Na regenerację po pierwszym etapie nie było zbyt dużo czasu, bo drugi odbywał się już o 16-tej tego samego dnia. Zresztą nawet nie bardzo było gdzie regenerować, bo nie wracaliśmy na kwaterę, więc najwyżej mogliśmy sobie posiedzieć na krzesełkach. Obiad mieliśmy zamówiony, więc przynajmniej z tym nie było kłopotu.
Start miał być z tego samego miejsca co rano, czyli znowu ponad kilometr dojścia. Ponieważ w tym etapie nie startowaliśmy w dużym odstępie czasu od siebie, mogliśmy na start pójść razem. I całe szczęście, bo Tomek niemal mnie tam zaciągnął, bo tak nie miałam siły iść. Dosłownie robiło mi się słabo i jakoś nie wyobrażałam sobie startu. Z tej niemocy o przygotowaniu i włączeniu zegarka przypomniałam sobie pięć sekund przed ruszeniem z boksu i o dziwo zegarek zdążył się uruchomić jeszcze przed lampionem startowym. Chyba się zorientował, że bardzo mi zależy.
W sumie to nawet dobrze, że ruszyłam taka zmarnowana, bo nie kombinowałam z azymutem, tylko po bożemu pobiegłam (czy raczej poszłam) drogą. Dopiero pod koniec, kiedy trzeba było wspiąć się na zbocze do skałki, zeszłam w las. Ledwo wlazłam na tę jedynkę i całe szczęście, że dwójka była blisko i mniej więcej na tym samym poziomie. Dwójka fajna, bo w jaskini - malutkiej, ale zawsze. I przy jedynce i przy dwójce było sporo osób, więc trochę naprowadziły mnie na właściwe miejsce, No ale przecież nie będę oczu zamykać na widok innych uczestników, c'nie?
Za trójką niemal oczy przecierałam ze zdumienia, bo przed sobą zobaczyłam najpierw Becię, a potem, w okolicach czwórki, Ulę, które startowały przede mną. No, ale jak to? To ja ledwo żywa, leząca krok za krokiem doganiam konkurencję? Coś tu chyba nie halo! Ale skoro los dał taki prezent, to grzech nie brać:-) I żeby nie było - z dwójki co prawda najpierw było w dół, ale potem znowu trzeba było się wspinać pod górę, więc łatwo z tym doganianiem nie miałam.
Od czwórki leciałyśmy we trzy, po drodze kombinując jak ominąć teren zakreskowany jako zakazany, a nie obiec przy tym całego województwa. Znalazłyśmy sobie mały przesmyczek i pognały. To znaczy Ula pognała, ja usiłowałam nie stracić jej z oczu, a Becia z mniejszą niż moja desperacją, podążała za nami.
Piątkę wzięłyśmy niemal w biegu, bo przy drodze, a potem tą drogą na szóstkę. Z drogi po pewnym czasie należało skręcić w ścieżkę, która doprowadzała niemal na punkt. Trafiłam na ścieżkę, w którą wbiegała większość zawodników przede mną, ale widziałam, że Ula pobiegła dalej. Co robić? Komu zaufać? Ponieważ zawsze zachęcam samą siebie do korzystania z własnego rozumu, postanowiłam nie lecieć za Ulą, tylko zobaczyć co z tą ścieżką. Razem ze mną skręciła tam też Bożenka z K65 i tak od słowa do słowa wyszło mi, że to jednak nie jest właściwa ścieżka, a w ogóle to nie ma jej na mapie, bo dopiero przed chwilą została wydeptana. Ale za to była ambona, z której mogłam się namierzyć. Darłam z niej ile sił w nogach, bo mi się gen rywalizacji nagle włączył i koniecznie chciałam dogonić Ulę. Zupełnie zapomniałam, że to mało realne. Do tego chwilę mi zeszło zanim trafiłam na tę szóstkę, bo wcale nie poszło od pierwszego kopa.
Do siódemki biegłam, mimo że pod górę i zupełnie zapomniałam, że nie mam już sił. Ósemka trochę mnie spowolniła, bo obrałam bzdurny wariant, przez pola pokrzyw i jeżyn. Co chwilę jakiś pęd łapał mnie za nogi, a ręce miałam poparzone od pokrzyw mojej wysokości. No, nieźle się wpakowałam. Na mapie nie wyglądało to tak źle, jak w terenie i to mnie troszeczkę usprawiedliwia. Ale niewiele. Ósemka była ostatnim punktem skałkowym i ostatnim z tych bardziej wyczynowych.
Do dziewiątki na azymut, przez szczyt, na drugą stronę góry. A po drodze pod nogami poziomki. Aż żal było biec dalej. Ostatnie dwa punkty to już łatwe, obiegane i bez historii i na koniec meta.
Jeszcze kogoś wyprzedzić!
Wyniki etapu nieco mnie zaskoczyły, ale pozytywnie. Zajęłam, drugie miejsce za Ulą (czyli słusznie usiłowałam ją gonić), a dwie konkurentki zaliczyły nkl, co wyeliminowało je z klasyfikacji generalnej. No to w sumie taka ostatnia nie będę na tym Wawelu:-)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz