piątek, 24 lipca 2026

Wawel Cup - etap 3, czyli bieg o trzecie miejsce.

Po dwóch etapach zajmowałam trzecie miejsce w swojej kategorii i w tej sytuacji etap trzeci stawał się decydujący - albo utrzymam pozycję, albo będzie jak zwykle. 
Etap trzeci choć dość długi, bo prawie 4 km, miał zaledwie 7 punktów. Czyli wszystko miało rozegrać się raczej w temacie kondycji niż nawigacji. Choć z drugiej strony, na dłuższych odległościach łatwiej pobłądzić. Tak czy siak, musiałam się spiąć, lecieć szybko i uważnie. Nie wiadomo było, czy padający od rana deszcz będzie dla mnie ułatwieniem (bo schłodzi), czy raczej utrudnieniem (bo ślisko i nieprzyjemnie). Jedno było pewne - biec trzeba.
Po raz pierwszy to ja startowałam przed Tomkiem, a ponieważ Tomek sporo później, więc na start szłam sama. Ale przynajmniej tym razem było bliżej. Przed wyjściem nie mogłam się zdecydować co na siebie włożyć (bo zimno), a przed boksem startowym, co z siebie zdjąć (bo przy bieganiu się zgrzeję). Ostatecznie zostawiłam wszystkie nadmiarowe warstwy, żeby mieć motywację do szybszych ruchów:-) 
Po poprzednich etapach pamiętałam już, że drogi i ścieżki są bardzo użyteczne, więc nie kombinowałam z azymutem i na jedynkę ruszyłam drogą. Oczywiście ostatni fragment już musiałam lasem. Mimo że przestało padać, las był mokry i już po kilku metrach można mnie było wyżymać. Ale przynajmniej się nie spociłam.
Do dwójki ruszyłam już azymutem. Niby potem można było wstrzelić się w ścieżkę i obiec, ale wydawało mi się coś za dużo tego obiegania. Bałam się tylko, czy na takiej odległości nie zgubię azymutu, a tymczasem wyszłam idealnie na punkt, lepiej niż na jedynkę. Po dwójce znowu kawałek ścieżką. Mogłam dalej, ale pomyślałam: a pitolę ścieżki! Lecę na przełaj! I tak zrobiłam. Może to i głupie było, ale skuteczne, bo znowu wyszłam dobrze. To znaczy dobrze na skałki, a w nich jeszcze trzeba było znaleźć właściwą. Na szczęście zadanie okazało się łatwe.
Czwórka to kolejna grupa skałek, litościwie nie na szczycie góry, tylko niemal u podnóża i w sumie przelot z trójki na czwórkę był całkiem w porządku.  
 
Gdzieś na trasie ustrzelił mnie "służbowy" fotograf.

Żeby nie było za lekko, to piątka już niemal na szczycie góry. Tę górę to zdobywałam i na poprzednim  etapie, tam gdzie te pokrzywy i jeżyny. Znowu władowałam się w to samo, ale tam chyba nie da się inaczej. Najbardziej bałam się, że to przedzieranie się bardzo mnie spowolni, bo poparzenie, rany kłute i szarpane to w sumie pestka. Tym razem samotna skałka była po drugiej stronie góry, chyba żeby nam się nie znudziło.
Po piątce to już właściwie luzik, bo po pierwsze z górki, a po drugie szóstka i siódemka tuż przy mecie, więc nawet nie ma ich co liczyć. Aczkolwiek znaleźć i podbić nie zawadzi:-) Przed szóstką, tak dla treningu przedarłam się przez ciemnozielone, chociaż kończyło się kawałeczek dalej i można było obejść. Ja już sama nie wiem co mam z tym ładowaniem się, tam gdzie najtrudniej. Jakoś samo mnie przyciąga i zanim się zorientuję, tkwię po uszy w krzakach.
Na mecie tym razem nikt na mnie nie czekał, więc ja poczekałam na Tomka, ale dopiero po ogarnięciu się i chwili odpoczynku.

Tomek na mecie.

Moje konkurentki ułatwiły mi zadanie utrzymania trzeciego miejsca, bo jedna złapała nkl, a druga w ogóle nie wystartowała. Fajniej byłoby wygrać w pełnej obsadzie, ale czy wtedy by się w ogóle udało? Skoro utrzymałam pozycję, to oczywiście musieliśmy zostać na dekoracji.  Zresztą Karolina (nasza współpasażerka w drodze powrotnej) wygrała swoją kategorię, więc tym bardziej musieliśmy zostać.

Na podium  

Tak sobie myślę, że jak by tak następnym razem wziąć udział tylko w etapach liczonych do klasyfikacji generalnej, to miałabym więcej sił w rezerwie, czyli większe szanse na dobry wynik. Boję się tylko, że potem bardzo bym żałowała tych nieprzebiegniętych treningów i etapów. I bądź tu mądry...

Moja trasa.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz