Na starcie czekał już mój partner i zaraz po przemówieniach organizatorów pobraliśmy mapy i wystartowali żeby nie marznąć stojąc.


Drugi etap już był bardziej wymagający, bo wyglądało, że trzeba będzie nawet użyć kompasu. Po raz pierwszy w inockiej karierze natrafiłam na mapę z obszarem obowiązkowego przebycia. Co prawda autor tak tego nie nazwał, ale o to chodziło. Musieliśmy znaleźć trzy PK na starym cmentarzu, uważając przy tym żeby nie wpaść do jakiegoś grobu, czy innej dziury. Pierwsza trudność pojawiła się przy PK 10 i 11, bo nie mieliśmy wrysowanej żadnej ścieżki, jedynie rzeźbę. Darek chciał lecieć drogami mocno dookoła, ale udało mi się go przekonać do pójścia na azymut. Trochę był sceptyczny, ale okazało się, że decyzja była dobra, punkty znaleźliśmy, a zaoszczędziliśmy sobie łażenia. Na koniec mało nie władowaliśmy się na stowarzyszoną LOP-kę, ale po paru krokach zorientowaliśmy się co jest grane.
Wydaje nam się, że oba etapy przeszliśmy bezbłędnie, ale kto to wie na pewno? Nóż, widelec były jakieś podpuchy?
Z mety zadzwoniłam do Tomka żeby zorientować się ile będę na niego czekać i czego się dowiedziałam???? Dopiero przymierzał się do wyjścia na drugi etap!! A ja nawet nie miałam kluczyków do samochodu, żeby sobie wygodnie siąść, czy nawet się położyć. Czekałam więc chwilami mniej, chwilami bardziej cierpliwie - niczym Penelopa, wychodziłam na rozstaje dróg, skąd nadchodzili inni powracający uczestnicy i powstrzymywałam się od dzwonienia z pytaniem czy daleko jeszcze.

No i dlatego, między innymi, wciąż chodzę na TU :-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz