Na piątek wzięłam sobie urlop, bo co będę pracować, jak mogę nie pracować. Tym sposobem mogliśmy wyjechać do Grudziądza już rano, robiąc po drodze kolejne trina.
Od momentu zamknięcia za sobą drzwi domu wciąż myślałam, czego zapomnieliśmy zabrać, bo przecież zawsze się czegoś zapomina. Co chwilę pytałam Tomka:
- A wzięliśmy latarki?
- A wzięliśmy ręczniki?
- A wziąłeś swój bilet?
- A wziąłeś ...? itd., itp.
W końcu padło odpowiednie pytanie:
- A wzięliśmy materace?
I tu zaległa cisza, po czym padła odpowiedź:
- Nie!
Dodam tylko, że mieliśmy nocować w namiocie i byliśmy na tyle daleko od domu, że nie opłacało się wracać. Wymyśliliśmy więc, że może kupimy po drodze jakieś najprostsze karimaty jednorazówki.
Pierwszy trinowy postój zrobiliśmy w Nowym Dworze Mazowieckim. Trino jak trino - tylko jeden błąd, ale za to natknęliśmy się na naleśnikarnię i sklep sportowy. Naleśniki jednak okazały się takie sobie, a najtańsza karimata była stanowczo za droga jak na jedno użycie. I w sumie dobrze (w temacie karimat), bo to natchnęło nas do zadzwonienia do Basi (która z Darkiem miała wyjechać później) z prośbą o ratunek. Na nasze szczęście jeszcze ją zastaliśmy i sprzęt miała pod ręką. Byliśmy uratowani.
Kolejne trino czekało na nas w Ciechanowie. Z jednej strony takie trochę przestarzałe (z 2014 roku), bez żadnych informacji o oglądanych obiektach, ale za to z wycinkiem do dopasowania. Niby proste, a nie od razu nam się udało. Główną atrakcją Ciechanowa okazały się jednak sklepy obuwnicze, z bogatym asortymentem i genialnymi cenami. Już w drugim odwiedzonym sklepie udało mi się kupić buty, jakich w Warszawie szukałam od miesiąca - czyli tanie, eleganckie i wąskie.
Po przejściu w sumie jakiś ośmiu kilometrów moje potrzeby rekreacji ruchowej były w pełni zaspokojone, Tomek jednak nalegał na zrobienie kolejnego trina - w Mławie. No to co? Miałam mu odmówić? Zebrałam się w sobie i przeszłam te 27 punktów kontrolnych. No dobra, do tych najdalszych podjechaliśmy samochodem, ale i tak miałam dość. W Mławie ani nic nie zjedliśmy, ani nic nie kupiliśmy i ruszyliśmy już prosto do Grudziądza. Nawigacja zaprowadziła nas dokładnie do bazy zawodów, a nie jak w przypadku ubiegłorocznego Wakacyjnego InO w Tarłowie, w szczere pole.
Zarejestrowaliśmy się, razem z organizatorem dokonaliśmy skomplikowanych obliczeń w temacie dopłaty, uiściliśmy i wzięli się za stawianie Pałacu Kultury (jak kiedyś ochrzczono z racji rozmiaru nasz namiot). Wspólnym wysiłkiem osób zgromadzonych na polu namiotowym ta skomplikowana sztuka udała się prawie idealnie i mogliśmy udać się na zakupy. Oraz odebrać pizzę, bo okazało się, że dowóz na kamping jest bezsensownie drogi, a zobaczyć Grudziądz nocą - bezcenna rzecz. Z braku sił obejrzeliśmy tylko rynek, bo tam była zlokalizowana pizzeria, ale lepszy rydz, niż nic.
W bazie czekały już na nas dowiezione przez Basię materace, mogliśmy więc udać się na zasłużony wypoczynek.
c. d. n.
niedziela, 15 maja 2016
piątek, 13 maja 2016
czwartek, 12 maja 2016
A to Polska własnie... W tych pokrzywach????
Ufff, naprawiło się. Myślenie się naprawiło. Tym razem nie gapiłam się bezradnie na mapę, tylko od razu wzięłam się za dopasowywanie kawałków, a tych autorowi narobiło się wyjątkowo dużo, bo aż szesnaście. Daj takiemu nożyczki, to się głupio bawi...Podział administracyjny na województwa zrobił skubaniec.
Raz, dwa udało nam się znaleźć powiązania między kolejnymi parami województw, niestety jakoś nie chciało się to przełożyć na ogólną wizję całej Polski. Stwierdziliśmy, że nie będziemy tracić czasu na wizje, tylko pójdziemy do pierwszego PK, a potem się zobaczy. Zaczęliśmy od B. Niestety, jedyne co potem zlokalizowaliśmy, to PK U leżący po przeciwległej stronie startu. Głupio tak miotać się tam i z powrotem, ale z braku alternatywy nie było wyjścia. Oczywistym jest, że przekombinowaliśmy, a w zasadzie to zmylił nas projektant budynku, który przyjęliśmy za wyznacznik miejsca, bo zrobił go symetrycznego i wycinek braliśmy za lustro. Kiedy już doszliśmy co i jak, kolejny raz przemaszerowaliśmy obok startu wzbudzając entuzjazm autora trasy. Przy PK U zauważyliśmy, że pokrywa się z W, ale że także z A, to już nie. Na szczęście, jak się docelowo okazało.
P bylibyśmy przegapili, ale Zawsze Ostatni z rozpędu pokazali nam gdzie go szukać i pewnie zaraz tego pożałowali, bo tym samym zmniejszyli swoje, a zwiększyli nasze szanse:-)
Punkty O, T i R znaleźliśmy bez problemu, a potem zaczęły się schody. Jakoś nie mieliśmy wycinka z ciągiem dalszym, a wizji całości trasy też nadal nie. Z braku alternatywy poszliśmy tam gdzie wszyscy. Wspólnym wysiłkiem kilku zespołów wytypowaliśmy PK N. My z Darkiem planowaliśmy wziąć od razu M, ale Wojtek namącił nam w głowach, że zna teren i doprowadzi do S. Poszliśmy wszyscy. Zastaliśmy kilka alternatywnych esów i nie mogąc się zdecydować, który lepszy, wróciliśmy jednak po pewniaka M.
PK L stał za polem pokrzyw. Mnie nie ruszało, ale Darek w swoich krótkich portkach przeszedł terapię antyreumatyczną. Przy jeziorku wyzbieraliśmy wszystkie podwójne punkty, a potem doczytałam, że musimy zaliczyć co najmniej 15 wycinków. W tym momencie było to już niemożliwe:-( I na wuja nam były te podwójne ...
Przy cmentarzu, zagadnięci przez tubylczynię:
- A co tak wszyscy z kartkami tu chodzą? - wyjaśniliśmy w czym rzecz, w zamian otrzymując informację gdzie dojdziemy ulicą, na której byliśmy. Okazało się, że prosto na metę. Jeszcze przypomniało nam się o zadaniach. Azymut każde z nas wyznaczyło na oko, po czym wyciągnęliśmy średnią arytmetyczną i wyszło akurat w sam raz. Z odległością Darek znacznie przestrzelił, a ponieważ ja nie strzelałam w ogóle to i nie było z czego brać średniej. Po drodze na metę zgarnęliśmy jeszcze dwa brakujące punkty i z kompletem ilościowym, ale niestety nie jakościowym zakończyliśmy wyprawę przez całą Polskę.
Zwycięstwa się nie spodziewamy, ale uznaliśmy, że inni też czasem muszą wygrać żeby się nie zniechęcić, a nas już i tak nic nie odwiedzie od InO.
Raz, dwa udało nam się znaleźć powiązania między kolejnymi parami województw, niestety jakoś nie chciało się to przełożyć na ogólną wizję całej Polski. Stwierdziliśmy, że nie będziemy tracić czasu na wizje, tylko pójdziemy do pierwszego PK, a potem się zobaczy. Zaczęliśmy od B. Niestety, jedyne co potem zlokalizowaliśmy, to PK U leżący po przeciwległej stronie startu. Głupio tak miotać się tam i z powrotem, ale z braku alternatywy nie było wyjścia. Oczywistym jest, że przekombinowaliśmy, a w zasadzie to zmylił nas projektant budynku, który przyjęliśmy za wyznacznik miejsca, bo zrobił go symetrycznego i wycinek braliśmy za lustro. Kiedy już doszliśmy co i jak, kolejny raz przemaszerowaliśmy obok startu wzbudzając entuzjazm autora trasy. Przy PK U zauważyliśmy, że pokrywa się z W, ale że także z A, to już nie. Na szczęście, jak się docelowo okazało.
P bylibyśmy przegapili, ale Zawsze Ostatni z rozpędu pokazali nam gdzie go szukać i pewnie zaraz tego pożałowali, bo tym samym zmniejszyli swoje, a zwiększyli nasze szanse:-)
Punkty O, T i R znaleźliśmy bez problemu, a potem zaczęły się schody. Jakoś nie mieliśmy wycinka z ciągiem dalszym, a wizji całości trasy też nadal nie. Z braku alternatywy poszliśmy tam gdzie wszyscy. Wspólnym wysiłkiem kilku zespołów wytypowaliśmy PK N. My z Darkiem planowaliśmy wziąć od razu M, ale Wojtek namącił nam w głowach, że zna teren i doprowadzi do S. Poszliśmy wszyscy. Zastaliśmy kilka alternatywnych esów i nie mogąc się zdecydować, który lepszy, wróciliśmy jednak po pewniaka M.
PK L stał za polem pokrzyw. Mnie nie ruszało, ale Darek w swoich krótkich portkach przeszedł terapię antyreumatyczną. Przy jeziorku wyzbieraliśmy wszystkie podwójne punkty, a potem doczytałam, że musimy zaliczyć co najmniej 15 wycinków. W tym momencie było to już niemożliwe:-( I na wuja nam były te podwójne ...
Przy cmentarzu, zagadnięci przez tubylczynię:
- A co tak wszyscy z kartkami tu chodzą? - wyjaśniliśmy w czym rzecz, w zamian otrzymując informację gdzie dojdziemy ulicą, na której byliśmy. Okazało się, że prosto na metę. Jeszcze przypomniało nam się o zadaniach. Azymut każde z nas wyznaczyło na oko, po czym wyciągnęliśmy średnią arytmetyczną i wyszło akurat w sam raz. Z odległością Darek znacznie przestrzelił, a ponieważ ja nie strzelałam w ogóle to i nie było z czego brać średniej. Po drodze na metę zgarnęliśmy jeszcze dwa brakujące punkty i z kompletem ilościowym, ale niestety nie jakościowym zakończyliśmy wyprawę przez całą Polskę.
Zwycięstwa się nie spodziewamy, ale uznaliśmy, że inni też czasem muszą wygrać żeby się nie zniechęcić, a nas już i tak nic nie odwiedzie od InO.
Majowy szlemik
Zepsuło mi się myślenie.
Najpierw nie mogłam pojąć zasad deklarowania ilości punktów planowanych do wzięcia (że niby coś na kształt brydża), potem nie mogłam ogarnąć mapy. Obiektywnie patrząc - mapa była dość łatwa i mniej więcej wiedziałam gdzie iść, ale jak dochodziło do szczegółów nie nadążałam za Darkiem z odnajdywaniem się w rzeczywistości. Za szybko jak na mój nadwątlony tygodniem InO umysł. Na Polu Mokotowskim byłam już kilka razy na zawodach i teoretycznie wiedziałam gdzie co jest, ale jakoś nie szło mi wykorzystanie tej wiedzy w praktyce. Szczytowym osiągnięciem było przejście między dwoma lampionami wiszącymi niemal na wyciągnięcie rąk i stwierdzenie:
- Nic nie znalazłam.
W związku z powyższym kolejny dzień chodziłam na sępa i czuję, że wciąż trwam w letargu. Nie wróży to dobrze następnej imprezie.
Tomek chyba też chodził jakiś zaćmiony, bo wszyscy z jego trasy wracali przed czasem, on - tradycyjnie - po czasie. Chociaż może to i nic dziwnego, bo oprócz patrzenia w mapę, ciągle nas śledził. Sam przyznał się, że cztery razy nas sprawdzał! Tyle czasu już chodzę z Darkiem, a Tomek wciąż nie wierzy w nasze czyste intencje ...
Najpierw nie mogłam pojąć zasad deklarowania ilości punktów planowanych do wzięcia (że niby coś na kształt brydża), potem nie mogłam ogarnąć mapy. Obiektywnie patrząc - mapa była dość łatwa i mniej więcej wiedziałam gdzie iść, ale jak dochodziło do szczegółów nie nadążałam za Darkiem z odnajdywaniem się w rzeczywistości. Za szybko jak na mój nadwątlony tygodniem InO umysł. Na Polu Mokotowskim byłam już kilka razy na zawodach i teoretycznie wiedziałam gdzie co jest, ale jakoś nie szło mi wykorzystanie tej wiedzy w praktyce. Szczytowym osiągnięciem było przejście między dwoma lampionami wiszącymi niemal na wyciągnięcie rąk i stwierdzenie:
- Nic nie znalazłam.
W związku z powyższym kolejny dzień chodziłam na sępa i czuję, że wciąż trwam w letargu. Nie wróży to dobrze następnej imprezie.
Tomek chyba też chodził jakiś zaćmiony, bo wszyscy z jego trasy wracali przed czasem, on - tradycyjnie - po czasie. Chociaż może to i nic dziwnego, bo oprócz patrzenia w mapę, ciągle nas śledził. Sam przyznał się, że cztery razy nas sprawdzał! Tyle czasu już chodzę z Darkiem, a Tomek wciąż nie wierzy w nasze czyste intencje ...
środa, 11 maja 2016
Na Smoka, czy na sępa?
Wczorajszy Smok stał pod znakiem zapytania w związku z walącym się zjazdem OM PTTK, na którą to imprezę nakazano zjeżdżać Tomkowi pod karą mandatu, a ja pojechałam go pilnować. Pojechało też mnóstwo innych osób potencjalnie zainteresowanych smokiem.
W zaistniałej sytuacji, Gosia (szefowa tej edycji) postanowiła czekać na nas do upadłego i nie zwijać kramiku choćby do rana.
Tomek dał się wciągnąć na członka (zarządu), ja mimo usilnych namów dobiegających z prawa i lewa nie dałam się skusić na tę przyjemność, uznając, że kobiecie w pewnym wieku takie figle już nie przystoją:-)
Kiedy już wybrano, kogo miano wybrać i zakończono wszystkie papierkowe formalności, wreszcie mogliśmy jechać na InO. Tyle tylko, że w tym momencie moim priorytetem była kolacja i łóżko. Tak byłam wyczerpana czuwaniem nad poprawnością głosowania przez Tomka, że wizja błąkania się po parkach i osiedlach stała się wręcz przerażająca. Odwrotu jednak nie było. Do kompletu wzięliśmy jeszcze Anię K. i szybko podpięliśmy się pod Basię i Darka, którzy chwilę wcześniej wystartowali i wciąż tkwili pod latarnią. Zanim zdążyłam obejrzeć mapę, już ruszyliśmy, a kiedy ją przeanalizowałam byliśmy daleko od miejsca startu, w związku z czym nie potrafiłam się umiejscowić. Nie żeby mi to jakoś przeszkadzało. I tak postanowiłam iść na sępa. Szłam więc za grupą, a pochód zamykała Ania, która również wybrała tę samą opcję.
No dobra, ze trzy razy miałam przebłyski i wiedziałam skąd i dokąd idziemy, a nawet do jednego z PK pognałam przodem (że to niby ja prowadzę tę grupę:-))
Wyszliśmy sobie jakoś mało optymalnie, bo w środek trasy i żeby zaliczyć całą, musielibyśmy iść ruchem wahadłowym. Czyli kawał wrócić niemal po śladach. Z braku innej opcji tak też zrobiliśmy i był to bardzo dobry manewr. Jego genialność polegała na tym, że trasa przechodziła obok startu/mety. Oczywistym jest, że skoro jest meta, to należy skorzystać z jej dobrodziejstwa, a nie plątać się do rana po mieście. Po koronnym argumencie:
- Ale organizatorzy też chcą iść do domu - wszyscy złożyliśmy broń (znaczy się karty startowe) i oddali się konsumpcji zachomikowanych dla nas dóbr w postaci ciast trzech rodzajów.
Wyniku z tego raczej nie będzie, ale impreza zaliczona.
W zaistniałej sytuacji, Gosia (szefowa tej edycji) postanowiła czekać na nas do upadłego i nie zwijać kramiku choćby do rana.
Tomek dał się wciągnąć na członka (zarządu), ja mimo usilnych namów dobiegających z prawa i lewa nie dałam się skusić na tę przyjemność, uznając, że kobiecie w pewnym wieku takie figle już nie przystoją:-)
Kiedy już wybrano, kogo miano wybrać i zakończono wszystkie papierkowe formalności, wreszcie mogliśmy jechać na InO. Tyle tylko, że w tym momencie moim priorytetem była kolacja i łóżko. Tak byłam wyczerpana czuwaniem nad poprawnością głosowania przez Tomka, że wizja błąkania się po parkach i osiedlach stała się wręcz przerażająca. Odwrotu jednak nie było. Do kompletu wzięliśmy jeszcze Anię K. i szybko podpięliśmy się pod Basię i Darka, którzy chwilę wcześniej wystartowali i wciąż tkwili pod latarnią. Zanim zdążyłam obejrzeć mapę, już ruszyliśmy, a kiedy ją przeanalizowałam byliśmy daleko od miejsca startu, w związku z czym nie potrafiłam się umiejscowić. Nie żeby mi to jakoś przeszkadzało. I tak postanowiłam iść na sępa. Szłam więc za grupą, a pochód zamykała Ania, która również wybrała tę samą opcję.
No dobra, ze trzy razy miałam przebłyski i wiedziałam skąd i dokąd idziemy, a nawet do jednego z PK pognałam przodem (że to niby ja prowadzę tę grupę:-))
Wyszliśmy sobie jakoś mało optymalnie, bo w środek trasy i żeby zaliczyć całą, musielibyśmy iść ruchem wahadłowym. Czyli kawał wrócić niemal po śladach. Z braku innej opcji tak też zrobiliśmy i był to bardzo dobry manewr. Jego genialność polegała na tym, że trasa przechodziła obok startu/mety. Oczywistym jest, że skoro jest meta, to należy skorzystać z jej dobrodziejstwa, a nie plątać się do rana po mieście. Po koronnym argumencie:
- Ale organizatorzy też chcą iść do domu - wszyscy złożyliśmy broń (znaczy się karty startowe) i oddali się konsumpcji zachomikowanych dla nas dóbr w postaci ciast trzech rodzajów.
Wyniku z tego raczej nie będzie, ale impreza zaliczona.
TRInO z Piastowem i Niepoślipką
W związku z tygodniem InO i wolnym terminem coś trzeba było wymyślić, więc Tomek przywołał niezawodny dyżurny temat - TRInO z Niepoślipką. Szybko i beznakładowo się organizuje, a punkciki na odznakę lecą:-)
W wyniku burzy mózgów (mojego i Tomka) padło na Piastów, bo na tyle blisko, że można bez problemu dojechać, trasa dość długa, więc dojazd nie przeważy przejścia i mało osób tę trasę przebyło. Jednym słowem - same zalety.
Na imprezę zapisało się aż 20 osób, ale jak to w życiu bywa dotarło 15. Przejście odbyło się klasycznie - jedna, góra dwie osoby patrzyły na mapę i prowadziły - reszta wiodła ożywione życie towarzyskie. Osoby prowadzące co jakiś czas się zmieniały, bo komu chciałoby się odwalać całe przejście za innych, dzięki temu chyba każdy miał swój mały wkład w całość. Za to każdy pilnie zwracał uwagę czy punkty są dobrze zaznaczone na mapie i dobrze opisane, bo jaka to frajda wytknąć autorowi trasy błędy:-) Tym razem nie mieliśmy zbyt wiele używania i na siłę szukaliśmy dziury w całym.
Ania i Paweł niczym elektrony po orbicie, krążyli wokół nas na rowerach, to pojawiając się, to znikając. Cwaniaczki - raz, dwa zaliczali punkty, nie czekając aż my dowleczemy się na nogach. Co chwilę ktoś przypominał sobie po co jest na trasie i nerwowo pytał innych:
- Co było w piątce (dziewiątce, dwunastce itp.)?
W końcu udało się odnaleźć wszystkie zaznaczone na mapie miejsca, zdążyć z tym przed zmrokiem i po typowym inockim pozdrowieniu - Do jutra! - rozejść się do samochodów, autobusów, pociągów.
PS
Jak dostanę jakieś fotki, to dorzucę.
W wyniku burzy mózgów (mojego i Tomka) padło na Piastów, bo na tyle blisko, że można bez problemu dojechać, trasa dość długa, więc dojazd nie przeważy przejścia i mało osób tę trasę przebyło. Jednym słowem - same zalety.
Na imprezę zapisało się aż 20 osób, ale jak to w życiu bywa dotarło 15. Przejście odbyło się klasycznie - jedna, góra dwie osoby patrzyły na mapę i prowadziły - reszta wiodła ożywione życie towarzyskie. Osoby prowadzące co jakiś czas się zmieniały, bo komu chciałoby się odwalać całe przejście za innych, dzięki temu chyba każdy miał swój mały wkład w całość. Za to każdy pilnie zwracał uwagę czy punkty są dobrze zaznaczone na mapie i dobrze opisane, bo jaka to frajda wytknąć autorowi trasy błędy:-) Tym razem nie mieliśmy zbyt wiele używania i na siłę szukaliśmy dziury w całym.
Ania i Paweł niczym elektrony po orbicie, krążyli wokół nas na rowerach, to pojawiając się, to znikając. Cwaniaczki - raz, dwa zaliczali punkty, nie czekając aż my dowleczemy się na nogach. Co chwilę ktoś przypominał sobie po co jest na trasie i nerwowo pytał innych:
- Co było w piątce (dziewiątce, dwunastce itp.)?
W końcu udało się odnaleźć wszystkie zaznaczone na mapie miejsca, zdążyć z tym przed zmrokiem i po typowym inockim pozdrowieniu - Do jutra! - rozejść się do samochodów, autobusów, pociągów.
PS
Jak dostanę jakieś fotki, to dorzucę.
wtorek, 10 maja 2016
Promocyjne WIMnO
To już moje trzecie WIMnO. W pierwszym polegliśmy na warstwicach, co i tak dało nam dobry wynik, drugie wygraliśmy, a na trzecie poszłam z Darkiem.
Aaaaale, najpierw to była dojściówka i trino. A te sprawy to już po bożemu, z mężem.
Skrajne punkty trino wzięliśmy z samochodu, a potem to już mieliśmy dwa w jednym, czyli dojściówka i trino na raz. Człowiek się nie rozdwoi, więc ja pilnowałam trina, Tomek dojściówki, czyli w praktyce miotaliśmy się po tym samym terenie i konsultowaliśmy osiągnięcia. Razem z nami miotał się coraz większy tłum ludzi wpatrzonych w kartki i rozglądających się dookoła, bo sytuacja tego wymagała.
Kiedy już udało się znaleźć wszystkie punkty zameldowaliśmy się na starcie. Zastanawiałam się, czy jego usytuowanie przy cmentarzu ma jakiś proroczy aspekt, czy tylko tak wyszło, ale przyjęłam założenie, że chyba nas na śmierć nie zamęczą.
Tomek od razu ruszył na swoje tezety, a ja czekałam na Darka. Czekałam, czekałam, czekałam i czekałam. W międzyczasie przygarnęłam do zespołu Anię (dziecię swoje), wypiłam jej pół piwa, zjadłam zapasy na etap i wreszcie po telefonicznej interwencji pojawił się i Darek.
Mapa najpierw przeraziła mnie lidarem i to nie tym szarym, co powoli oswajam, tylko tym z kolorowymi plamami, co to wygląda jak zawartość człowieka oddana otworem górnym, bądź dolnym. Na szczęście szybko okazało się, że niemal cały ten teren jest na normalnym rysunku obok i w sumie poskładanie wszystkiego do kupy było całkiem łatwe. Jeden wycinek opierał się naszej inteligencji i nie dawał się nigdzie wpasować. Twórca mapy robił co mógł, żeby nas naprowadzić na ślad, ale nie bezczelnie podpowiedzieć. Jego wysiłki spełzły na niczym, a PK R sami dopasowaliśmy sobie potem. Zaraz na początku trasy autor złośliwie postawił punkt w mrowisku i akurat padło na Anię spisywać go. Po chwili usłyszeliśmy dziki wrzask i zobaczyliśmy ją biegnącą na oślep przed siebie. Chwilę potem zaczęła zdzierać z siebie buty i ubranie. No dobra, głównie buty. Ale tylko dlatego, że ją poganialiśmy.
Potem szło dobrze - więcej mrowisk nie było (a przynajmniej nie w bezpośredniej bliskości lampionów), mapa układała się dość logicznie, czasu wciąż mieliśmy sporo w zapasie. Chwilkę zeszło nam z szukaniem punktu G, ale z tym to każdy ma problem, a przynajmniej kolorowe tygodniki tak piszą.
Zawaliliśmy przy PK F. To znaczy ja z Darkiem, bo Ania poszła lokalizować PK M, co mieliśmy go w planach w następnej kolejności. Zeszliśmy z górki, rozejrzeli się za Anią, a że jej nie było w zasięgu wzroku, ruszyliśmy przed siebie. Kierunek to nawet mieliśmy dobry, ale zwrot zdecydowanie przeciwległy. Zorientowaliśmy się na widok PK N, który wisiał już na drodze do mety. Co było robić? Spisaliśmy N, zrobili w tył zwrot i wrócili do Ani, która zaczęła już telefonować do nas. Dalej wszystko poszło gładko, ale ten stracony czas akurat zapewnił nam lekkie minuty.
Na drugi etap poszliśmy już tylko we dwójkę z Darkiem. Mapa nie spodobała mi się od pierwszego wejrzenia, więc żeby to zamanifestować wzięłam nożyczki i pocięłam ją na kawałki. Potem usiłowaliśmy z Darkiem jakoś te kawałki scalić ze sobą, bo tak iść całkiem bez mapy, to jeszcze nie nasz poziom. O ile te jajowate kawałki jeszcze pasowały sensownie do siebie, to z jedynką mieliśmy drobny problemik - pasowała na kilka różnych sposobów i nie wiadomo było, który lepszy. Na dokładkę pociętą mieliśmy tylko jedną mapę i wciąż wyrywaliśmy ją sobie wzajemnie z rąk, co wybitnie nie sprzyjało spokojnej kontemplacji.
PK A i B znaleźliśmy bez problemów, bo były blisko startu i na jednym wycinku. Następny do wzięcia wytypowaliśmy G. Jak nic wychodziło nam po prawej stronie drogi, a wszyscy uparcie brali ten po lewej. Patrzyliśmy na to z satysfakcją, że my będziemy mieć dobrze, a oni źle. Potem wszyscy znikali gdzieś za wyrębem, a nam kolejny punkt wypadał na górce przy granicy kultur. Drobny problemik był tego rodzaju, że ani górki, ani granicy kultur nie było. Sczesaliśmy kawał lasu, mapę wyoglądaliśmy z każdej strony pińćset razy i ... nic. Dlaczego i dokąd poszliśmy dalej - nie wiem. Po prostu poszłam za Darkiem. Kiedy zobaczyliśmy dziurę w ziemi wypełnioną wodą uznaliśmy (i słusznie), że to potrójna dziura J, K, F. Potem zgarnęliśmy L, E i D, a C wychodziło nam gdzie indziej niż autorowi mapy. Oczywiście tam gdzie szukaliśmy nic nie było, wzięliśmy więc punkt najbardziej odpowiadający ukształtowaniem terenu, bo zawsze można go uznać za stowarzysza.
W międzyczasie Darek doznał oświecenia w temacie dopasowania wycinka w kształcie jedynki, złożył samokrytykę za uparte trzymanie się pierwotnej wersji i oddał mapę w moje ręce żebym doprowadziła do G, które musieliśmy przebić i na H, co stało kawałek dalej. Teraz wszystko się zaczęło zgadzać. Z H poszliśmy na M , potem na I. Mieliśmy już dość tego etapu i nie zawracaliśmy sobie głowy dokładnym przeszukiwaniem lasu - braliśmy, co chociaż trochę przypominało właściwy punkt, byle szybciej skończyć i wrócić na metę.
O dziwo, na mecie był już Tomek. Nie wiem jak to zrobił, że nie wrócił ostatni (jak lubi), ale fakt ten bardzo mnie ucieszył. Nogi już mi odpadały, w brzuchu burczało z głodu, a dom przyciągał jak magnes.
Niedawno pojawiły się wyniki. Okazało się, że mamy jakąś promocję, bo za czwarte miejsce dostaliśmy 1000 PP do TMWiM-a. A za dwa stowarzysze tylko 25 punktów karnych.
Nie ma to jak żyć w przyjaźni z sędzią zawodów:-)))
Aaaaale, najpierw to była dojściówka i trino. A te sprawy to już po bożemu, z mężem.
Skrajne punkty trino wzięliśmy z samochodu, a potem to już mieliśmy dwa w jednym, czyli dojściówka i trino na raz. Człowiek się nie rozdwoi, więc ja pilnowałam trina, Tomek dojściówki, czyli w praktyce miotaliśmy się po tym samym terenie i konsultowaliśmy osiągnięcia. Razem z nami miotał się coraz większy tłum ludzi wpatrzonych w kartki i rozglądających się dookoła, bo sytuacja tego wymagała.
Kiedy już udało się znaleźć wszystkie punkty zameldowaliśmy się na starcie. Zastanawiałam się, czy jego usytuowanie przy cmentarzu ma jakiś proroczy aspekt, czy tylko tak wyszło, ale przyjęłam założenie, że chyba nas na śmierć nie zamęczą.
Tomek od razu ruszył na swoje tezety, a ja czekałam na Darka. Czekałam, czekałam, czekałam i czekałam. W międzyczasie przygarnęłam do zespołu Anię (dziecię swoje), wypiłam jej pół piwa, zjadłam zapasy na etap i wreszcie po telefonicznej interwencji pojawił się i Darek.
Mapa najpierw przeraziła mnie lidarem i to nie tym szarym, co powoli oswajam, tylko tym z kolorowymi plamami, co to wygląda jak zawartość człowieka oddana otworem górnym, bądź dolnym. Na szczęście szybko okazało się, że niemal cały ten teren jest na normalnym rysunku obok i w sumie poskładanie wszystkiego do kupy było całkiem łatwe. Jeden wycinek opierał się naszej inteligencji i nie dawał się nigdzie wpasować. Twórca mapy robił co mógł, żeby nas naprowadzić na ślad, ale nie bezczelnie podpowiedzieć. Jego wysiłki spełzły na niczym, a PK R sami dopasowaliśmy sobie potem. Zaraz na początku trasy autor złośliwie postawił punkt w mrowisku i akurat padło na Anię spisywać go. Po chwili usłyszeliśmy dziki wrzask i zobaczyliśmy ją biegnącą na oślep przed siebie. Chwilę potem zaczęła zdzierać z siebie buty i ubranie. No dobra, głównie buty. Ale tylko dlatego, że ją poganialiśmy.
Potem szło dobrze - więcej mrowisk nie było (a przynajmniej nie w bezpośredniej bliskości lampionów), mapa układała się dość logicznie, czasu wciąż mieliśmy sporo w zapasie. Chwilkę zeszło nam z szukaniem punktu G, ale z tym to każdy ma problem, a przynajmniej kolorowe tygodniki tak piszą.
Zawaliliśmy przy PK F. To znaczy ja z Darkiem, bo Ania poszła lokalizować PK M, co mieliśmy go w planach w następnej kolejności. Zeszliśmy z górki, rozejrzeli się za Anią, a że jej nie było w zasięgu wzroku, ruszyliśmy przed siebie. Kierunek to nawet mieliśmy dobry, ale zwrot zdecydowanie przeciwległy. Zorientowaliśmy się na widok PK N, który wisiał już na drodze do mety. Co było robić? Spisaliśmy N, zrobili w tył zwrot i wrócili do Ani, która zaczęła już telefonować do nas. Dalej wszystko poszło gładko, ale ten stracony czas akurat zapewnił nam lekkie minuty.
Na drugi etap poszliśmy już tylko we dwójkę z Darkiem. Mapa nie spodobała mi się od pierwszego wejrzenia, więc żeby to zamanifestować wzięłam nożyczki i pocięłam ją na kawałki. Potem usiłowaliśmy z Darkiem jakoś te kawałki scalić ze sobą, bo tak iść całkiem bez mapy, to jeszcze nie nasz poziom. O ile te jajowate kawałki jeszcze pasowały sensownie do siebie, to z jedynką mieliśmy drobny problemik - pasowała na kilka różnych sposobów i nie wiadomo było, który lepszy. Na dokładkę pociętą mieliśmy tylko jedną mapę i wciąż wyrywaliśmy ją sobie wzajemnie z rąk, co wybitnie nie sprzyjało spokojnej kontemplacji.
PK A i B znaleźliśmy bez problemów, bo były blisko startu i na jednym wycinku. Następny do wzięcia wytypowaliśmy G. Jak nic wychodziło nam po prawej stronie drogi, a wszyscy uparcie brali ten po lewej. Patrzyliśmy na to z satysfakcją, że my będziemy mieć dobrze, a oni źle. Potem wszyscy znikali gdzieś za wyrębem, a nam kolejny punkt wypadał na górce przy granicy kultur. Drobny problemik był tego rodzaju, że ani górki, ani granicy kultur nie było. Sczesaliśmy kawał lasu, mapę wyoglądaliśmy z każdej strony pińćset razy i ... nic. Dlaczego i dokąd poszliśmy dalej - nie wiem. Po prostu poszłam za Darkiem. Kiedy zobaczyliśmy dziurę w ziemi wypełnioną wodą uznaliśmy (i słusznie), że to potrójna dziura J, K, F. Potem zgarnęliśmy L, E i D, a C wychodziło nam gdzie indziej niż autorowi mapy. Oczywiście tam gdzie szukaliśmy nic nie było, wzięliśmy więc punkt najbardziej odpowiadający ukształtowaniem terenu, bo zawsze można go uznać za stowarzysza.
W międzyczasie Darek doznał oświecenia w temacie dopasowania wycinka w kształcie jedynki, złożył samokrytykę za uparte trzymanie się pierwotnej wersji i oddał mapę w moje ręce żebym doprowadziła do G, które musieliśmy przebić i na H, co stało kawałek dalej. Teraz wszystko się zaczęło zgadzać. Z H poszliśmy na M , potem na I. Mieliśmy już dość tego etapu i nie zawracaliśmy sobie głowy dokładnym przeszukiwaniem lasu - braliśmy, co chociaż trochę przypominało właściwy punkt, byle szybciej skończyć i wrócić na metę.
O dziwo, na mecie był już Tomek. Nie wiem jak to zrobił, że nie wrócił ostatni (jak lubi), ale fakt ten bardzo mnie ucieszył. Nogi już mi odpadały, w brzuchu burczało z głodu, a dom przyciągał jak magnes.
Niedawno pojawiły się wyniki. Okazało się, że mamy jakąś promocję, bo za czwarte miejsce dostaliśmy 1000 PP do TMWiM-a. A za dwa stowarzysze tylko 25 punktów karnych.
Nie ma to jak żyć w przyjaźni z sędzią zawodów:-)))
poniedziałek, 9 maja 2016
OMTTK skupiony w Soczewce
Wyjechaliśmy bardzo wcześnie, czyli nie wyspałam się.
Start InO był przewidziany na godzinę 14-tą, o 11-tej miało być uroczyste otwarcie turnieju, na którym powinniśmy być, więc tylko międzyczas zostawał nam na rozwieszenie lampionów. Międzyczas to na ogół bardzo mało. Na miejscu okazało się, że zostaliśmy przesunięci na "po obiedzie", więc i międzyczas zrobił się spory. Jeszcze przed jedenastą wywieziona w siną dal i pozostawiona w lesie, rozwiesiłam swoje najdalsze punkty i spacerkiem wróciłam do bazy. Akurat na rozpoczęcie. Potem mieliśmy aż trzy godziny , więc nawet z zapasem. Tomek znowu wywiózł mnie w las, zostawił i pojechał w swój rejon. Powiesiłam swoje i kilka tomkowych nie spiesząc się i celebrując każdy lampion. Tomek w tym samym czasie rozłożył dwie trasy, ale chyba robił to biegiem. Summa summarum godzinę przed obiadem byliśmy gotowi i wolni. Nie pozostało nic innego, jak iść na lody.
Wreszcie nadszedł obiad, a po nim wyjścia na trasę. Okazało się, że część drużyn nie bardzo wiedziała czego my od nich chcemy, bo nigdy nie brali udziału w MnO. Bałam się, czy nie będziemy w związku z tym mieć strat w ludziach, ale o dziwo - wszyscy wrócili.
Sprawdzenie kart, które oddali, okazało się niezwykłym doświadczeniem. Nawet na kursie pinockim specjalnie spreparowane karty, nawet w połowie nie były tak abstrakcyjne, jak te, które musieliśmy sprawdzić. Zastosowaliśmy metodę - jak nie wiemy co zrobić, to karta idzie pod spód i robimy ją na końcu. Po chwili większość kart była pod spodem. Nadludzkim wysiłkiem dwóch umysłów, w końcu udało nam się spreparować coś na kształt wyników i pozostało nam tylko przekonać uczestników, że faktycznie powinni dostać te setki punktów karnych.
Trochę mnie dziwi, że skoro o turnieju było wiadomo od dawna, dlaczego żadnemu opiekunowi nie wpadło do głowy wziąć młodzież chociaż na jedne zawody albo nawet "na sucho" omówić o co w tym wszystkim chodzi. Ale ostatecznie nie moja broszka.
Tuż po podliczeniu ostatniej karty pojechałam w teren sprawdzić różne podejrzane braki kredek i lampionów i faktycznie wszystko było poobrywane - jak w zeznaniach. Co komu te lampiony tak wadzą? No co? Przy okazji pozdejmowałam inne wiszące w okolicy i wróciłam do bazy. Chyba tylko po to żeby od razu ruszyć z powrotem do lasu, po całą resztę. A czas był już najwyższy, bo zaczynało się ściemniać. Zdążyłam zebrać wszystko przez przed zmrokiem, ale Tomek swoją część to chyba już zbierał po omacku i na pamięć:-)
Mimo prób zatrzymania nas na nocleg odmeldowaliśmy się koło dziewiątej, bo przecież kolejnego dnia czekało nas WIMnO.
Start InO był przewidziany na godzinę 14-tą, o 11-tej miało być uroczyste otwarcie turnieju, na którym powinniśmy być, więc tylko międzyczas zostawał nam na rozwieszenie lampionów. Międzyczas to na ogół bardzo mało. Na miejscu okazało się, że zostaliśmy przesunięci na "po obiedzie", więc i międzyczas zrobił się spory. Jeszcze przed jedenastą wywieziona w siną dal i pozostawiona w lesie, rozwiesiłam swoje najdalsze punkty i spacerkiem wróciłam do bazy. Akurat na rozpoczęcie. Potem mieliśmy aż trzy godziny , więc nawet z zapasem. Tomek znowu wywiózł mnie w las, zostawił i pojechał w swój rejon. Powiesiłam swoje i kilka tomkowych nie spiesząc się i celebrując każdy lampion. Tomek w tym samym czasie rozłożył dwie trasy, ale chyba robił to biegiem. Summa summarum godzinę przed obiadem byliśmy gotowi i wolni. Nie pozostało nic innego, jak iść na lody.
Wreszcie nadszedł obiad, a po nim wyjścia na trasę. Okazało się, że część drużyn nie bardzo wiedziała czego my od nich chcemy, bo nigdy nie brali udziału w MnO. Bałam się, czy nie będziemy w związku z tym mieć strat w ludziach, ale o dziwo - wszyscy wrócili.
Sprawdzenie kart, które oddali, okazało się niezwykłym doświadczeniem. Nawet na kursie pinockim specjalnie spreparowane karty, nawet w połowie nie były tak abstrakcyjne, jak te, które musieliśmy sprawdzić. Zastosowaliśmy metodę - jak nie wiemy co zrobić, to karta idzie pod spód i robimy ją na końcu. Po chwili większość kart była pod spodem. Nadludzkim wysiłkiem dwóch umysłów, w końcu udało nam się spreparować coś na kształt wyników i pozostało nam tylko przekonać uczestników, że faktycznie powinni dostać te setki punktów karnych.
Trochę mnie dziwi, że skoro o turnieju było wiadomo od dawna, dlaczego żadnemu opiekunowi nie wpadło do głowy wziąć młodzież chociaż na jedne zawody albo nawet "na sucho" omówić o co w tym wszystkim chodzi. Ale ostatecznie nie moja broszka.
Tuż po podliczeniu ostatniej karty pojechałam w teren sprawdzić różne podejrzane braki kredek i lampionów i faktycznie wszystko było poobrywane - jak w zeznaniach. Co komu te lampiony tak wadzą? No co? Przy okazji pozdejmowałam inne wiszące w okolicy i wróciłam do bazy. Chyba tylko po to żeby od razu ruszyć z powrotem do lasu, po całą resztę. A czas był już najwyższy, bo zaczynało się ściemniać. Zdążyłam zebrać wszystko przez przed zmrokiem, ale Tomek swoją część to chyba już zbierał po omacku i na pamięć:-)
Mimo prób zatrzymania nas na nocleg odmeldowaliśmy się koło dziewiątej, bo przecież kolejnego dnia czekało nas WIMnO.
wtorek, 3 maja 2016
Dwa kompasy i Lampionada
Długo nie byłam zapisana na Lampionadę, bo jakoś nie miałam przekonania o słuszności uczestnictwa w niej, ale przecież samego Tomka nie mogłam puścić. Zgubił by mi się, albo co. Przekonania nie miałam, bo Tomek zapisał się na biegi, a ja nie miałam z kim iść na TP czy TZ. Po wszystkich dotychczasowych błądzeniach miałam zakodowane, że mapa sobie, a teren sobie i często nie ma między nimi punktu styku. A na pieszych, to wiadomo - mapa dodatkowo powygryzana, powykręcana i nie wiadomo co tam jeszcze. W akcie desperacji pozwoliłam zapisać się na biegi. Ostatecznie poganiacze po drodze nie stoją, więc czy pobiegnę, czy pójdę - co za różnica, a mapa pełna, lampiony większe i bardziej oczorzucające się.
Tajemniczy regulamin nie informował o długości trasy, ilości punktów, ani nawet o miejscu startu. Pełna konspiracja. Pojechaliśmy więc w ciemno. Pobraliśmy karty startowe, pokręcili się trochę wśród znajomych i uznałam, że ewentualnie mogę wystartować.
Najbardziej bałam się pierwszego punktu, bo ścieżki przy szkole są strasznie pogmatwane i zawsze tam się gubiliśmy. Pomimo nowego kompasu, co to niby taki genialny na biegi, bo zakładany na kciuk, udało mi się trafić. Pomimo, bo wbrew obiegowym opiniom zamiast pomagać, mocno przeszkadzał. Według instrukcji, jakich udzielił mi Tomek przed wyruszeniem, wychodziło mi, że przy biegu na wschód czy zachód trzeba koszmarnie wyginać rękę z mapą i "przyklejonym" do niej kompasem, a jeśli trasa prowadzi na południe, to najlepiej biec tyłem. No, chyba że czegoś nie zrozumiałam.
Pomęczyłam się z kompasem aż do punktu 22 i przy próbie biegu tyłem (czyli na południe) zgubiłam się. Nie tak, żebym całkiem nie wiedziała gdzie jestem, ale zniosło mnie kawał drogi tak o 180 stopni. Wkurzyłam się i wyjęłam z kieszeni normalny sprzęt, co to przewidująco miałam ze sobą, a tym kciukowym cudem miałam ochotę prasnąć w krzaki, ale szkoda mi było wyrzucać tyle kasy.
Od tej chwili wszystko szło jak po maśle. Ustawiałam azymut jak normalny człowiek i szłam na krechę. Nie wykluczam, że w terenie mocno porośniętym przez jeżyny nie był to najdoskonalszy sposób przemieszczania się, ale jedyny znany mi o stuprocentowej skuteczności. Parłam więc przed siebie, coraz bardziej ociekając krwią. Przy którymś tam punkcie spotkałam Tomka, Basię i Darka (co to wystartowali dużo później niż ja) i przez chwilę usiłowałam biec razem z nimi. Muszę przyznać, że mają bardzo fajne plecy. Długo co prawda tych pleców nie pooglądałam, bo zaraz zniknęły mi za horyzontem, ale co widziałam, to moje!
Z punktu 46 przez 32 do 43 szłam z jakimś kolegą (no właśnie - co to był za miły człowiek?) o zbliżonych parametrach szybkościowych, czyli nigdzie nam się nie spieszyło. Ponieważ PK 43 okazał się być za rzeczka, orzekliśmy zgodnie - pitolić mosty! Idziemy po wodzie. Ja boso, on w butach, więc trochę zostałam w tyle, bo musiałam się z powrotem obuć.
Na PK 36 popadłam w euforię, że to już koniec trasy, a ja wciąż żyję i z tej euforii schowałam kompas, bo przecież na metę trafię. Trafiłam, ale tak naokoło, jak tylko się dało. Na mecie byli już wszyscy którzy wychodzili przede mną i po mnie, tylko Tomka brakowało. Ale on miał dłuższą trasę niż ja, więc miał prawo jeszcze być w lesie. Pomimo tego, że większość trasy przeszłam, a nie przebiegłam, byłam wykończona. Pewnie bym tam umarła ze zmęczenia, ale przypomniałam sobie, że przed wyjściem podpisywałam jakieś oświadczenie, że jestem zdrowa i nie padnę czy coś w tym stylu. A ponieważ nie lubię robić z gęby cholewy, nie pozostało mi nic innego jak się ogarnąć. Pomógł mi w tym wydatnie pyszny sernik, co to go planowałam nie jeść w ramach odchudzania się, ale oczywiście zeżarłam w dwóch kęsach, niczym jakiś wołoduch.
Bardzo jestem ciekawa czy zajmę najostatniejsze miejsce, czy może komuś udało się iść, o przepraszam - biec, jeszcze wolniej.
Tajemniczy regulamin nie informował o długości trasy, ilości punktów, ani nawet o miejscu startu. Pełna konspiracja. Pojechaliśmy więc w ciemno. Pobraliśmy karty startowe, pokręcili się trochę wśród znajomych i uznałam, że ewentualnie mogę wystartować.
Najbardziej bałam się pierwszego punktu, bo ścieżki przy szkole są strasznie pogmatwane i zawsze tam się gubiliśmy. Pomimo nowego kompasu, co to niby taki genialny na biegi, bo zakładany na kciuk, udało mi się trafić. Pomimo, bo wbrew obiegowym opiniom zamiast pomagać, mocno przeszkadzał. Według instrukcji, jakich udzielił mi Tomek przed wyruszeniem, wychodziło mi, że przy biegu na wschód czy zachód trzeba koszmarnie wyginać rękę z mapą i "przyklejonym" do niej kompasem, a jeśli trasa prowadzi na południe, to najlepiej biec tyłem. No, chyba że czegoś nie zrozumiałam.
Pomęczyłam się z kompasem aż do punktu 22 i przy próbie biegu tyłem (czyli na południe) zgubiłam się. Nie tak, żebym całkiem nie wiedziała gdzie jestem, ale zniosło mnie kawał drogi tak o 180 stopni. Wkurzyłam się i wyjęłam z kieszeni normalny sprzęt, co to przewidująco miałam ze sobą, a tym kciukowym cudem miałam ochotę prasnąć w krzaki, ale szkoda mi było wyrzucać tyle kasy.
Od tej chwili wszystko szło jak po maśle. Ustawiałam azymut jak normalny człowiek i szłam na krechę. Nie wykluczam, że w terenie mocno porośniętym przez jeżyny nie był to najdoskonalszy sposób przemieszczania się, ale jedyny znany mi o stuprocentowej skuteczności. Parłam więc przed siebie, coraz bardziej ociekając krwią. Przy którymś tam punkcie spotkałam Tomka, Basię i Darka (co to wystartowali dużo później niż ja) i przez chwilę usiłowałam biec razem z nimi. Muszę przyznać, że mają bardzo fajne plecy. Długo co prawda tych pleców nie pooglądałam, bo zaraz zniknęły mi za horyzontem, ale co widziałam, to moje!
Z punktu 46 przez 32 do 43 szłam z jakimś kolegą (no właśnie - co to był za miły człowiek?) o zbliżonych parametrach szybkościowych, czyli nigdzie nam się nie spieszyło. Ponieważ PK 43 okazał się być za rzeczka, orzekliśmy zgodnie - pitolić mosty! Idziemy po wodzie. Ja boso, on w butach, więc trochę zostałam w tyle, bo musiałam się z powrotem obuć.
Na PK 36 popadłam w euforię, że to już koniec trasy, a ja wciąż żyję i z tej euforii schowałam kompas, bo przecież na metę trafię. Trafiłam, ale tak naokoło, jak tylko się dało. Na mecie byli już wszyscy którzy wychodzili przede mną i po mnie, tylko Tomka brakowało. Ale on miał dłuższą trasę niż ja, więc miał prawo jeszcze być w lesie. Pomimo tego, że większość trasy przeszłam, a nie przebiegłam, byłam wykończona. Pewnie bym tam umarła ze zmęczenia, ale przypomniałam sobie, że przed wyjściem podpisywałam jakieś oświadczenie, że jestem zdrowa i nie padnę czy coś w tym stylu. A ponieważ nie lubię robić z gęby cholewy, nie pozostało mi nic innego jak się ogarnąć. Pomógł mi w tym wydatnie pyszny sernik, co to go planowałam nie jeść w ramach odchudzania się, ale oczywiście zeżarłam w dwóch kęsach, niczym jakiś wołoduch.
Bardzo jestem ciekawa czy zajmę najostatniejsze miejsce, czy może komuś udało się iść, o przepraszam - biec, jeszcze wolniej.
poniedziałek, 2 maja 2016
OMTTK, Soczewka i Płock
W sobotę pojechaliśmy do Soczewki przygotowywać trasy na OMTTK. A tak dokładniej, to sprawdzić jak się ma mapa do rzeczywistości, czyli czy wyznaczone punkty są realnie w terenie, czy też stanowią czystą fikcję. Mieliśmy do przejścia trzy trasy i jeszcze dwa trina w planach, a tylko jeden dzień do dyspozycji. Sam dojazd zajął nam chyba coś ponad dwie godziny i trzeba było się mocno sprężać.
Zaraz na początku okazało się, że piękna górka wytypowana do postawienia na niej punktu jest ogrodzona i nie ma się jak do niej dostać, ale za to Wielki Rów, na którym Tomek przewidział cztery punkty trwa niewzruszony na swoim miejscu. Ścieżki w większości okazały się nieco umowne, a ja oczywiście nastawiłam się na liczenie ścieżek, a nie odległości i i "znalezione" przeze mnie wirtualne lampiony wisiały na innych drzewach niż wychodziło to Tomkowi. Dołki też wymagały dużo dobrej woli żeby nazwać je dołkami i w ogóle dostrzec jakąkolwiek nierówność wklęsłą terenu. Udało się jednak znaleźć wystarczającą ilość charakterystycznych miejsc żeby stworzyć trasę, a nawet udało nam się znaleźć ośrodek, w którym ma być start/meta. Przy okazji przetestowaliśmy czy dobrze tam karmią i ja nie narzekam - pierożki - palce lizać! A po co lizać palce, jeśli można lody? W końcu deser musi być!
Najedzona, marzyłam już tylko o sjeście, a tu czekało nas sprawdzenie dwóch kolejnych tras. Na szczęście miały iść po jednym terenie, więc zapowiadała się jedna, ale za to dłuższa wycieczka. Na początek ktoś się nie bał i wyrąbał kawał lasu zarzucając gałęziami dołki, w których miał stać PK. No ludzie! Tak się nie robi! Z dołków musieliśmy zrezygnować, ale za to nikomu nie strzeliło do głowy żeby zaorać wydmę i na niej wszystko się mniej więcej zgadzało. Przy liczeniu przecinek, których była naprawdę nadreprezentacja, znowu mi i Tomkowi lampiony wychodziły na innych drzewach. Jakieś takie niejasne były niektóre z tych przecinek i nieźle można tam na stowarzyszy nabierać. W połowie drogi zaczęłam już wymiękać, ale bohatersko parłam naprzód i sprawdziliśmy całą trasę, łącznie z najdalszymi, zapasowymi punktami.
Tak się trochę łudziłam, że może Tomek zapomni o tych zaplanowanych trinach i wrócimy do domu na zasłużony odpoczynek, ale gdzie tam. W Płocku wygonił mnie z samochodu i kazał robić trasę pieszo. Na szczęście tereny obu trin w dużej mierze się pokrywały, więc mogliśmy robić je synchronicznie. Do tych najdalszych punktów mieliśmy dojechać już samochodem, ale tak się zapędziliśmy, że w efekcie cały Płock przeszliśmy pieszo. Byłam tak umordowana, że nawet nie dziwiły mnie kolumny patrzące na siebie, ani nie konfundowały dziwne stwory na Urzędzie Miejskim.
Wieczorem bolał mnie cały człowiek, od zębów począwszy, na palcach stóp skończywszy. Przedobrzyłam?
Zaraz na początku okazało się, że piękna górka wytypowana do postawienia na niej punktu jest ogrodzona i nie ma się jak do niej dostać, ale za to Wielki Rów, na którym Tomek przewidział cztery punkty trwa niewzruszony na swoim miejscu. Ścieżki w większości okazały się nieco umowne, a ja oczywiście nastawiłam się na liczenie ścieżek, a nie odległości i i "znalezione" przeze mnie wirtualne lampiony wisiały na innych drzewach niż wychodziło to Tomkowi. Dołki też wymagały dużo dobrej woli żeby nazwać je dołkami i w ogóle dostrzec jakąkolwiek nierówność wklęsłą terenu. Udało się jednak znaleźć wystarczającą ilość charakterystycznych miejsc żeby stworzyć trasę, a nawet udało nam się znaleźć ośrodek, w którym ma być start/meta. Przy okazji przetestowaliśmy czy dobrze tam karmią i ja nie narzekam - pierożki - palce lizać! A po co lizać palce, jeśli można lody? W końcu deser musi być!
Najedzona, marzyłam już tylko o sjeście, a tu czekało nas sprawdzenie dwóch kolejnych tras. Na szczęście miały iść po jednym terenie, więc zapowiadała się jedna, ale za to dłuższa wycieczka. Na początek ktoś się nie bał i wyrąbał kawał lasu zarzucając gałęziami dołki, w których miał stać PK. No ludzie! Tak się nie robi! Z dołków musieliśmy zrezygnować, ale za to nikomu nie strzeliło do głowy żeby zaorać wydmę i na niej wszystko się mniej więcej zgadzało. Przy liczeniu przecinek, których była naprawdę nadreprezentacja, znowu mi i Tomkowi lampiony wychodziły na innych drzewach. Jakieś takie niejasne były niektóre z tych przecinek i nieźle można tam na stowarzyszy nabierać. W połowie drogi zaczęłam już wymiękać, ale bohatersko parłam naprzód i sprawdziliśmy całą trasę, łącznie z najdalszymi, zapasowymi punktami.
Tak się trochę łudziłam, że może Tomek zapomni o tych zaplanowanych trinach i wrócimy do domu na zasłużony odpoczynek, ale gdzie tam. W Płocku wygonił mnie z samochodu i kazał robić trasę pieszo. Na szczęście tereny obu trin w dużej mierze się pokrywały, więc mogliśmy robić je synchronicznie. Do tych najdalszych punktów mieliśmy dojechać już samochodem, ale tak się zapędziliśmy, że w efekcie cały Płock przeszliśmy pieszo. Byłam tak umordowana, że nawet nie dziwiły mnie kolumny patrzące na siebie, ani nie konfundowały dziwne stwory na Urzędzie Miejskim.
Wieczorem bolał mnie cały człowiek, od zębów począwszy, na palcach stóp skończywszy. Przedobrzyłam?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
