Prawie siłą T. oderwał mnie od ostatniej niepoślipkowej mapy na sobotnią imprezę, bo Szybki Mózg i Szybki Mózg. Mój mózg był już wyjałowiony po walce z oomapperem (nierównej walce - dodam), miałam więc lekkie obawy jak też ja sobie dam radę??? Zwłaszcza, że tym razem postanowiliśmy przetestować nowoutworzoną kategorię - odważni. W końcu tacy początkujący to już nie jesteśmy.
Na starcie masa znajomych, w tym G.A., którą ostatnio usilnie (i jak widać skutecznie) namawialiśmy do biegów.
Kiedy tylko pierwsi zawodnicy ruszyli, stanęliśmy blisko linii startowej i patrzyli, w którą stronę polecą. Pierwsza osoba z naszej trasy pobiegła w lewo, druga w prawo, a trzecia prosto. Jak to? Gubią się już na starcie?? Taka trudna trasa??
Przerażona weszłam do zagródki startowej, clear, check, mapa w garść i pooooszli!
Faktycznie - do pierwszego punktu można było biec albo w prawo, albo w lewo, bo trzeba było okrążyć blok stojący tuż za startem. Pierwsza strategiczna decyzja - biorę go z lewej! Potem z powrotem przed blok, dwa razy w prawo i jest kolejny. Do trójki trzeba przez ulicę - samochody jeżdżą, inni lecą bez względu na pasy czy czerwone światło. Ja jako praworządny obywatel grzeczniutko pobiegłam na pasy i spokojnie poczekałam na zielone. Co mają mnie rozjeżdżać?
Na ostatnim zakręcie zobaczyłam dużego Paprocha przeskakującego murek i odruchowo też wskoczyłam na niego. (Na murek, nie na Paprocha.) Zapomniałam tylko porównać długości naszych nóg i niewiele brakowało, a wylądowałabym na plecach przed murkiem. Utrzymałam się wyłącznie siłą woli po czym opadłam na właściwą stronę murka. Szybkie pipnięcie, w tył zwrot i już alejką, a nie po murkach z powrotem. Znowu przez ulicę i znowu czerwone światło. Bohatersko przeczekałam, chociaż inni biegli nie patrząc co się dzieje dookoła. Czwórka w podwórku - jednym wejściem wpadłam, drugim wypadłam i po piątkę, a tu niespodzianka - piątka w rogu boiska, z którego startowaliśmy. Ponieważ teren już opatrzony, więc na szóstkę bez zatrzymywania się (no, może tyle ile trzeba na złapanie oddechu). Do szóstki daaaleeekoooo. Przebiec tego nie sposób, więc końcówka już trochę marszem i w końcu ją dopadłam.
Kolejne trzy punkty za Trasą Łazienkowską. Za innymi pobiegłam na kładkę, zadowolona, że znowu nie utknę na czerwonym. Siódemkę zdjęłam łatwo, a do ósemki w grupie, bo chyba kilka tras miało tu swoje punkty. Dziewiątka bliziutko, a do dziesiątki znowu trzeba było się przedrzeć przez Trasę. Na szczęście dało się górą. Jedenastka i dwunastka to właściwie formalność, zresztą cała trasa okazała się łatwa i nie udało mi się zgubić.
Na mecie czekał już T., który wystartował po mnie, ale za to skończył przede mną:-) Czas na oko osiągnęłam taki sobie, ale bynajmniej nie jakiś haniebny. Usiłowaliśmy wydedukować coś z otrzymanych wydruków, ale tym razem były jakieś inne. Nie wynikało z nich nic, a jeżeli już coś, to bardzo dziwne. W końcu gremialnie ustaliliśmy, że chyba organizatorom rozkalibrowały się zegary startowe i musimy poczekać na oficjalne wyniki.
Wyniki oficjalne też pojawiły się jakieś dziwne. Ci z pierwszych miejsc bili rekordy świata w biegach, nasze czasy też były jakieś abstrakcyjne. Po chwili zaczęły się korekty, widać organizatorzy zaczęli je uprawdopodabniać:-) Ostatecznie T. zajął jedenaste, a ja trzydzieste pierwsze miejsce na pięćdziesięciu trzech biegaczy i trzech nieklasyfikowanych.
Za miesiąc planuję być w pierwszej dwudziestce, jeśli się nie zgubię oczywiście:-)
czwartek, 23 kwietnia 2015
czwartek, 16 kwietnia 2015
28. OrtInO
Zamiast na OrtInO to wolałabym raczej do łóżka, bo biomet wyraźnie niekorzystny, ale słowo się rzekło, trzeba iść. Znowu postanowiłam się wyemancypować i nie iść z T. Bo T. - wiadomo - znowu zapisał się na nieludzką trasę, a ja programowo takie bojkotuję.
Umówiłam się z Leśnymi Dziadami, że mnie przez ulice będą przeprowadzać i ruszyliśmy razem. I co się okazało? Dziad nie lepszy od T., bo też raz zerknie w mapę i już idzie, zanim człowiek się rozejrzy gdzie jest. Dobrze, że Baba (Leśna) normalna i jak przyzwoita kobieta chwilę musi w mapę popatrzyć.
Trasa dramatycznie trudna nie była, w końcu to TU, ale pogłówkować jednak należało, że nie wspomnę o wpatrywaniu się w dość ciemną ortofotomapę.
Pierwszy punkcik (F) zaraz przy starcie, ale wisiał nie na tym drzewku co sobie upatrzyliśmy. Niby się mieścił bez problemu w tych osławionych dwóch milimetrach, ale jednak zniesmaczyło nas to na początek. Do kolejnego punktu poszliśmy mocno naokoło, bo przyjęliśmy założenie, że od drugiej strony jest ogrodzenie. Oczywiście było od pierwszej, ale jakoś kanałami przedarliśmy się gdzie trzeba.
Jedną mapę przeznaczyliśmy na zginanie i przykładanie, co nawet było poręczniejsze od cięcia i udało się przejść na kolejny wycinek. A potem okazało się, że Leśny Dziad zna trochę teren i do mapy patrzyliśmy już głównie dla uszczegóławiania miejsc zwisu lampionów. Nawet proponowałyśmy Dziadowi, że poczekamy w jakieś przytulnej knajpce, a on obleci teren z kartami i spisze co trzeba, ale jakiś taki nieużyty się okazał:-(
Nie udało nam się znaleźć jednej kredki i jednego lampionu. O ile co do kredki byliśmy pewni jej braku, to z lampionem sprawa miała się inaczej. W punkcie B coś tam wisiało w krzakach, ale krzaki były nie na tym rogu budynku, co powinny być. Na mecie autor zarzekał się, że powiesił na właściwych krzakach i ja mu wierzę. Na pewno przyszli jacyś wredni ogrodnicy , wykopali roślinność i przesadzili na drugi róg. Podobno ktoś nawet widział faceta ze szpadlem podejrzanie kręcącego się w tamtych okolicach.
Ustalanie właściwego miejsca pobytu lampionu zajęło nam chwilę czasu i wpędziło nas w lekkie minuty. Do tego jeszcze z zadaniem nie wstrzeliliśmy się idealnie, co i nie dziwne, skoro położenie punktów między którymi mierzyliśmy odległość, ustaliliśmy na oko, metodą demokratycznego głosowania. Tym to sposobem nie udało nam się wygrać, ale przynajmniej miło spędziliśmy czas.
Tymczasem na mecie zaczęło robić się coraz luźniej. I jeszcze luźniej. W końcu D. M. poszedł zbierać lampiony, a T. nie było widać po horyzont. Zaczęłam się coraz bardziej niepokoić, bo oczywiście kluczyki od samochodu były w jego plecaku. Zresztą, nawet gdyby były w moim, to i tak nie trafiłabym stamtąd sama do domu. T. był mi potrzebny. W końcu wrócił uszczęśliwiając nie tylko mnie, ale i organizatorów, którzy w końcu też mogli wrócić do domów.
Umówiłam się z Leśnymi Dziadami, że mnie przez ulice będą przeprowadzać i ruszyliśmy razem. I co się okazało? Dziad nie lepszy od T., bo też raz zerknie w mapę i już idzie, zanim człowiek się rozejrzy gdzie jest. Dobrze, że Baba (Leśna) normalna i jak przyzwoita kobieta chwilę musi w mapę popatrzyć.
Trasa dramatycznie trudna nie była, w końcu to TU, ale pogłówkować jednak należało, że nie wspomnę o wpatrywaniu się w dość ciemną ortofotomapę.
Pierwszy punkcik (F) zaraz przy starcie, ale wisiał nie na tym drzewku co sobie upatrzyliśmy. Niby się mieścił bez problemu w tych osławionych dwóch milimetrach, ale jednak zniesmaczyło nas to na początek. Do kolejnego punktu poszliśmy mocno naokoło, bo przyjęliśmy założenie, że od drugiej strony jest ogrodzenie. Oczywiście było od pierwszej, ale jakoś kanałami przedarliśmy się gdzie trzeba.
Jedną mapę przeznaczyliśmy na zginanie i przykładanie, co nawet było poręczniejsze od cięcia i udało się przejść na kolejny wycinek. A potem okazało się, że Leśny Dziad zna trochę teren i do mapy patrzyliśmy już głównie dla uszczegóławiania miejsc zwisu lampionów. Nawet proponowałyśmy Dziadowi, że poczekamy w jakieś przytulnej knajpce, a on obleci teren z kartami i spisze co trzeba, ale jakiś taki nieużyty się okazał:-(
Nie udało nam się znaleźć jednej kredki i jednego lampionu. O ile co do kredki byliśmy pewni jej braku, to z lampionem sprawa miała się inaczej. W punkcie B coś tam wisiało w krzakach, ale krzaki były nie na tym rogu budynku, co powinny być. Na mecie autor zarzekał się, że powiesił na właściwych krzakach i ja mu wierzę. Na pewno przyszli jacyś wredni ogrodnicy , wykopali roślinność i przesadzili na drugi róg. Podobno ktoś nawet widział faceta ze szpadlem podejrzanie kręcącego się w tamtych okolicach.
Ustalanie właściwego miejsca pobytu lampionu zajęło nam chwilę czasu i wpędziło nas w lekkie minuty. Do tego jeszcze z zadaniem nie wstrzeliliśmy się idealnie, co i nie dziwne, skoro położenie punktów między którymi mierzyliśmy odległość, ustaliliśmy na oko, metodą demokratycznego głosowania. Tym to sposobem nie udało nam się wygrać, ale przynajmniej miło spędziliśmy czas.
Tymczasem na mecie zaczęło robić się coraz luźniej. I jeszcze luźniej. W końcu D. M. poszedł zbierać lampiony, a T. nie było widać po horyzont. Zaczęłam się coraz bardziej niepokoić, bo oczywiście kluczyki od samochodu były w jego plecaku. Zresztą, nawet gdyby były w moim, to i tak nie trafiłabym stamtąd sama do domu. T. był mi potrzebny. W końcu wrócił uszczęśliwiając nie tylko mnie, ale i organizatorów, którzy w końcu też mogli wrócić do domów.
wtorek, 14 kwietnia 2015
Lampionada II
Ledwo przyłożyłam głowę do poduszki po powrocie z Kolbuszowej, a tu już trzeba było wstawać do Mińska, bo Lampionada czeka. Na pierwszą rundę nie pojechałam, bo padłam po "Krokusach", byłam więc bardzo ciekawa tej nowej imprezy.
Start zlokalizowano w pobliżu najstarszej sosny świata. To znaczy Polski. Swoją drogą niesamowicie jestem ciekawa kto miał tyle czasu, żeby zrobić inwentaryzację wszystkich sosen w kraju i określić ich wiek.
Startować mieliśmy w kategorii TZ, ale poprzednio mapa była prościutka, więc się specjalnie nie stresowałam. Organizator wcisnął nam dwie karty startowe i od razu wiedziałam, że całą uwagę zaprzątnie mi pilnowanie mojej.
Mapa typowo biegowa, ale dla urozmaicenia połowę punktów trzeba było sobie wyznaczyć samodzielnie, zgodnie z podanymi azymutami i odległościami. Przycupnęliśmy więc przy drodze, pomierzyli, wykreślili i nawet na obydwu mapach wyszły nam niemal te same miejsca.
Przebieżność lasu - marzenie! Przy dobrym wzroku można by listki policzyć na drzewie stojącym kilometr dalej. A przynajmniej tak mi się wydawało porównując las kolbuszowski i ten.
Ruszyliśmy na jedynkę. Po drodze uświadomiliśmy sobie, że musimy przejść niemal przy piętnastce, więc warto ją zgarnąć. Może i nieregulaminowo, ale za to jak praktycznie:-) Oba punkty znaleźliśmy bez problemów, a tuż obok w gratisie stała jeszcze dwójka. Na trójkę daleko - ponad 500 metrów. Na takiej odległości łatwo zejść z azymutu, ale idąc na dwa kompasy mogliśmy się wzajemnie korygować. Udało się i trójka nasza! Teren powoli zaczynał się zmieniać i pod nogami pojawiła się nadprogramowa roślinność, ale gdzie jej tam było to jeżyn z poprzedniej imprezy! Czwórkę autor mapy umieścił w dołkowym zagłębiu - normalnie dołek na dołku. I jak znaleźć ten właściwy? A jednak; w jednym z nich czerwienił się lampion.
Z czwórki na piątkę ruszyliśmy już bardziej drogami, bo ta roślinność... Piątki nigdzie nie było.Sczesaliśmy kilka hektarów, w końcu przyuważyłam, w które miejsce idzie najwięcej osób. Faktycznie, stał tam punkt, ale nam nie pasował do obliczeń. Miałam ochotę go podbić, bo dla mnie przesunięcie tak do pół kilometra, to żadna różnica, T. jednak (dla zasady) gardłował:
- Bepek! Bepek!
Męża należy wspierać i solidaryzować się z nim, więc pożegnałam się z lampionem i wpisałam tego bepeka. Oczywiście następny punkt stał w innym miejscu niż wynikało z naszych pomiarów i chociaż spodziewaliśmy się gdzie jest, zasady nie pozwoliły nam się nawet do niego zbliżyć. To znaczy, mi by pozwoliły, ale wspierałam i solidaryzowałam się.
Punkty od siedem do trzynaście były naniesione przez budowniczego trasy, więc już zgodnie z mapą - to drogą, to przełajem - ruszyliśmy po nie. Przy dwunastce autor nie pomyślał o powieszeniu lampionu, a z opisu na mapie wynikało, że jednak powinien być.Wpisaliśmy więc zadanie, które było do zrobienia oraz kolejnego bepeka. A niech ma!
Czternastka prościutka i już mieliśmy lecieć na metę, ale zorientowaliśmy się, że umknęła nam gdzieś jedenastka. Była nam zupełnie nie po drodze, ale żal zostawić, więc spięliśmy się i potruchtali po nią.
Potem już tylko na metę, bo wiadomo - trzeba bić autora! T. bił i bił, aż żal było patrzeć. Jak już spełnił swoją powinność i przykry obowiązek mieliśmy za sobą, można było z autorem przyjacielsko pogadać. Obiecaliśmy zjawić się na kolejnej, trzeciej rundzie i odbić sobie niepowodzenie w drugiej.
Sosno! Wkrótce znowu przybywamy!
Start zlokalizowano w pobliżu najstarszej sosny świata. To znaczy Polski. Swoją drogą niesamowicie jestem ciekawa kto miał tyle czasu, żeby zrobić inwentaryzację wszystkich sosen w kraju i określić ich wiek.
Startować mieliśmy w kategorii TZ, ale poprzednio mapa była prościutka, więc się specjalnie nie stresowałam. Organizator wcisnął nam dwie karty startowe i od razu wiedziałam, że całą uwagę zaprzątnie mi pilnowanie mojej.
Mapa typowo biegowa, ale dla urozmaicenia połowę punktów trzeba było sobie wyznaczyć samodzielnie, zgodnie z podanymi azymutami i odległościami. Przycupnęliśmy więc przy drodze, pomierzyli, wykreślili i nawet na obydwu mapach wyszły nam niemal te same miejsca.
Przebieżność lasu - marzenie! Przy dobrym wzroku można by listki policzyć na drzewie stojącym kilometr dalej. A przynajmniej tak mi się wydawało porównując las kolbuszowski i ten.
Ruszyliśmy na jedynkę. Po drodze uświadomiliśmy sobie, że musimy przejść niemal przy piętnastce, więc warto ją zgarnąć. Może i nieregulaminowo, ale za to jak praktycznie:-) Oba punkty znaleźliśmy bez problemów, a tuż obok w gratisie stała jeszcze dwójka. Na trójkę daleko - ponad 500 metrów. Na takiej odległości łatwo zejść z azymutu, ale idąc na dwa kompasy mogliśmy się wzajemnie korygować. Udało się i trójka nasza! Teren powoli zaczynał się zmieniać i pod nogami pojawiła się nadprogramowa roślinność, ale gdzie jej tam było to jeżyn z poprzedniej imprezy! Czwórkę autor mapy umieścił w dołkowym zagłębiu - normalnie dołek na dołku. I jak znaleźć ten właściwy? A jednak; w jednym z nich czerwienił się lampion.
Z czwórki na piątkę ruszyliśmy już bardziej drogami, bo ta roślinność... Piątki nigdzie nie było.Sczesaliśmy kilka hektarów, w końcu przyuważyłam, w które miejsce idzie najwięcej osób. Faktycznie, stał tam punkt, ale nam nie pasował do obliczeń. Miałam ochotę go podbić, bo dla mnie przesunięcie tak do pół kilometra, to żadna różnica, T. jednak (dla zasady) gardłował:
- Bepek! Bepek!
Męża należy wspierać i solidaryzować się z nim, więc pożegnałam się z lampionem i wpisałam tego bepeka. Oczywiście następny punkt stał w innym miejscu niż wynikało z naszych pomiarów i chociaż spodziewaliśmy się gdzie jest, zasady nie pozwoliły nam się nawet do niego zbliżyć. To znaczy, mi by pozwoliły, ale wspierałam i solidaryzowałam się.
Punkty od siedem do trzynaście były naniesione przez budowniczego trasy, więc już zgodnie z mapą - to drogą, to przełajem - ruszyliśmy po nie. Przy dwunastce autor nie pomyślał o powieszeniu lampionu, a z opisu na mapie wynikało, że jednak powinien być.Wpisaliśmy więc zadanie, które było do zrobienia oraz kolejnego bepeka. A niech ma!
Czternastka prościutka i już mieliśmy lecieć na metę, ale zorientowaliśmy się, że umknęła nam gdzieś jedenastka. Była nam zupełnie nie po drodze, ale żal zostawić, więc spięliśmy się i potruchtali po nią.
Potem już tylko na metę, bo wiadomo - trzeba bić autora! T. bił i bił, aż żal było patrzeć. Jak już spełnił swoją powinność i przykry obowiązek mieliśmy za sobą, można było z autorem przyjacielsko pogadać. Obiecaliśmy zjawić się na kolejnej, trzeciej rundzie i odbić sobie niepowodzenie w drugiej.
Sosno! Wkrótce znowu przybywamy!
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
Do źródeł Nilu - cz. 3
Ranek przywitał nas uporczywym dzwonieniem budzika. Dzwonił, dzwonił i dzwonił, a właściciel spał jak zabity. Kiedy już wszyscy podnieśli się do pionu (co oczywiście nie znaczy, że się obudzili), rozeszła się elektryzująca wieść:
- Są wyniki!
Pierwszy etap wygrali P. R. i M. G., my byliśmy trzeci. Za to drugi my wygraliśmy, a oni zajęli czwarte miejsce. Po dwóch etapach dzieliła nas różnica tylko jednego punktu przeliczeniowego.
Od razu zaczęliśmy przymierzać się do pucharu:
- Są wyniki!
Pierwszy etap wygrali P. R. i M. G., my byliśmy trzeci. Za to drugi my wygraliśmy, a oni zajęli czwarte miejsce. Po dwóch etapach dzieliła nas różnica tylko jednego punktu przeliczeniowego.
Od razu zaczęliśmy przymierzać się do pucharu:
Po śniadaniu znowu zostaliśmy wywiezieni autobusem w las, tym razem jakiś odleglejszy.
Etap trzeci powinien nazywać się "Zemsta tejota", bo zbudował go młody człowiek, który na Nocnych Manewrach poległ na naszym etapie.
Kiedy tylko zobaczyłam mapę, wiedziałam, że nie jest dobrze. Mikroskopijne wycinki ortofotomapy, których zawartość przypominała rzęsę wodną na brudnej wodzie, nie wzbudziły mojego zachwytu. Do tego mapa zubożona i 19 PK w 105 minut.
Pierwszy punkt znaleźliśmy bez problemu, ale z pierwszymi tak na ogół bywa. Do drugiego ruszyliśmy ściśle odmierzając odległość i od razu wyszliśmy na lampion. I na drugi, trzeci, czwarty.... Na mapie to oszczędzają, a w lampionach jacy rozrzutni. Po dopasowaniu dwójki nadeszła pora na puste kółeczko, które trzeba było czymś zapełnić. Żaden wycinek nie pasował, choć z drugiej strony na upartego każdy można było wcisnąć, biorąc pod uwagę zubożenie mapy. Postanowiliśmy więc najpierw znaleźć PK 3 i od niego próbować wejść na kółeczko. Trójka powinna być na zakręcie cieku wodnego. Rowy, owszem, były - tyle, że żaden nie zakręcał, a i odległości wychodziły w naturze inne niż na mapie. Po kilku godzinach czesania postanowiliśmy wejść na najbliższą górkę i rozejrzeć się po okolicy. Na górce miał być też PK 8. Jakoś nawet niespecjalnie nas zdziwiło, że na mapie górka ma jeden wierzchołek, a w rzeczywistości dwa. Lampiony oczywiście na obydwu i dodatkowo kilka innych na przypadkowych drzewach:-)
Po siódemkę T. pobiegł sam; ja powoli odcinałam się od uczestnictwa w tym dziwnym etapie. Jeszcze tylko czternastką byłam zainteresowana, bo jako jedyna była identyfikowalna na mapie. Po czternastce T. doprowadził nas do szóstki, a potem kolejna zabawa z dopasowywaniem kółeczka. Znaleziony punkt wbiliśmy jako jedenastkę, choć równie dobrze mogła to być dwunastka, trzynastka, czy dziewiętnastka. Albo dowolny inny. Potem przez pole jeżyn i pełne wody rowy przebiliśmy się na piątkę. Po piątce znowu nieszczęsne kółeczko. Uwierzyłam T. na słowo, że znaleziony PK to siedemnastka. Czwórka, jako jedna z nielicznych zgadzała się z rzeczywistością realną i mapową. Myślę, że to jakieś niedopatrzenie autora po prostu.
Czas dawno nam się już skończył, a my wciąż byliśmy w lesie - dosłownie i w przenośni. Postanowiliśmy kierować się w stronę mety, a co napotkamy po drodze losowo przypisywać do numeru punktu. Była to chyba najrozsądniejsza metoda na zwalczenie tego etapu i gdybyśmy od razu tak robili, to efekt dopasowania byłby taki sam, a zaoszczędzilibyśmy sobie ciężkich minut. Ostatni znaleziony lampion wyglądał tak:
Wobec niemożności odczytania kodu, że nie wspomnę o jego wpisaniu, odnotowaliśmy bepeka i pognaliśmy na metę bić autora.
T. bił - jak przystało na prawdziwego faceta - ja w tym czasie topiłam smutki w wodzie z sokiem i zajadałam porażkę drożdżówkami.
Zachęcona przez autora ostatniego etapu, że jego trasa jest krótka, łatwa, lekka i przyjemna poderwałam się z ławki i ochoczo pobrałam mapę.
Stara, a głupia!
Po roku chodzenia powinnam już wiedzieć, że jak ktoś obiecuje lekko, łatwo i przyjemnie, to trzeba wiać i nie oglądać się za siebie.
Jak tylko spojrzałam na mapę, od razu przed oczami stanęło mi widmo WIMnO-a. Do tego widmo całe było zlustrowane. I żeby nie było za łatwo, jakaś obłąkańcza kolejność potwierdzeń. Że mapa pozbawiona części treści, to już autor napisał chyba z czystej złośliwości, bo gołym okiem było widać, że niewiele widać:-(
Od razu zacięłam się w sobie i wycofałam na z góry upatrzone pozycje w swoim wewnętrznym świecie. Jako przykładna żona oczywiście nie mogłam nie pójść w las, ale nie zamierzałam przykładać ręki do tego szaleństwa. No, może tak odrobinkę, gdy mi się zachce.
W efekcie T. prowadził, ja szłam za nim i na komendę czesałam zadany teren. Po kilku punktach, gdy akurat byliśmy przy drodze, nadjechał autor etapu i natrętnie usiłował zajrzeć w naszą kartę startową, że niby puste miejsca zostawiamy. Normalnie chciał nas zastraszyć, ale T., świeżo po kursach, zasypał go paragrafami i zanim człowiek ochłonął, czmychnęliśmy w las.
Fakt, że nie zaginęliśmy w tym lesie, to jedynie zasługa T. - ja ani przez moment nie wiedziałam gdzie i po co jestem:-) Tak sobie myślę, że z tymi dżenderami to coś jest nie tak, bo teoretycznie powinnam równie dobrze orientować się w terenie co T., czy każdy inny facet, a tu chała. No bo popatrzcie - wśród orientalistów, jak by nie patrzeć, prawie sami mężczyźni.
Na metę doszłam już na rezerwie i było mi wszystko jedno. W każdej dziedzinie. Chciałam zjeść, położyć się i spać. Moje marzenia spełniły się tylko w części kulinarnej, bo po obiedzie musieliśmy się spakować i ruszyć w drogę powrotną. Sypialną miejscówkę z tyłu samochodu zaklepał sobie P. R., mi przypadła rola budzenia kierowcy gdyby zasnął. Powrót trochę przypominał ten z Nocnych Manewrów, choć aż tak dramatycznie jak wtedy, nie było.
Mimo nieprzyjaznego terenu (jeżyny, róże, rowy, jeżyny, tereny podmokłe, róże, rowy, jeżyny), wybrakowanych map, przegranego haniebnie trzeciego etapu i nie najlepszego czwartego, w sumie bawiliśmy się dobrze. A przynajmniej intensywnie. Organizatorzy okazali się przesympatycznymi ludźmi i tak sobie myślę, że salamandrowe imprezy wejdą na stałe do naszego kalendarza.
niedziela, 12 kwietnia 2015
Do źródeł Nilu - cz. 2
Posileni bigosem, nie zwlekając zbyt długo, ruszyliśmy na etap drugi. Ze zgrozą przeczytałam, że etap ma aż 5 km, bo my zwykle robimy prawie dwa razy tyle, ile trasa wynosi nominalnie. Na zawody przyjechałam już z dwoma zarwanymi nocami i miałam obawy, czy przetrwam ten etap.
Nie dość, że trzeba było wpasować pięć kół w odpowiednie miejsce (co może i nie jest wielkim wyczynem), to autor mapy dla zmylenia przeciwnika pozamieniał oznaczenia i na przykład wykombinował, że tory to asfalt, asfalt to rzeczki, drogi to prąd w drutach, a grzebień to ścieżki. Co i rusz dałam się potem na to nabierać. Dodatkowo, podobnie jak i w poprzednim etapie, mapa została częściowo zubożona. W tej Kolbuszowej to muszą być jakoś bardzo oszczędni - z każdej mapy coś podbierają i pewnie jak im się uzbiera odpowiednia ilość poziomnic, dróg, cieków wodnych i innych elementów to mogą sobie zrobić dodatkową mapę i dodatkową imprezę. Może by i u nas to wypróbować, bo chyba jesteśmy zbyt rozrzutni i wszystko co mamy ładujemy w jedną mapę.
Ruszyliśmy. Punkt pierwszy wychodził nam jak nic na samochodzie jednego z organizatorów, stojącym na środku skrzyżowania. Zaczęliśmy oględziny, ale nie, nie było. Kierowca znudzony kolejną już pewnie grupą kręcącą się dokoła autka, od razu pokazał nam gdzie punkt wisi, żebyśmy sobie wreszcie poszli.
Kolejny PK powinien stać na następnym skrzyżowaniu. Już z daleka widzieliśmy wielkie czesanie i dziwiliśmy się, że ktoś prostego punktu nie może znaleźć. Dołączyliśmy do fryzjerów, ale i my nie odnieśliśmy sukcesu. Jak się okazało na mecie, lampion zaginął w tajemniczych okolicznościach.
Nadeszła pora na pierwsze kółeczko. Po dojściu na miejsce okazało się, że nasz pierwotny typ nie konweniuje, szybko więc zrewidowaliśmy poglądy i zgarnęli PK 5. Z niego ruszyliśmy na siódemkę, by potem zaatakować dziewiątkę. Od siódemki spora grupa namierzała się na rzeczoną dziewiątkę, dołączyliśmy więc do rozentuzjazmowanego tłumu. Tłum parł w zarośla. T. poszedł przodem, ja za nim. Po chwili T. zniknął w ciemnościach, a ja utknęłam na ścieżce trzymana za nogi przez jeżyny, a za kark przez pnącą różę. Każda próba wyswobodzenia się tylko pogarszała sytuację. W końcu zaapelowałam do niecierpliwiących się za moimi plecami młodzieńców:
- Panowie, albo mnie uwolnicie, albo nikt więcej tędy nie przejdzie!
Poskutkowało. Wyswobodzona zrobiłam jeszcze kilkanaście kroków naprzód i natknęłam się na wracającego T.
- Nie przejdziemy! Wracamy! - zakomenderował.
Kiedy wreszcie udało nam się wydostać na przyjaźniejszy grunt, wyglądałam jak obraz nędzy i rozpaczy - ociekająca krwią, w poszarpanym ubraniu, z obłędem w oczach. Tak się nawet zastanawiam, czy nie wystąpić do organizatorów o odszkodowanie za utratę mienia (całkiem porządne portki i nowa kurtka nadają się już tylko do ... lasu), zdrowia (a jeszcze bardziej urody), no i te straty moralne... Bo morale podupadło mi tak bardzo, że chciałam już zrezygnować z tego etapu. I tak bym pewnie zrobiła, gdybym tylko wiedziała jak wrócić szybko i bezstratnie do bazy.
