poniedziałek, 10 lipca 2017

Żółwik w naturalnym środowisku


Kolejna pucharowa 50-tka – tym razem o wdzięcznej nazwie „Kresowe Bagna”. Nazwa na tyle wdzięczna, że udało się namówić Moją Drugą Połowę (no dobra, tylko na 25-tkę),  znaleźć jej partnera do bagiennych wojaży w osobie Krzysztofa, a na dodatek zebrać komplet do auta w postaci Karoliny, która porzuciła rower, by spróbować pieszo pokonać 50-tkę. Ale wiadomo, Stowarzysze ostatnio nawiedzają różne takie ekstremalne imprezy hurtowo, więc nie zabrakło Chrumkającej Ciemności, która „przybiegła” prosto z Wawel Cup, I Pawła z Jackiem, którzy przyjechali na trasę „niepieszą”.
Tradycyjnie, że tak powiem, zaczęliśmy od TRInA. Metodą losowania padło na Radzyń Podlaski. Miasto znane z opowieści, a nigdy nie widziane na żywo. Dojechaliśmy akurat w porze „obiadowej” więc przed wjazdem do Radzynia – „telefon do przyjaciela” – czyli Darka – rodowitego radzynina – gdzie tu można dobrze zjeść, a w szczególności naleśniki. Telefon wyraźnie spowodował pewne zamieszanie u adresata – bo skoro zwykle jada się „u mamy”, to skąd wiedzieć gdzie na mieście można znaleźć dobre naleśniki? Darek z Barbarą jadąc kilkadziesiąt km za nami (Barbara miała być dostarczona na start w sobotę bezpośrednio z Radzynia) wykonali szybki research i dostaliśmy spis potencjalnych miejsc zbiorowego żywienia, w tym jedną „potencjalną” naleśnikarnię.
Wpadliśmy do Radzynia i zaczęliśmy TRInO od zadania specjalnego, czyli naleśnikarni. We wskazanej ulicy zatrzymały nas smakowite zapachy dobiegające z przybytku o nazwie Grizzli. Co tu dużo mówić, pracujące ostro ślinianki spowodowały szybkie zakończenie poszukiwań naleśnikarni. Jako jedyny postanowiłem okres oczekiwania na pizzę aktywnie wykorzystać i zaliczyłem pobliskie 3 punkty TRInO. Skala mapy okazała się taka „rowerowa” i musiałem podbiegać tak ze 3 km, by zdążyć zanim głodne towarzystwo zje i moją porcję. Wstrzeliłem się idealnie. A dodatkowo zastałem Barbarę z Darkiem, którzy znając różne skróty, dopadli nas w lokalu.
Po obżerce (coś duże te pizze serwują w Radzyniu) ruszyliśmy na trasę. Przy odległościach z mapy postanowiliśmy większość PK zaliczyć samochodowo. Krążyliśmy więc po mieście szukając zaginionych tablic, obkupując się w pobliskim sklepie, a na deser zostawiając sobie piesze obejście Pałacu. Co tu dużo pisać – Pałac robi wrażenie!
Na ostatnich punktach dopadł nas zmrok, więc ruszyliśmy w kierunku bazy – małej wiejskiej szkoły w zapomnianej wiosce, pośród kresowych bagien. Na tyle małej, że tylko dzięki operatywnej Chrumkającej Ciemności, która zajęła nam kawałek podłogi mieliśmy w miarę wygodny kącik do spania.

Poranek, odprawa o 6:20. Zobaczyliśmy mapy – jakieś takie wielkie, w dwóch kawałkach  i kilka wycinków do dopasowania. Do zaliczenia 40 PK z 42. Bagna podobno wyschły. Minuty startowe (bo nietypowy jak na 50-tkę start interwałowy) – z Barbarą startujemy o 7:08 – chyba jako trzeci zespół (pierwszy idzie Hubert z PKŻ). Za oknem pochmurnie (w nocy padało) jeszcze jakaś lekka mżawka i dość rześko.  Ostatnie przygotowania i start.

Pierwszy problem jak zmieścić mapy w koszulki – mapa A2 koszulka A3. Dobra, udało się upchać dociskając je kolanem. Szybka decyzja – jak zwykle lecimy na większe skupisko punktów, by na koniec zostawić mało myślące – długie przeloty. Czyli lecimy do PK1. Ale powoli, bo z mapami dostaliśmy po drożdżówce na drogę, a ciężko się podbiega przeżuwając. Drożdżówka zjedzona – można podbiec – ja wybrałem się na krótko, bo prognoza mówi o upale i zacząłem przymarzać. Przy szarym krzyżu (PK1) dobijamy do poprzednika, który statecznie maszeruje. Takie PK można podbijać „bez zwalniania”. PK 2 – resztka wiatraka i nietypowe potwierdzenie – rzut pionowy. Mała konsternacja „co to jest rzut pionowy”? Może do mapy warto by załączyć skrócony słownik? Bo wg mojego inżynierskiego wykształcenia – jest to w uproszczeniu … widok z góry, a tu z w opisie mamy „rzut pionowy od SSE” czyli mamy sprzeczność. Słowem punkt karny dla budowniczego, który chyba nie wie, co napisał. Odgadując jego intencje stworzyłem piękny obrazek zrujnowanego wnętrza wiatraka.
Oryginał

i kopia

Przed nami pierwszy wycinek do dopasowania. Wygląda na PKB. Jest minimalne obniżenie, jego najwęższe miejsce i krzaki. I oczywiście mokre trawy, bo jesteśmy na czele. Robimy kilka podejść, ale podłoże i krzaki nie wyglądają zachęcająco. Zdobywam się wreszcie na odwagę i wpełzam w zarośla – na szczęście trafiam od razu na lampion. Wycofujemy się cali mokrzy na drogę. Dobija wtedy na punkt większy tramwaj z Hubertem na czele. Przed nami Park Narodowy i ścieżki przyrodnicze. Decydujemy się na rezygnację z PK 3 (wg mapy możemy opuścić 2 PK) – dojście do punktu to ponad 3 km, a skracanie na azymut po Parku Narodowym i terenach zaznaczonych jako podmokłe to chyba zły pomysł. Lecimy więc wygodnymi szlakami PK4-PK5-PK6-PK7. Najpierw wygodna szeroka droga, potem ścieżka dydaktyczna i wąskie śliskie pomosty z desek wiodące przez torfowiska. Dziwimy się, że nie przegania nas Hubert – nasz trucht jest raczej „nieszybki”. Ścieżka dydaktyczna wprowadza nas w piękne torfowisko. Po prawej i lewej typowa bagienna roślinność, pałki wodne, trzciny i te sprawy. Wyższe od człowieka i ciągnące się po horyzont. Może uda się zobaczyć gdzieś wolno żyjącego żółwia błotnego – ponoć to jedyne miejsce, gdzie wolno żyje ten zwierz w Polsce! Przed PK 5 słyszymy gdzieś po prawej dobywające się pola trzcin dziwne odgłosy. Czy może to odgłosy żółwia (bo ścieżka oznaczana jest symbolem żółwia)? Ale chwila, chyba żółwie nie mówią ludzkim językiem i to w dodatku po polsku! Pierwsze skojarzenia – Hubert idzie na azymut? Głosy coraz bardziej zrozumiałe. Coś mówią ze zdziwieniem, że na azymucie mają pałki wodne. Rzeczywiście poznaję głos Huberta! Zasłyszane teksty nie wskazują, że obrali oni łatwą do przebycia drogę.  Ale cóż, nie ma to jak bliskie obcowanie z przyrodą… I nie chcą uwierzyć, że mamy tu całkiem porządną ścieżkę przyrodniczą.
Tam w tych trzcinach krążyła ekipa Huberta
Lecimy dalej. Łatwiej biegiem niż marszem – mając wektor pędu suniemy prosto pomostem, a próby marszu kończą się rozjeżdżaniem nóg na mokrych deskach.
Mijamy gdzieś przed PK 6 idącego z naprzeciwka marszera z minuty 7:04.
Selfie na widokowym PK7

Wreszcie pomosty się kończą i wybiegamy z PPN. Idziemy szukać numeru ambony. Gdzieś tak wzdłuż granicy parku. Znowu mokre trawy i chlup chlup w butach. Trafiamy na jakąś ścieżkę, która przeprowadza nas przez zarośla dokładnie na ambonę o numerku 14. Teraz czas na PK 9 powinien być przy szlaku po jego prawej stronie za domkiem, na górce, przy rozwidleniu dróg. A dalej na szlaku jakieś małe jeziorko po prawej. Szlak całkowicie nieużywany. Droga, która wiedzie, zaznaczona jedynie tym, że ktoś wykosił chaszcze (pewnie obsługa PPN). Ale śladów ludzkich, przedeptanej ścieżki – ani śladu. W spodziewanej odległości mamy po prawej jakiś garbik, dalej obniżenie. Lecę trochę dalej,  po prawej widać trzciny i roślinność wodną. Cofamy się na grzbiecik i idziemy w prawo. Są ruiny – jakieś fundamenty. 25 metrów dalej powinna być droga i lampion. Z tą drogą tak sobie, ale jakiś relikt srogi jest. Tyle, że nie ma lampionu. Robimy czesanie okolicy. Lampionu dalej brak. Jedyny lampion znajdujemy na poprzedniej górce, ale po lewej stronie drogi. Mała narada – a może szlak jest źle narysowany? Wtedy by się zgadzało, bo to najwyższe wzniesienia, a roślinność wskazuje na jakieś stare zabudowania za lampionem. Nawet dostrzegamy obniżenie z wodna roślinnością. Bierzemy. Wniosek – nie ufaj szlakom wrysowanym przez autora – one są bardzo „poglądowo” naniesione na mapę.
Do PK 10 idziemy, bo droga „ugina się” pod stopami. Znaczy mamy wreszcie bagna. Gdyby nie wyschły byłaby zabawa;-) Strzelamy, że PK 10 będzie dębem. Obawiamy się, że będzie to jakiś gatunek egzotyczny, ale wiszące na drzewie kasztany pozwalają dobrze potwierdzić PK.
Przed nami kolejny wycinek z PK H. Troszkę krzaków, ale daje się znaleźć. Tyle, że zaczynają atakować z lekka komary, więc z przyjemnością wychodzimy na asfalt. W pierwszym odruchu chcemy podbiec asfaltem prawie do PK 11, ale to jednak sporo się nadkłada. A droga na skróty wydaje się dobra, więc skręcamy. Po pewnym czasie (o dziwo, zgodnie z tym, co na mapie) droga się kończy, więc przedzieramy się na azymut w stronę widocznego końca zarośli. Jest rów i koniec skarpy – wszystko się zgadza.
PK 11 - koniec skarpy

Czas na zmianę mapy. I dylemat jak dotrzeć na PK 19? Najkrótsza droga to „na wprost” granica PPN i na koniec ze 200 m na dziko drogą przez park. Ale naokoło asfalt, pewnie z kilometr dalej, ale droga lepsza. Na początek idziemy do asfaltu. Przed nami rowy z wodą i jakieś instalacje do nawadniania pól truskawek. Jeden rów przeskakujemy, ale kolejny gorzej. Na szczęście jest jakaś tama usypana dla spiętrzenia wody, więc się przebijamy suchą nogą. Wychodzimy dokładnie na brzeg lasu. Droga „na skróty” nie zachęca – jakieś pole jednorodnie obsiane zbożem. Jednak asfalt. Przy skali 1:25000 odległości robią się jakieś takie niewielkie. Skracamy minimalnie przez zabudowania po PGRze. Wkrótce docieramy do kurhanu (czy kurchanu, bo twórcy tablicy przy nim sami nie byli pewni jak to napisać).

Tablica testująca znajomość ortografii turystów

I zaczynamy mierzyć. Ja robię za wzorzec, a Barbara za mierniczego (widomo, mi gorzej idzie z trzymaniem poziomu). W ruch idą busole, mapy (jako wzorce długości) i wychodzi nam coś koło 185 cm. Zastanawiam się jak sędzia interpretuje zapis regulaminu PMnO przy takim potwierdzaniu, mówiący o „jednoznaczności potwierdzania” – bo w/g regulaminu Jaszczura to nie wiadomo czy chodzi o tolerancję 3% czy 25%? Bo zadanie pomiarowe, to zadanie (w MnO zadania występują, ale ich wpływ na wynik ostateczny jest niewielki - łącznie do 30 punktów karnych co daje 1/3 wartości braku potwierdzenia jednego PK) , a nie potwierdzenie obecności na PK, które powinno być jednoznaczne.  I jeszcze jedna wątpliwość – na mapie jest podana wysokość okolic kopca n.p.m. Może taką wpisać? Bo nie jest zdefiniowane o jaką chodzi;-) Zawsze można było zadać pytanie z jednoznaczną odpowiedzią, ale wymagającego pomyślunku – ot choćby wyłuskanie  z opisu na tablicy słowa „Kurchan” i „Kurhan”
Powoli wychodzi słonko i robi się coraz cieplej. Przed nami wycinek z PK M. I dylemat – do kolejnego PK 20 musimy iść „na dziko przez PPN”. Ale na szczęście jest droga „samochodowa” prowadząca do leśniczówki, więc nie mamy jakiś większych oporów moralnych, choć łamiemy punkt regulaminu PPN „
3.  Ruch turystyczny na terenie Parku dozwolony jest od świtu do zmierzchu i odbywać się może wyłącznie po wytyczonych szlakach i ścieżkach.”.
Przy PK N bagno nie wyschło!
Rozbestwieni, do PK N idziemy także drogą „niedozwoloną do ruchu turystycznego”, ale jak tam dojść inaczej? Dalej to już zupełnie nielegalnie, bo droga na kolejny wycinek zanika w chaszczach, przez które musimy się przedzierać, by wyjść z lasu.
Przed nami wycinak popiątny z kopczykami. Znacząco poprawia nam statystykę zaliczania lampionów – pierwsze 4 wychodzą równo co 2 minuty. Zostaje ostatni PK G. Wiadomo, że punkt o takiej nazwie jest felerny. Na najkrótszej drodze – krzaki i jakieś „pałki wodne”- próbuję obejść od wschodu. A tu drogę przegradza nam rów. Wody w nim mało, ale za szeroki by przeskoczyć, a zbyt grząski by przekroczyć. Próbujemy obejść – bez rezultatu. Wracamy i brniemy tą najkrótszą drogą. Daje się rów przeskoczyć, a do drugiego budujemy kładkę przez grzęzawisko. Mamy lampion, a w oddali widać stowarzysza wystawionego na wabia).
Wreszcie dotarliśmy do "Punktu G"
Tu Barbra stanowczo żąda, by zrobić sprawdzenie dalszego przebiegu. W/g informacji na mapie możemy odpuścić 2 PK (40 z 42 mamy zebrać) – odpuściliśmy już PK 3, pasowałoby odpuścić wycinek z PK P. Rozkładamy mapy, liczymy wpisy na karcie i punkty na mapie. Coś się nie zgadza. Na mapie wychodzi nam 41 PK, a nie 42. Liczymy raz jeszcze i raz jeszcze.  Ciągle wychodzi 41. Wniosek – musimy chodzić wokoło i nadrobić kilometry obchodząc Staw Głęboki. Aktualne wskazanie licznika mówi, że wyjdzie nie wzorcowe 53 km, tylko ze 60. Nie ma wybacz, lecimy na PK 24. Po drodze mijamy pierwszego uczestnika idącego „pod  prąd”. Oczywiście nic mu nie mówimy o brakującym PK na mapie. Słonko przygrzewa, Barbara źle znosząca wysokie temperatury trochę się ociąga. Nie zauważamy odbicia szlaku i znosi nas na asfalt – do cywilizacji. Całkiem dobrze nas znosi, bo prosto na sklep. Wprawdzie mają awarię lodówki, ale znajduje się jeden zimny Tiger i ciepła Cola. Grunt , że mokre. Następni będą mieli gorzej z dostępem do zimnych napitków. Wypijamy i ruszamy dalej na PK 24. Punkt opisowy „Co robi mewa śmieszka…”. Wprawdzie w okolicy wskazanej przez środek kółeczka jest jakieś mokradło, ale żadnej mewy nie widać. Szukamy tu i tam. Są dwa lampiony i tyle. Czyżby coś się pomyliło autorowi? Bo lampion wisi w krzakach w bardzo dobrym miejscu. Szukamy na mapie telefonu do budowniczego – nie ma! Ja zresztą nie mam zasięgu w komórce, Barbra zaś jedną kreskę. Internet na jednej kresce nie idzie. Więc „telefon do przyjaciela”, by odszukał regulamin i numer do organizatora. Po chwili się udaje (wiadomo, jedna kreska powoduje, że konwersacje telefoniczne stają się bardzo głośne i mocno przerywane). Mamy telefon dzwonimy. Organizator potwierdza, że właśnie dowiedział się o zamianie opisów PK 21 i 24. Uszczęśliwiamy go jeszcze informacją o brakującym PK na mapie – o tym chyba nie wiedział. Idziemy dalej. Wychodząc z krzaków  napotykamy na jakąś wycieczkę z przewodnikiem, która nas karci za poruszanie się po Parku Narodowym poza szlakami. Na wszelki wypadek przyspieszamy. Wycinek P (znowu na dziko po PPN) i dalej „na dziko” choć już wyraźnymi drogami do PK 23. Tu znowu jakaś konkurencja idąca „pod prąd” lub omijająca PK P. Znowu robię za wzorzec wysokości do pomiaru wysokości mrowiska. Na drodze do PK 22 tłumy. Trafiliśmy na jakiś używany turystycznie rejon Parku. Na mapie jest jakiś skrót do PK 21 groblą, więc wracamy w kierunku PK 22 do wypatrzonej wcześniej ścieżki. Niestety, ścieżka robi się za chwilę węższa i kończy się na szerokim rowie z wodą. Mamy sucho w butach, więc nie będziemy się moczyli. Wracamy i naokoło (znowu nadrabiamy kilometry) lecimy do PK 21. A tu tłumy konkurentów. Między innymi uśmiechnięta Karolina. Podejrzewamy, że szczęśliwcy którzy nas dogonili odpuścili PK P i są przed PK 22 i PK 23, bo jednak poruszamy się dosyć sprawnie podbiegając gdzie się da. Zawracamy i po raz kolejny oglądając mrowisko na PK 23 przebijamy się na PK 25. Docieramy do „wielkiej dziury” i szukamy odpowiedzi na pytanie „gatunek ptaków w zboczu”. Najpierw przeczytałem „gatunek ptaków w zbożu” – na nasz widok wszystkie „jaskółki” ze zboża uciekły i ptaków nie było. Może to jakaś podpucha? Oglądamy hydrant. Oglądamy dokładnie budkę pobliskiego przystanku – są tu różne interesujące napisy i wyznania miłosne, ale nic o ptakach. Barbara idzie pytać miejscowych o nazwę ulicy, bo może ta jakaś „Bociania”, albo „Mewia”? Dogania nas Arek Duszak. Także kręci się zdezorientowany. Doczytujemy wreszcie, że chodzi o zbocze, a nie zboże. W dziurkach mieszkają te „jaskółki”. One mają jakąś nazwę specjalną – pamiętam bo sprawdzałem przy jakimś spływie Wkrą, coś z brzegiem. W ruch idzie komórka (regulamin zabrania tylko nawigacji). Jest - Brzegówka Zwyczajna. I bądź tu mądry - jak nie masz komórki lub wiedzy przyrodniczej nie potwierdzisz PK. Bez sensu. Kolejny punkt karny dla organizatora. Potwierdzenie MUSI być dostępne na PK.
Tuptamy w upale dalej. PK 26 Ile Jezusów. Dwa ewidentne, na krzyżach. Jest jeszcze obrazek. Na pierwszy rzut oka z niewiastą. Ale dostrzegam jakieś wąsy. Ktoś dorysował? Wołam Barbarę, która coś tam przy butach poprawia. Wspólnie ustalamy, że to trzeci Jezus do odpowiedzi.

Znowu wycinek z kopczykami. Dużo mają tu tych kopczyków. Wydeptana ścieżka do pierwszego, a potem do drugiego. Trzeci jest gdzieś za rowem. Dość szeroki, ale daje się przeskoczyć. I oczywiście kopczyk w największych pokrzywach! Dobrze, że tu nie torujemy drogi – pewnie TP 25 tu było.
Wracamy na mapę główną i przed nami ostatni wycinek hipso. Znowu PK w lesie, trzeba buszować poza ścieżką po Parku!
PK 18 wieża widokowa i znowu zadanie - „szerokość łąki”. Dobra, co to jest „szerokość”? Barbara jako szerokość pokazuje „od prawa do lewa”. Ja stawiam że chodzi o odległość do lasku naprzeciwko, bo w tę stronę wymiar jest znacząco mniejszy (łąka jest podłużna). Nie daję się kobiecie i stawiam na swoim. Prawie 200 m, a dla ładnego wyniki wpisujemy 199m. Kolejny minus zbiera organizator za nieprecyzyjność. Choć aż kusi by mu odpowiedzieć równie nieprecyzyjnie „3 długie rzuty kamieniem”.
"Łąka" do zmierzenia


Zniesmaczeni idziemy dalej. PK 17 – liczenie białych krzyży. Bez kalkulatora ani rusz! Liczymy mnożymy, obchodzimy z jednej i z drugiej. Liczenie ilości czegoś tam, gdy nie starcza palców to zawsze poważny problem!
Wkraczamy na wał nad jeziorem. Fajne widoki. Przed nami PK 16 oznaczony „na niczym”. Oj coś dużo minusów zbiera organizator. Szukamy „numeru rejestracyjnego”. Mamy ich sporo do wyboru, więc wpisuję ten, który najbardziej do mnie przemawia. Wszystkie mieszczą się w 50 m.
Która łódka lepsza?


Kolejny PK na wale wokół jeziora. Jeszcze bardziej abstrakcyjny. „Azymut i odległość na plażę”. Dobra które to plaża? Przy mojej wadzie wzroku to g… widzę. Barbara ma lepszy wzrok, więc coś tam typuje. I jeszcze sam zakręt rowu inaczej w terenie, a inaczej na mapie wygląda (w terenie są to dwa zakręty, na mapie jeden. My jesteśmy za dnia, więc coś widzimy, ale będą i tacy po nocy (bo to dla większości jeden z ostatnich PK). I tu brak porównywalnych warunków rywalizacji. To może być zadanie dodatkowe, a nie PK do potwierdzenia!

Idziemy mierzyć odległość do plaży

Zostały jeszcze 3 PK do kompletu. Po względem nawigacyjnym od PK 18 trasa raczej banalna – prosto znakowaną drogą. Jedyne urozmaicenie to te abstrakcyjne potwierdzenia. PK 13 to „Wartość aphelium”. Nie spodziewałbym się w środku lasu porządnych słupków z charakterystyką planet Układu Słonecznego, ale jak widać ktoś to wymyślił:-)
PK 15 - tu brała kąpiel Karolina

PK 13 – PK R – PK 12 podbiegamy, bo chcemy czym prędzej „do bazy”. Przy PK 12 stowarzysz. Mało coś tych lampionowych stowarzyszy).  Szacowaliśmy że będziemy na mecie tak z kwadrans po 19-stej, ale to podbieganie na końcu spowodowało, że wpadliśmy na metę w biegowym stylu o 19:01. Szkoda tej jednej minuty, choć i tak czas poniżej 12 godzin wyszedł. Coś około 61km (i ponoć drugie miejsce przez "stowarzyszoną" łódkę).

Na mecie Renata i Krzysztof już po obiadku odpoczywający. Brak Huberta. Szacowaliśmy, że Karolina jakoś niedługo po nas przyjdzie, więc szybkie pakowanie i obiad. Czekamy, czekamy i noc. Wreszcie po dobrej godzinie wpadają na metę nasi niepiesi. Jako pierwsi w swojej kategorii. Nawet nie zmęczeni. Podobno niedawno wyprzedzali Karolinę, więc powinna zaraz być. Co chwila wychodzimy na drogę wyglądać Karoliny.
Kategoria wyraźnie niepiesza

Gdzieś tam wraca Hubert z ekipą. Próbujemy wypytać się jak było na tym torfowisku i właściwie czemu deptał tereny chronione (ogólnie torfowiska- siedliska przyrodnicze są chronione). Jego odpowiedź nas rozbroiła – „na mapie nie było pokazane gdzie są granice parku”. A ten symbol podobny do „skarpy”? Było mówione na odprawie! „Myślałem, że to skarpa”!
A ja myślałem, że to skarpa!

Karoliny ciągle nie ma. Wychodzimy jej naprzeciwko. Co się pojawi jakaś grupka liczymy, że to ona. Wypytujemy zawodników, czy gdzieś jej nie widzieli. Ktoś tam mówił o jakiś zwłokach w rowie, ale chyba aż tak źle nie jest.
Jest wreszcie i nasza zguba. Jakoś dziwnie się porusza. Okazuje się, że buty ją pogryzły bardzo skutecznie. Ale dociera do mety!
Po chwili zwijamy się i lecimy do domu. Tzn. odwieźć Barbarę do Radzynia i mamy tam być ugoszczeni zapiekanką. Zresztą można składać zamówienia. Np. na „jajko na miękko”. Pełen luksus!
Chrumkający jeszcze na trasie. Dają znać, że pomijają ostatnie PK i lecą do mety – chwilę im jeszcze zejdzie. Paweł i Jacek zostają by odebrać nasze ewentualne dyplomy, a my ruszamy w podróż.

W ramach podsumowania – na pewno należy docenić Orga za wybór lokalizacji punktów – przeciągnął nas po bardzo fajnych miejscach. I oczywiście ogrom pracy – okazało się, że trasa TP25 ma większość zupełnie innych PK niż my. I nie jest to zwykłe wieszanie kilkunastu lampionów jak na typowej pięćdziesiątce – na naszej trasie było przygotowanych 41 punktów (nie licząc stowarzyszy) do tego punkty TP 25 i TP13. Są oczywiście i uwagi krytyczne – czyli zbytnie rozpędzenie się z „twórczością” w sposobie potwierdzania PK. Zadania dodatkowe – jak najbardziej – liczmy azymuty, wysokości czy odległości, ale jako „dodatek” nie przekraczający wartości jednego PK. Warto także zweryfikować treść pytań-potwierdzeń – tak, by odpowiedzi były znajdowalne w lokalizacji PK, a ich treść nie budziła wątpliwości. I oczywiście problem umieszczania PK na terenach nie zawsze w zgodzie z prawem dostępnych. Ja nie lubię deptać tego, co chronione, a tu byłem zmuszony (no dobra, raczej deptałem elementy mało istotne, takie „z otuliny” lub drogi niedozwolone, ale niesmak pozostaje).

A na deser link do tracka (jak będzie lepsza mapa - podmienię):
http://3drerun.worldofo.com/2d/index.php?idmult%5B%5D=-435337&idmult%5B%5D=-435007

czwartek, 6 lipca 2017

I na tyle byłoby grillowania

W niedzielę nie chciało mi się wstawać. Znaczy tradycyjnie odleżyny wyganiały z łóżka, ale czułem już ogólne zmęczenie. Zwlokłem się jednak z rana (znowu było mokro, bo coś padało), coś przekąsiłem i poszedłem na ostatnie dwa etapy.


Na rozgrzewkę lot rakietą. Udało mi się szybko dopasować jedno skrzydło, potem drugie. Oczywiście przeszedłem najbliższy startu PK na skrzydle zaczynając od kadłuba. Ale to wszystko przez mokre trawy i znowu chlupiącą wodę w butach. Nie miałem pojęcia gdzie jest silnik i ogień. Coś tam autorowi się wymknęło, że ogień odrzutu „jest prawie w planie mapy”. Prawie to prawie – trzeba poszukać. Asfalt skręcał, a dalej szła droga gruntowa. Może to ta ścieżka z odrzutu? Zobaczymy czy zakręca lekko… a i owszem, więc szukamy skarpy po prawej i po lewej.  BINGO - są! Czyli został silnik. Na silniku jest jakaś samotna niewielka górka i brzeg skarpy? Zostaje mi tylko przeczesać całą skarpę, bo logika mówi, że dysza silnika powinna być gdzieś pomiędzy rakietą, a płomieniem odrzutu. Choć po nocnych UFOlotach ja tam nie wiem jak jest z tą logiką u Obcych. A jak pomyślę o płomieniach na kometach, brrrr. Na skarpie znalazłem jeden lampion dodatkowy – nie pasujący na stowarzysza, ale może…. To ten z dyszy? Zaryzykuję i borę. To szukamy tej „samotnej górki”. Naokoło drogą, bo jakieś krzaki. Ale trafiam na obniżenie/rów widoczne na dyszy - czyżby znowu BINGO? Może powinienem zagrać w Lotto? Drogą dochodzę w miejsce gdzie powinna być górka… i jest! Super. Wdrapuję się… i nie ma lampionu. Obchodzę całą i dalej nie ma. Ale to wygląda na jedyną górkę w okolicy, więc wpisuję BPK. Uff.  Został jeszcze PK 4 z  „tułowia rakiety” - powinien być gdzieś w pobliżu. Idę dalej drogą do skarpy i szukam przecinki na górze lub grzbieciku wcinającego się w miskę obniżenia. Coś słabo to widać. Ale znajduję drogę główniejszą i w oddali asfalt. Domniemane miejsce przecinki wyznaczam z tej strony. Domniemane, bo na górze skarpy przecinki brak. Ale znajduję grzbiecik i tu dopiero widać przecinkę w oddali. „Prawie” jak na mapie. Prawie, bo lampion po złej stronie przecinki wisi. Znaczy źle narysowana albo co.
Patrzę na zegarek, coś mało czasu zostało, więc biegusiem po ostatnie punkty i do mety. Uff, udało się.

No to ostatni „obowiązkowy” etap został TMWiM. BnO kusi, ale nie czuję się w najlepszej formie – dwa dni chodzenia w mokrych butach lekki dyskomfort na podeszwie wprowadza. Renaty nie ma bo pojechała na rower, więc biorę mapę i idę. Mapa wygląda całkiem normalnie, choć bez wyjaśnienia co jest czym, to nikt by nie ruszył z miejsca;-) Przy PK 41 czuję, że mam ciężki umysł, więc wyciągam nożyczki i wycinam „fasetki rondysty” i je doklejam na swoje miejsca. Zawsze mniej myślenia wtedy. Znajduję drogę przez zabudowania i nawet występ w zabudowaniach sięgający w las. Najpierw próbuję ścieżką, ale coś ona za bardzo na lewo idzie. Wracam, ustawiam azymut i się przedzieram. Dochodzą do poprzecznego rowu znanego mi już z komet. „Jeziorka” powinny być po lewej, więc idę szukając cieku prostopadłego. W spodziewanej odległości jest rowek przecinający. Skręcam w lewo. Krzaki. Rowek się kończy w jakimś obniżeniu, ale brak lampionu. Czy to tu? Wracam. Idę rowkiem na wschód szukając rozwidlenia. Nie ma żadnego podobnego jak na mapie. Próbuję iść do końca rowu. Rów się rozdwaja i wcale nie kończy. Wracam mierząc odległości i uważnie patrząc na odbicia. Nic się tu nie zgadza z mapą, Z naprzeciwka idzie Jacek z Joasią - mówią, że PK jest, ale także go się naszukali. Więc idę. Znowu wychodzi mi ten przeszukany wcześniej rowek. Spotkam Kamila, który „biega”. Znaczy jest na BnO, ale coś wolno spaceruje. Zerkam na jego mapę – szuka lampionu tuż obok mojego PK i także nie może go znaleźć. Z jego mapy wynika, że ścieżka przy rowie powinna kończyć się za tym ciekiem którego szukamy. Idziemy wiec ścieżką dalej na zachód. Kończy się. Jak nic to odbicie w lewo na którym szukałem było dobre, tylko czemu nie ma lampionu? Ani mojego, ani biegowego? Kamil odpuszcza, ja zdesperowany na wszelki wypadek idę dalej na zachód. Przez jakieś krzale. O! lampion biegowy i kolejny prostopadły rów! Idę nim – jest i mój lampion. Mam wrażenie, że mapy coś kłamią w tym miejscu. W każdym razie na ten jeden PK prawie godzina poszła ze 140 minut czasu podstawowego.
Dalej „na azymut” jakąś drogą (której nawet na mapie biegowej nie widziałem, a były na niej znaki drogowe!) okrążam „jeziorko” szukając czegoś, by znaleźć „charakterystyczne drzewo”. Na jakimś rozwidleniu znowu spotykam Kamila, któremu nie zgadza się lampion. Mówię mu o znalezionym punkcie – postanawia wrócić. Ja zerkam w jego mapę – jestem mniej więcej tu, gdzie miałem być. Wybieram jakąś drogę i idę w kierunku  poprzecznej drogi, gdzie są kolejne PK. Po prawej dostrzegam jakiś lampion. Porównuję z mapą – nie mój. Ale… za nim jakaś otwarta przestrzeń. Idę sprawdzić. Super – zlokalizowałem się na OrTO. Teraz drzewo i reszta - to łatwizna (charakterystyczne drzewo oglądałem już czesząc teren na komecie). Gdzieś przeplatam się z parą krakowską.  Wyraźnie musieli oni mniej czasu poświęcić na PK 48. W każdym razie ta część mapy nie stwarza kłopotów.  Docieram do PK 43, czyli końca rowu, przy którym szukałem PK 48. I tu mały problem. Rów nie ma końca. Rozdwaja się, zakręca, a tu gdzie ten koniec narysowany ani lampionu ani końca. Wpisuję BPK, bo co innego zostaje? Teraz biegiem do mety, bo czas się kończy. PK 42 złapany w biegu. Ostatni PK 46 za rzeczkę. Coś stroma ta rzeczka i chyba za szeroka na skok. Okrążam mostkiem. Ścigam się z Paprochami na rowerach. I biegusiem do mety. Chyba 10 lekkich minut, przez ten feralny PK 48. Ech, życie.
Zastanawiam się nad BnO, ale pamiętając mapę Kamila i te lampiony po krzakach, nie chce mi się. Zwłaszcza, że coś kropi. Czyli planu nie wykonam. Ale za to czas na kaszankę z grilla i inne przysmaki. Za rok zaliczę wszystkie etapy!

środa, 5 lipca 2017

Rowerowe grzybobranie na orientację.

W niedzielę obudziłam się po dwunastu godzinach snu z mocnym postanowieniem, że nie ruszę się z bazy ani na krok. Olał resztę etapów. W postanowieniu umacniała mnie pogoda – deszcz ponuro kapał i kapał. Co prawda prognozy mówiły, że ma przestać, ale i tak bolała mnie prawa kostka i nie chciałam jej nadwyrężać. Gdzieś po głowie plątała mi się myśl, że ewentualnie można by na kurki, co to je podczas sobotnich etapów widziałam, ale do tego przydałaby mi się pełna mapa, żeby nie kombinować po wycinkach, bo łatwo się zgubić. 

Ci co wstali, wyszli na etapy, a ja plątałam się po bazie jak smród po gaciach. W końcu Barbara zauważyła, że ból kostki niespecjalnie przeszkadza w jeździe na rowerze, a przecież deklarowałam się na jeden etap rowerowy. Nooo, w sumie… Problemem było jedynie zdobycie roweru bez ramy, bo z ramą to dla mnie kalectwo lub śmierć. Z opresji wybawiła mnie Chrumkająca Ciemność, która z chęcią pożyczyła swojego pięknego różowego rumaka.
Dostałam do wyboru dwie mapy i od razu wybrałam tę, na której było moje miejsce kurkowe. 
Mój pierwszy w życiu wyjazd na rowerową jazdę na orientacje wywołał pewne poruszenie. Darek W. doradzał spisanie testamentu, Chrumkający tłumaczyli mi jak działa rower, a zwłaszcza biegi, ktoś doradzał zacząć od cmentarza (czy to coś miało znaczyć???), a moje inockie dziecko – Ania zawołało dramatycznie, kiedy już odjeżdżałam:
- Mamo!!!!! Nie rób tego!!!!
Przepadło.
Najpierw faktycznie pojechałam po punkt na cmentarzu, bo byłam tam już kilka razy i wiedziałam jak dojechać. Po zjechaniu z utwardzonej drogi musiałam szybko zweryfikować swoje wyobrażenia o terenowej jeździe rowerem. Do tej chwili byłam przekonana, że na rowerze to przejadę całą trasę sucha i czysta, bo przecież nie stykam się z powierzchnia gruntu, a tymczasem… Już po chwili buty miałam przemoczone od traw, nogi porysowane od roślinności i tylko czysta wciąż byłam, bo akurat nie było błota. Na wycieczkę ubrałam się oczywiście adekwatnie do moich wyobrażeń o rowerowym InO, czyli gołe łydki i biała kurteczka. Po zgarnięciu punktu z cmentarza odbyłam naradę z samą sobą, czy na grzyby to od razu, czy na koniec. Ustaliłyśmy, że na koniec, bo jak pojadę najpierw, to może braknąć czasu na jakiekolwiek PK, a wracać z jednym to jednak nie honor. Postanowiłam na pewno zebrać 201, 211, 212 i 213, a potem to w zależności od stanu nóg i siedzenia. Na 201 mogłam wybrać jeden z dwóch wariantów – do asfaltu i w prawo, potem w lewo w drogę i jeszcze raz w lewo w przecinkę albo na asfalt w lewo i w prawo w przecinkę. Dojechałam do asfaltu, skręciłam w prawo (bo łatwiej), ujechałam kawałeczek, zmieniłam decyzję, przeprowadziłam rower na drugą stronę jezdni, zmieniłam zwrot i pojechałam drugim wariantem. Zanim dojechałam do punktu byłam już mokra po pas i z lekka upstrzona błotem. 211 łatwy do namierzenia, bo kapliczka rzuca się w oczy, poza tym to na zakręcie drogi. 212 też nie wyglądał groźnie, a jednak droga do niego była jedną wielką niepewnością. Największy problem miałam z szacowaniem odległości. W marszu to już mniej więcej wiem, czy to już, czy jeszcze nie; na rowerze, mimo, że jechałam wolno, jakoś wszystko tylko migało mi przed oczami i co się zorientowałam gdzie jestem, to już byłam gdzie indziej. Za mostkiem skręciłam w pierwszą dostępną ścieżkę w lewo, ale jakoś nie byłam pewna czy to ta właściwa, szczególnie, że w terenie wszystko było inaczej niż na mapie. Jedynie kierunek się zgadzał. (Jak to dobrze, że wynaleziono kompas.) Jechałam i jechałam i nie wiedziałam czy jestem za blisko, czy za daleko. Jakieś lampiony po drodze były, ale żaden mi nie pasował. Już miałam się poddać, ale zauważyłam, że rzeka przybliża się do mojej ścieżki, a za chwilę pojawiło się skrzyżowanie z lampionem. Bingo! Na 213 prościuteńko, a u celu mogiłka, która upewniła mnie, że jestem tam gdzie planowałam być. Teraz należało podjąć decyzję co dalej – jechać na dość oddalony 214, czy wracać w stronę kurek? Oczywiście, że przeważyły kurki. Postanowiłam przedostać się do drogi na południe, ale ścieżka, która wydawała mi się właściwa jakoś zanikła i nagle znalazłam się w szczerym polu. Bez roweru nie byłoby problemu – azymut i przez krzaczory, ale jak targać tę kupę żelastwa przez wszystkie przeszkody terenowe? No jak? Prowadziłam więc rower aż do pierwszej napotkanej ścieżki, a potem kombinowałam milionem dróżek, byle na południe. Udało się.
Kiedy jechałam już właściwą drogą powrotną, nagle mignął mi lampion z moimi inicjałami. Zrobiłam wielkie oczy i tak mnie to wzruszyło, że od razu dałam po hamulcach i uparłam się zrobić sobie z nim fotkę. Z nim i z rowerem jednocześnie. Jak ktoś myśli, że to jest łatwe bez wysięgnika, to się grubo myli. Co ja się nakombinowałam, żeby był choć skraweczek roweru, lampionu i mnie. Udało się. Tak wyglądają wielkie oczy pod lampionem.
Kawałek dalej spotkałam Chrumkającą Ciemność i już myślałam, że wyruszyli na poszukiwanie swojego roweru, ale nie – szli na etap. W okolicy bazy, obok której musiałam przejechać, kręciło się sporo osób, a miałam nadzieje, że przemknę jakoś tak niezauważona. Przed mostkiem mało nie rozjechałam Kazia, bo wyszedł mi na środek drogi, a potem jeszcze zaczął wybrzydzać, że rower bez mapnika, że do mostku nie zjeżdżam, tylko prowadzę rower i w ogóle.
Do 203 wcale nie było tak łatwo, jak wynikało z mapy. Poległam na odległościach, bo jak się nie wie ile się przejechało, to trudno skręcić we właściwą ścieżkę. Po chwili zakręciłam się tak, że w ogóle nie wiedziałam gdzie jestem. Pewnikiem było tylko to, że rzeka jest na północ ode mnie i tego trzeba się trzymać. Wykorzystywałam więc każdą ścieżkę prowadzącą na północ i w efekcie wyjechałam idealnie na mostek, na którym stał punkt. Czy już mówiłam, że kompas to cudowny wynalazek? Szybko spisałam kod z lampionu i choć kusiło mnie jeszcze 204, to odpuściłam, bo tuż przy nim był 205, a jak by mnie wciągnęło to i dalej bym pojechała. A kurki czekały. Ruszyłam wąską ścieżynką nad samą rzeką w stronę drzewa przy cypelku, gdzie dzień wcześniej na etapie widziałam całe połacie grzybów. Były! Czekały na mnie! Nikt ich nie zebrał! Schowałam rower w krzakach wyjęłam mapę z koszulki, bo koszulka miała robić za koszyk na grzyby i zaczęłam schodzić na skarpę. Nie było to wcale takie łatwe, bo skarpa dość stroma, śliska i co chwilę zjeżdżałam po kawałeczku w dół. Ręce miałam zajęte grzybami i nie bardzo miałam się jak trzymać. Darka, który by pchał nie miałam pod ręką i musiałam liczyć tylko na siebie. W jednym momencie już byłam przekonana, że grzybobranie zakończę w rzece, ale zatrzymałam w ostatnim momencie. Za to znalazłam kolejne piękne kurki, więc chwila strachu była tego warta. Kiedy wyczyściłam już całą skarpę co do ostatniego grzybka, wdrapałam się na górę i stanęłam przed poważnym dylematem – co dalej z tymi grzybami? Gdzie je wsadzić żeby przetrwały drogę do bazy? Z kurtki zrobiłam prowizoryczny worek, do niego wsadziłam dwie koszulki grzybów, trzymałam to jedną ręką, a druga walczyłam z rowerem. Jechać się bałam, więc prowadziłam wypatrując po drodze, czy aby coś się jeszcze pod nogami nie zażółci. Tak szłam, szłam oddalając się od bazy, bo postanowiłam wracać porządną drogą, a nie ścieżkami i musiałam do niej dotrzeć i w końcu dotarło do mnie, że tą metodą to do bazy dotrę na wieczór. Nie było zmiłuj – jakoś trzeba było wsiąść na rower i pojechać. Zupełnie nie wiem jakim cudem udało mi się prowadzić jedną ręką, w drugiej trzymać zawiniątko z grzybami, nie wygrzmocić się, w nic nie wjechać i nie zgubić cennego trofeum. Tuż przed bazą znowu spotkałam Chrumkających i o dziwo, znowu szli na etap, a nie na poszukiwania zaginionego roweru. Ci to mają do mnie zaufanie…
Na metę podjechałam jakby nigdy nic, jakbym całe życie spędziła na rowerze i taki etap to dla mnie banał i pestka. I wiecie co? Doszłam do wniosku, że jak z jakiegoś powodu nie będę mogła chodzić, to przerzucę się na rower. Daje się to ogarnąć.

Relacji alternatywnej dzień drugi czyli "Totalna wtopa"

 Nie lubię spać przy zamkniętych oknach, a najbliższe z okien nie miało żadnego wypustka by je otworzyć. W efekcie te kilka godzin bardziej przeleżałem niż przespałem. Wreszcie, gdy brutalnie obudzono Dyrekcję by stratowała zawodników, wstałem po cichutku nie budząc Renaty.  Kanapka z pasztetem i woda mineralna – tak zaczynał się dzień drugi. I dylemat – czekać na TMWiM, a wcześniej jechać na rower lub pobiec na BnO? A może etap potrójny? A co tam, biorę na bary ten potrójny. Jeden z nich to dojściówka/zejściówka do startu dwóch pozostałych. Start ten w znanym miejscu – przy krzyżu z armaty w Budach Grabskich. Moje tereny! Moje, bo kilka lat temu robiłem tam etap na NMP i właściwie sam rysowałem mapy podkładowe większości terenu. No dobra, z jednego etapu kilka miejsc rozpoznałem – stawiałem tam moje lampiony! Ale najpierw trzeba dojść. Główną drogą szukając po bokach kilku wycinków. Owszem, kilka zagwozdek bo wycinki wygryzione, ale raczej łatwizna i właściwie zero stowarzyszy. Doszedłem do krzyża i oglądam dokładnie mapy pozostałych etapów.  Idąc na pierwszy punkt etapu #011 mogę zgarnąć pierwszy PK102 etapu #012. Ale reszta to jakieś krążenie zygzakiem pomiędzy mapami bez wyraźnych punktów orientacyjnych. Chyba jednak będę robił je rozdzielnie. Najpierw #011 po „moim” terenie. Szukanie wici ufoludków. Pierwszy PK znam. Owszem, chwilę dołów szukałem, bo gdy stawiałem swoje punkty w marcu, to nie było poszycia i wszystko było widoczne z daleka. Zastopowała mnie dopiero wić oznaczona literką F – ścieżka prostopadła do skarpy była mało widoczna i do samej skarpy nie dochodziła. Także tradycyjnie już miałem problemy z elementem „G”. Dobra i tak będę wracał, więc zostawiam go na później. Czyli sprawnie przedzieram się nad Balaton i zaczynam odwrót – zostają mi już jednoznaczne przypasowania pozostałych elementów. Punkt G, jak podejrzewałem, jest po drugiej stronie cieku – czyli teren mi już obcy, ale punkt łatwy do znalezienia. Mam komplet w tym etapie, czyli czas na #012, czyli satelity. Wyciągam kartę tego etapu i coś mi się nie zgadza. W ferworze walk z wieloma kartami wyniki #11 powędrowały częściowo na kartę od etapu 11, a częściowo na kartę etapu 5. Robię dopiski dla sprawdzających. Stanowczo trzy karty na raz to za dużo. PK 112 w znanym mi miejscu i całkiem niedaleko PK G. Po drodze spotykam konkurencję dopiero rozpoczynającą zabawę w tych etapach. Oczywiście idąc na PK 112 przeszedłem obok  PK 106. Ale optymalizacja w moim wydaniu!
Problemy zaczęły się przy PK 103. Są skarpy, nawet podobne do tego co narysowane na mapie, ale lampionu brak. Mierzymy, chodzimy, jak nic BPK. My to znaczy ja i obok co chwila pojawiający się Jacek z Joasią. Ogólnie etap „normalny”, jedyne problemy z ostatnim dla mnie PK 104 – idąc do niego od PK 115 wstrzeliłem się w złą drogę. Ale koło tego PK 104 spotkałem jednych z liderów PP, którzy mieli poważne problemy ze znalezieniem się w terenie. Uratowałem ich. Teraz do cywilizacji i zejście do bazy drugą połową etapu nr #005. Tu trafiam na jakąś wycieczkę snującą się po asfalcie i fotografującą niczym japońscy turyści wszystko wokoło. Szczególnie zastanawiali mnie faceci obwieszeni sprzętem foto, cykający „artystyczne” zdjęcia w samo południe wszystkiemu w około – szczególnie krajobrazom. Szkoda sprzętu na takie zdjęcia!
Zejściówka kończyła się w sposób nieoczekiwany i nie wskazywała jak powrócić do bazy. A na przeszkodzie stała rzeka Rawka. Widziałem , że jest tam w okolicy most, ale tego terenu na mapie nie było. Most był, a za mostem „na azymut” w kierunku bazy. Po drodze jakiś buldożery, TIR ze słupem – czyżby prąd przywieźli??? Droga coraz mokrzejsza. Przeskakuję przez jakieś cieki, łamię sobie kijek by przedrzeć się przez wodę po jakiś gałęziach. Bo buty po nocnym etapie prawie mi doschły – szkoda ich moczyć! Ostatnia przeszkoda – nie do przejścia suchą nogą, a w około zasieki z zerwanych przewodów. Zostaje mi zdjąć buty i ostrożnie omijając druty (mam nadzieję, że bez napięcia) przedrzeć się na przybazową łączkę. Na metę zdążam przed czasem –ufff.

W bazie senna pustka, a gdzieś w oddali grzmi. Renata ponoć niedawno wyszła na etapy TMWiM. Co będę siedział, także pójdę choć na jeden. Wylosowuję jakieś komety. Niby tylko trzy, to się zmienia, tamto zamienia i lustruje. Łatwizna. Tak mi się wydaje. Idę na pierwszy oczywisty PK. Dobra, jak teraz wejść do lasu. Kombinuję, przesuwam, obracam lustruję. Jak mi jedno pasuje, to gdzie indziej nie pasuje! Co jest??? Jądra nigdzie mi nie pasują, ale dopasowuję płomienie z jednej z komet. Idę na PK. Próbuję iść na następny z tych płomieni i… kicha. Nie zgadza się. Zaczynam brutalne przeczesywanie terenu. Chwilami trafiam na element zgadzający się, to coś wpisuję na kartę, ale za każdym razem zmienia mi się dopasowanie elementów. Spotykam wracających z etapu Andrzeja ze Sławkiem – także wkurzeni mówią, że nic się nie zgadza. Postanawiam w akcie rozpaczy przejść po „komach” komet, bo one są w planie mapy, a resztę – jak się trafi. Mało jest tej komy, więc nie idzie łatwo. Wreszcie daję sobie spokój – mapa się nie składa zupełnie. Zaczynam wbijać „świadome stowarzysze”. Ile mam PK na charakterystycznych drzewach – trzy, więc wbijam brakujące. Podobnie ze skrzyżowaniami itp. Jeśli nie trafi na PM, będę miał masę stowarzyszy, a sprawdzający ubaw w czasie sprawdzania. Zniesmaczony wracam do bazy. Teraz to wiem, że
płomienie były do dopasowania oddzielnie – dlatego nic mi się nie zgadzało!
Co by tu zjeść?

Bo jedzenie dopiero się robi...

Może Ania ma coś dobrego?
Dobrze, że choć to dla mnie zostało!

W bazie czeka Moja Druga Połowa i wreszcie coś z grilla. Do nocy chwilę czasu, więc jadę na rower. Etap najkrótszy, ale ma najwięcej PK. Dostaję mapę. Znowu Budy Grabskie, z których wróciłem. Ile można! Na początek zjazd nad rzekę. Mylę drogę i usiłuję zamienić rower na łódź podwodną. Gdy staję przed akwenem „nie do przebycia”, łapię swój błąd i się wycofuję.

Pomiędzy klockami hamulcowymi a obręczami masa błota, podobnie na przerzutkach i w łańcuchu  i nawet w łożyskach pedałów- od tej pory moja jazda wzbogacona jest ciekawymi efektami dźwiękowymi. Ogólnie drogi fajne, przejezdne, tylko nie wiadomo po co  PK 251 i PK 253. Chyba by tylko nabić kilometry tam i z powrotem.
Jedni wracają z etapów dziennych, inni idą na nocne. Tych wracających łatwo rozpoznać gdy orientują się gdzie byli i co zwiedzili;-)


Wieczór - kolej na etap nocny.  Wcześniej wraca prąd, można podładować latarkę i się umyć. Renata po etapach dziennych „padła”, odmówiła dalszej współpracy. Mi został etap pojedynczy… z dojściówką do… Bud Grabskich. Teren znany z etapów dziennych i rowerowego! Trzeba iść. Najpierw na most. Jakiś prosty ten etap się wydaje. Potem kapliczka, potem rów przeciwczołgowy. Dalej jakieś takie podobne obniżenie do etapu dziennego. Biorę. Dalej powinny być znaczące kopczyki. Idę przecinką, odmierzam odległość, zbaczam w las- płasko. Coś nie tak, wracam odmierzam… i to samo. Próbuję to kilka razy bez skutku, a czas leci. To zniechęcony idę szukać PK 49. Nie ma! Nie ma drogi przy której być powinien!  Zaczynam się zastanawiać – a może to nie ta przecinka? Idę dalej – młodnik i  jest lampion! Wprawdzie nie górka ale dołek, ale jest. Coś tam noc wcześniej słyszałem, że chodzi o takie górki  z dołkiem na środku, więc może nie tego szukałem co trzeba?  Znajduję i pozostałe górkodołki. Czyli poprzedni PK na złej przecince wziąłem? Idę szukać właściwego, ale po ciemku ani obniżenia, ani lampionu nie widać. Szkoda czasu na szukanie. Idę na te najdalsze punkty, które już dzisiaj odwiedziłem za dnia. Jeden wpełzł pod most – musiałem wpełzać za nim. Na najdalszych PK znowu spotykam Andrzeja ze Sławkiem. Są dosyć zagubieni i padała im latarka. Zagubili się także na dojściówce robiąc z 5 km zamiast 1,5. Użyczam swój zapas światła i lecę na metę, bo tych górkodołków szukałem zbyt długo. Na dobiegu do bazy gubię się: do tej pory w ścieżkę trafiałem przebiegając koło warczącego generatora ZE, ale skoro prąd wrócił , generator odjechał…. Przebiegłem się nad rzekę niepotrzebnie. Dobra – szybkie piwo, coś na ząb i spać. Mam za sobą 8 etapów dwa zostawiam na niedzielę. Licznik w zegarku wskazuje ponad 88 tys. kroków, a łącznie z piątkiem przekraczam magiczną liczbę 100 tysięcy. Znacznie więcej niż na normalnej 50-tce!
c.d.n.

Relacja alternatywna - czyli "Mokry dzień pierwszy"

Grillowane Kosmatych InOków to impreza kultowa. No bo gdzie robi się 100 km na MnO?
Zaczyna się niepozornie – od dojazdówki (niestety wszystkie TRInO w okolicy mamy już zaliczone) – na której tradycyjnie już próbujemy rozjechać Przemka.
Potem pewne novum, czyli brak prądu (do tej pory Grilloki miały stanowczo wyższy stopień zasilania), ale co tam, prąd do chodzenia po lesie nie jest specjalnie potrzebny. Zatem po zrzuceniu dóbr wszelakich przywiezionych do bazy pobraliśmy mapy i poszliśmy zbierać zdeformowane puszki po piwie. Ogólnie to na Grillokach mieliśmy zbierać puszki niezdeformowane i półlitrowe, więc ten etap z puszkami (o jakiejś biegunkowej nazwie) okazał się mało przydatny.
Idziemy zbierać puszki z biegunką

Ale cóż, poszliśmy i zmierzyliśmy się ze zdeformowaną mapą. Deformacja obejmowała nie tylko zniekształcenie czasoprzestrzenią, ale także zaniknięcie  w terenie wielu elementów drożni, które były na mapie. 
Jakoś tak w Puszczy Bolimowskiej te drogi zanikają hurtowo, bo w połowie etapu, gdy zostawiwszy Moją Drugą Połowę biegłem podbić punkt na drodze jednej z tych, co się ukryła, dogonił mnie znajomy Chrumkający Samochód, który także szukał jakiejś zaginionej drogi dojazdowej do bazy. Po ustaleniu, że to nie ta droga na której jesteśmy, rozdzieliliśmy się każdy w swoją stronę. Ja pognałem w mokre krzaki szukać lampionu, a potem Mojej Drugiej Połowy.

Po powrocie do bazy już zaczynał gęstnieć tłum uczestników. Dobrze, że zegar startowy jest na baterie, bo prądu ciągle nie oddali. Jakieś plotki krążyły o leżącym słupie i przewodach moczących się na okolicznych łąkach. Na dworze ciemniało, a prądu ciągle nie było. Na szczęście latarki mieliśmy naładowane w domu.  Naładowane, ale sprawne w 50%. Ta Renaty świeciła tylko tylnym czerwonym światełkiem. Chyba nie o takie świecenie chodzi na etapach nocnych, ale w naszej kupie bagaży znalazło się kilka niezawodnych latarek zapasowych (tych niezniszczalnych z Biedronki).
Na etapy nocne szliśmy już oddzielnie – ja na TZ, Renata na TO. Na pierwszy ogień (znaczy pierwszą noc) wybrałem etap „podwójny”.  Etap zapowiadał się „mokro” - wprawdzie przy starcie z nieba nie padało, ale wszystko było mokre po deszczu, który zakończył się przed chwilą. Pierwsze wyzwanie – walka z UFOlotami. Bez długiego tłumaczenia na starcie przez autora nie wpadłbym jak te UFOloty się łączą - czy podleciami , nadleciami czy kopułciami;-). Okazało się , że „dziubkami”. Dobrze, że na startowym fragmencie były 2 PK.  Kopułka do tego  UFOlotu wyszła mi pusta, bo co za sens ma odbijać pół kilometra w bok? No cóż, jednak UFOmapotwórcy inaczej rozumują i na koniec wyszło, że jednak należało iść „w bok”. Okazało się to na drugim UFOlocie, gdy szukałem czegoś na górnej kopułce, a nie było tam niczego, co by odpowiadało mapom. Tu spotkałem Chrumkające TO i ogląd ich mapy utwierdził mnie w przekonaniu, że pierwszą kopułkę ominąłem. Ale i tak tamtędy będę wracał po 2 etapie więc jakoś da radę. Trzeci pojazd. Szukam górnej kopułki. Jakaś przecinka, ale zarośnięta po pas. Przedzieram się przez trawy, pokrzywy i jeżyny. Woda chlupie wesoło w  butach. Nic tu nie ma! Coś mi się nie zgadza. Na wszelki wypadek szukam pod spodem UFOlotu i znajduję teren pasujący do jednej z kopułek. Nie wiem do tej pory, skąd on się tam znalazł – bo miał być na innym UFOlocie ( z opisu nic nie wynikało o oderwanych kopułkach, ale widać OBCY mają inną logikę niż nasza!) Ogólnie przeczesałem co się dało w górę i w dół od każdego pojazdu, coś tam dopasowałem, ale z mapy, opisu nie dawało się ustalić co do czego chyba, że przez przypadek lub konsultację z mapą TO. Dotarłem na śródmecie po czasie, zmęczony i przemoczony bez 4 PK (lokalizację 2 z nich znałem, a 2 podejrzewałem, bo w jednym miejscu była skarpa, choć nie pasowała w żaden sposób do reszty pojazdu).
Drugi etap nocny wydawał się sensowniejszy. Tzn. jakieś absurdalnie długie przeloty „na azymut” rzędu 500 m po ciemnym, podmokłym i zakrzalonym lesie (bo dróg na większości mapy zabrakło).  Ale jest schemat i wiadomo jak wrócić, a nawet jak łączą się poszczególne elementy. Spotkałem zaraz przy drugim PK Krzysztofa i zerknąwszy na mapę TO widziałem, że jest sporo równoległych dróg prowadzących w kierunku trzeciego PK, więc wybrałem jedną z nich zamiast iść na azymut. Oczywiście trafiłem na taką z wodą „po kostki” miejscami. Dotarłem do poszukiwanego rowu, ale nie wiedziałem czy mój PK jest w lewo, czy w prawo. Znowu czesanie. Wreszcie znalazłem. Zaraz potem spotkałem Przemka, który robił etapy w odwrotnym kierunku. I oczywiście poszedłem dalej… ale w złym kierunku. Tak ze 400 m.  Wrrr. Musiałem wrócić i lecieć już na właściwy PK spotykając przy okazji Renatę i DM. Mając pełniejszą mapę, podpowiedzieli mi, że tą drogą , którą wcześniej przez pomyłkę szedłem dojdę prawie na następny mój PK. Duże ułatwienie, bo element w kształcie litery Y po którym chodziłem, nie zawierał drożni ani żadnych elementów charakterystycznych na dystansie pół kilometra. Po drodze spotkałem Andrzeja ze Sławkiem. Jako, że kierunek przejścia był ten sam ruszyliśmy dalej razem. Przy PK 183 trochę odurzył nas zapach padłego jelonka i w efekcie zakręciło nas poszukiwanie PK 191 i okolicznych „podwójnych” punktów. Dalej punkty były już gęsto, więc to właściwie formalność. Na koniec okazało się, że spryciarze Andrzej ze Sławkiem „końcowe” punkty drugiego etapu zaliczyli zaraz po starcie. Ja miałem jeszcze do potwierdzenia brakujące punkty z etapu pierwszego. Andrzej i Sławek utwierdzili mnie z podejrzeniu, gdzie szukać tych brakujących punktów, więc pod koniec odłączyłem się i pobiegłem po raz kolejny na pierwszy etap. Powoli zaczynało świtać. Znalazłem skarpę, na której już wcześniej byłem i jakiś lampion. Ustawiłem wycinek (do tej pory nie wiem, jak on się łączył z UFOlotem, bo ani na styk ani na zakładkę nie pasuje) i na azymut pobiegłem w kierunku górki. Górka była, ale bez lampionu! Wróciłem i raz jeszcze. Ciągle trafiałem w to samo miejsce. Obszedłem je kilka razy tracąc cenny czas, ale lampionu nie znalazłem. A podobno inni znaleźli, więc coś nie tak. Na zewnątrz coraz jaśniej, a to etap nocny, więc najwyższa pora wracać. Po drodze jeszcze jeden oczywisty punkt mi został z etapu 2 – na górce więc „dla kompletu” wbijam go jako „świadomego stowarzysza” do tego z etapu 1, bo jak najbardziej jest na wycinku z tego etapu! Wracam na metę chyba jakoś tak na pograniczu ciężkich minut. W bazie „ciemno”, nie ma wody i senna Ania na posterunku przy zegarze. Na chwilę wskoczyłem do Rawki i spać. Z rana, czyli za chwilę czas kolejne etapy!

c.d.n.

Jak dobiły mnie kosmiczne żaby

Po przyjściu z pierwszego sobotniego etapu miałam ochotę położyć się i chociaż z godzinkę odpocząć, ale Darek stwierdził, że jak siądziemy, to już nigdzie nie pójdziemy i zarządził wymarsz na kolejny etap za 15 minut. Sadysta!
Tym razem dla odmiany dostaliśmy mapę autorstwa Pani Prezes. Z mapy wesoło machały do nas kosmiczne żaby - jedna bez drożni, druga bez ukształtowania, a trzecia zlustrowana. Znalezienie miejsc, gdzie się łączą ze sobą było proste i w try miga pokazałam Darkowi co z czym spiąć, a on spreparował dla nas mapę wyjściową. Znaczy się taką na drogę. Po czym wziął ją i ruszył. A ja za nim. Na pierwszy punkt można było znowu iść na pamięć, bo co drugi etap tam się zaczynał, więc jeszcze czułam się pewnie. Jak na moje potrzeby, to wystarczyłoby wziąć punkty z mapy z drożnią i wrócić na metę, ale Darek chciał się umocnić na prowadzeniu w TMWiM, więc musieliśmy iść na wszystkie punkty. Gdyby te ufockie żaby były w jednakowej skali, to jeszcze dałoby się przejść bez większych problemów, ale one złośliwie były każda w innej. No i to lustro. Przez kilka pierwszych punktów jeszcze usiłowałam być czujna, ale w końcu odpuściłam sobie, bo moja wyobraźnia jest stanowczo za uboga kiedy trzeba widzieć dwa wycinki na raz, a chwilami trzeba było widzieć trzy jednocześnie. Poza tym rozbolały mnie plecy i kostka, którą zepsułam sobie na Grassorze i w ogóle odechciało mi się. Nawet gdybym chciała zostawić Darka i wrócić do bazy, to nic z tego, bo od pewnego momentu nawet nie wiedziałam gdzie jesteśmy. Ożywił mnie dopiero punkt 63. Kiedy zeszłam do wielkiego drzewa stojącego na skarpie, zobaczyłam kurki - mnóstwo kurek, aż żółto było dookoła. No, jaki żal, że nie miałam ani czasu, ani do czego zbierać. Za to zapamiętałam sobie to miejsce, bo w razie czego...
A potem było już tylko gorzej. Ledwo lazłam i zostawałam coraz bardziej w tyle. Już blisko bazy spotkaliśmy Tomka, który rozpromienił się na mój widok i powiedział:
- Kochanie, jak przyjdziesz, to zrób grilla, ja będę za półtorej godziny.
Nie wiem czy wyglądałam na osobę będącą w stanie zrobić grilla, bo na ostatniej prostej do bazy Darek zatrzymał się żeby poczekać na mnie, popatrzył znacząco i powiedział:
- W takim stanie to cię jeszcze nie widziałem.
- Znaczy, taki obraz nędzy i rozpaczy? - spytałam.
- No, trafnie to ujęłaś.
I tak właśnie się czułam.

Na wieść, że pod prysznicem jest ciepła woda z lekka się ożywiłam, bo powoli już zarastałam brudem. Kąpiel wróciła mi życie. Do tego stopnia, że faktycznie przygotowałam na grilla kiełbaski, pieczarki, bakłażana, po czym w oczekiwaniu na powrót Tomka połowę pożarłam, bo wciąż czułam się nienasycona. Jeszcze doprawiłam ciastem, co to chyba za sprawą Chrumkających pojawiło się na stole i postanowiłam chwileczkę odpocząć, bo ewentualnie gdyby jednak jakiś etap nocny...
Obudziłam się po dwunastu godzinach snu.

c. d. n.

wtorek, 4 lipca 2017

Rondysta i jego facetka.

Na sobotni dzień zaplanowaliśmy z Darkiem zrobić etapy TMWiM, póki jeszcze mamy siłę. To znaczy ja już nie  miałam, ale wmawiałam sobie, że mam. O wpół do dziesiątej obudził mnie sms od Tomka z informacją, że już jest na śródetapiu. Wpół do dziesiątej! A ja byłam z Darkiem umówiona na dziesiątą. Zaspałam, ale na szczęście Darek nie opuścił mnie w biedzie, tylko cierpliwie czekał aż się doprowadzę do stanu używalności.

W opisie mapy tego etapu Darek W. przeszedł sam siebie. „Fasetki rondysty pawilonu” powaliły mnie na glebę i myślałam, że już się psychicznie nie podniosę. Oswoiłam tę trudną frazę do rondysty z facetką w pawilonie i to trochę pomogło. Sto razy dopytując się autora co jest czym na rysunku, jakoś udało się posklejać mapę i mogliśmy ruszyć. Już na pierwszym punkcie nabrałabym się na stowarzysza, bo dałam się zasugerować Andrzejowi K., który pokazywał, że tam na drzewie jest punkt. Oczywiście nie nasz. Dobrze, że Darek był czujny. Drugi punkt na cmentarzu, więc już z zawiązanymi oczami mogliśmy iść na pamięć, bo co etap to tamtędy się przechodziło. Trzeci kolejny PK blisko, ale za rzeczką. Stanęliśmy przed dylematem – nadkładać drogi i iść na mostek, czy próbować sforsować rzekę. O dziwo, to Darek zaproponował zmierzenie się z rzeką, na co ja oczywiście przystałam z ochotą. Andrzej i Sławek, którym wciąż po drodze było z nami, polecieli naokoło.
Ponieważ jeszcze mieliśmy suche buty, zdjęliśmy je, podciągnęli spodnie i najpierw do wody zszedł Darek asekurowany przeze mnie, a potem ja asekurowana przez niego. Zejście było dość strome i szkoda byłoby wpaść i całkiem się zmoczyć. Rzeczka była płytka i niezbyt szeroka, więc przejście nie stwarzało żadnego problemu. Na drugim brzegu usiłowałam dokonać cudu, żeby czystą nogę wsadzić w skarpetkę i do buta. Efekt był taki, że lewą nogą wpadłam do wody w skarpetce, a prawą już w bucie. I tyle w temacie kombinacji z rozbieraniem się. Z równym skutkiem mogłam iść tak, jak stałam.

To, że przeszliśmy przez wodę nie załatwiało jeszcze sprawy. Drugi brzeg miał jeszcze wyższą skarpę do pokonania niż pierwszy i jakoś trzeba było się na nią wdrapać. Wlazłam tak gdzieś do 1/3 wysokości i poczułam, że zaczynam się zsuwać. Bardzo, bardzo nie chciałam wpaść całym ciałem do wody, wrzasnęłam więc z desperacji do Darka:
- Pchaj! Pchaj!
Nie trzeba było go więcej zachęcać – złapał mnie za tyłek i zaczął pchać. Nooo, nie przypuszczałam, że na stare lata spotkają mnie jeszcze takie atrakcje, więc korzystałam z okazji, a żeby nie przestał, wciąż zachęcająco pokrzykiwałam:
- Pchaj! Pchaj!
Ooooo, jak on pchał… Jak on cudownie pchał… Noo, tak pchał, że po chwili byłam już na górze. A na górze, w pewnej odległości, na drodze stał Andrzej ze Sławkiem i z zainteresowaniem przyglądali się naszym wyczynom. Przypominam, że oni poszli naokoło przez mostek, my zaś wybraliśmy drogę na skróty.
Kolejne trzy PK – 45, 44 i 43 nie nastręczyły większych trudności, ale cały czas nie mieliśmy dopasowanego wycinka z PK 55 i 56, o których wiedzieliśmy tylko, że mają być na drodze odchodzącej od asfaltu. Ale na której??? I z 44 i z 43 odbijaliśmy w stronę asfaltu szukając  rowu z karpami, ale nic choćby podobnego nie było. Po raz kolejny napatoczyli się nam Andrzej ze Sławkiem i okazało się, że też mają te karpy, tyle że sąsiednie do naszych i właśnie na nie idą. Nie przepuściliśmy takiej okazji i ruszyliśmy ich śladem. Kolejne punkty nie były jakoś szczególnie wymagające i zastopowało nas dopiero przy 46. Z 47 poszliśmy granicą kultur, doszliśmy do drogi, droga miała doprowadzić do skrzyżowania, ale jakoś nie chciała. Spotkaliśmy Andrzeja z Izą idących przeciwległym kursem, którzy właśnie szli z 46 i co prawda nie potrafili wyjaśnić jak tam dojść, ale uznaliśmy, że jesteśmy w dobrym miejscu, tylko mapa się nie zgadza. Trochę baliśmy się iść na azymut, bo na mapie mieliśmy zaznaczone tereny podmokłe, wręcz jeziorka i głupio byłoby się potopić. Znaleźliśmy jakąś ścieżkę prowadzącą mniej więcej w dobrym kierunku i o dziwo doprowadziła nas do drogi, którą miał przecinać poszukiwany przez nas rów. A przynajmniej tak nam się wtedy wydawało. Przeszliśmy kilkaset metrów w jedną stronę, potem z powrotem, potem znów, znaleźliśmy marny, może dwudziestocentymetrowej głębokości rowek i na wszelki wypadek zeksplorowaliśmy go dogłębnie. Punktu ani śladu. Postanowiliśmy wrócić na drogę do której doszliśmy z PK 47. Tam znowu spotkaliśmy Andrzeja i Sławka, którzy podobnie jak my nie mogli odnaleźć się w terenie. Zaczęliśmy wspólne czesanie, bo co cztery pary oczu, to nie dwie. Gdzie myśmy nie wleźli? W każdą dziurę rowkopodobną, w każde chaszcze mogące kryć jeziorko, jednym słowem byliśmy wszędzie i znaleźliśmy nic – jedno wielkie nic. W końcu poddaliśmy się i postanowili iść w stronę mety. W stronę, bo wcale nie wiedzieliśmy gdzie się dokładnie znajdujemy, skoro nic się nie zgadzało z mapą. Szliśmy i szliśmy i szliśmy i nagle zaczęły pojawiać się konkretne wielkie rowy.  Darek uznał, że coś jest na rzeczy, mi w zasadzie było już obojętne. A jednak okazało się, że właśnie te rowy są jedyne słuszne i spisany już na straty punkt udało się znaleźć. Jak się później okazało naszego punktu szukaliśmy o jedno jeziorko za blisko. Ale, że na mapie było co innego, a w terenie co innego, to druga sprawa.
Kiedy doszliśmy w końcu do mety po zebraniu tego, co tam nam jeszcze zostało, byłam wykończona i wizja wyjścia na kolejny etap przerażała mnie.

c. d. n.

Przespany etap

Mapa drugiego nocnego etapu była stanowczo za duża i nieporęczna, a na mapie widniały dwie proce, o których autor pisał, że to fragmenty powierzchni świata zamkniętej struny. Już mu ktoś uwierzy w takie bzdury. Darek swoją mapę od razu zminimalizował poprzez odcięcie niepotrzebnych kawałków i doklejenie potrzebnych, ja zostawiłam sobie płachtę. Bo tak.
Pierwszy punkt mieliśmy już na starcie, a reszta rozmieszczona była tak, że trzeba było chodzić zakosami. Się autor naćpał, to go tak widocznie nosiło z prawej na lewą i z powrotem. W żaden logiczny sposób nie dawało się tego przejść.
Tak prawdę mówiąc z tego etapu niewiele pamiętam. Mój zegar biologiczny od dawna alarmował, że pora spać i sukcesywnie wyłączały mi się kolejne funkcje poznawcze, a później i życiowe. Najdłużej utrzymała się zdolność stawiania jednej nogi przed drugą, dzięki czemu jakimś cudem dotarłam do mety. Darek twierdzi, że po drodze dwa razy spotkaliśmy Tomka, a przez część trasy szliśmy razem z Chrumkającą Ciemnością. Jak mówi, to pewnie wie, ja przysypiając jakoś tego nie zauważyłam.  Pod koniec trasy obudziły mnie ptaki, bo dla nich zaczynał się już nowy dzień i dzięki temu ostatnie dwa punkty przed metą już pamiętam. Czyli z całej trasy aż trzy. Do bazy wróciliśmy albo bardzo późno, albo bardzo wcześnie - zależy jak patrzeć. Miałam nadzieję na gorący prysznic, kubek herbaty i ciepłe łóżko, a tymczasem w bazie nadal nie było prądu, więc o ciepłej wodzie i herbacie mogłam tylko pomarzyć. Stwierdziwszy, że z brudu się nie umiera, a przynajmniej nie z jednodniowego, położyłam się spać przepłukawszy tylko dłonie i zrzuciwszy brudne ubranie. Wcale, ale to wcale się nie wyspałam - całą noc trzęsłam się z zimna i nie pomagała ciepła kołdra i dwie duże poduchy narzucone na nią. Najwyraźniej miałam dreszcze ze zmęczenia. Udało mi się zasnąć, kiedy inni zaczynali już wstawać na sobotnie etapy. Taaak, sobotnie etapy też miałam w planie...

c. d. n.

Śróddzidzie zadzidzia przeddzidzia dzidy bojowej.

Na etapy nocne miałam iść już prawidłowo, z Darkiem M. W pierwszym zdaniu opisu pierwszej mapy przeczytałam, że latające spodki składają się z nadlecia i podlecia i od razu przypomniała mi się budowa dzidy bojowej. Jak wiadomo dzida bojowa składa się z przeddzidzia dzidy bojowej, śróddzidzia dzidy bojowej i zadzidzia dzidy bojowej. Przeddzidzie dzidy bojowej z kolei składa się z przeddzidzia przeddzidzia dzidy bojowej, śróddzidzia przeddzidzia dzidy bojowej i zadzidzia przeddzidzia dzidy bojowej. I tak dalej.
Przed wyjściem na trasę oporządziliśmy sobie mapę, czyli znaleźli punkty podwójne oraz posklejali do kupy te nadlecia i podlecia. Darek przejął pełną mapę i ruszyliśmy. Początkowe punkty były łatwe i przy drodze, a nie szukaliśmy żadnych skrótów, bo nocą lepiej trochę nadłożyć, a mieć pewność gdzie się jest. 
PK 164 i 163 wpadły łatwo, a po dojściu do asfaltu ja chciałam w prawo, Darek w lewo. Jakoś wydawało mi się bez sensu stawianie punktu na uboczu całej trasy, tak że trzeba po niego odbijać w bok i wracać, ale jednak autor tak to wymyślił. Jak widać Darek Darka zawsze zrozumie. Przy okazji upewniliśmy się, że nadlecia faktycznie mają być nad, a podlecia - pod.
Podwójny 165/173 znaleźliśmy łatwo, ale już ze znalezieniem przecinki wiodącej do 166/171 mieliśmy problem. Szukaliśmy razem z Krzysztofem, który od początku trasy wciąż się nam gdzieś pojawiał. Niby było jakieś wejście w las, ale zanikało. Próbując na azymut wleźliśmy na jakieś skarpy nie wyglądające zbyt zachęcająco. Sytuacja robiła się z lekka nerwowa i z opresji wyratował nas Andrzej K. pokazując mniej więcej jak wejść w przecinkę. Początkowo przecinka była raczej taka na słowo honoru i dopiero po paru metrach zrobiła się bardziej zauważalna. Chwilowo zauważalna oczywiście. Przez skarpy, co mieliśmy je na azymucie i tak musieliśmy przejść i muszę przyznać, że nocą to było takie raczej średnie. Już blisko celu spotkaliśmy Chrumkającą Ciemność, która podobnie jak my szukała 166/171, tyle że ciut za wcześnie. Wspólnym wysiłkiem udało się. Na 161 Chrumkający postanowili pójść drogami naokoło, a my wpadliśmy na "genialny" pomysł przejścia na skróty przez młodnik. Nie, nie ja to wymyśliłam. Darek stwierdził:
- Będziesz miała o czym pisać na blogu.
Pomysł wydawał się fajny do momentu, kiedy z gałęzi nie zaczęła na nas ściekać woda, kiedy gałęzie nie próbowały wydłubać nam oczy i podrzeć ubrania i w pewnej chwili Darek był nawet gotowy wycofać się. Aaaale, jak już weszliśmy kawałek, to nie będę się przecież wycofywać. Nie ma opcji! Jakoś przedarliśmy się i po drugiej stronie młodnika wyglądaliśmy jak partyzanckie niedobitki po przegranej akcji.
Kolejnym lekko problematycznym punktem okazał się 162, bo niby było wiadomo gdzie, a nijak nie szło trafić. Tak się plątaliśmy po ścieżce trochę w prawo, trochę w lewo, do tego ciemno, to ukształtowania nie widać, moja czołówka już ledwo zipała, więc szłam za światłem Darka. Przejeżdżające pociągi utwierdzały nas, że jesteśmy w słusznej okolicy, ale nie precyzowały miejsca docelowego. W końcu kiedy zaczęliśmy iść bardziej w dół niż w górę, stwierdziliśmy, że jednak nie w tę stronę, bo punkt miał być na marnej, bo marnej, ale jednak górce. Udało się.
Reszta punktów doprowadzająca nas na śródmecie nie była już tak uciążliwa, a nawet wręcz - stały sobie spokojnie przy drodze i czekały na nas. Widok mety jednocześnie ucieszył mnie i przeraził. Ucieszył, bo jeden etap z głowy, ale przeraził, bo do bazy daleko, a mapa kolejnego etapu wielka jakbyśmy mieli pół świata przewędrować. I takie też było pewnie założenie autora...
c. d. n.

poniedziałek, 3 lipca 2017

Na dzień dobry - biegunka!

Wreszcie nadeszła moja ulubiona impreza, czyli Grilloki. W tym roku nie brałam wolnego piątku, żeby znowu nie przyjeżdżać przed organizatorami i nie zawracać im gitary na lewo. Organizatorzy nie przewidzieli mojego sprytnego manewru i pojechali już w czwartek, tłumacząc się potem, że chcieli mieć więcej czasu na rozwieszenie lampionów. Po prostu im głupio, że się dali tak wyrolować:-)
Od razu po przyjeździe, póki jasno, postanowiliśmy ruszyć w las. Ponieważ Tomek zapisał się na TZ, a ja na TO, bohatersko postanowiłam iść sama. Mój partner - Darek M. pojechał na trasę rowerową, bo nie było wiadomo, o której dojadę, więc żeby nie marnować czasu, zwolniłam go z czekania na siebie. Tymczasem okazało się, że etap, jaki sobie zażyczyłam - łatwo, blisko i przyjemnie - jest taki sam dla TZ i TO, a różni się tylko jednym punktem dodatkowym dla TZ. W tej sytuacji nie było sensu żeby Tomek szedł osobno i ja osobno, więc poszliśmy na jedna kartę.

Najbardziej bałam się tras robionych przez Darka W., bo jego fantazja nie zna granic, ja natomiast w pewnych obszarach jestem jednak ograniczona. "Zwalcunka Biganka", od razu nazwana przez nas biegunką, znokautowała mnie już samym opisem. Przez część trasy nie ogarniałam co autor miał na myśli i dopiero kiedy Tomek przetłumaczył mi to na ludzki język i pokazał na mapie, jakoś ogarnęłam.

Już przy pierwszym punkcie do jakiego poszliśmy - PK 27 - pokićkały mi się kierunki i chciałam szukać w przeciwległym rogu ogrodzenia. Za to 25 znalazłam bez problemu, a do 22 uratowałam nas od pójścia w przeciwną stronę. Na mostku koło dwudziestki dwójki dotarło do mnie o co chodzi w opisie i jak poskładać mapę. Wzięliśmy 29 i poszli po 23 i 34. Tomek, jak zawsze, miał wątpliwości, o które zakręty rzeki chodziło autorowi, bo i rzeka wiła się niczym wąż w agonii, ale ostatecznie wzięliśmy to, co mi spodobało się od pierwszego rzutu oka. Oby tylko okazało się to dobrą decyzją, bo będzie na mnie.
Potem poszliśmy po 21 i musiał być łatwy, bo go w ogóle nie pamiętam, a potem mapa rozminęła się z rzeczywistością. O ile na mapie narysowane było kilka ścieżek, to w terenie praktycznie widoczna była jedna. Resztę przy dużej dozie wyobraźni (autor niestety ma dużą dozę) można było sobie zwizualizować. Na końcu jednej z tych ścieżek miał być PK 24 i jakoś trzeba było się do niego dostać. Mieliśmy nadzieję, że może od asfaltu, wzdłuż rzeczki będzie jakaś ścieżyna, która tam doprowadzi - niestety natknęliśmy się na ścianę zarośli. Tomek zdecydował się wrócić do tych ścieżek, co to tylko jedna z nich była i atakować od tamtej strony, ja poszłam na PK 26 pilnować go, żeby nikt nie ukradł. No bo to wiadomo? Konkurencja nie śpi.

Przy lampionie z nudów walnęłam sobie selfika, a potem stałam i stałam na skrzyżowaniu niczym "strażniczka lasu" i bałam się, co zrobić w razie jakichś propozycji. Na szczęście jedyną napotkaną osobą był Darek M., który usiłował wrócić z etapu rowerowego i szukał mety. Cóż, umiałam mu tylko powiedzieć skąd się wzięłam w tym miejscu, ale jak racjonalnie, najkrócej i do tego rowerowo wrócić, to już nie bardzo. Mniej więcej wiedziałam w którym kierunku, ale na azymut przecież nie pojedzie.
Po chwili wrócił Tomek i ruszyliśmy po 33 i 30, które stały przy samym asfalcie, więc żaden problem. Potem idąc grzbiecikami (bo trudno to nawet grzbietami nazwać) zgarnęliśmy 32 i 31, a 28 okazało się, podobnie jak 27, stać niemal w samej bazie, ale na początku jeszcze nie mieliśmy rozeznania sytuacji. Na te 28 już się nie fatygowałam, bo nie wiedzieć czemu, już po tym jednym etapie czułam się zmęczona, a poza tym ja się pisałam na TO, a tam wystarczyło 13 PK:-)
Kiedy przyjechaliśmy do bazy, od razu była mowa, że z powodu burz nie ma prądu, ale jakoś nie zwróciliśmy na to większej uwagi, żądni najszybszego wyjścia na trasę. Po powrocie z lasu problem okazał się jednak jakby nabrzmiały - nie ma prądu = nie ma ciepłej wody do kąpieli oraz wrzątku do kawy i herbaty. Żeby cokolwiek znaleźć w domku trzeba uruchamiać latarki i w ogóle - bez prądu jest do d..y. Jakoś nawet trudno mi było wmówić sobie, że jest nastrojowo. Może dlatego, że nie było świeczek? W tych ciemnościach bałam się, że zasnę i nici z nocnych etapów, ale na szczęście w bazie ciągle coś się działo - ludzie przyjeżdżali, wychodzili na etapy, wracali i ten ruch w interesie jakoś trzymał mnie w pionie.

c. d. n.