Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 50-tka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 50-tka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 maja 2023

Wiosenne 360°

 

Za mną już kolejna edycja Wiosennych 360°. Tym razem bez podium, ale jak zawsze "było blisko". Zresztą co tu opisywać skoro można zobaczyć!

wtorek, 28 marca 2023

Prymulek w cieniu patodeveloperki

Prymulek to specyficzna impreza. Specyficzna formą i treścią. Jako dziecko Barbary jest odpowiedzią na brak w okolicy dobrych imprez typu TP50. Prymulek nie doczekał się jednak udziału w PMnO, choć technicznie na pewno zasługuje. Pomimo, że na mapie wszystko wygląda prosto i łatwo, na uczestników zawsze czekają jakieś niespodzianki. Raz to była źle wyskalowana mapa i z TP50 zrobiło się TP80, drugim razem trzeba było zabrać ze sobą peryskop… ale zawsze były jakieś zagwozdki nawigacyjne, czy optymalnego wyboru trasy. 

Tym razem Prymulek zawitał na zachodnio-północne obrzeża Warszawy. Jak to przy wielkim mieście - nieużytki, zabudowania, sporo "ekologicznych" PK w dołkach, gdzie zbierają się różne okruchy cywilizacji. 

Prymulek na pewno ma ciekawą formułę: baza czynna jest zwykle 13 godzin, startujesz kiedy chcesz i masz limit 12 godzin. Jesteś szybszy możesz wystartować później;-) Tym razem było mniej kameralnie. Ale tylko na trasie TP25, która wchodzi do nowego pucharu „połówek”. Na TP50 ciągle jest mniej niż 10 osób. 

Co w tym roku było fajnego? Na pewno "Mogiła żołnierza AK". Punkt występujący chyba na wszystkich trasach. Sęk w tym, że na mapie mieliśmy kropkę gdzieś w środku lasu. W lesie oczywiście było więcej dróg niż na mapie. A na drogach drogowskazy "Mogiła AK". Jak się okazało tych mogił było sporo w lesie, a tak ładnie oznaczona chyba tylko jedna. Dołożyli do tego zamieszania swoją cegiełkę lokalni biegacze spotykani w lesie, którzy w dobrej wierze odsyłali do coraz dalszych mogił… 

Kolejną specyfiką były płoty. Wiadomo, w okolicach wielkomiejskich płoty wyrastają jak grzyby po deszczu. Za dnia daje się jeszcze płot dostrzec i czasami ominąć. Gorzej po nocy. Gdzieś tam po zmroku przebijałem się przez las do drogi. Na azymucie zachodnim trafiam na płot. Wracam się do poprzecznej drogi i odbijam na północ. Droga kończy się na kolejnym płocie. Słowem wydostanie się ze skrawka lasu na drogę do następnego lasu trochę zajęło. Potem biegnąc drogą, do której chciałem dotrzeć widziałem, że te płoty miały przerwy, ale wypatrzenie ich w świetle latarki było co najmniej ciężkie. 

I oczywiście patodeveloperka. Droga z PK 29 na PK 31 prowadziła (na mapie) przez jakieś pola. W praktyce - przez nowo wybudowane osiedle domków jednorodzinnych. Ulice jeszcze niewykończone – krawężniki, szutr i trochę błota. Za domami las. I płot. Płot szczelnie otaczający całe osiedle! Jeden wjazd do setek domów. Wg folderów reklamowych developera – miasto-ogród, w zgodzie z naturą, las i takie hasła. Przy tej ilości domów i mieszkańców jeden wjazd to musi być koszmar. Podobno jest jedna furtka do lasu w otaczającym wszystko płocie, ale jej nie znalazłem. Wściekając się na tego patodevelopera nie dostrzegłem na rozjaśnieniu mapy sugestii, gdzie w płocie może być ta furtka. W efekcie powrót i obieganie naokoło - tak gdzieś z 6 dodatkowych kilometrów w nogach. 

Ale takie są uroki długodystansowych imprez na orientację: nieprzewidywalność i przygoda. 

Problem był w tym, że ciągle walczę z kontuzją. Liczyłem, że zgodnie z komunikatem technicznym zrobię 50 km, a może mniej i przetestuje jak sprawuje się rozcięgno przy dystansie dłuższym niż 5 km. Wyszło tych kilometrów ponad 60… 

Tu można pooglądać przebiegi na Liveloxie, a dla dociekliwych gorący jeszcze filmik na YouTubie


środa, 14 lipca 2021

Letnie Wiosenne 360

Trochę poszperałem w archiwach i wychodzi mi, że pierwsza edycja Wiosennego 360 to miejsce, gdzie po raz pierwszy wystartowałem na długiej trasie biegowej. Startowałem także w innych edycjach i z jednej z nich wywiozłem mój najlepszy rezultat (czasowy) na TP-50. Nie pozostało mi nic innego jak zapisać się na kolejną edycję, z roku 2020, która to wędrowała z wiosny na grudzień, by wylądować ostatecznie w lipcu 2021 (jak widać wiosna to pojęcie mocno względne – ale cóż, taki mamy klimat). 

Ostateczny termin został ogłoszony w ostatniej chwili – właściwie dwa dni później zaczyna się Wawel Cup i trochę obawiałem się, czy po 50-tce (jednak ostatnie dwa lata to tylko sporadyczne starty na dłuższych dystansach) dam radę potem biegać na Jurze, ale skoro zapisałem się rok temu…. \

Miejsce – jak to na Wiosennym „tuż koło domu” – okolice znane z Mazowieckiego Tracka i kilku innych imprez. Poranek wilgotny i ciepły. W południe miało dobić do 30 stopni (jak to na wiosnę;-). Na starcie frekwencja mizerna- przynajmniej na TP50. Ten Wawel Cup pewno przetrzebił uczestników. 

Odprawa
 

Oczywiście porządna dmuchana brama z napisem START, dwa etapy i podbijanie PK oparte na chipach SI. To już któryś raz, gdy Igor robi Wiosenne w formie dwuetapowej – pierwsza pętelka na mapach BnO, a potem na normalnej turystycznej mapie uzupełnienie dystansu. 

Mapy do ręki, odbicie startu i w las. Las jest mokry. Biegnąc do pierwszego PK trzeba przekroczyć jakiś ciek wodny- z lasu słyszę dziwne okrzyki – dobiegam, a tu grupa rowerzystów próbuje przepłynąć ciek, który okazuje się całkiem porządną rzeczką… Mi się udało ekwilibrystycznie po jakimś pniu przedostać na drugą stronę „suchą nogą”. 

 

Dalej bajkowy mazowiecki las - mchy, sosny, wydmy - wszystko jeszcze mokre po deszczu lśni w nieśmiałych promieniach słońca… Nawet kilka przepraw przez rzeczkę czy mokra trawa i mchy nie psują radosnego nastroju. 

 Chrumkająca Ciemność zbliża się do przeprawy

Przez chwilę biegnę z Mateuszem, po PK 38 znika mi w sinej dali. Wszystko idzie fajnie do PK 49. Po nim długi przebieg przecinką na wschodnią część mapy. Droga gruba, w terenie dobra… do czasu. Wkrótce poziom wody zaczyna się podnosić, zaczynam żałować, że nie zabrałem peryskopu… Pod koniec spotykam jadących z naprzeciwka rowerzystów, właśnie z rozpędem wjeżdżają w wodę… 

Wyciągnąć wiosła!

 PK 52 kojarzy się z Lampionadą i jeszcze kilkoma zawodami. PK 51 znowu przydałby się peryskop;-) PK 50 i PK 46 były na treningu WMTour późną zimą. PK 42 rozwala opisem „EX Paśnik”. No cóż, w terenie wygląda to tak: 

 

Jakby ktoś nie widział - paśnik (ex)
 

Przygoda zaczyna się po PK 32. Do ostatniego PK 31 prowadzi „cienka ścieżka”. Cienka na mapie i cienka w terenie. Przechodzi przez jakieś bajorko zarówno na mapie, jak i w terenie. I na koniec gubi się w zaroślach. Zaroślach zalanych wodą po łydki. 

Chlup , chlup..

Chwila czasu i przekleństw mija, zanim wyciągam się z mokradła i podbijam punkt. Jakaś konkurencja dogania mnie przy punkcie – jak widać nie zgubiła ścieżki na końcówce. Pełen złości lecą drogami przez tereny zaznaczone na niebieskawo. Woda po kolana, ale mi już wszystko jedno. Byle nie potknąć się o coś na dnie. Na koniec przeprawa przez tę rzeczkę co do pierwszego PK – już bez żadnego mostka, woda powyżej ud. 

Koniec pierwszej pętli – jestem trzeci jak mówi Igor (nie licząc Kwita, który wystartował znacznie później). Dostaję drugą mapę, a tu… 6 punktów. Coś mało jak na ponad 30 km. Zaczynam od PK 53. Odmierzam odległość, jest górka, więc odbijam od drogi na wschód i nagle… płot. Taki po horyzont w prawo i w lewo. Płot dałoby się przeskoczyć, ale gorzej, że za płotem górki nie ma - jakaś łąka tylko. Lampion byłby widoczny – miał być na górce. Wracam do drogi, chwilę się miotam, aż stwierdzam, że jestem za blisko (potem okaże się, że skala mapy różni się zauważalnie od tej podanej w opisie mapy). Znajduję właściwą górkę, odbijam z drogi i… znowu płot. Tym razem betonowy. Górka za płotem wyraźnie się ciągnie, więc to na pewno tu. Wiem, że w prawo płot ciągnie się po horyzont, ale lewa strona wygląda obiecująca. Po 30 metrach płot nagle się kończy. Więc wracam na górkę i lecę dalej… aż do kolejnego płotu. Tu od razu wiem, że trzeba go brać z lewej;-) 

Tuż za płotem lampion. Miejsce rozpoznaję z Mazowieckiego Tracka. Rok temu był PK w tym samym miejscu, miałem wtedy na liczniku półmaraton i teraz dokładnie to samo!
Uff, Dał Igor popalić z tym płotem! 

Tak wygląda PK53 (gdyby ktoś go nie odnalazł)
 

Teraz duży kawał drogami, przez Górki obok szkoły (tu organizowałem kiedyś Nocne Manewry Stowarzyszy), aż do stawów. Z nieba żar. W takich warunkach bieganie nie idzie – szczególnie gdy pomyślę o Wawel Cup za dwa dni. Tu i ówdzie atakują mnie komary, czy inne latające stwory. Dalej lasami pełnymi zbieraczy jagód, drogami, których nie ma na mapie, przez Jędrzejnik, gdzie nie spotykam sklepu (najlepszy na upał jest gazowany napój prosto z lodówki) docieram do PK 57. Zostały jeszcze „tylko” trzy do mety. 

Wypogodziło się - aż za bardzo
 

W Rzakcie i Gliniance dalej brak sklepu (jak ci ludzie robią zakupy?) Przekraczam Świder kulturalnie mostem. Dalej asfaltem, czy na skróty przez las? Jest na mapie droga na skróty i w terenie także. Przyjemny chłodek w lesie. Niestety, w połowie drogi do następnego PK droga zanika. Chaszcze, potem podmokłe łąki z trawami wyższymi od człowieka, wreszcie jakieś zbudowania. Przedzieram się do nich ścieżkami dzików. Zmęczony i umorusany wychodzę na ubitą drogę. Już rzut beretem do PK 58. Z naprzeciwka jedzie rowerzystka z naszej imprezy. Punkt tuż, tuż. Mam odbić drogą w prawo i szukać lampionu po lewej na górce. Odbijam w prawo, po chwili jest górka po lewej. Wspinam się. Lampionu brak. Dłuższą chwilę przeczesuję okoliczne wzniesienia, aż znajduję właściwe z lampionem. Tak to jest, gdy w terenie jest więcej dróg niż na mapie… Tylko 2 PK do mety. 

W Woli Karczewskiej jest wreszcie sklep z zimnym piwem cytrynowym 0%. Uff. PK 59 z charakterystyczną biblioteczką zrobioną z pnia - znany z TRInO wydanego z okazji Podkurka sprzed kilku lat. Od dawna już idę, a nie biegnę. Za gorąco – nie da się biegać. 44 kilometr zastaje mnie w Wólce Mlądzkiej, tuż obok mostu. 

Dokładnie 44,44 km;-)

 

Kierunek PK 56 – kapliczka znana z Mazowieckiego Tracka. Trzeba ciąć na azymut. Pojawiają się jakieś zabudowania – z mapy wynika, że musiało mnie znieść w lewo, więc koryguję. Wychodzę na drogę i dylemat: kapliczka jest w lewo, czy w prawo? Skoro znosiło mnie w lewo, powinna być po prawej. Idę sprawdzić. Niestety pudło. Wracam więc po śladach i natykam się na odbiegającego od kapliczki Kwito. No tak- wystartował godzinę po mnie, a teraz mnie wyprzedza;-( 

To czerwone to Kwito;-)
 

To był ostatni PK. Zostało z 6 km do mety. Idąc przez Peclin widzę przed sobą jakiegoś piechura z plecaczkiem idącego w tym samym kierunku co ja. I to idącego ciut szybciej niż ja. Piechur dziwnie skręca w te same drogi co ja. Podejrzane. Za Peclinem zaczynam truchtać. Zbliżam się i rozpoznaję twarz widzianą na starcie. Znaczy konkurencja! Nie dam się! Przyspieszam do 5 min/km na ostatnie 3 km i nie daję się nikomu przegonić;-) 

Meta!

 Podsumowanie: miejsce nr 5, czas nie rewelacyjny 8:30, 53 km. 

Na deser: zupka - smaczna ale porcja niezbyt imponująca

 

niedziela, 25 lutego 2018

Skorpion z grypą cz. 2

Niestety, grypa ma w sobie to, że całkowicie wysysa moce twórcze. Do tego stopnia, że zostaje mi dokończenie relacji;-(
Najpierw chciałbym sprostować wszelakie pomówienia i niedomówienia:
Na PK 12 poszliśmy wariantem „prawie autorskim”, bo ile można deptać po InoStradzie? Przed nami, na właściwym azymucie widać było jakiś samotny ślad. Ja się nie dziwię, bo pod górkę było „prawie na czworaka”, ale odkąd Renata ma nowe buty nie może narzekać, że gdzieś się nie da podejść – buty chwytają się wszystkiego (poza lodem) jakby były fabrycznie smarowane kropelką:-). Tak więc wleźliśmy pod stromą górę i zaczęliśmy schodzić uroczym, nie deptanym przez nikogo jarem. Było tak pięknie, że zostało nam tylko cykać fotki niczym japońscy turyści.
Cyk, cyk cyk niczym japońscy turyśli

Wracając do grypy – ja na trasę wyruszyłem już z objawami – świszczący oddech, boląca głowa (nie znalazłem w domu termometru by sprawdzić, czy jest temperatura, ale wszystko wskazywało, że jakaś tam jest). Po cichu łykałem paracetamol i udawałem, że wszystko jest ok.
Po PK 12 poszliśmy drogą „prosto” na PK 5. Prosto, bo droga w pewnym momencie zanikła (tzn. została założona jakimiś powalonymi drzewami). Kawałek drogi przeszliśmy „na celowniku” myśliwych. Ostatnio czytałem artykuł jak to poszli dwaj myśliwi na polowanie, a wrócił tylko jeden…. Jakoś tak przyspieszałem mimowolnie kroku widząc za sobą człowieka ze strzelbą;-)
Po PK 5 idziemy na PK 6. Grzbiet, droga w lewo. Coś mało wydeptana, ale są ślady naszych. Do pewnego momentu, potem śladów coraz mniej. Jakiś jeden z lekka zasypany odbija na północ. Kierunek dobry – idziemy. Przed nami jar. Z mapy nie wynika by tu miał być jakiś jar! Coś nas najwyraźniej zniosło. Brniemy dalej. Jakaś InoStrada, na początku ma w miarę dobry kierunek, ale skręca nie tu gdzie trzeba. Zataczamy wielkie koło i… widzimy przed sobą człowieka (niebieskiego) którego przegoniliśmy na PK 5. Teren zaczyna mi pasować do mapy. Renacie nie pasuje. Jednak idziemy „po mojemu” i za chwilę trafiamy na jar – jesteśmy w domu - to musi być jar z punktem! I odnajduje się niebieski. Idziemy dalej tym razem już po wyraźnych śladach poprzedników. PK7 i PK 8 bez historii, InoStradą.

Przed nami dłuuugi przelot do PK 9. Tak w połowie dostajemy smsa od Stowarzyszonej ekipy, że właśnie zaliczyli PK 8. Wcześniej wyprzedzaliśmy ich ponad 1 PK, a ta wredna szóstka spowodowała, że prawie nas doganiają! Próbujemy podbiegać, ale nierówny i śliski teren nie sprzyja. Skracamy ile się da. Przy PK 10 chyba jest z nami niedobrze, bo widzimy… różowego psa. Tzn. psa w różowym kubraczku. Ponoć takie widoki to bywają na setkach, a nie na 30-tym kilometrze pięćdzisiątki! Przy ognisku spotykamy…. Huberta. O dziwo „po cywilnemu”, a już liczyłem, że biega w kółko poszukując bezskutecznie lampionu;-)
PK 10 - fot Hubert

PK 10 fot Hubert
Do PK 11 InoStrada. Tak już jest w drugiej połowie etapu. Wybieramy wariant „granicą lasu”. Dochodzimy do skrętu w lewo. Patrzę na mapę – do punktu powinno być 500m. Liczę kroki. 300, 400, 500, 700 m. Coś nie tak. Jakieś pojedyncze ślady schodzą w dół. My także. Cofamy się szukając jaru. Nie ma! Dochodzimy do miejsca gdzie jednoznacznie się identyfikujemy –PK powinien być jednak dalej! Coś kłamie ta mapa! Wracamy po śladach i wkrótce widzimy Stowarzyszony tramwaj podbijający PK 11. Wyprzedzili nas niedobrzy, gdy błąkaliśmy się po zboczu! Podbijamy PK i ruszamy za nimi. Tu odzywa się żyłka sportowej rywalizacji - tramwaj rusza niczym Pendolino! Wybieramy nasz własny wariant i niedługo doczepiamy się jako ostatni zdyszany wagonik do Pendolino. No tak – my tak szybko nie chodzimy, a ostatnio coś nie podbiegaliśmy! Nic dziwnego, że nas dogonili!

PK 13 – bardzo fajnie ukryty, wymaga pokonania stromej ściany, ale tramwaj potrafi wszystko! Dalej do PK 16. Ja mierzę czas na zegarku. Wchodzimy w jar, liczymy odległości i odnogi. Mamy rozwidlenie, tu powinien być lampion, ale nie ma! Komuś wychodzi, że ciut za blisko, o jakieś 500m. Idziemy dalej. Jest lampion, ale zakręt wąwozu jakoś tak niezbyt wyraźny. Idziemy kawałek dalej, ale wygląda jakby jar się kończył. Nie ma sensu czesać, bierzemy co jest i wracamy do zauważonej wcześniej wygodnej drogi w kierunku PK 17. Zaczyna się ściemniać, czas wyciągnąć latarki. Wychodzimy do Ponikiew i wiemy, że na PK 16 to musiał być stowarzysz. Idziemy i idziemy, droga się dłuży. W okolicach PK 17 w lesie widać czołóweczki. Skracamy po śladach i wkrótce PK jest nasz. Dalej w dół. Niby marszem, ale tempem niezłego truchtu. Do PK 18 odmierzamy się dokładnie i lampion jest, gdzie być powinien. Wcześniej tradycyjna fotka na 44 km (mój krokomierz pokazywał więcej, ale on kłamie z zasady!)
Na metę dalej InoStradą. Na przełaj przez zamarznięte pola. Dochodzimy do krzaków i jaru. Chwila zastanowienia i wpadamy w jar. Nie wiem czy to był najlepszy wybór, bo jar szedł trochę naokoło, prawie koło PK1! Nasze Pendolino całkiem sprawnie sunęło tym jarem. A na asfalcie włączyło 5-ty bieg. Myślałem, że do mety dojdziemy wszyscy zgodnie, ale lokomotywa zaczęła przyspieszać. Zostało nam biec za nią. Ostatni chrumkający wagonik niestety nieprzyzwyczajony do prędkości kosmicznych odpadł, a szkoda;-(

Potem okazało się, że ten bieg to słuszna decyzja – mixy wygraliśmy różnicą…. 3 minut!


wtorek, 30 stycznia 2018

Łosie, rekiny i inne atrakcje na Śnieżnych Konwaliach

Rzadko startuję samotnie. Ale czasami trzeba. Szczególnie gdy to trzeci start w miesiącu i Druga Połowa „regeneruje się”.
Miało być łatwo szybko i przyjemnie. Temperatura niezimowa: 5-8 stopni, brak śniegu, czyli tak jesiennie lub wiosennie.
W ostatniej chwili do wyjazdu dopisali się Ewa i Krzysztof, więc raźniej było jechać na  „drugi koniec kraju”. Niestety, ten „drugi koniec” jest daleko, a wyjazd po południu z Warszawy jest ślimaczy, nawet autostradą. Z tradycyjnym postojem na pizzę (tym razem Jarocińską) dojechaliśmy do bazy gdzieś koło 22. Sala już w połowie zapełniona. Dokładnie w połowie, bo drugą połowę zapełniły dwa psy z właścicielami. Niby po to by „nie przeszkadzać uczestnikom”. Widzę, że z psami jest dokładnie jak z moimi kotami – w nocy one zajmują 80% przestrzeni spalnej, a my z żona zwisamy gdzieś na boczku, by nie przeszkadzać kotkom;-)
Dobra, nie ma co narzekać, w kupie raźniej;-) I na sali były luksusy – podłoga wyłożona filcem i puzzle do spania. Puzzle takie piankowe – składało się dwie sztuki i otrzymywaliśmy całkiem wygodne legowisko;-)
W bazie przywitała nas ekipa Orientopu
Przed spaniem mały wywiad środowiskowy – wszyscy znajomi liczą na mecie na „dobre miejsce” - znaczy ci, co zwykle są w pierwszej trójce, chcą załapać się do pierwszej trzydziestki;-) Ot, to takie specyficzne zawody, gdzie zwycięzca zwykle ma czas dobrze poniżej pięciu godzin! I jak tu z takim konkurować?
Poranek. Na dworze mokro. Coś tam siąpi z nieba. Temperatura zgadza się z prognozami – znaczy ciepło. O 8:30 ma być podsumowanie PMnO za rok 2017. Zamówiłem sobie dyplom, a co! Nawet dwa dyplomy! Będą na pamiątkę. Nawet po cichu zamówiłem dyplom dla Renaty – niech ma;-)
Ja się na podium nie załapałem, ale Przemek dzielnie Stowarzyszy reprezentował
Oczywiście część oficjalna się opóźnia i wychodzimy przed szkołę „do autokarów” z opóźnieniem. Tym bardziej, że autokarów przed szkołą brak. Tłum się kłębi, a autokarów nie ma. Wreszcie ktoś przybiega, coś krzyczy i tłum rusza za nim. Jak się okazuje „przed szkołą” można rozumieć zupełnie inaczej;-)
Mapy dostajemy przy wejściu do autokaru. Dwustronną mapę. Jest chwilka czasu na analizę wariantu. Jedyne możliwe kombinacje – na początku na części z mapą o skali ok 1:10 tys. Do decyzji czy zacząć od piątki, od siódemki, czy jakoś inaczej. Druga połowa trasy (chyba dłuższa) to już typowe dla szybkobiegaczy – wyraźne przecinki, większe odległości, jedyna słuszna kolejność zaliczania punktów. Dojeżdżamy do Strączy Starych. Start jakoś tak się rozmywa – część już biegnie, część się jeszcze gramoli z autokarów. Ja jakoś przeoczyłem moment startu i ruszyłem w ariergardzie. Widzę, że Przemek i kilku szybkich odbija od razu w prawo do piątki. Ja się zastanawiam czy od piątki, czy od siódemki. Widząc tłum lecący prosto do siódemki, decyduję się zacząć od PK 5. Nie lubię tłoku i kolejek do perforatora. Fajny sosnowy las i za chwilę zaczynam ścinać na azymut. Dodatkowo jeszcze wpadam na pomysł z PK 5 na PK 1 polecieć przez PK3, bo akurat drogi prowadzą w tym kierunku. Przede mną ktoś biegnie, ale gubię go przed PK 3. Kogoś widzę przy PK 2. Słowem fajnie i pusto. Co chwila słyszę jakiś głosy i rozglądam się czy ktoś mnie dogania. Okazuje się, że to jakieś gęsi czy inne ptaki przelatujące kluczami na niebie wydając niepokojące odgłosy.
Koło PK 6 spotkałem tłumy. Tłumy TP25, dla których to był drugi PK. Tłum z daleka wskazywał przejście po grobli pomiędzy jeziorkami (z mapy nie było pewne czy jest to suche przejście), ale dwudziestkopiątkowicze wyglądali całkiem sucho. Spotkałem tu Katarzynę, którą dokładnie odpytałem, czy daje się przejść suchą nogą.
PK7 malowniczy "brzeg polany"
Pora na wyjście z mapy dokładnej i jestem na PK 14. I pierwsza wtopa – pomyliły mi się strony nasypu i zszedłem w  prawo zamiast w lewo. Po chwili brnięcia skrajem dzikowych chaszczy odkryłem, że miałem być po drugiej stronie nasypu, więc na czworakach na górę i dalej na azymut na PK 15. W efekcie dogoniła mnie (i przegoniła) ekipa, która była spory kawałek za mną.
Z PK 15 na PK 8 – żadnych oczywistych dróg, mapa jakaś taka blada, deszcz pada coraz mocniej. Biegnę jakąś drogą, która chyba jest na mapie. Nagle kamień i leżę jak długi. Obtarte kolana. Grunt, że okulary całe! Sprawdzam czy nogi normalnie zginają się w kolanach i ruszam dalej.
Przy PK 8 tłum. Przemoczona  Ania, jeszcze suchy Orientop. Punkt „mokry”, ale udaje się go podbić bez większych strat. Teraz mostkiem przez rzeczkę na PK 9. Gdzieś tu z naprzeciwka biegnie Piotrek Kwitowski, Staszek Kaczmarek. Hmmm, czyżbym był w zasięgu czołówki? Chwila samozadowolenia i na otrzeźwienie babol – szukam lampionu nie w tym jarze co trzeba. Czasowo strata nieduża, ale samoocena mocno w dół;(
Na dziesiątce znowu spotykam Kasię z TP 25 – robi mi pamiątkowe zdjęcie.
Teraz mój wariant autorski: PK 10 i PK 11. Z pomiarów w autobusie wyszło mi to troszkę krócej niż potem przelot PK 18-11-13. Jest jeden myk: rzeczka pomiędzy PK 11 i PK 12. Na mostku wydaje się „do przejścia” , a jakby co, mokre buty daje się przeżyć. Z PK 11 przecinka do rzeczki. Z naprzeciwka idą ludzie – podpytuję ich czy przechodzili przez rzeczkę. „Po kolana” słyszę. Nie jest źle! Spotykam kolejną ekipę. Mocno zdezorientowaną. Podpowiadam im, że szukają zdecydowanie za wcześnie PK 11. Oni także przeprawiali się przez rzeczkę. Tyle, że „po szyję”…. Nic, lecę dalej – zejście do rzeczki. Mokradła. Z kępki na kępkę – nie jest źle. Widać jakiś samotne duże drzewo. Niedaleko. Trzciny coraz wyższe, kępki jakieś takie dziwnie pływające. Mlask  i noga wpada mi po udo. Jedna noga. I chce głębiej… wciąga i wciąga… Chwytam się jakiegoś krzaka i się wydobywam. Grunt, że buta nie zabrało! Coś zimna ta woda. Idę ostrożniej. Już mi wszystko jedno. Na szczęście dno stabilniejsze, ale nagle plusk i … niestety bielizna mokra.  Wreszcie wypełzam na suchy ląd. Nie powiem by było mi jakoś ciepło. Nogi ruszają się z oporami. Stwierdzam brak prawego stuptuta – musiało mi go wciągnąć to pierwsze bagno. Jakby ktoś widział w tych okolicach łosia, czy inne błotne zwierzę spacerujące w moim stuptucie, to proszę mu przekazać, że liczę na zwrot mojej własności!
Wychodzę na jakąś łąkę. Droga z gliną klejąca się do podeszw. Warto by pobiec by się rozgrzać, ale droga skutecznie łapie za buty i próbuje je zdjąć. Bez butów to by było głupio, więc zwalniam i zziębnięty poruszam się w żółwim tempie. Znajduję dziurę w ziemi z PK 12.
Dalej na południe. Niestety tą błotnistą łąką. Na azymut do lasu. Chaszcze, powalone drzewa… standard. Gdy trafiam na asfalt sprawdzam dokąd prowadzi – niestety, to ta droga na „teren prywatny”. Byłby o fajny skrót, ale okazuje się, że właściciel tego terenu miał zbyt dużo siatki i poogradzał jakieś straszne połacie pola. Zostaje obejść od zachodu, niestety droga ciągle błotnista. Wlokę się do PK 16 powoli się rozgrzewając. Na szczęście dalej do PK 17 jest sensowna droga i można podbiec. Wysycham i uśmiech wraca na twarz. Ścigam się z kolegą, któremu podpowiedziałem, że PK 15 jednak stoi. Dalej dłuuuugi przelot na PK 13. Na mapie jest droga przez pola. W terenie także droga się znajduje. Przede mną biega jakiś lepszy biegacz. Najpierw się oddala, a potem zwalnia i idzie jakoś „bokiem”. Po chwili wiem czemu – droga zamienia się w grzęzawisko rozjeżdżone traktorami. Próbuję iść po polu – okazuje się całkiem twarde i mało przylepne! Świta mi diabelski pomysł: skoro droga jest grząska a pole dobre, to czemu nie skrócić na krechę? Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Ten przede mną to zauważył i także próbuje skracać, ale po chwili się wycofuje. Mam szansę go dogonić, Wkraczam na pole zbronowane „w poprzek” i … zapadam się do połowy łydek, ziemia próbuje stanowczo zabrać mi buty. Grunt wygląda na twardy, ale taki nie jest. Na szczęście trafiam na jakiś twardszy fragment, ubity przez traktor, bo inaczej do asfaltu dotarłbym bez butów, które pochłonęłaby glina.
Efekt ścinania przez pola do PK 13 krok w prawo lub lewo można było zapaść się po łydki
Teraz kawałek asfaltem. Biegnę po wszelakich kałużach by spłukać glinę z obuwia. Mijam jakiś zator na drodze, wóz strażacki i radiowóz na sygnale, policjant kierujący ruchem zatrzymuje auta bym mógł przebiec. Dobiegam do linii kolejowej…. Której nie ma! To już drugie tory, które ktoś zwinął (pewno by ułatwić ich przekraczanie). Mam wreszcie PK 13. Tu dopędza mnie sam sędzia główny PMnO. Po chwili zaś dopędzamy dwie dziewczyny z psem. Ścigamy się tak do sklepu w Krążkowie. Ja się nie zatrzymuję i lecę dalej. Jakiś szybkobiegacz mnie wyprzedza, ale za wcześnie odbija w las w poszukiwaniu PK 19 i go doganiam przy lampionie. PK 19 szukam jedną górkę za wcześnie – zmęczenie chyba zaczyna się pojawiać. Do PK 21 na azymut i coś mnie znosi w lewo - to na pewno zmęczenie! Dopadają mnie dziewczyny z  pieskiem.

PK 21 na malowniczej górce
Do PK 22 droga prosta jak drut, biegnę ile sił i im uciekam. Tu wyjmuję czołówkę, bo następny PK będzie po ciemku. Niby droga prosta, ale coś nie zgadzają się przecinki. Jest ich więcej niż na mapie. Liczą je uważnie. Po drodze spotykam tego, co mnie wyprzedził przy PK 19 - leci w dziwnym kierunku. Zawracam go i skierowuję właściwie na PK 24. Patrzę na swój zegarek co „teoretycznie” liczy dystans z kroków (teoretycznie, bo niby działa na marsz, a nie podbieganie) i widnieje na nim liczba bliska 44. Wiadomo 44 kilometr to czas na selfie, smsa i te sprawy. Wychodzi mi, że będzie to w miejscu, gdzie mam skręcić na północ. Dobiegam, staję, wyjmuję telefon, cykam fotkę.

Tradycyjne selfie na 44 kilometrze
I dostaję zaćmienia. Zapominam, że mam przebiec przecinkę na północ i uznaję, że jestem przy PK 23. Zaczynam poszukiwania. Wiadomo, że ciężko się szuka gdy jesteśmy w złym miejscu. Teren co nieco się zgadza – skrzyżowanie na górce i niewielkie obniżenie tam gdzie być powinno. Wydaje mi się, że szukam godzinę. Ze śladu GPS wynika, że tylko dwadzieścia kilka minut. Przy PK 24 ponownie doganiam dziewczyny z psem. Chwilkę idziemy razem, ale one zaczynają zwalniać. Decydujemy, że będziemy próbowali się przebić „na krechę” do PK 25, by skracać dystans. Ja trochę podbiegam, znajduję drogę z odpowiednim azymutem i wbijam się w mokradła. Spoko, nie takie mokradła dzisiaj przechodziłem. Tyle, że mokradła stają się coraz głębsze. Światło latarek zasłaniają trzciny. Co chwila wpadam coraz głębiej i głębiej. Dochodzę do miejsca gdzie kończą się trzciny i zaczyna bezkresny przestwór oceanu… znaczy jeziora Młyńskiego Małego. Co tu dużo pisać, w nocy nawet to jezioro „Małe” wydaje się duże, plusk fal wygląda jakby wkoło pływały stada rekinów i piranii… Rzutem na taśmę znajduję jakiś rozwalający się pomost i wypełzam nim na suchy brzeg. Idę dalej szukać przesmyku pomiędzy jeziorami i trafiam na dziewczyny z psem, które poszły trochę naokoło i doszły tu suchą nogą. Idziemy dalej, widać jakąś ścieżkę ze „śladami naszych”. Coraz bardziej błotniście, grząsko, bagiennie. Mi to już wszystko jedno, a dziewczyny starają się skakać z kępki na kępkę, starając się jak najmniej zmoczyć. „Sucha droga” prowadzi w złym kierunku, ja idę na zwiady głośno chlupiąc w wodzie by odstraszyć pływające wokół piranie i innego zwierza i krusząc cienką warstewkę lodu, która tworzy się na wodzie. Trafiam na kępki, które coraz bardziej pływają, wygląda, że zaraz będzie jakiś ciek, wydaje się, że za nim świeci już odblask lampionu, daję krok do przodu i… chlup tracę grunt pod nogami. Wpadam po pas lub lepiej. Dobrze, że telefon wodoodporny, ale mój zegarek-krokomierz wg instrukcji wcale wodoodporny już nie jest! Udaje mi się czegoś złapać i wypełznąć na „suchszy” ląd. Odwrót. Nie da się tędy przejść, a pływać nie zamierzamy.
Mozolnie okrążamy jezioro. Rękawiczki, co były w kieszeni – mokre. Dłonie mokre i nie chcą wyschnąć. Ogólnie zaczyna mi być zimno. Po PK 25 zostawiam dziewczyny i biegnę, by nie zamarznąć. Wyciągam z przemoczonej kieszeni zapasy na czarną godzinę – żelki. Niestety zgrabiałe dłonie i większość żelek się rozsypuje! Zgroza! Sięgam po ogrzewacz chemiczny – rozrywam opakowanie i troszkę to pomaga. Znajduję ostatni PK 26 i na metę.
Wreszcie na mecie!
Ślad GPS pokazuje prawie 65 km! Na PK 21 i 25 straciłem dobrze ponad 40 minut – bez tego błądzenia miałbym zaplanowane „osiem godzin z hakiem”.  Co ciekawe, gdy na mapie wyznaczyłem moja trasę tak jak się wyznacza dystans „do pomiaru” wyszło mi 54 km, czyli prawie jak w komunikacie technicznym. Skąd wzięło się to dodatkowe 10 km??? I jak tu wierzyć długości trasy podawanej przez organizatora;-)

czwartek, 5 października 2017

Kaczawska porażka

Kaczawską Wyrypę polecał Przemek. Polecał, bo jest kombinowanie z wyborem punktów. Kaczawską Wyrypę zachwalała także Barbara, wprawdzie pośrednio, bo była na Rudawskiej Wyrypie, a to prawie to samo;-). Jak zwykle gór nie polecało moje kolano, bo to nigdy nie wiadomo kiedy się zbuntuje na jakimś podejściu lub zejściu.
Wyjątkowo wyruszyliśmy piątkowym popołudniem – za sprawą transportu w postaci Chrumkolotu, prowadzonego oczywiście przez męskiego lidera Chrumkającej Ciemności. Wyjeżdżając planowo o 15:30 z centrum, na wysokości Pruszkowa byliśmy już o... 17:30! Dlatego nie lubię wyjeżdżać w piątkowe popołudnia:-). W efekcie bez żadnego TRInO dotarliśmy do bazy w Świerzawie po nocy. Na sali gimnastycznej niedobitki – głównie setkowicze gotujący się już do odprawy. Na chwilę przed północą do bazy wpadł Leszek (oczywiście na setkę) i dowiedział się, że obowiązują tu specjalne zasady wyboru PK do zaliczania. W efekcie na odprawę (tajna, by inne trasy nie podglądały) i start poszedł w kapciach i bez skarpet – jak przystało na prawdziwego twardziela. Ogólnie setkowicze jakoś nie wyrywali się na trasę – pierwszy chyba poleciał Przemek, a część szykowała się do wyjścia jeszcze dobre pół godziny.
Rankiem przybyło kilka osób. Pojawił się Hubert w całkiem nowym „designie”, grzecznie się przywitał z męską konkurencją (pomijając zupełnie damską), ale rozpoznałem go dopiero pół godziny później po głosie, gdy opowiadał o jakichś tam przygodach z innych imprez. No coś moja spostrzegawczość źle rokuje przed startem;-)
Odprawa. Połączona z rozdawaniem map, bo okazało się, że map jest cała sterta. Najpierw poszły opisy PK i wyjaśnienia. Ponoć wariant optymalny to 53,8 km, a rozjaśnienia miały mieć usunięte warstwice. W opisach PK, wzorowanych na opisach BnO rzuciły się w oczy jakieś „nietypowe” symbole. I ogólnie „radosna twórczość” budowniczego, bo skoro w obowiązujących w BnO symbolach podstawowych dla kolumny D jest symbol 4.8 (samotna grupa drzew) i 4.9 (pojedyncze samotne drzewo), a tu mamy symbol wycofany  i w dodatku niewłaściwie narysowany oznaczający to samo…  Nie mówimy o rozmiarach, bo te także definiują normy IOF, kolumnach  i prawdę mówiąc dłuższą chwilkę zastanawialiśmy się nad „oczywistym” symbolem paśnika przy PK G2. Oj widać, że budowniczy chciał dobrze, ale nie skonsultował tego co zrobił z kimś, kto ma pojęcie o co w tym chodzi – osoby biegające BnO przeżyły więc tu pierwszy szok;-)
Teraz kolej na rozjaśnienia.  5 Kartek. Czarnobiałe mapy geoportalowe. Na koniec właściwa mapa, kolorowa, w formie obrusu – czyli format coś powyżej A3. Wszyscy rzucili się do planowania trasy. My od razu spojrzeliśmy na południe – jakieś 2 PK na najwyższej górze muszą być nasze! I zagęszczenie PK w okolicy wróżyło, że da się zrobić z tego sensowną trasę. Niestety, jak zwykle brakowało gdzieś jednego sensownego PK. Mieliśmy za to możliwość wyboru jednego z kilku brakujących PK na trasie.
Start przebiegł jakoś tak „po cichu”. Nie było odliczania, wszyscy próbują jednocześnie upchać sensownie tą makulaturę do torebki i zaplanować trasę, więc nikt nie był zainteresowany startem w sekundzie zero;-)
Chrumkająca Ciemność bała się gór i wybrała wariant północny. My potruchtaliśmy do PK A2. Na mapie głównej i na rozjaśnieniu – okrąg wskazuje miejsce dokładnie pod linia energetyczną. Opis zaś mówi… nie wiadomo o czym. Nie ma takiego symbolu w normach IOF. Domyślamy się, że chodzi o jakąś budowlę.  Wybieramy wariant asfaltowy. Przy punkcie widzimy kogoś zbiegającego z góry, podpowiada nam „jeszcze z 50 m”. Jest linia energetyczna, a pod nią chaszcze. Żadnej budowli nie widać. Jest za to ciekawa rzeźba terenu, tyle że rozjaśnienie bez rzeźby nie pomaga. Pod linią żadnego budynku nie widać, więc podchodzimy wyżej patrząc uważnie w las po lewej. Na pewno przeszliśmy, więc wchodzimy w krzaki i szukamy wracając. Jest! Jakieś ukryte w lesie ruiny i lampion. Jakoś ten pierwszy PK dobrze nie wróży!
Pierwszy PK A2 zaliczony!
Do PK H2 lecimy asfaltem. Zastanawiamy się czy ściąć przez pole, ale wygląda na niedawno zaorane, gliniaste, błotniste, zbronowane i coś na nim kiełkuje. A mamy nie przechodzić przez uprawy. Więc lecimy naokoło, choć konkurencja tnie równo przez uprawy. Mamy lampion i już wiemy co oznacza to  kółko w trójkącie na opisie;-)
H2 - charakterystyczne drzewo
Do H1 idziemy jakąś gliniastą ścieżką. Dochodzimy do wsi i… kicha. Cała ulica obstawiona gospodarstwami i drogi, która powinna być na mapie ani widu ani słychu. Wreszcie w miejscu gdzie powinna być droga prowadząca na punkt wbijamy się w jakieś obejście. Pytamy gospodarza o możliwość przejścia „na pola”. Z uśmiechem wskazuje nam drogę pytając co się dzieje, bo przed chwilą wskazywał drogą jakiejś „dziewuszce”. Co tu dużo pisać, pogoda przepiękna, widoki przepiękne. Dobrze, że kilka dni nie padało, ale zgodnie naszymi założeniami po drogach „niebezpiecznych dla nóg” nie biegamy, więc poza biegiem asfaltowym do pierwszego PK chodziliśmy. Koło H1 widzimy w oddali  Staszka Kaczmarka (chyba) – dziwne, że dopiero tu jest (no chyba, że coś więcej zaliczył od startu).
Idziemy do H1 a w oddali znajomy Stromiec z Sudeckiej Wyrypy!
Przed nami H3 - na mapie głównej punkt na niczym. W/g opisu tajemniczy znak nie wiadomo czego dotyczący, na rozjaśnieniu – jakieś krzaki.  Drogi z mapą średnio się zgadzają, ale tu nawet rozjaśnienie co nieco pomaga. Znajdujemy.
H3 ukrył się w tej kępie drzew

Opis punktu H3 to x w trójkącie równobocznym. Ten trójkąt po takie "potrójne drzewo"?
Dalej długi przebieg na najwyższą górę. Teren trochę odbiega od mapy, idziemy na czuja stokówkami, a potem „na azymut” i trafiamy na charakterystyczne miejsce ze skałkami w pobliżu grzbietu. Zaraz znajdujemy charakterystyczne skrzyżowanie i podbiegamy do ciekawie opisanego PK G2. Bo w opisie rozwidlenie dróg i… paśnik.
Dalej szlakiem na drugi koniec grzbietu. Znowu coś drogi się nie zgadzają i krzalujemy przez chwilę. Czujni, za wcześnie odbijamy na G3. A można było iść szlakiem na sam punkt widokowy przepięknej urody!
Panorama z G3. Kto nie był niech żałuje
Za to dokładnie liczymy wszelakie skałki. Tu rozjaśnienie tylko wprowadza w błąd;-( Nie wiem po jaka cholerę się męczyć z usuwaniem poziomnic, gdy się nie aktualizuje innych ważnych elementów, choćby takich jak drogi czy skały.
Dowód, że byłem na punkcie!

I Barbara także
Tak zostaje nam przeczesać wszystkie skałki, a chyba nie o to w tej zabawie chodzi;-( A w/g opisu na stronie organizatora „Mapy zostaną odpowiednio przeskalowane i zaktualizowane w newralgicznych obszarach tak aby zminimalizować element "farta". Bezpośrednia strefa punktów kontrolnych będzie doprecyzowana opisem oraz wycinkiem dokładniejszej mapy.” Jak na razie to widzę dokładnie coś odwrotnego, czyli promowanie „farta” – im ktoś mniej dokładny, tym lepiej trafia;-)
Przed nami zbieg z górki.
Ech te widoki...
Do F1. Opis wskazuje „szczyt”. Na mapie głównej za szczytem (kilkaset metrów) jakieś skałki. Na rozjaśnieniu nic z tych rzeczy, więc gdy docieramy do skałek (przedzierając się przez bardzo mało przebieżne krzaki) mała konsternacja. Zaczynamy się cofać, ale w ostatniej chwili postanawiamy sprawdzić kolejną (najwyższa) skałkę. I oczywiście jest lampion!
Na szczycie drugiej skałki czekał na nas lampion

z napisem F01
Zastanawiamy się nad modyfikacją wariantu, ale lecimy wg planów. Do F2 asfaltem (punkt „na niczym” na mapie głównej, na rozjaśnieniu coś widać, a w terenie  lampion stoi dobre 100m za wcześnie, nie na tej skarpie co powinien. Akurat z naszej strony weszliśmy na niego „od razu”, ale fakt złego ustawienia lampionu niestety jest.
W tej kępie krzaków był lampion F2

A ze wszystkich map (także rozjaśnień) wynika, że powinien być dalej
Na F3 lecimy „na krechę” – tu przynajmniej  wszystko się zgadza.
E3. Woda zdatna do picia!
Dłuższy przelot na E1. Oczywiście drogi się nie zgadzają i nadrabiamy przez górę.Jesteśmy na miejscu i znowu coś się nie zgadza. To znaczy na mapie głównej kółko jest w złym miejscu. Dobrze, że rozjaśnienie jest już poprawne!
Tam szukaliśmy lampionu ale go nie  było!
Przed nami E3 czyli „jeziorko którego nie ma na rozjaśnieniu”. Jaki sens rozjaśnienia? Bo dróg do jeziorka nie ma także!

Jeziorko, którego nie ma
A na odpływie ukryty lampion E3
Na azymut, wzdłuż cieku do E2. Przez pastuchy elektryczne i druty kolczaste. Sam PK na mapie głównej na niczym, wg opisu na końcu wału, na rozjaśnieniu na granicy kultur pod linią energetyczną i tak było w terenie. Wału nie zobaczyłem, widać przestraszył się i uciekł!
Zardzewiałe pola przed E2
Ogólnie byliśmy już zbyt długo na trasie. Zwycięzca pewnie dobiegał już do mety, a nam brakowało dobrych kilkunastu kilometrów. Dalej brnęliśmy na azymut, bo nie było sensownych przebiegów drogowych. D3 dość oczywisty. Coraz więcej śladów poprzedników. Do D2 droga w terenie była bardzo „umowna”. Za wcześnie skręciliśmy w prawo (ale także tam było sporo śladów) i musieliśmy korygować bardziej na zachód. 
Malowniczy zachód słońca w drodze do D1
Do D1 w promieniach zachodzącego słońca przez łąki i nieużytki. C3 to ostatni punkt bez latarek. Oczywiście „na azymut” i drogami z rozjaśnienia. Tu już trzeba było wyjąć czołówki. W międzyczasie dostaliśmy pozdrowienia od Chrumkającej Ciemności z D1. Znaczy minęliśmy się na tym odcinku. Został nam powrót do mety przez ostatni PK A3. Asfaltem i z górki. Biegło się przyjemnie i punkt wydawał się „łatwizną”. Granica kultur, do niej dojście wyraźnymi drogami. Dobiegliśmy do Świerzawy i skręciliśmy w prawo w drogę z płyt betonowych. Doszliśmy do lasu i w lewo wyraźną drogą. W międzyczasie telefon z bazy kiedy wrócimy, bo umawiałem się na wcześniejszy powrót z inną ekipą do Warszawy, a oni już przytupują (jak się jest na podium to się przytupuje!) No, jeden PK więc ile to zajmie? 20 minut spacerkiem! Problem zaczął się gdy droga zaczęła iść inaczej niż na mapie. Inny kierunek i jakiś wąwóz. Ale udało się znaleźć właściwy ciek. Teraz na azymut przez krzaki gdzieś na łąkę – powinna być granica kultur. Azymut dobry, odległość dobra, po ciemku granicy łąki nie widać. W oddali lasek i jakieś światełko. Okazuje się, że ktoś idący z naprzeciwka także szuka lampionu. Stawiamy na las na horyzoncie. Wcześniej jakiś „sad dębowy” ale nic się nie zgadza. Rozbiegamy się każdy w inną stronę – Barbara przypadkiem znajduje lampion (pewnie to ta sławna „Kobieca Intuicja”. Niby jest „granica kultur” znaczy łąka i pole orne. Ale lampion jest jak wół na charakterystycznym samotnym drzewie. Ze śladu GPS wynika, że stoi w złym miejscu, a w dobrym byliśmy wcześniej. Gdyby na rozjaśnieniu były warstwice, a tak rozjaśnienie nic nie pomaga.
Jak widać byliśmy "w środku kółka". Mylący opis faworyzujący tych co dotarli tu za dnia, czyli mieli "farta"
Lecimy do mety. Niezbyt szybko, bo odzywa się telefon i Kazik zapisuje się na Przejście Smoka. I oczywiście dopytuje się gdzie jesteśmy, jaka impreza itp. Zamiast biec do mety Barbara nawija przez telefon. Ostatnie jary, stromizny i jesteśmy w bazie. Kolega z A3 wyprzedził nas o 3 minuty czy jakoś tak – wszystko przez Kazika (oj, dam mu jakąś specjalnie spreparowaną mapę na Przejściu Smoka;-)
Efekt – prawie 12 godzin (czyli prawie 2 razy dłużej niż zwycięzca),dystans  57,5 km, 1182 m podejścia i miejsce 16-ste. No cóż, góry są nieprzewidywalne, a autor trasy dołożył starań by wynik był jak najbardziej losowy (tu „złośliwie” autorowi trasy polecam lekturę
http://orienteering.org/resources/mapping/
A w szczególności pliku: 
http://orienteering.org/wp-content/uploads/2010/12/Control-Descriptions-2004-symbols-only.pdf )

Chrumkająca Ciemność zrobiła podobny dystans, ale w łatwiejszym terenie – gdybyśmy tak poszli, potrwałoby to krócej. Ale to my zdobyliśmy Grzbiet Północny i górę Okole (714 m n.p.m.) - bez tego co to za „Kaczawska Wyrypa”? Uważam, że punkt na jakiejś górze rzędu 700m powinien być OBOWIĄZKOWY!
A Przemek oczywiście wygrał Kaczawską i cieszył się, że wyprzedził nas kilka minut na mecie (tyle że startował odpowiednio wcześniej;)

Dla dociekliwych - track w 3drerun.worldofo.com

poniedziałek, 4 września 2017

Nie lubię Mazur?

Nie lubię Mazur. Właściwie nie chodzi o nielubienie Mazur jako takich, ale na wszystkich (no, aż dwóch) 50-tkach mapy całkiem mi nie leżały. Nie leżały, bo była jakaś niekonsekwencja oznaczania dróg, czy przecinek (czytaj - na mapie coś jest, a w terenie ani widu ani słychu, albo jest w zupełnie innym miejscu, jakby się czasoprzestrzeń mapy zakrzywiała) i najgorsze jest to, że budowniczowie tras perfidnie lokują PK w miejscach największych niegodności mapy z terenem. Efekt wiadomy – jak ktoś akurat wybierze wariant dojścia zgodny z zamysłem budowniczego, dociera do PK sprawnie i szybko, ale ten idący z drugiej strony wpada w krzale czy inne dość urokliwe miejsca. Gdyby budowniczy pisał jaka jego koncepcja drukowanymi literami….
Ale po kolei. Abnetojra 2017. Akurat miałem wolny termin to, się zapisałem. Trochę tak w odwecie za to, że nie mogę jechać na Mordownika (co tu dużo mówić, nazwa Mordownik i lokalizacja jakiejś dawnej edycji w okolicach Jaślisk mnie urzekła – oczywiście wtedy o 50-tkach nawet nie myślałem).  Barbara miała mieć wtedy zajęty weekend. Wiadomo jednak że wszystko się zmienia i Barbara wkrótce dopisała się na Abntojrę. Ale to nie wszystko. Moja Druga Połowa wreszcie „dojrzała” do regularnej 50-tki i wydała polecenie „zapisz mnie”. Jak wiadomo, z kobietami się nie dyskutuje, więc ją zapisałem. Do kompletu pozostało znaleźć partnera/partnerkę dla Mojej Drugiej Połowy (co tu dużo mówić - w pojedynkę to nudno, chyba że się biega w tempie olimpijskim – wtedy nie ma co się dłużyć pobyt na trasie). Padło na Kingę, która kiedyś zadeklarowała się wrócić do 50-tek. Oczywiście do naszej ekipy dołączyli „stali bywalcy”, czyli Chrumkająca Ciemność oraz  Robert, który od czasu do czasu wyskakuje na dłuższy dystans.
Ustaliliśmy logistykę i w piątek ruszyliśmy w kierunku Butryn (nasze auto jak zwykle naokoło turystyczno-krajoznawczo poznając okolicę).
Na miejscu przywitał nas dość chłodny (ok. 12 stopni), wietrzny i wilgotny wieczór (wg prognoz w nocy miało lać, a w sobotę możliwe, że kropić). Pierwsze wrażenie po przyjeździe – ogrom.  Właściwie wszystkie 50-tki w jakich startowałem były kameralne. Max ze 150 osób.  Ot, takie imprezki organizowane przez jedną czy kilka osób, gdzie każdy zna organizatora, a tu przywitały nas wielkie konstrukcje z logami sponsorów, wielki bramki start i meta, rzędy toj-tojek i tabun organizatorów/ obsługi imprezy. Gdy przyjechaliśmy stanowczo wyglądało na to, że ilość organizatorów przekraczała ilość uczestników. Niech o rozmachu mówi mapka, którą dostaliśmy w pakiecie startowym – jak odnaleźć prysznice, toalety czy inne istotne elementy na terenie bazy imprezy. Słowem pełna profeska i spodziewaliśmy się najazdu tłumów (lista uczestników była dłuuuga). Co tu dużo mówić - czuło się profesjonalną organizację. No dobra, z jednym organizatorzy sobie nie poradzili – widać nie mieli odpowiednich kontaktów, by załatwić lepszą (mniej mokrą) pogodę;-) I jeszcze ponarzekam na mapę bazy – szukając po ciemku pryszniców (no dobra, drugi zarzut – jeden prysznic męski (jednoosobowa kabina!)  i jeden damski na cały ten spodziewany tłum) narysowana na planie ścieżka wyprowadziła mnie w krzaki, zamiast do właściwego budynku;-)
Sobota. W nocy zgodnie z zapowiedziami lało. Rano człowiek sięga po buty, a tu na „podłodze” bajorko. Dobrze, że buty nie wypłynęły z namiotu;-) Szybkie śniadanko i odprawa pod namiotem.
Czekamy na odprawę
Chyba była planowana odprawa na wolnym powietrzy, ale deszcz siąpiący z nieba przegonił nas pod dach – niestety nagłośnienie było ustawione tak, że w namiocie mieliśmy zerową słyszalność.  Na szczęście donośny głos organizatora załatwił sprawę. Zresztą nic nie powiedział ponad to, co było w komunikacie technicznym. Dostaliśmy mapy i nas wystartowano (bez tradycyjnego odliczania).
Jak zwykle możliwe dwa wariant w prawo i w lewo. Kilka punktów z nieoczywistymi przebiegami. Wybieramy wariant prawoskrętny (podobnie jak i większość naszej ekipy). Wybiegamy z bazy i w prawo asfaltem do drogi w prawo na PK 2. Z nieba ciągle coś tam kropi i okularnicy są w kropce – bez okularów nic nie widać, w okularach także. Powinniśmy mieć jakieś bonusy w taką pogodę!
Jest jakaś droga w prawo, ale coś za wcześnie. Biegniemy dalej. Powinna być kolejna droga, a tu nic nie ma. Mijamy jakieś „coś” co nawet trudno nazwać drogą, biegniemy jeszcze kawałek i nie widać żadnej z dróg zaznaczonych na mapie. Fajnie. Szybka decyzja cofamy się 150 m i „tym czymś” idziemy w las. Tu widzimy Renatą i Kingę, które całkiem sprawnie nas doganiają i idą dalej asfaltem wesoło nam machając. W lesie o dziwo wzdłuż „ścieżki” (no nie nazwałbym tego nawet ścieżką) widać znaki szlaku konnego. Czyżbyśmy jednak trafili na drogę oznaczoną na mapie? Chyba nie całkiem, bo nie trafiamy na tę główniejszą idącą do Starej Kaletki. Są za to jakieś inne z kierunkami tak sobie pasującymi. Przebijamy się czym się da i dochodzimy do czegoś, co wydaje się zgadzać z mapą. Podejrzewamy, że możemy być bliżej PK6 niż PK2, ale nie jesteśmy pewni gdzie wypadliśmy na drogę. Decydujemy się dalej iść w kierunku PK2, bo to pewny kierunek. Niestety, po dłuższej chwili okazuje się byliśmy „tuż tuż” koło PK 6, więc nasza asekuracyjna decyzja była niewłaściwa. Zdegustowani tymi drogami na mapie do PK 2 dochodzimy ciut naokoło, pierwszą solidną drogą jaką spotkaliśmy. Pierwszy PK zajął nam prawie godzinę, czyli jak mówi prosta arytmetyka na trasie spędzimy 16 godzin! Coś za dużo! No dobra, strzeliliśmy babola na dobre 20 minut;-(
Kolejne wyzwanie - PK 4. Na szczęście znajdujemy tu dobrą drogę zgadzająca się z mapą. I pojawiają się jacyś inni uczestnicy TP 50. Tyle, że oni już maja zaliczony PK 6!
"Obalone drzewo" na PK4 (obalić to można pół litra!)
Z PK 4 wychodzimy niezdecydowani czy wracać po własnych śladach (dobra, znana droga, ale ciut dalej) czy odkrywać nowe szlaki. Decydujemy się na nowe, ale zamiast pomyśleć przy wyjściu z PK, cofamy się i dodajemy sobie dystansu. Ale dzięki temu będziemy mieli lepszy przelicznik wpisowego na kilometr;-) Droga, którą idziemy planowo się kończy, chodzimy wiec troszkę na azymut, ale wszystko w miarę się zgadza z mapą. Znajdujemy także dwa lampiony „nie nasze” i kilka osób z psami – znaczy  są to lampiony od DogTrekkingu!
Mamy wreszcie PK 6 i ruszamy na PK 11 – wygodną drogą. Przy PK 11 jacyś rowerzyści i ogólnie kilka osób. Zresztą na drogach widać coraz więcej śladów rowerów. Do PK 8 prowadzi dokładnie przecinka. Zero kombinowania. Po drodze wyprzedzamy zaprzyjaźnioną ekipę „maszerującą” – my gdzie się da podbiegamy i to dość szybko, a oni idą i są przed nami! Zgroza! Ostatni kawałek do PK 8 to zanikająca przecinka (po skrzyżowaniu z drogą). Wokoło krążą jakieś peletony kolarzy. Chyba szukają tego samego lampionu. Sam lampion stoi po drugiej stronie drogi niż zaznaczone to na mapie, ale odległość na tyle nieduża, że nie stwarza to żadnego problemu. Wychodzimy z PK na azymut (przecinka którą można by skrócić nie istnieje w terenie) i ratujemy jakiś kolarzy wskazując im gdzie jest lampion.
Przed nami PK 12. Z mapy wynika, że leży „za bagnem”. Wariant południowy wydaje się krótszy i szybszy. Niestety „wydaje się”. Do pewnego momentu idzie fajnie, a potem droga rysowana ciągłą kreską na mapie okazuje się wytworem fantazji kartografa. Zresztą na śladzie GPS dokładnie widać, że w tym rejonie kartograf miał nie najlepszy dzień rysując mapę. Później Kinga poopowiadała nam jak to jest z kreśleniem map (sama się tym zajmuje) – niestety studenci często rysują mapy na kacu czy będąc niedouczeni, puszczają wodze fantazji. A mapy z geoportalu (na których bezkrytycznie bazowała mapa rajdu) w tych okolicach są powiedzmy… mocno fantazyjne. Wracając do terenu – wpadliśmy na podmokłą łąkę, którą chcieliśmy obejść lasem, niestety w pełni nieprzebieżnym. Po krótkiej walce z jeżynami wróciliśmy na łąkę i wesoło rozchlapując wodę dotarliśmy do PK 12. Tu dogonili nas wcześniej wyprzedzeni na drodze do PK 11 znajomi (oczywiście przyszli wariantem północnym suchą nogą).
Tam w kępie drzew jest lampion PK12
Przed nami długi przelot na PK 9. Bez historii. A samo jeziorko urokliwe, aż chciało się wskoczyć i popływać!
Przed PK12 nurkowałem w błocie - tu na PK9 dało rade wreszcie się obmyć!

Jeziorko z PK 9
Do PK 15 nie szukaliśmy drogi, tylko odbiliśmy z przyzwyczajenia  w krzaki. Chwila szukania lampionu, bo oczywiście stał „ na niczym”, czyli „Brzeg mokradeł” – a wiadomo brzeg mokradeł to całkiem spory teren. Na szczęście dotarło już do nas, że budowniczy starał się „dogodzić” uczestnikom i stawiał lampiony tak, by były widoczne z największej drogi (próbowałem dojrzeć lampion od strony mokradeł, ale nie szło). Po PK 15 mamy awarię. Po raz pierwszy odkąd startuję z Barbarą mamy u niej awarię stopy. Niby tylko pęcherzyk, ale daje popalić. Chwila na opatrunek i ruszamy dalej.
Na drodze pojawiają się osoby idące z naprzeciwka. Nie wiemy czy to ci, którzy wybrali wariant przeciwny, czy tylko ci, co wybrali odwrotną kolejność PK 16-P K9.
Przy PK 16 wita nas maszyna do wycinania drzew. Taka z filmików na YouTube – puszczana przy okazji zawieruchy z wycinką Puszczy Białowieskiej. Niczym jakiś Transformer wielka łapa chwyta drzewo, obcina u podstawy, obcina wszystkie gałęzie i tnie drzewo na odpowiednie odcinki. Kilkanaście sekund i rosnące drzewo zamienia się w stertę bali. Robi to wrażenie!
Kierunek na punkt żywieniowy. Dobra, łatwa droga. Tu już spotykamy sporo osób idących „wariantem odwrotnym”.
Od PK 13 idziemy na PK 14. Przed nami zawodnik „zielony”, z którym spotykamy się już od pewnego czasu na trasie. Przy PK 14 znowu na mapie jakieś bagna. Wybieramy drogę, która ma je obejść. Tyle, że droga (przecinka) nagle się kończy na drodze (całkiem porządnej), której brak na mapie. Nic, idziemy nią. Przed nami jakiś lampion. Coś za blisko. Jakieś 400 m za wcześnie. Pojawiają się kolarze i go podbijają”.  Zielony także rzuca się na lampion i go podbija. Nam coś nie pasuje, sprawdzamy jeszcze raz odległość – stanowczo za blisko jesteśmy! Podglądamy mapę rowerzystów mają jednak inny punkt i wszystko się zgadza. Powinniśmy przejść jeszcze 400m przecinką przechodzącą przez mała niebieską plamkę do „skrzyżowania przecinek”. Kompas w dłoń – patrzymy jest jakaś przecinka we właściwym kierunku. Idziemy. „Zielony” za nami.  Jest jakiś teren z szuwarami (pewno to niebieskie na mapie) i wreszcie jest przecinka. Tylko brak lampionu.
Pod tym świerkiem po prawej szukaliśmy bezskutecznie lampionu PK14
Sprawdzamy tu i tam i nic. Wszystko pasuje – kierunki przecinek, podwyższenie, odległość. Dobra, telefon do budowniczego czy mu się coś nie pomyliło (np. miał być punkt rowerowy, tylko się „obsunął” na naszej mapie). Problemy z zasięgiem, ale się dodzwaniamy. Kategorycznie autor twierdzi, że PK jest przy słupku granicznym. Hmmm, na naszym skrzyżowaniu nie ma słupka granicznego. Nie dajemy za wygraną i wracamy w kierunku lampionu rowerowego. Znowu spotykamy zaprzyjaźnionych piechurów, którzy mówią, że jesteśmy nie na przecince, tylko na innej drodze. Hmmm, tylko czemu nasze kompasy wskazywały, że wszystko się zgadza? Idziemy w krzaki i jest oczko wodne i wkrótce lampion. Tyle że skrzyżowania przecinek tu nie uświadczysz. Samotny słupek na jednej niewyraźnej przecince! Co szkodziło autorowi napisać w opisie, że chodzi o słupek lub o nieistniejącą przecinknę? Opis powinien definiować umiejscowienie lampionu/PK opisując to, co jest niewidoczne na mapie. Przy skali 1:50000 na mapie widzimy tylko dość wyraźne obiekty, ale niestety część budowniczych chyba nie kuma idei opisów, marnując papier na takie truizmy jak „brzeg jeziora” czy „brzeg mokradeł”, nie dopisując  cech szczególnych typu „cypel” czy „południowy”. W każdym razie punkt nas zbulwersował. Idąc w przeciwnym kierunku ta istniejąca przecinka była jedynym sensownym wariantem dojścia, a idąc z naszej strony trafiało się na zagwozdkę ciężką do przebycia. Z tego co wiem, wiele ekip miało tu problemy i zastanawiam się ile osób w dobrzej wierze wbiło lampion z trasy TR, a nie TP! Wystarczył lepszy opis lub lekka ingerencja w mapę, by wyrównać szanse, a tak część jest „pokrzywdzona”. I podobnych punktów było kilka – ogólnie wariant prawoskrętny był poszkodowany!
Wkurzeni biegniemy na PK 10. Dobra droga, skrzyżowanie i… lampion. Przy „leśnym grobie”. Niby się zgadza, oprócz tego, że o dobre 150 m za wcześnie i przed przecinką, a nie za. „Zielony” podbija PK i leci dalej. My mamy wątpliwości, że może to znowu punkt rowerowy. Akurat najeżdża kolarz, zerkamy w jego mapę - ma dokładnie ten sam punkt co my. Dobra, pomyliło się budowniczemu – bo ile może być „leśnych mogił” w pobliżu? Podbijamy PK i lecimy w kierunku PK 7. Przebiegamy ze 200 metrów i konsternacja. Przy drodze kolejna mogiła! Wracamy i idziemy sprawdzić. W miejscu zaznaczonym na mapie jest kolejna mogiła! I kilka dodatkowych. 150m czyli wg regulaminu PMnO niedopuszczalne.
Prawidłowa mogiłka z PK10
Tu spotykamy naszą klubową parę kolarzy, która także szuka lampionu (no cóż, wychowani na turystycznych MnO potrafimy dość dokładnie wychwycić niedokładności). My lecimy dalej i międzyczasie dzwonię nawtykać budowniczemu. Kurcze, jak ktoś robi imprezę pucharową z „pełną wagą” to niby znaczy, że powinien umieć to robić. A tu jest zbyt dużo zastrzeżeń do jakości trasy/mapy. Widać kapituła bardziej zwraca uwagę na otoczkę organizacyjna, a nie na meritum (czyli trasy). W przypadku tego punktu myślę, że wszyscy, którzy potwierdzili ten PK bez zgłaszania organizatorowi uwag powinni mieć PK niezaliczony lub inną karę czasową (przynajmniej do punktacji PMnO, bo wiadomo medale i te sprawy rozdane). 
Lecimy na PK 7, emocje trochę opadają. Tyle, że na PK 7 znowu źle stoi lampion! Ponad 100 m na północ! I opis „kładka” dotyczący… pomostu. Spotkani inni uczestnicy także wyśmiewają się z fantazji twórcy opisów.
Miała być "Kładka" na PK7....
Do PK 5 nie ma dobrej drogi. Najkrótsza to na krechę przez jakiś bagna. Właściwie już kilka kąpieli zaliczyliśmy (ja nawet kąpiel błotną, gdy skacząc z kępki ma kępkę coś nie wcelowałem i zanurkowałem w jakimś fajnym błocku przed PK 12). Dobra idziemy. Przed wejściem w bagno spotykamy jakąś ekipę z trasy rodzinnej. Próbują iść za nami, ale po pierwszej wodzie zawrócili. My twardo idziemy przed siebie. Trochę pokrzyw, ale bagno płytkie i nie wciągające. Wychodzimy prawie dokładnie na PK 5.
"Bród/ścieżka" - PK5 nie robi już wrażenia po przeprawie przez bagna
Zostały jeszcze dwa PK. Odchodząc z PK 5 spotykamy „zielonego”, który mówi, że przebijał się przez bagna – ale chyba jakoś naokoło.
Na PK 3 o intrygującym opisie „biskup Rudnicki” idziemy może nie najkrótszą drogą, ale szybko i sprawnie. Bardzo fajny punkt. Taka „Aleja Sław” na skraju pola! Zadziwiające!
Zaskakujący PK3
Do PK 1 droga w miarę oczywista. W okolicach PK sporo dróg (i to całkiem porządnych) a na mapie pusto. Spotykamy rowerzystów – chyba mają ten sam punt. Ciekawe – zawsze myślałem, że trasy rowerowe robi się tak, by punkty były osiągalne drogami (wrysowanymi na mapie), a nie stały na środku lasu!
Gdy idziemy drogą w pobliżu punktu, nagle zaszeleściły krzaki po lewej i wypadła z nich spieszona kobieca postać w kasku rowerowym. To, że kolarza wypadają z krzaków to w miarę normalny widok, nawet to, że wypadają z kierunku nijak nieobiecującego znalezienie lampiony, ale rzadko zdarza się by wypadały krzycząc „k..a m..ć – zgubiłam rower!” Chwila konsternacji. Gdzie i kiedy zgubiła rower? Tu? Czy 20 km wcześniej? Co nieco zdezorientowani staramy się pomóc, ale postać owa wyprzedza nas i biegnie drogą głośno zastanawiając się, czy tą drogą jechała, czy nie. Po chwili wskakuje w krzaki i z okrzykiem zwycięstwa podnosi z ziemi rower. Rower leżał ze 100 m od lampionu. Wskazujemy gdzie jest lampion, ale rowerzystka krzyczy, że czas jej się kończy i odjeżdża w kierunku bazy.
Mamy ostatni PK i teraz biegiem do bazy by nie dognał nas „Zielony” i znajoma para piechurów. Mamy „niechlubny rekord”, czyli czas coś ponad 10 godzin, 59 km i sporo wtop nawigacyjnych.
Wreszcie na mecie z medalem na osłodę
Najgorsza ta na początku, potem 12-tka, nieszczęsna 14-tka, gdzie przy naszym wariancie nic się nie zgadzało, źle postawiona 10-tka. W bazie czekamy na resztę ekipy – są dobre kilka punktów za nami. Przychodzą chwilę przed limitem, bez kompletu PK. Niestety organizator zakończenie zrobił szybciej niż zamknięcie mety (i niż napisał w regulaminie) – a szkoda, bo wszyscy chcieli zobaczyć dekorację. Tym bardziej, że miały być różne atrakcje nie tylko dla zwycięzców!
Po imprezie, analizując na spokojnie, mam mieszane odczucie co do Abnetojry. Z jednej strony plus za masowość, ale znacznie fajniejsze są imprezy kameralne, gdzie widać, że organizator się stara. Wtedy mu łatwiej wybaczyć wszelakie błędy i niedociągnięcia. Tu zaś sztab ludzi i wpadki zarówno organizacyjne (prysznice, zakończenie przed powrotem wszystkich z tras w regulaminowym czasie) jak i poważniejsze wpadki z samą trasą (mapy całkiem niedopracowane, opisy do bani i zbyt dużo źle rozstawionych PK). Z tego co wiem, wszystkim przebiegi wychodziły dobrze powyżej 50 km pomimo chodzenia na azymut – ja nie podejmuję się wyznaczenia przebiegu „regulaminowego” spełniającego wymogi PMnO co do długości – bo elementy te (przebieżne) muszą być zarówno na mapie jak i w terenie.  Na pewno lepsza pogoda znacznie by uatrakcyjniła trasę, ale tego od organizatora trudno wymagać;-)

Dla dociekliwych ślad z GPSu