W czasie, kiedy lizaliśmy rany i szacowali straty, reszta uczestników "zabawy" gdzieś się zdematerializowała i zostaliśmy sami. Postanowiliśmy szukać innej drogi i przebić się do szosy. Weszliśmy w nieco mniejsze zarośla i po chwili natknęliśmy się na jakiś płot. Ruszyliśmy wzdłuż niego. Odniosłam wrażenie, że nawet T. nie bardzo wie gdzie iść i wobec braku perspektyw powodzenia misji, postanowiłam rzecz całą potraktować jako przygodę, co to będę kiedyś wnukom opowiadać. Zarzuciłam więc nawet zaglądanie do mapy, kompas schowałam do kieszeni i beztrosko pomaszerowałam za T. Po kilkunastu (a obawiam się, że i więcej) minutach, po zatoczeniu kółka znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. T. stwierdził, że skoro do drogi się nie da, to spróbujemy w stronę rzeczki. Las oczywiście starał się nas nie dopuścić do niej, ale parliśmy naprzód znacząc ślad wędrówki własną krwią. W końcu udało się! Znalezienie lampionu to już był pikuś przy tym wszystkim.
Kilka kolejnych punktów budowniczy litościwie postawił przy asfalcie, mogliśmy więc dojść do siebie po strasznych przeżyciach. Sielanka trwała do następnego kółeczka. Dopasować udało się co prawda od razu, ale znalezienie, to już była wyższa szkoła jazdy. Nie wzięliśmy pod uwagę oszczędności autora trasy, który wrysował tylko kawałki rowów z wodą, resztę pewnie chowając na inną imprezę. Dodatkowo dwa z trzech PK były japońcami, a jeszcze dodatkowo jakiś dowcipniś jednego z nich całkiem przysypał trawą. Na szczęście T. posiada nadprzyrodzone zdolności odnajdywania nieodnajdywalnych lampionów i raz dwa uporał się z zadaniem. Raz dwa jak wiadomo trwa tak z pół godziny albo i lepiej.
Pozostałe punkty stały już przy drogach, więc nie ma o czym opowiadać, bo nie stanowiły żadnego wyzwania. Na mecie (tym razem nie stowarzyszonej) czekał autobus i po niedługim czasie już byliśmy w bazie.
Jeszcze tylko szybka "kąpiel" i wreszcie mogłam zaszyć się w śpiwór, by do szybkiego (niestety) końca nocy słuchać rozentuzjazmowanej młodzieży szalejącej na korytarzach (nie dziwię im się, w ich wieku też tak robiłam) oraz pochrapywania współspaczy.
c. d. n.
P. S.
Nasze rany:
.
.
.
.
.
.
.
.
Uwaga! Drastyczne zdjęcia!
.
.
.
.
.
.
Oglądasz na własną odpowiedzialność!
.
.
.
.
.
Nie dość, że trzeba było wpasować pięć kół w odpowiednie miejsce (co może i nie jest wielkim wyczynem), to autor mapy dla zmylenia przeciwnika pozamieniał oznaczenia i na przykład wykombinował, że tory to asfalt, asfalt to rzeczki, drogi to prąd w drutach, a grzebień to ścieżki. Co i rusz dałam się potem na to nabierać. Dodatkowo, podobnie jak i w poprzednim etapie, mapa została częściowo zubożona. W tej Kolbuszowej to muszą być jakoś bardzo oszczędni - z każdej mapy coś podbierają i pewnie jak im się uzbiera odpowiednia ilość poziomnic, dróg, cieków wodnych i innych elementów to mogą sobie zrobić dodatkową mapę i dodatkową imprezę. Może by i u nas to wypróbować, bo chyba jesteśmy zbyt rozrzutni i wszystko co mamy ładujemy w jedną mapę.
Ruszyliśmy. Punkt pierwszy wychodził nam jak nic na samochodzie jednego z organizatorów, stojącym na środku skrzyżowania. Zaczęliśmy oględziny, ale nie, nie było. Kierowca znudzony kolejną już pewnie grupą kręcącą się dokoła autka, od razu pokazał nam gdzie punkt wisi, żebyśmy sobie wreszcie poszli.
Kolejny PK powinien stać na następnym skrzyżowaniu. Już z daleka widzieliśmy wielkie czesanie i dziwiliśmy się, że ktoś prostego punktu nie może znaleźć. Dołączyliśmy do fryzjerów, ale i my nie odnieśliśmy sukcesu. Jak się okazało na mecie, lampion zaginął w tajemniczych okolicznościach.
Nadeszła pora na pierwsze kółeczko. Po dojściu na miejsce okazało się, że nasz pierwotny typ nie konweniuje, szybko więc zrewidowaliśmy poglądy i zgarnęli PK 5. Z niego ruszyliśmy na siódemkę, by potem zaatakować dziewiątkę. Od siódemki spora grupa namierzała się na rzeczoną dziewiątkę, dołączyliśmy więc do rozentuzjazmowanego tłumu. Tłum parł w zarośla. T. poszedł przodem, ja za nim. Po chwili T. zniknął w ciemnościach, a ja utknęłam na ścieżce trzymana za nogi przez jeżyny, a za kark przez pnącą różę. Każda próba wyswobodzenia się tylko pogarszała sytuację. W końcu zaapelowałam do niecierpliwiących się za moimi plecami młodzieńców:
- Panowie, albo mnie uwolnicie, albo nikt więcej tędy nie przejdzie!
Poskutkowało. Wyswobodzona zrobiłam jeszcze kilkanaście kroków naprzód i natknęłam się na wracającego T.
- Nie przejdziemy! Wracamy! - zakomenderował.
Kiedy wreszcie udało nam się wydostać na przyjaźniejszy grunt, wyglądałam jak obraz nędzy i rozpaczy - ociekająca krwią, w poszarpanym ubraniu, z obłędem w oczach. Tak się nawet zastanawiam, czy nie wystąpić do organizatorów o odszkodowanie za utratę mienia (całkiem porządne portki i nowa kurtka nadają się już tylko do ... lasu), zdrowia (a jeszcze bardziej urody), no i te straty moralne... Bo morale podupadło mi tak bardzo, że chciałam już zrezygnować z tego etapu. I tak bym pewnie zrobiła, gdybym tylko wiedziała jak wrócić szybko i bezstratnie do bazy.
W czasie, kiedy lizaliśmy rany i szacowali straty, reszta uczestników "zabawy" gdzieś się zdematerializowała i zostaliśmy sami. Postanowiliśmy szukać innej drogi i przebić się do szosy. Weszliśmy w nieco mniejsze zarośla i po chwili natknęliśmy się na jakiś płot. Ruszyliśmy wzdłuż niego. Odniosłam wrażenie, że nawet T. nie bardzo wie gdzie iść i wobec braku perspektyw powodzenia misji, postanowiłam rzecz całą potraktować jako przygodę, co to będę kiedyś wnukom opowiadać. Zarzuciłam więc nawet zaglądanie do mapy, kompas schowałam do kieszeni i beztrosko pomaszerowałam za T. Po kilkunastu (a obawiam się, że i więcej) minutach, po zatoczeniu kółka znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. T. stwierdził, że skoro do drogi się nie da, to spróbujemy w stronę rzeczki. Las oczywiście starał się nas nie dopuścić do niej, ale parliśmy naprzód znacząc ślad wędrówki własną krwią. W końcu udało się! Znalezienie lampionu to już był pikuś przy tym wszystkim.
