środa, 30 września 2015

wtorek, 29 września 2015

Akcja: START i mini-meta

Zacznę od podziękowań dla niezawodnych Stowarzyszy, którzy już pół godziny przed otwarciem sekretariatu czekali przed szkołą z chęcią pomocy i dzięki którym szybko i sprawnie rozwiesiliśmy banery, rozstawili stoliki, zorganizowali zaplecze i mogliśmy zacząć przyjmować uczestników, którzy już przytupywali nogami i tęsknie zerkali w stronę lasu.
Od razu zostałam rzucona na głęboką wodę, czyli do sekretariatu, czyli do ogarnięcia stu pięćdziesięciu osób, które natychmiast chciały dostać karty startowe, a najlepiej od razu i mapy, zapłacić, a może jeszcze kupić książeczkę, bo gdzieś trzeba wkleić naklejkę, chciały się dowiedzieć co, gdzie, kiedy i dlaczego, musiałam odnotować datę urodzenia dzieci, bo prezenty od burmistrza dla najmłodszych, odnotować kto należy do PTTKu,  kto się zgłosił po terminie, kto chce na szkolenie i tysiąc pięćset innych rzeczy, na które T. kazał mi zwrócić uwagę. Niby miałam to wszystko spisane na ściągawce, ale przecież nie miałam czasu nawet do niej spojrzeć. W efekcie kasę za imprezę wymieszałam z kasą za książeczki, zagubiłam torbę pakietów startowych i niektórym osobom mogłam wydać tylko batonik, zapomniałam poinformować Leśną Babę, że jest chleb do zupy i właśnie kończymy ostatni bochenek i pewnie jeszcze coś by się znalazło, ale wolę nie szukać:-)
Ledwo ogarnęłam to zamieszanie, T. ogłosił, co miał ogłosić (tu wyszło na moje, że gwizdek jest obowiązkowym wyposażeniem organizatora) i już można było wypuszczać na trasy. T. wołał mnie żebym wypuszczała TF-y, Leśny Dziad mnie przeganiał, że on wypuszcza i żeby mu nie mieszać, więc wykorzystałam tę sprzeczność i na minutkę sobie usiadłam w spokoju. Po minucie, T. uznał, że w zasadzie to powinnam już jechać do przedszkola na metę TF-ów, bo mają krótką trasę i zaraz zaczną wracać. Faktycznie, zanim przejechałam samochodem te kilkaset metrów, trzy zespoły były już na mecie. Z kompletem punktów. Biegli czy co???? Na szczęście nasz przedszkolny współorganizator był przeszkolony na taką okoliczność i odnotował czas powrotu.
Zorganizowałam sobie w bramie przedszkola mini sekretariat, przy mini stoliczku, na mini krzesełku (jak to w przedszkolu) i wzięłam się za sprawdzanie kart. Dla jasności - pierwszy raz w życiu, nie licząc sprawdzania szkoleniowego). To, że opisy punktów były przenajdziwniejsze nawet mnie nie zdziwiło, ale rozbieżności w policzeniu 5 (słownie: pięciu) obrazków węży - już tak. Odpowiedzi były od trzech do siedmiu:-) I to nawet jeśli zespół nie miał w składzie przedszkolaków:-)
Do przedszkola oczywiście zapomniałam zabrać worków na śmieci, a tu każdy zespół wracał z reklamówką zebranych w lesie butelek i puszek. Usypaliśmy z nich wielką pryzmę przed bramą. Oczywiście musiałam to odnotować w karcie startowej, ale w zasadzie nie musiałam im dodawać minut, bo mieścili się w limicie i jeszcze mogli na piwo w międzyczasie skoczyć. To znaczy, zespoły z dziećmi to lepiej na herbatę.
Wszyscy, którzy już wrócili, pojedli, popili, wzięli udział w dodatkowych konkursach zaczęli dopytywać się o wyniki i zakończenie imprezy. Karty miałam sprawdzone, ale jeden zespół zaginął podczas działań na trasie. Zaczęliśmy organizować akcję poszukiwawczą. Co chwilę ktoś wychodził na drogę popatrzyć, czy aby nie idą, a ja wydzwaniałam do T., czy ma w zgłoszeniu numer telefonu do nich. Kiedy zaczęła się konstytuować ekipa do przejścia całej trasy, zaginieni pojawili się na horyzoncie. Okazało się, że dzieci tak przejęły się sprzątaniem lasu, że nie przepuściły żadnej butelce i puszce. Przyszli więc sporo po czasie, ale z jakimi łupami! Gdyby nie było limitu dodatkowych minut za śmieci, to chyba wygraliby całe zawody!
Wreszcie nastąpił najważniejszy moment, czyli ogłoszenie wyników i nagrody. Wygrało aż osiem zespołów, więc skromną pulę nagród trzeba było rozlosować. Co chwilę zmienialiśmy "sierotkę" losującą, bo sprawiedliwość musi być, a przecież każdy chciał być maszyną losującą, jeszcze pan M. z przedszkola rozlosował swoje nagrody za BnO i darty i ... koniec zabawy.
Koniec oczywiście dla uczestników, bo ja biegusiem w samochód i z powrotem do szkoły, gdzie czekało mnie kolejne pandemonium.

c. d. n.

poniedziałek, 28 września 2015

Zeszyt skarg i wniosków


Wisi, wisi

Co ja tam będę o rowach... Tezeci wiedzą już jak tam było, z tą drobną różnicą, że podczas wieszania lampionów siąpił deszcz. Zresztą i tak najgorsze były te ostre nasiona chwastów wbijające się wszędzie. Woda chlupocząca w butach i mokre spodnie to przy nich pikuś.
Wieczór wygnał nas z lasu, bo jakoś nie wpadłam na pomysł żeby wziąć latarkę i 1/3 lampionów "dalekiego wschodu" została na rano. Oczywiście oprócz "bliskiego wschodu" i miasta. Dobrze, że chłopaki wykończyli zachód.
T. wyruszył do lasu o szóstej rano zostawiając mi i Dziadom teren zurbanizowany. Z samochodu poszło raz, dwa. Mieszkańcy zaś wykazali się czujnością i od razu zbierali lampiony. Przynajmniej Dziadom tak się przytrafiło.
W końcu wszystko zawisło i wypakowawszy po brzegi dwa samochody ruszyliśmy do szkoły.

c. d. n.

sobota, 26 września 2015

Trzecia Niepoślipka mnie wykończy...

Miało być o tym jak T. wpuścił mnie i Leśną Babę w rowy przy wieszaniu lampionów, ale padam na dziób, a przed nami jeszcze masa roboty.
Ciąg dalszy być może nastąpi.
Kiedyś.

piątek, 25 września 2015

31. OrtInO

Na OrtInO chciało mi się jechać w takim samym stopniu jak na oswajanie smoka, ale przecież nie mogłam porzucić T. To znaczy, tak mi się wydawało z tym porzucaniem, bo zapomniałam, że przecież i tak idziemy na różne trasy.
Jak już się zorientowałam, jak udało się zaparkować, jak załatwiliśmy formalności to okazało się, że zostałam sama z trasy TU, bo wszyscy już poszli. Uzgodniłam sama ze sobą, że pójdę na kilka punktów i wystarczy. Punkt E znalazłam bez problemu, choć z duszą na ramieniu, bo ciemno, a ja sama (to znaczy z tą duszą, ale co taka dusza może w razie czego).
Na punkt C musiałam wejść jednemu z bobrów w podogonie. Mało przyjemna okolica. Weszłam kawałek, jakieś ogródki działkowe, czy coś, ciemno, żywej istoty w zasięgu wzroku i nagle z mroku istota się wyłoniła. Niestety w postaci masywnego karku z szalikiem (chyba Legii - takie zielonawe) w ręku.  No, tego już nie zdzierżyłam - dałam nogę i tylko się za mną zakurzyło. Zdecydowanie muszę popracować nad odwagą, ale z drugiej strony jako matka dzieciom nie mogę się narażać na zaduszenie szalikiem.
Postanowiłam odpuścić niegościnnego bobra, zebrać PK F i wrócić na metę. Tymczasem na F natknęłam się na A. M. i D. M.
- A gdzie zgubiłaś T.? - padło od razu pytanie.
- Na tezety poszedł - wyjaśniłam.
- Tak sama idziesz?
- Nikogo już nie było na starcie z TU :-( - załkałam żałośnie.
- Idziesz z nami - zadecydowała A., przy aprobacie D.
Wypadało nam teraz przez piłkę wejść na grzbiet kolejnego bobra. Prawdę mówiąc nie miałam pojęcia jak się sensownie do tego zabrać, bez czesania całego osiedla. Na szczęście okazało się, że A. trochę zna okolice, i po drodze pokazywała: tu roznosiła ulotki, tu chodziła na piwo, tu zna piekarnię, tu uczelnię ... Przeprowadzała nas przez tajne przejścia, o których normalny śmiertelnik nie ma pojęcia, a nam nie pozostało nic innego, jak tylko podążać za nią. Mój plan wcześniejszego powrotu na metę poszedł się bujać, bo po od pewnego momentu nie wiedziałam już gdzie jestem, skąd przyszłam i jak tam wrócić.
Na szczęście wszystko co dobre, szybko się kończy, no a InO - wiadomo - samo dobro! Jeszcze tylko wzięliśmy z sufitu azymut i z pamięci A. nazwę ulicy i mogliśmy wracać. A. i D. na widok mety puścili się biegiem, bo im się czas kończył, a ja obiecałam sobie, że ani metra nie przebiegnę i słowa dotrzymałam. W końcu - ile można?
Na mecie okazało się, że jestem dyplomowanym inokiem:

A potem czekaliśmy na T., czekaliśmy i czekali .... Organizatorzy złożyli metę i dalej czekaliśmy. Nawet telefonów nie odbierał. Wreszcie zobaczyliśmy go po drugiej stronie ulicy jak... oddala się od mety! W końcu jednak chyba mu się znudziło, bo wrócił. Ku ogólnej uldze wszystkich zgromadzonych.

środa, 23 września 2015

6 Oswój Smoka

Po DeeMPach wcale nie miałam siły na żadne oswajanie smoka, no ale jak tu zostawić taką nieoswojoną bestię w środku miasta? Trochę drzemałam w drodze na start gromadząc siły do walki, ale i tak czułam, że mogę przegrać. Na szczęście oswajaczy zjawiła się pokaźna gromada, więc była szansa, że komuś się uda.
Smok tym razem wystąpił w wersji luksusowej - wielki namiot, stolik, prezenty dla uczestników. Grunt to dobrze wybrać sponsora:-)

Fot. A.Sitko
 
Przewidziana godzina startu minęła, nie powiem - czas miło płynął w doborowym towarzystwie - ale robiło się coraz później, a na trasę nie wypuszczali. Okazało się, że A. K. dopiero niedawno poszła się wieszać i jeszcze szuka odpowiednich drzew. W końcu jednak padł sygnał do startu. 
Na początek rozpracowaliśmy owieczkę startową - lekko, łatwo i przyjemnie - akurat na miarę moich możliwości. Przy PK 12 spotkaliśmy Leśne Dziady i pewnie poszlibyśmy dalej razem, gdyby nie ciągoty T. do biegu. Dziady takich ciągot nie mają i woleli jednak trasę pokonać marszem. 
Dwudziestka i trzydziestka jedynka były wredne względem siebie - rzut beretem w prostej linii, a na tej linii nieprzekraczalne ogrodzenie. Wymyślając w duchu pomysłodawcy takiego ustawienia punktów pobiegłam z wywieszonym jęzorem za oddalającym się T. U celu kręcił się już S. O. Ponieważ T. chwilowo przeszło bieganie, połączyliśmy siły i dalej ruszyliśmy we trójkę. Miało to tę zaletę, że S. znał teren, więc z mapami można było trochę wyluzować. Wszystko było pięknie za wyjątkiem lampionów wiszących nie tam gdzie trzeba, albo nie wiszących wcale. Z sympatii dla początkującej wieszaczki nie wpisywaliśmy bepeków, tylko brali, co stało najbliżej.  W końcu każdemu może się ręka omsknąć te kilkanaście metrów.
Po rozpracowaniu kolejnej owieczki przespacerowaliśmy się po szyi smoka i w drodze do owieczki pełnej lasu oddzieliliśmy się od S. Bo ja to się boję tak przebiegać byle gdzie przez szeroką ulicę z torami, a on się  nie bał:-) W związku z moim parciem w stronę zebry, do lasku nadeszliśmy z najmniej korzystnej strony, ale i tak sobie poradziliśmy. T. znowu dostał biegowego amoku, a ja znowu co kilkadziesiąt metrów umierałam.
Trochę pobłądziliśmy wracając na metę, bo w biegu odległości jakieś inne się robią, a do tego T. zaczęło się zupełnie mieszać skąd przyszliśmy i dokąd mamy iść. Na ogół wprowadzanie elementu dezorientacji to moja rola, ale tym razem jakoś wyszło na odwrót.
Wciąż brakowało nam punktów do wymaganych czterdziestu czterech, ale mieliśmy jeszcze w zapasie jakieś przy mecie. Trzeba było tylko po nie pójść. Zdecydowanie odmówiłam współpracy i ostentacyjnie słaniając się na nogach ruszyłam w stronę mety. T. oczywiście nie odpuścił i pobiegł po nie. Zanim wrócił ja już zdążyłam zregenerować nadwątlone siły kawałem ciasta, co to nawet nie powinnam na nie patrzyć, a co dopiero jeść.
Jak mi doniesiono dzisiaj, kilku osobom udało się pokonać smoka, mamy więc spokój z bestią.

Ciemna noc w lesie i basenie.

Wyników dziennych etapów nie doczekaliśmy się, ale przynajmniej pojawiły się listy startowe nocnego. Tym razem mieliśmy jechać pierwszym autobusem i to było pocieszające. Gdzieś tam przed nami miał iść T. z T. D. , a parę osób po nas B. S. i D. W.
Zamiast mapy dostaliśmy tylko breloczek z fajnymi przypinkami. Czyżby klucze do lasu????
Bardzo wzruszyłam się na widok mojego "ulubionego" lidaru na etapie nocnym, bo to zawsze obiecuje dobrą zabawę, a już na pewno długi pobyt w lesie. Pięć jajowatych wycinków ze szczątkami treści też nie wyglądało obiecująco.  A tak poza wszystkim to boję się nocą chodzić do lasu, o!
W zasadzie w zasięgu moich możliwości były tylko punkty H i G, czyli te najbliżej mety. I mnie w zasadzie to by już satysfakcjonowało, no ale nie szłam sama i D. też miał coś do powiedzenia.
Zaczęliśmy więc od tych najłatwiejszych. Co prawda D. usiłował zaciągnąć mnie w inną część lasu, ale twardo obstawałam przy swoim. Z pomocą lupy (dwie ślepoty nad mapą) udowodniłam, że moja ścieżka jest lepsza i przynajmniej początek mieliśmy z głowy. Z braku pomysłów dalszą inicjatywę oddałam D. Pogapił się w wycinki, poprzykładał lusterko i zarządził gdzie idziemy. Niestety, nie był to jedyny słuszny kierunek i po bezowocnych poszukiwaniach wróciliśmy do punktu wyjścia. Kolejna koncepcja okazała się już słuszniejsza i wreszcie zaczęliśmy znajdować jakieś lampiony.
Założyliśmy, że idziemy drogą i bacznie rozglądamy się po okolicy. Jak wiadomo nocą rozglądanie się po ciemnym lesie jest niezwykle efektywne i na ogół widzieliśmy wielkie NIC. Mimo to D. twierdził (w odróżnieniu ode mnie), że wie gdzie jesteśmy i w zasadzie nie miałam podstaw żeby mu nie wierzyć. Mało tego, nawet udawałam, że ja też wiem. Zawzięcie patrzyłam w wycinki i robiłam mądre miny. Kiedy tylko znaleźliśmy jakiś lampion ze wszystkich sił staraliśmy się go dopasować do swoich potrzeb i tym sposobem udało nam się nazbierać masę stowarzyszy, a nawet i mylniaka. W końcu uznaliśmy, że najwyższa pora zacząć zbliżać się do mety. Oczywiście zrobiliśmy to strategicznie i zgodnie z ogólnym planem ułożenia wycinków. A przynajmniej tak się nam wydawało. Co chwilę spotykaliśmy inne ekipy,
a przynajmniej migały nam światła latarek, więc byliśmy chociaż pewni, że wciąż jesteśmy na terenie zawodów:-) Już pod koniec natknęliśmy się na T., nie wiedzieć czemu samego. Pewnie jakąś pojedynczą strategię obrali. Udało się wyszarpnąć trochę informacji i do naszych zbiorów dołożyliśmy dwa punkciki.
Na mecie D. miał już dość i wrócił do bazy najbliższym autobusem, ja zostałam czekać na T. i resztę.
Kolejny autobus miał odjechać dopiero jak wszyscy wrócą z lasu. Czas oczekiwania spędziłam na napychaniu się pieczonymi nad ogniskiem kaloriami i tym sposobem odchudzający aspekt łażenia po lesie poszedł w krzaki.
W końcu wróciliśmy do bazy. Marzyłam jedynie o położeniu się, a tu jeszcze czekało nas InO w basenie. Słyszałam o nim już tyle opowieści, że choćby na rzęsach, ale musiałam iść zobaczyć na własne oczy to dziwo. Nawet planowałam wziąć w nim udział. Na robienie wyniku się nie nastawiałam bo po pierwsze nie umiem pływać, a jedynie nie tonę od razu, tylko po chwili, po drugie nie wsadzam głowy pod wodę, bo zazwyczaj kończy się to zapaleniem ucha, po trzecie nie miałam okularów podwodnych, a maska, którą pożyczył mi D. W. usiłowała mnie udusić i musiałam natychmiast zerwać ją z głowy. Czaiłam się więc na brzegu basenu i kombinowałam jak by tu zdobyć chociaż jeden, zaliczający imprezę punkt. Wreszcie powiedziałam sobie - raz kozie śmierć! Wlazłam do wody (w płytkiej części basenu oczywiście) i trzymając się czego się dało podeszłam do lampionu zatopionego na dnie. Kod dało się przeczytać z powierzchni. Byłam uratowana! Bohatersko dotarłam do jeszcze dwóch punktów i mimo zapasu czasu podziękowałam za dalszą współpracę. Nie żeby mi się nie podobało, bo było super, ale stres był już ponad moje siły. Jeszcze chwilę posiedziałam mocząc nogi w wodzie i kibicując T., przepłynęłam kawałeczek na nielegalu (bo osoby niestartujące nie powinny przebywać w wodzie) i koniec zabawy. Wreszcie pora na sen.

Zakończenie całej imprezy miało mieć miejsce o barbarzyńskiej ósmej rano następnego dnia. Jakoś wstaliśmy, ale większość osób zgromadzonych  na sali wyglądała jak zombi.
Nasza drużyna zajęła siódme miejsce w Polsce! Tego się trzymamy i nie dodajemy, że na siedem drużyn:-) Za to nasza przedstawicielka  dostała medal w kategorii TF, więc nie można powiedzieć, że wracamy na tarczy, nieprawdaż?
Bierzemy się ostro do roboty i za rok wskakujemy na pudło! A nowosarzyńskie imprezy dopisuję sobie do obowiązkowego kalendarza, bo są super!

wtorek, 22 września 2015

DMP - międzyetapie

W tym miejscu chciałabym złożyć podziękowania specjalistom ds. żywienia na DMP:
- za bułkę z serem i wędliną (a nie drożdżówkę czy słodycze) na śródmeciu - moja wdzięczność będzie Was ścigać po okolicznych łąkach i wzgórzach do śmierci mojej lub Waszej - tego mi było trzeba po pierwszym etapie;
- za zupę pomidorową, bo lubię i za ziemniaki, bo za ryżem nie przepadam i tylko mam prośbę na przyszłość - mięso krójcie w poprzek włókien, bo łatwiej pogryźć.

No to, jak się łatwo domyślić, po powrocie do bazy był obiad. Nawet nie dali nam się umyć i przebrać, ba - nawet zdjąć brudnych butów - tylko od razu zagonili na stołówkę. Czyżby bali się, że im połowa ekip wymrze z głodu przed etapem nocnym??
Po obiedzie tylko zdążyłam zdjąć buty, wziąć do ręki ręcznik, a tu już kolejne atrakcje. A pal licho mycie! Wszyscy śmierdzą, to i ja mogę.
Okazało się, że z tym obiadem poganiali, bo stołówka potrzebna na InO Memory. Dla odróżnienia od nieInO Memory, to nie miało na obrazkach kotków, piesków, ptaszków itp., tylko fragmenty map. Nie jest to raczej gra dla sklerotyków, ale jak wszyscy, to wszyscy - babcia też! W pierwszej rundzie B. S. pozwoliła mi wygrać, w drugiej pozwolił D. W. (może myśleli, że to moja ostatnia okazja, bo z racji wieku mogę nie dożyć kolejnej edycji), a w trzeciej trafiłam na przeciwnika z konkurencyjnej drużyny i on mi już nie dał wygrać. Trudno nie miał, bo nawet nie starałam się zapamiętać obrazków, pominąwszy już fakt, że bez okularów widziałam piąte przez dziesiąte. Zresztą nie było co przeciągać zabawy, bo zbliżał się wyjazd na etap nocny, a ja jeszcze nie zdążyłam odpocząć w pozycji horyzontalnej. Poza tym czekaliśmy na wyniki etapów dziennych i trzeba było pilnować tablicy ogłoszeń. Tak pilnowaliśmy i pilnowaliśmy i ...

c. d. n.

DMP - drewniany etap

Etap drugi musiał być sponsorowany przez jakiś tartak, bo mapy dostaliśmy na bukowych klockach. Wzruszył mnie szczególnie lidar, z którym mam zasadniczo na pieńku. Pi razy drzwi ustaliliśmy gdzie będzie większość punktów, tylko szóstka i siódemka raz pasowały nam w kilka miejsc, a za chwilę nie pasowały nigdzie.
Skalę wymierzaliśmy sobie w drodze na jedynkę, a potem jeszcze ze dwa razy i za każdym razem wychodziła jakaś inna, aczkolwiek w pewnym ograniczonym zakresie. Ja to się ostatnio coś rozkalibrowałam ze swoimi dwukrokami i chyba muszę się oddać do jakiegoś laboratorium wzorcującego. Na szczęście mam takie w pracy.
W okolicach jedynki znaleźliśmy mnóstwo pipantów, a na każdym lampion. Nie mając jeszcze świadomości ich ilości, wybraliśmy jeden, co to nam się wydawało, że stoi w najwyższym miejscu. Po chwili okazało się, że może jednak ten kolejny stoi wyżej i tym sposobem zmieniliśmy jednego stowarzysza na drugiego. Ruszyliśmy szukać czwórki, bo mieliśmy co do niej pewne podejrzenia. Szliśmy grzbietem i mijali te setki lampionów. W końcu nas tknęło, że gdzieś tu może być piątka. Potwierdziła to napotkana ekipa wspinająca się na wzniesienie ze ścieżki. Coś tam więc wybraliśmy do roli piątki i poszli dalej. Nagle D. stanął jak wryty i podniósł lament, że zgubił okulary.
- Te co masz na nosie? - zainteresowałam się życzliwie. No bo w końcu jeśli miałam szukać, to musiałam wiedzieć jak wyglądają, prawda?
D. obmacał sobie twarzoczaszkę i odetchnął z ulgą.
- Te!
Uspokojeni, że nie musimy się wracać, ruszyliśmy dalej. Czwórkę zaliczyliśmy równie nieortodoksyjnie jak poprzednie punkty, czyli:
- Może być ten? Pasuje?
- Może być. Bierz go.
Dwójka miała stać na niewiadomoczym. Ponieważ i ja i D. jesteśmy ślepoty, najpierw uznaliśmy, że stoi w szczerym polu, potem wypatrzyliśmy jakieś ledwo rysujące się kółeczka, co to mogły być zarówno dołkami, jak i górkami. Napotkana lokalna ekipa pomogła nam czesać teren i w końcu znaleźliśmy jakieś dwie dziury w ziemi ozdobione lampionami. Nasi współczesacze poszli szukać ósemki, a my postanowiliśmy sprawdzić tysiąc trzysta siedemdziesiątą pierwszą koncepcję, gdzie może być umiejscowiony lidar. A żeby się zbytnio nie przemęczyć, koncepcji planowaliśmy wypatrywać z drogi, co to szła prosto jak strzała w stronę mety. Kiedy dotarliśmy do Gaj. Kozi Borek i trójki, koncepcja upadła. Zgarnąwszy trójkę postanowiliśmy wrócić do planu pierwotnego, czyli znaleźć ósemkę. Od trójki przecinką na północ, lasek, krzaki i otwarta przestrzeń ze wzniesieniem. Wizualnie pasowało. Niestety, wzgórze nie było zwieńczone lampionem:-(. Trochę poczesaliśmy, ale bez większego przekonania.
Nie ma, to trudno - idziemy dalej. Dziewięć, dziesięć i jedenaście były dość jednoznaczne.Niestety, z punktu na punkt nie prowadziły żadne ścieżki. Musiałam więc wykorzystać ugruntowaną na lampionadzie umiejętność posługiwania się kompasem. D. trochę sceptycznie patrzył na moje kombinacje z tym sprzętem, ale  jakieś lampiony znaleźliśmy w wytypowanych przeze mnie miejscach.
D. stworzył kolejną koncepcje dotyczącą lidaru.
- To musi być gdzieś tutaj - przekonywał.
Jego podejrzenia potwierdził T., który zaniepokojony naszą długą nieobecnością na mecie dopytywał telefonicznie gdzie jesteśmy.
Wróciliśmy więc po szóstkę i siódemkę i nawet jeszcze zmieściliśmy się w lekkich minutach. Z lasu wyszliśmy jako przedostatnia ekipa.


c. d. n.