Po tych wszystkich treningach i prologach nadszedł wreszcie czas na najważniejszą część zawodów. W sobotę rano zaczynały się etapy liczone do klasyfikacji generalnej. Minuta zerowa o godz. 10.00. Tomek startował zaraz na początku, ja jakieś pół godziny po nim. Ponieważ dojścia było aż 1300 metrów, to bałam się, że już to mnie załatwi, zwłaszcza, że było gorąco i do tego byłam niewyspana po nocnym bieganiu i emocjach po nim niepozwalających mi zasnąć. No i na śniadanie bałam się spóźnić, więc spałam czujnie:-)
Etap niby krótki, bo niecałe 3 km, ale za to z dużymi przewyższeniami, czyli tym, co mnie najbardziej boli. Na start szłam sama, bo nie chciało mi się w lesie sterczeć pół godziny i wolałam posiedzieć w bazie.
Już od boksu startowego zaczęło się źle, bo pod górę. A tu jeszcze w biegu trzeba mapę przeczytać, znaleźć trójkącik i podjąć decyzję jaką strategię obrać. Oczywiście odruchowo wybrałam azymut i od lampionu startowego zamiast kawałek pobiec drogą, jak wszyscy inni, ja oczywiście wlazłam w krzaki i przedzierałam się obok ścieżki. Niby dużo tego nie było, ale żeby tak głupio zaczynać... Na szczęście pomimo głupiego początku, na jedynkę trafiłam bez problemu, za to zasapana, bo pod górę. Dwójka luzik, bo ciut w dół, a trójka to pierwszy punkt skałkowy. Znowu pod górę, ale nawigacyjnie łatwo. Skałka nieduża, to łatwo trafić, bo w tych dużych to często mam problemy. Za to głupio próbowałam od niego odejść, bo w przeciwnym kierunku niż następny punkt. Ale kiedy już to ogarnęłam, wpadłam na genialny (jak na mnie) pomysł, żeby na czwórkę nie iść azymutem przez szczyt, tylko poziomnicą i zaoszczędzić sobie wspinaczki. Jaka ja byłam dumna z tego pomysłu:-)
Do piątki dałam radę, a spod niej lawirowałam między skałkami i jakimś takim dziwnym zawijasem wychodziłam. Ale nie zgubiłam się. Szóstka stała już pośród dużych skał i nie udało mi się wbić "na skróty", tylko obeszłam naokoło, a i odchodziłam w kierunku odwrotnym od zamierzonego, ale ukształtowanie terenu jakoś nie zachęciło mnie to pójścia po prostej. Przy szóstce spotkałam Becię. Trochę mnie to zaniepokoiło, bo startowała kilka minut po mnie, a ona do biegania niewyrywna, więc znaczyło to ni mniej, ni więcej, że ja wlokę się niemiłosiernie. Tak mnie te kombinacje z wchodzeniem i wychodzeniem z szóstki zmęczyły, że zaczęłam bezmyślnie iść za Becią, nawet już nie patrząc za bardzo w mapę. Od siódemki to już oficjalnie szłyśmy razem. Ósemka na szczęście była w dół, nawet bym powiedziała, że niepotrzebnie tak ostro w dół, bo niewygodnie się schodzi, ale i tak wolę to niż odwrotnie. Na dziewiątkę nie trafiłyśmy przeze mnie. Zamiast lekko wspinać się między skałkami, ja luzacko prowadziłam coraz niżej i niżej, bo tak mi było wygodnie. Becia coś tam próbowała protestować, ale zanim przyznałam jej rację już było po ptakach i wylądowałyśmy na ścieżce kawałek za punktem. Tam dopytałyśmy się, gdzie ta dziewiątka, chociaż i tak byśmy się namierzyły. Ale fajnie mieć potwierdzenie, że punkt jest i czeka na nas. Wracałam do tej dziewiątki niemal ze łzami w oczach, bo już nie miałam siły.
Od dziewiątki to już ciągnęłam na rezerwie i ledwie dolazłam na dziesiątkę. Na szczęście do jedenastki już było w dół. Przy jedenastce na odejściu robiłam jakieś dziwne manewry, chyba ze zmęczenia, bo nie widzę i nie pamiętam żadnego innego powodu. Z jedenastki to kawałek biegłyśmy nawet asfaltem, żeby potem wdrapać się na ostatnią górkę do PK 12. Dobrze, że ostatnia, ale wolałabym żeby jej w ogóle nie było. Jeszcze tylko trzynastka i wyznakowany dobieg do mety. Wykrzesałam resztkę sił, żeby efektownie wbiec na metę, ale i tak miałam świadomość, że etap poszedł słabo.
Faktycznie wygląda jak bym biegła.
Moja trasa.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz