - stwierdzam.
T, jak zwykle odruchowo protestuje i twierdzi, że mu się ścieżki nie zgadzają. Po chwili jednak - co się zdarza rzadko - przyznaje mi rację.
Nie bardzo wiemy co dalej. Na jednym z trójkątów wyłapujemy kościół, a ponieważ T. po prostu wie gdzie to jest, idziemy tam. Liczymy dzwony i znowu nie wiemy co dalej. Ja chcę iść do K, bo blisko i łatwo trafić, T. woli najpierw zebrać wszystko po jednaj stronie ulicy. Decydujemy się na PK M i po chwili mamy go.
Uznawszy, że wniosłam już wystarczający wkład w poszukiwania, zapadam w umysłowy letarg. Ożywiam się jedynie w bliskiej okolicy punktów i jak pies myśliwski dopadam i wystawiam je T. Modelowa współpraca:-)
Po chwili, no może dłuższej chwili, możemy przenieść się na drugą stronę Bonifacego.
Po raz ostatni przejawiam inicjatywę i doprowadzam do PK K.
T. analizuje mapę:
- Tu będzie E.
- Zgadzam się.
- A tu L.
- Masz rację.
- O! A tutaj H.
- Niewątpliwie - potakuję nawet nie patrząc na mapę.
Mój wkład w poszukiwania ogranicza się już do nieprzeszkadzania i nadążania. To ostatnie akurat jest łatwe, bo kryzys jak na razie dotyczy tylko umysłu, a nie ciała.
W końcu zostaję doprowadzona do mety. Pałaszujemy szarlotkę i komunikujemy B. co sądzimy o trasie i jej autorce.
Na mecie giełda pomysłów jak optymalnie wypełniać książeczki InO oraz przegląd pieczątek. Zbieramy zaległe podpisy. Kiedyś organizatorzy tych imprez staną się kultowymi postaciami, a my sprzedamy ich autografy i będziemy opływać w luksusy :-)
Rano niespodzianka w postaci protokołu z imprezy. Jakie tempo! I kolejna niespodzianka - WYGRALIŚMY naszą kategorię!
Wniosek - im mniej się angażuję w poszukiwania, tym lepszy rezultat. Może dać T, szansę i zostać dzisiaj w domu?
czwartek, 2 października 2014
*ino nie ino*
Wreszcie pierwsza impreza z marchewką zamiast kija! Nie ma punktów karnych, za trud będziemy nagradzani, a nie karani. Nie ma oczywiście mowy, że moglibyśmy tego nie doświadczyć. W gratisie świeżutkie TRInO w rejonie zawodów. Postanawiamy zaliczyć je jeszcze przed startem i jest to bardzo dobra decyzja, żeby nie powiedzieć wręcz - kluczowa:-) Oszczędzi nam to później bezsensownego błądzenia na oślep.
Pierwszy punkt blisko startu bierzemy niemal nie zatrzymując się, ale już przy drugim zaczynają się schody. Nie ma go! Rozstąp się ziemio! Krążymy w kółko, biegamy (a nie, tym razem biegać nie wolno) tam i z powrotem, zaczyna robić się ciemno. Znajdujemy jakiś punkt, ale T. twierdzi, że to na pewno nie ten. Dla mnie jak najbardziej ten, w myśl zasady - lepszy wróbel w ręku, niż gołąb na sęku. Kartą startową jednak rządzi T. i wiem, że prędzej padnie z wyczerpania, niż wpisze punkt, co do którego nie ma przekonania. Jak zawsze okazuje się, że ma rację i wyłania się z traw z triumfująca miną.
Kolejny PK wiemy, że jest gdzieś tam (tu następuje nieokreślone machnięcie ręką), idziemy więc za konkurencją, która zdążyła nas dogonić i przegonić. Dobrzy są - doprowadzili nas gdzie trzeba:-) Następuje moment iluminacji i olśnienia i kolejne PK zaliczamy we własnym zakresie (aczkolwiek w bliskiej odległości od konkurencji, no bo przecież mogą się jeszcze przydać).
Zaczyna padać. Okazuje się, że koszulki na mapy zostały w samochodzie. T. swoją chroni pod parasolem, mnie jakoś opuszcza entuzjazm i pozwalam mapie moknąć - zawszeć to rozpuszczenie mapy może okazać się świetną wymówką do zejścia z trasy. Deszcz jakby wyczuł moje zamiary i wycofuje się chyłkiem.
Budowniczy trasy daje nam przedsmak chodzenia na idealną mapę (czyli białą kartkę) i jeden z punktów umieszcza "nigdzie", czyli właśnie na białym tle. Teraz widzę, jak bardzo T. jest już zaawansowany w tej orientacji. Natychmiast wizualizuje sobie przebieg ulic i jak po sznurku prowadzi do punktu, złorzecząc jeszcze organizatorom, że postawili go po złej stronie skrzyżowania.
Następny fragment wydaje się być banalnie łatwy: cztery kolejne punkty przy prostej drodze - niemal LOP-ka. W miarę czesania chaszczy i krzaczorów (w coraz liczniejszym towarzystwie) nasz optymizm maleje. W końcu konsylium ustala - BPK. Wpisujemy i szybkim (ale wciąż marszowym) tempem idziemy po kolejne zdobycze. Reszta trasy to już formalność. Na mecie meldujemy się w ostatniej minucie limitu i jako, że udało nam się powstrzymać od biegu, dopisujemy sobie bonusowe 10% (tak dokładnie to nie wiem czego, ale jak dają, to trzeba brać).
Na mecie hitem wieczoru okazuje się być szarlotka "made by mama Ani i Zuzy". I choćby dla tej szarlotki warto się było pomęczyć! :-)
Pierwszy punkt blisko startu bierzemy niemal nie zatrzymując się, ale już przy drugim zaczynają się schody. Nie ma go! Rozstąp się ziemio! Krążymy w kółko, biegamy (a nie, tym razem biegać nie wolno) tam i z powrotem, zaczyna robić się ciemno. Znajdujemy jakiś punkt, ale T. twierdzi, że to na pewno nie ten. Dla mnie jak najbardziej ten, w myśl zasady - lepszy wróbel w ręku, niż gołąb na sęku. Kartą startową jednak rządzi T. i wiem, że prędzej padnie z wyczerpania, niż wpisze punkt, co do którego nie ma przekonania. Jak zawsze okazuje się, że ma rację i wyłania się z traw z triumfująca miną.
Kolejny PK wiemy, że jest gdzieś tam (tu następuje nieokreślone machnięcie ręką), idziemy więc za konkurencją, która zdążyła nas dogonić i przegonić. Dobrzy są - doprowadzili nas gdzie trzeba:-) Następuje moment iluminacji i olśnienia i kolejne PK zaliczamy we własnym zakresie (aczkolwiek w bliskiej odległości od konkurencji, no bo przecież mogą się jeszcze przydać).
Zaczyna padać. Okazuje się, że koszulki na mapy zostały w samochodzie. T. swoją chroni pod parasolem, mnie jakoś opuszcza entuzjazm i pozwalam mapie moknąć - zawszeć to rozpuszczenie mapy może okazać się świetną wymówką do zejścia z trasy. Deszcz jakby wyczuł moje zamiary i wycofuje się chyłkiem.
Budowniczy trasy daje nam przedsmak chodzenia na idealną mapę (czyli białą kartkę) i jeden z punktów umieszcza "nigdzie", czyli właśnie na białym tle. Teraz widzę, jak bardzo T. jest już zaawansowany w tej orientacji. Natychmiast wizualizuje sobie przebieg ulic i jak po sznurku prowadzi do punktu, złorzecząc jeszcze organizatorom, że postawili go po złej stronie skrzyżowania.
Następny fragment wydaje się być banalnie łatwy: cztery kolejne punkty przy prostej drodze - niemal LOP-ka. W miarę czesania chaszczy i krzaczorów (w coraz liczniejszym towarzystwie) nasz optymizm maleje. W końcu konsylium ustala - BPK. Wpisujemy i szybkim (ale wciąż marszowym) tempem idziemy po kolejne zdobycze. Reszta trasy to już formalność. Na mecie meldujemy się w ostatniej minucie limitu i jako, że udało nam się powstrzymać od biegu, dopisujemy sobie bonusowe 10% (tak dokładnie to nie wiem czego, ale jak dają, to trzeba brać).
Na mecie hitem wieczoru okazuje się być szarlotka "made by mama Ani i Zuzy". I choćby dla tej szarlotki warto się było pomęczyć! :-)
środa, 1 października 2014
InO na Jelonkach
Drugi dzień orientalistycznego szaleństwa. Start jeszcze przed zmrokiem, co napawa optymizmem. Dziś startujemy we właściwej nam kategorii - TU. Otrzymujemy mapy i cieszymy się, że mamy uszy, bo z ich braku uśmiechalibyśmy się dookoła głowy.
Mapy są przede wszystkim CZYTELNE - nie jakieś tam maleńkie ciemne plamki, tylko spore kawałki normalnej mapy i tylko jeden orto, ale duży i jasny. Do tego fragmenty mają wspólne części i łatwo je dopasować do siebie. Nawet nożyczek nie trzeba używać, wszystko da się zrobić w głowie.
Wychwalając w myślach Pawła (twórcę tych cudownych map) gnamy do pierwszego punktu. Nawet ja wiem gdzie idę, dlaczego taką trasą, co mam przed sobą, co za plecami, co po prawej, co po lewej. Gubię się jedynie wśród bloków, kiedy nierozważnie zaczynam się kręcić w kółko, zamiast stać twardo twarzą w kierunku marszu. Kolejne punkty "same" wpadają nam w ręce. Z nadmiaru wolnego czasu zaczynamy z T. coraz burzliwsze dyskusje dotyczące optymalnego wyboru trasy, metodyki podejścia do PK, zasadności postawienia przez Pawła PK w tym miejscu, a nie 5 metrów w lewo, czy w prawo, wyższości wieszania PK na drzewie nad wieszaniem na latarni.
Dobrze, że trasa nie jest zbyt długa i nie dochodzi w dyskusji do momentu, kiedy należy rzucić się sobie wzajemnie do gardeł.
Na mecie mamy chwilę zawahania, czy aby nie spróbować złapać jeszcze kilku PK z trasy TZ, ale poprzestajemy na obejrzeniu mapy i wysłuchaniu relacji innych uczestników. W końcu trzeba oszczędzać nogi na resztę tygodnia.
Mapy są przede wszystkim CZYTELNE - nie jakieś tam maleńkie ciemne plamki, tylko spore kawałki normalnej mapy i tylko jeden orto, ale duży i jasny. Do tego fragmenty mają wspólne części i łatwo je dopasować do siebie. Nawet nożyczek nie trzeba używać, wszystko da się zrobić w głowie.
Wychwalając w myślach Pawła (twórcę tych cudownych map) gnamy do pierwszego punktu. Nawet ja wiem gdzie idę, dlaczego taką trasą, co mam przed sobą, co za plecami, co po prawej, co po lewej. Gubię się jedynie wśród bloków, kiedy nierozważnie zaczynam się kręcić w kółko, zamiast stać twardo twarzą w kierunku marszu. Kolejne punkty "same" wpadają nam w ręce. Z nadmiaru wolnego czasu zaczynamy z T. coraz burzliwsze dyskusje dotyczące optymalnego wyboru trasy, metodyki podejścia do PK, zasadności postawienia przez Pawła PK w tym miejscu, a nie 5 metrów w lewo, czy w prawo, wyższości wieszania PK na drzewie nad wieszaniem na latarni.
Dobrze, że trasa nie jest zbyt długa i nie dochodzi w dyskusji do momentu, kiedy należy rzucić się sobie wzajemnie do gardeł.
Na mecie mamy chwilę zawahania, czy aby nie spróbować złapać jeszcze kilku PK z trasy TZ, ale poprzestajemy na obejrzeniu mapy i wysłuchaniu relacji innych uczestników. W końcu trzeba oszczędzać nogi na resztę tygodnia.
wtorek, 30 września 2014
UrsInO 2014: Alternatywy 4
Pierwsza impreza z cyklu Orienteering
Week.
Poziewując jedziemy na Ursynów, zastanawiając się czy aby organizatorzy
nie cierpią na bezsenność. Ja koło 19-tej więcej myślę o łóżku niż o spacerze
po mieście, no ale niech im będzie. Nie ma trasy TU, więc startujemy w TZ. Dostajemy
„mapę” i już wiem, że wiele nie zdziałam. I to bynajmniej nie z powodu braku umiejętności (aczkolwiek wiem, że są
marne) ale z powodu wady wzroku i braku dobrych (a przy sobie jakichkolwiek)
okularów. Maleńkie wycinki z ortofotomapy są dla mnie praktycznie nieczytelne
po zmroku. Ruszam więc za T. ale staram się nie stracić kontaktu z rzeczywistością.
Mniej więcej wiem czy od wycinków znajduję się na prawo, na lewo, poniżej, czy powyżej.
Z układu punktów wynika, że trzeba się nieźle nabiegać w różnych kierunkach
żeby zebrać wymaganą ilość PK. Tubylcy, widząc nas wpatrzonych w mapy, oferują
pomoc, ale rzut oka na to czemu się przypatrujemy zniechęca ich definitywnie.