Kilka kolejnych punktów budowniczy litościwie postawił przy asfalcie, mogliśmy więc dojść do siebie po strasznych przeżyciach. Sielanka trwała do następnego kółeczka. Dopasować udało się co prawda od razu, ale znalezienie, to już była wyższa szkoła jazdy. Nie wzięliśmy pod uwagę oszczędności autora trasy, który wrysował tylko kawałki rowów z wodą, resztę pewnie chowając na inną imprezę. Dodatkowo dwa z trzech PK były japońcami, a jeszcze dodatkowo jakiś dowcipniś jednego z nich całkiem przysypał trawą. Na szczęście T. posiada nadprzyrodzone zdolności odnajdywania nieodnajdywalnych lampionów i raz dwa uporał się z zadaniem. Raz dwa jak wiadomo trwa tak z pół godziny albo i lepiej.
Pozostałe punkty stały już przy drogach, więc nie ma o czym opowiadać, bo nie stanowiły żadnego wyzwania. Na mecie (tym razem nie stowarzyszonej) czekał autobus i po niedługim czasie już byliśmy w bazie.
Jeszcze tylko szybka "kąpiel" i wreszcie mogłam zaszyć się w śpiwór, by do szybkiego (niestety) końca nocy słuchać rozentuzjazmowanej młodzieży szalejącej na korytarzach (nie dziwię im się, w ich wieku też tak robiłam) oraz pochrapywania współspaczy.
c. d. n.
P. S.
Nasze rany:
.
.
.
.
.
.
.
.
Uwaga! Drastyczne zdjęcia!
.
.
.
.
.
.
Oglądasz na własną odpowiedzialność!
.
.
.
.
.
Do źródeł Nilu - cz. 1
Strasznie daleko z Warszawy do tego Nilu, postanowiłam więc skorzystać z okazji i na tylnym siedzeniu odespać konferencyjne balety. P. R., który zabrał się z nami, zabawiał T. rozmową, ja miałam więc wolne.
Do bazy w Kolbuszowej dotarliśmy późno, ale zdążyłam jeszcze zamienić szpilki na buty sportowe, a żakiet na kurtkę. Ledwo się rozgościliśmy w bazie, a już wołali do autobusu, który miał nas zawieźć na start.
Etap pierwszy nie wyglądał groźnie na pierwszy rzut oka - trzy fragmenty do połączenia w całość, z czego jeden zlustrowany. Nie takie rzeczy my ze szwagrem ...
Ze startu udało się wyjść w dobrym kierunku, jedynkę znaleźliśmy bez problemu, aczkolwiek w większej dziurze niż wynikało z mapy, ale kto by się tam czepiał wielkości dziury. Do dwójki w pierwszym odruchu chcieliśmy iść azymutem, ale lokalna roślinność szybko zniechęciła nas do tego. Grzecznie wróciliśmy na drogę i staraliśmy się jak najdłużej trzymać ścieżek. Z dwójki na trójkę też bezpiecznie ścieżkami, ale już na czwórkę musieliśmy wejść między drzewa. Dało radę. Punkt znaleźliśmy łatwo, tyle tylko, że brakowało przy nim dołka. Ponieważ nie mieliśmy przenośnego, nie pozostało nic innego jak czesanie okolicy. Oprócz nas czesało jeszcze kilka osób, ale jakoś szybko się zniechęcili. Nasz trud został nagrodzony dorodnym punktem w dołku.
Piątka i szóstka były dość łatwe, ale dopiero przy szóstce skojarzyliśmy, że piątka i jedenastka to to samo. T. litościwie nie kazał mi się wracać, tylko sam pobiegł podbić brakujący punkt.
Nadeszła pora na lopkę. Jakoś z góry założyliśmy, że będzie szła drogą i chwilę nam zajęło przekonanie się, że niekoniecznie. Jednak dla pewności, resztę trasy T. szedł nasypem przy rowie, a ja drogą biegnącą wzdłuż rowu. Mimo tych zabezpieczeń, wciąż mieliśmy wrażenie, że jak na lopkę, to jednak lampiony są za mało widokowo powieszone. T. musiał poczuć się tym jakoś zawstydzony, bo przy którymś z kolei PK na lopce nagle zapadł się pod ziemię. Tak prawie do pasa. Z trudem udało mu się wygrzebać i po sprawdzeniu, że wciąż jest szczęśliwym posiadaczem czterech sprawnych kończyn, ruszyliśmy dalej.
Przy ostatnim lopkowym punkcie mieliśmy wątpliwości - należy on jeszcze do lopki, czy już nie? Ponieważ nie chciało nam się wracać do początku lopki, a wciąż brakowało nam na niej jednego punktu, uznaliśmy, że w najgorszym przypadku będziemy mieć stowarzysza. Trudno.
Im bliżej dziewiątki, tym teren robił się bardziej podmokły i grząski. Dodatkowo zaczepno-obronna roślinność nie chciała dopuścić nas do celu. Zaczęłam wymiękać, ale T. jak zawsze twardo parł do celu i oczywiście go osiągnął.
Po dziewiątce zeszliśmy do asfaltu i aż miałam go ochotę ucałować (ten asfalt), bo wreszcie poczułam bezpieczny grunt pod nogami. Kolejne punkty były już łatwe, bo tylko robiliśmy po nie krótkie wypady z głównej drogi. Nawet udało nam się pamiętać, że jeden punkt jest podwójny.
Wreszcie zobaczyliśmy metę. Pełni entuzjazmu dopadliśmy stolika i co się okazało????
Trafiliśmy na metę stowarzyszoną!!! Nasza była kawałek dalej - niepozorna i ukryta w samochodzie.
Punkt regeneracji organizmów żywych był już wspólny, a na nim bigos, chleb, herbata. Co prawda przeżyliśmy chwilę grozy, bo tuż przed nami ktoś dokopał się do dna gara z bigosem i widmo głodu zajrzało nam w oczy. Na szczęście organizatorzy szybko podstawili nowy, pełny gar i mogliśmy najeść się do wypęku.
c. d. n.
Do bazy w Kolbuszowej dotarliśmy późno, ale zdążyłam jeszcze zamienić szpilki na buty sportowe, a żakiet na kurtkę. Ledwo się rozgościliśmy w bazie, a już wołali do autobusu, który miał nas zawieźć na start.
Etap pierwszy nie wyglądał groźnie na pierwszy rzut oka - trzy fragmenty do połączenia w całość, z czego jeden zlustrowany. Nie takie rzeczy my ze szwagrem ...
Ze startu udało się wyjść w dobrym kierunku, jedynkę znaleźliśmy bez problemu, aczkolwiek w większej dziurze niż wynikało z mapy, ale kto by się tam czepiał wielkości dziury. Do dwójki w pierwszym odruchu chcieliśmy iść azymutem, ale lokalna roślinność szybko zniechęciła nas do tego. Grzecznie wróciliśmy na drogę i staraliśmy się jak najdłużej trzymać ścieżek. Z dwójki na trójkę też bezpiecznie ścieżkami, ale już na czwórkę musieliśmy wejść między drzewa. Dało radę. Punkt znaleźliśmy łatwo, tyle tylko, że brakowało przy nim dołka. Ponieważ nie mieliśmy przenośnego, nie pozostało nic innego jak czesanie okolicy. Oprócz nas czesało jeszcze kilka osób, ale jakoś szybko się zniechęcili. Nasz trud został nagrodzony dorodnym punktem w dołku.
Piątka i szóstka były dość łatwe, ale dopiero przy szóstce skojarzyliśmy, że piątka i jedenastka to to samo. T. litościwie nie kazał mi się wracać, tylko sam pobiegł podbić brakujący punkt.
Nadeszła pora na lopkę. Jakoś z góry założyliśmy, że będzie szła drogą i chwilę nam zajęło przekonanie się, że niekoniecznie. Jednak dla pewności, resztę trasy T. szedł nasypem przy rowie, a ja drogą biegnącą wzdłuż rowu. Mimo tych zabezpieczeń, wciąż mieliśmy wrażenie, że jak na lopkę, to jednak lampiony są za mało widokowo powieszone. T. musiał poczuć się tym jakoś zawstydzony, bo przy którymś z kolei PK na lopce nagle zapadł się pod ziemię. Tak prawie do pasa. Z trudem udało mu się wygrzebać i po sprawdzeniu, że wciąż jest szczęśliwym posiadaczem czterech sprawnych kończyn, ruszyliśmy dalej.
Przy ostatnim lopkowym punkcie mieliśmy wątpliwości - należy on jeszcze do lopki, czy już nie? Ponieważ nie chciało nam się wracać do początku lopki, a wciąż brakowało nam na niej jednego punktu, uznaliśmy, że w najgorszym przypadku będziemy mieć stowarzysza. Trudno.
Im bliżej dziewiątki, tym teren robił się bardziej podmokły i grząski. Dodatkowo zaczepno-obronna roślinność nie chciała dopuścić nas do celu. Zaczęłam wymiękać, ale T. jak zawsze twardo parł do celu i oczywiście go osiągnął.
Po dziewiątce zeszliśmy do asfaltu i aż miałam go ochotę ucałować (ten asfalt), bo wreszcie poczułam bezpieczny grunt pod nogami. Kolejne punkty były już łatwe, bo tylko robiliśmy po nie krótkie wypady z głównej drogi. Nawet udało nam się pamiętać, że jeden punkt jest podwójny.
Wreszcie zobaczyliśmy metę. Pełni entuzjazmu dopadliśmy stolika i co się okazało????
Trafiliśmy na metę stowarzyszoną!!! Nasza była kawałek dalej - niepozorna i ukryta w samochodzie.
Punkt regeneracji organizmów żywych był już wspólny, a na nim bigos, chleb, herbata. Co prawda przeżyliśmy chwilę grozy, bo tuż przed nami ktoś dokopał się do dna gara z bigosem i widmo głodu zajrzało nam w oczy. Na szczęście organizatorzy szybko podstawili nowy, pełny gar i mogliśmy najeść się do wypęku.
c. d. n.
sobota, 11 kwietnia 2015
Między Hiltonem, a źródłami Nilu.
Po czterodniowym zesłaniu na konferencję nie zdążyłam nawet zajrzeć do domu, tylko na trasie przesiadłam się z auta służbowego do naszego i pojechaliśmy do Kolbuszowej przyjrzeć się bliżej źródłom Nilu.
Jeszcze we czwartek jadłam kolację w Hiltonie, a w piątek już bigos w środku lasu. Właściwą osobą na właściwym miejscu czułam się zdecydowanie w tej drugiej sytuacji.
Relacja z okołobigosowych wydarzeń już wkrótce, jak tylko złapię drugi oddech i dopieszczę zaniedbane potomstwo.
Jeszcze we czwartek jadłam kolację w Hiltonie, a w piątek już bigos w środku lasu. Właściwą osobą na właściwym miejscu czułam się zdecydowanie w tej drugiej sytuacji.
Relacja z okołobigosowych wydarzeń już wkrótce, jak tylko złapię drugi oddech i dopieszczę zaniedbane potomstwo.
poniedziałek, 6 kwietnia 2015
GAMBIT 2015
Jakoś udało nam się oderwać od wielkanocnego stołu i mimo niezbyt zachęcającej pogody pojechaliśmy zobaczyć tę nową imprezę. Wszystko wyglądało normalnie - wiata, jajka, deszcz, karty startowe, znajomi - normalnie do momentu otrzymania mapy.
Na "mapie" parę dróg na krzyż, jakieś żarówki, lasery, północ po skosie i dziwna skala, a do tego 2 (słownie: dwie) strony objaśnień. Niby organizatorzy w komunikacie technicznym napisali, że będziemy "grać" w chromatron, ale nie potraktowałam tego jako poważnego ostrzeżenia.
Im bardziej czytałam opis, tym mniej rozumiałam. Zawsze byłam dumna z tego, że umiem czytać ze zrozumieniem, a tu organizatorzy wykazali mi, jak bardzo się myliłam. Pocieszało mnie jedynie to, że nie tylko ja stałam z głupią miną. W ogóle już po przeczytaniu słów: żarówka, laser, zwierciadło włączył mi się sygnał alarmowy - coś tu trąci fizyką. Zgiń, przepadnij siło nieczysta!
W końcu T. wykoncypował jak zacząć i ruszyliśmy. Dołączył do nas D. M., bo samemu jakoś straszno się mierzyć z tym chromatronem, a w kupie wiadomo - raźniej.
T. doprowadził do pierwszego zwierciadła i tam zrobiliśmy burzę mózgów, co dalej. To znaczy T. i D. mózgów, ja burzę. A tak dokładniej to burzyłam się wewnętrznie przeciwko psuciu mi świąt jakimiś nierozwiązywalnymi łamigłówkami. W końcu ustaliłam sama z sobą - z marszu przyjemności nie będzie, ale za to można spalić trochę kalorii. Tak się pocieszając ruszyłam za chłopakami, którzy niby to wiedzieli gdzie i po co idą. Zebraliśmy dwie "żarówki", co to je można było znaleźć i bez zwierciadła, czy innych takich oraz jeden laser. Po drodze konsultowaliśmy się z kim się tylko dało i każdemu wychodziło, że zadanie jest nie do rozwiązania. Błąd w matriksie albo co.
W międzyczasie zaczęło się rozpogadzać, więc tym bardziej traktowałam Gambita jako świąteczny spacer, a nie zawody. T. i D. twardo myśleli - patrzyli w te mapy, patrzyli, coś tam kreślili, kombinowali, a efekt był taki sam jak z mojego relaksu. W międzyczasie D. z tego myślenia to aż zgubił kartę startową (no bo nie miał czasu myśleć o niej) i musiał się wracać, T. zaś zostawił mnie na środku ścieżki i poszedł czesać las. Z naprzeciwka nadeszła konkurencja - A. P. z żoną.
- I jak? Macie? - zagaił.
Pokręciłam przecząco głową i telepatycznie przekazałam wprost do jego mózgu (i sumienia):
- Powiedz: gdzie jest drugie i trzecie zwierciadło? Gdzie jest zwierciadło? Gdzie jest zwierciadło?
Okazało się, że jestem całkiem niezła w tej telepatii, bo A. bez namysłu przyłożył palec w odpowiednie miejsce mapy i powiedział:
- Tu!
Rzeczywiście to musiało być TU. Na dodatek, kiedy już się o tym wiedziało, było to całkiem naturalne i chyba byliśmy całkowicie zaćmieni, że nie wymyśliliśmy tak prostej rzeczy.
Oczywiście okazało się, że do jednego ze zwierciadeł trzeba się wrócić i do spory kawałek. Ruszyliśmy biegiem, bo wiadomo - czas nie z gumy. Do kolejnego zwierciadła w przeciwległy kraniec mapy, znowu podbiegając, w końcu panowie porzucili mnie w lesie i pognali przeglądać się w tym lustereczku. Ja tam miałam swoje w plecaczku, więc ich nawet nie goniłam. Usiłowałam zrobić zadanie, żeby mieć jakiś wkład w ten etap, ale przecież nie pamiętałam, w którym kwadracie laser był czerwony, a w którym stało charakterystyczne drzewo. Uzyskawszy te informacje od powracających, szybko przyłożyłam kompas do mapy i coś tam w przybliżeniu policzyłam. T. i D. pracowicie kreślili linijkami, mierzyli kątomierzami i w końcu wyliczyli - o 1 stopień inaczej niż ja. Ale za to jak profesjonalnie!
W końcu dopadliśmy mety i to nawet nie z jakimś dramatycznym czasem i ...po zabawie, czas do domu, bo stół czeka.
A jak myślicie? Jak T. spędził popołudnie?
Oczywiście, że grając w chromatron!
Na "mapie" parę dróg na krzyż, jakieś żarówki, lasery, północ po skosie i dziwna skala, a do tego 2 (słownie: dwie) strony objaśnień. Niby organizatorzy w komunikacie technicznym napisali, że będziemy "grać" w chromatron, ale nie potraktowałam tego jako poważnego ostrzeżenia.
Im bardziej czytałam opis, tym mniej rozumiałam. Zawsze byłam dumna z tego, że umiem czytać ze zrozumieniem, a tu organizatorzy wykazali mi, jak bardzo się myliłam. Pocieszało mnie jedynie to, że nie tylko ja stałam z głupią miną. W ogóle już po przeczytaniu słów: żarówka, laser, zwierciadło włączył mi się sygnał alarmowy - coś tu trąci fizyką. Zgiń, przepadnij siło nieczysta!
W końcu T. wykoncypował jak zacząć i ruszyliśmy. Dołączył do nas D. M., bo samemu jakoś straszno się mierzyć z tym chromatronem, a w kupie wiadomo - raźniej.
T. doprowadził do pierwszego zwierciadła i tam zrobiliśmy burzę mózgów, co dalej. To znaczy T. i D. mózgów, ja burzę. A tak dokładniej to burzyłam się wewnętrznie przeciwko psuciu mi świąt jakimiś nierozwiązywalnymi łamigłówkami. W końcu ustaliłam sama z sobą - z marszu przyjemności nie będzie, ale za to można spalić trochę kalorii. Tak się pocieszając ruszyłam za chłopakami, którzy niby to wiedzieli gdzie i po co idą. Zebraliśmy dwie "żarówki", co to je można było znaleźć i bez zwierciadła, czy innych takich oraz jeden laser. Po drodze konsultowaliśmy się z kim się tylko dało i każdemu wychodziło, że zadanie jest nie do rozwiązania. Błąd w matriksie albo co.
W międzyczasie zaczęło się rozpogadzać, więc tym bardziej traktowałam Gambita jako świąteczny spacer, a nie zawody. T. i D. twardo myśleli - patrzyli w te mapy, patrzyli, coś tam kreślili, kombinowali, a efekt był taki sam jak z mojego relaksu. W międzyczasie D. z tego myślenia to aż zgubił kartę startową (no bo nie miał czasu myśleć o niej) i musiał się wracać, T. zaś zostawił mnie na środku ścieżki i poszedł czesać las. Z naprzeciwka nadeszła konkurencja - A. P. z żoną.
- I jak? Macie? - zagaił.
Pokręciłam przecząco głową i telepatycznie przekazałam wprost do jego mózgu (i sumienia):
- Powiedz: gdzie jest drugie i trzecie zwierciadło? Gdzie jest zwierciadło? Gdzie jest zwierciadło?
Okazało się, że jestem całkiem niezła w tej telepatii, bo A. bez namysłu przyłożył palec w odpowiednie miejsce mapy i powiedział:
- Tu!
Rzeczywiście to musiało być TU. Na dodatek, kiedy już się o tym wiedziało, było to całkiem naturalne i chyba byliśmy całkowicie zaćmieni, że nie wymyśliliśmy tak prostej rzeczy.
Oczywiście okazało się, że do jednego ze zwierciadeł trzeba się wrócić i do spory kawałek. Ruszyliśmy biegiem, bo wiadomo - czas nie z gumy. Do kolejnego zwierciadła w przeciwległy kraniec mapy, znowu podbiegając, w końcu panowie porzucili mnie w lesie i pognali przeglądać się w tym lustereczku. Ja tam miałam swoje w plecaczku, więc ich nawet nie goniłam. Usiłowałam zrobić zadanie, żeby mieć jakiś wkład w ten etap, ale przecież nie pamiętałam, w którym kwadracie laser był czerwony, a w którym stało charakterystyczne drzewo. Uzyskawszy te informacje od powracających, szybko przyłożyłam kompas do mapy i coś tam w przybliżeniu policzyłam. T. i D. pracowicie kreślili linijkami, mierzyli kątomierzami i w końcu wyliczyli - o 1 stopień inaczej niż ja. Ale za to jak profesjonalnie!
W końcu dopadliśmy mety i to nawet nie z jakimś dramatycznym czasem i ...po zabawie, czas do domu, bo stół czeka.
A jak myślicie? Jak T. spędził popołudnie?
Oczywiście, że grając w chromatron!
czwartek, 2 kwietnia 2015
Świąteczne TRInO
T. to ma w głowie tylko InO i InO. Święta idą, w domu bałagan, a ten chce punktów kontrolnych szukać zamiast wziąć się za porządki. Żeby wilk był syty i owca cała wręczyłam mu nowe TRInO, szmatę, domestos i inne takie, wyznaczyłam limit czasu i ... zrobiłam sobie kawę.
Polecam sposób, bardzo polecam!
Polecam sposób, bardzo polecam!
środa, 1 kwietnia 2015
Jak zostałam OInO-kiem.
Zdałam!
Każdy egzaminator brał upatrzoną ofiarę w jakiś odległy kąt sali i tam poddawał torturom przesłuchania. Mnie na swoją ofiarę wybrała B.S. Nawet się ucieszyłam, bo jej dobrze z oczu patrzyło. I rzeczywiście - lampą po oczach nie świeciła, boków nie przypalała, nie zrywała paznokci, nie podtapiała. I to nawet jeśli bredziłam jak Piekarski na mękach! Po prostu ludzkie panisko! Coś tam musiałam wiedzieć, bo nie z nią takie numery, żeby kompletnie zielonych przepuścić, ale dałam się zagiąć parę razy. Ale na rzeczach, których na kursie nie było, o! A, że sobie nie doczytałam... Bo to człowiek ma czas. Przy sędziowaniu utknęłam na zadaniach. Tak jak ich nie zauważam jako uczestnik, tak samo nie zauważyłam jako sędzia. Zupełnie nie wiem dlaczego jestem taka zadanioodporna:-( Chyba sobie muszę w telefonie ustawić przypominanie o zadaniach:-)
W każdym razie, teraz to ja jestem OInOk całą gębą i proszę do mnie mówić: OInOczko!
Każdy egzaminator brał upatrzoną ofiarę w jakiś odległy kąt sali i tam poddawał torturom przesłuchania. Mnie na swoją ofiarę wybrała B.S. Nawet się ucieszyłam, bo jej dobrze z oczu patrzyło. I rzeczywiście - lampą po oczach nie świeciła, boków nie przypalała, nie zrywała paznokci, nie podtapiała. I to nawet jeśli bredziłam jak Piekarski na mękach! Po prostu ludzkie panisko! Coś tam musiałam wiedzieć, bo nie z nią takie numery, żeby kompletnie zielonych przepuścić, ale dałam się zagiąć parę razy. Ale na rzeczach, których na kursie nie było, o! A, że sobie nie doczytałam... Bo to człowiek ma czas. Przy sędziowaniu utknęłam na zadaniach. Tak jak ich nie zauważam jako uczestnik, tak samo nie zauważyłam jako sędzia. Zupełnie nie wiem dlaczego jestem taka zadanioodporna:-( Chyba sobie muszę w telefonie ustawić przypominanie o zadaniach:-)
W każdym razie, teraz to ja jestem OInOk całą gębą i proszę do mnie mówić: OInOczko!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