Bez problemu
zgarniamy kilka pierwszych punktów między blokami, potem jeden na LOP-ce i zalęga
nam się myśl, że te TeZety wcale nie są takie trudne. Wiadomo – głupie myśli
muszą natychmiast zostać ukarane i w efekcie długo, namiętnie i niestety
bezskutecznie szukamy PK 1 i PK 2. Pomału kończy się limit czasu dodatkowego,
podejmujemy więc decyzję o odwrocie. I to szybkim, bo czas nagli. Pędzimy w
kierunku mety omiatając po drodze wzrokiem wszystkie drzewka i słupki przy
ulicy, bo nasza powrotna trasa prowadzi LOP-ką. Potem jeszcze uściślenia z
budowniczym trasy gdzie był rozstawiony jaki punkt, którego brakowało i
dlaczego, gdzie zrobiliśmy błąd, autograf w książeczce od organizatorki i już można
zacząć myśleć o następnej imprezie.
poniedziałek, 29 września 2014
Hubal-InO
Z
nowymi nadziejami na wygraną ruszamy na kolejną imprezę. Po drodze ustalamy kto
zbiera PK, a kto grzyby (co zresztą nie
ma większego sensu, bo jedno i drugie zbieram tak samo, czyli marnie).
Na
starcie dużo młodzieży. Zaczynamy rozumieć, co w formularzu zapisów znaczyło
***+25, czy 2c. Czujemy się trochę jak w Kozienicach, ale pojawiają się w końcu
i starzy wyjadacze, więc nie jest źle.
Dostajemy mapę i … lekkie rozczarowanie.
Taka łatwa? Taki duży limit czasu? Od razu lęgnie się chytry plan – przelecimy TU
w godzinkę, a potem zrobimy TZ.
Szybko zaliczamy PK A, B i C trenując przy
okazji kondycję biegową. Udało mi się przebiec 200 metrów! Sukces!
Teraz decyzja – idziemy tam gdzie
wszyscy, czy pod prąd? Oczywiście, że pod prąd, co okazuje się być dużym błędem.
Nie udaje nam się znaleźć przecinki, wchodzimy więc w las i na oślep szukamy PK
U. To znaczy, ja na oślep, T. twierdzi, ze idziemy na azymut i liczymy
odległość. Prawdę mówiąc nigdy nie widziałam na oczy żywego azymutu i tak
niezupełnie wierzę w jego istnienie (podobnie jak nie wierzę w prąd). Moja
niewiara tak jakby się potwierdza, bo znaleziony PK U w ostatecznym rozrachunku
okazuje się nie być PK U.
A przecież mówiłam, że ta górka to nie
jest górka!
Nadal na oślep (a niektórzy zgodnie z azymutem
i odległością) szukamy PK G. Jak wiadomo, punkt G jest najtrudniejszy na
świecie do zlokalizowania, w efekcie mamy PK F, ale przynajmniej wiemy, że F to
F. Stąd już łatwo do G, z G łatwo do prawdziwego U.
Limit czasu przestaje nam się wydawać
tak absurdalny jak na starcie.
Szybko zbieramy pozostałe punkty i
marszem godnym Korzeniowskiego wracamy na metę.
Apetyt na TZ nie osłabł, mimo że czas
bardzo się skurczył. Dostajemy mapę z zastrzeżeniem, że mamy wrócić najpóźniej
za godzinę. Trudno, dobra i godzina.
Zaliczamy szybko dwa powtarzające się punkty
z poprzedniej trasy i pędzimy do tych nowych dla nas. W końcu to żadna frajda
zbierać dwa razy to samo. Łatwo
znajdujemy PK Y, aczkolwiek mamy wątpliwości co do jego ulokowania w stosunku
do oznaczeń na mapie. Nic innego jednak nie ma w pobliżu. Trochę „na oko” wyznaczamy
PK X i dążymy mniej więcej w jego kierunku. Drogą logicznych skojarzeń i
eliminacji odgadujemy, że nasz pierwszy (błędny) PK U z trasy poprzedniej, to
właściwy PK X z tej. Jako jedyni zaznaczamy go prawidłowo. W końcu jakaś
korzyść z chodzenia pod prąd.
Podarowany nam czas
dobiega końca, więc z żalem porzucamy trasę i wracamy na metę. Okazuje się, że
w lesie jest jeszcze dużo grup i niepotrzebnie tak się spieszyliśmy. Mogliśmy
zaliczyć całą trasę i wygrać chociaż TZ, jak już TU się nie udało.
piątek, 26 września 2014
InO z Niepoślipką
Od wielu dni T. przygotowuje trasy na InO z Niepoślipką. Szczególnie dużo czasu poświęca
trasie TZ. Kombinuje z roziskrzonym wzrokiem i szelmowskim uśmiechem. Widzę jak
dzień po dniu wzbija się na wyżyny sadyzmu i okrucieństwa.
Powinnam jakoś zareagować?
Jeszcze nie
jest za późno!
Subskrybuj:
Posty (Atom)