Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 25 km. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 25 km. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 sierpnia 2017

25 to za mało?

Nie da się ukryć - wciągnęło mnie. Znaczy ta wielokilometrowa orientacja. Dlatego Orientiady już się nie mogłam doczekać. Oczywiście zapisałam się na 25 km, a Tomek tradycyjnie na 50. Ponieważ zawody miały być dość blisko domu, więc pojechaliśmy dopiero w sobotę rano, wychodząc z założenia, że lepiej jak we własnym łóżku, to się nie wyśpimy. Co prawda trochę szkoda tej piątkowej atmosfery, co to zawsze taka specyficzna przed zawodami, ale trudno.
Tym razem nie szłam z Krzysztofem, tylko z Kingą, z którą już jakiś czas temu ustalałyśmy, że kiedyś spróbujemy razem. No i nadarzyła się okazja. Podejrzewam, że Krzysztof naszą inicjatywę przyjął z ulgą, bo wreszcie trafiła mu się okazja rozwinięcia całej prędkości, bez hamulcowego za plecami. Ja go co prawda już na poprzednich zawodach namawiałam, żeby poszedł w swoim tempie, ale najwyraźniej ma jakiś imperatyw moralny, żeby się mną opiekować.

Fotka ze strony Organizatora.

Moja trasa ruszała o dziesiątej. Najpierw cyknęli nam grupową fotkę, a potem rozdali mapy żebyśmy mogli opracować wariant przejścia. W sumie nie było nad czym dumać, bo były tylko dwie logiczne możliwości, ale my - jak to kobiety - do ostatniej chwili nie byłyśmy stuprocentowo zdecydowane. W końcu postanowiłyśmy zacząć od "miasta", tylko dlatego, że Kinga wiedziała jak najłatwiej dostać się za tory. Znaczy się - znała drogę. Po odliczeniu: 5, 4, 3, 2, 1 wszyscy ruszyli biegiem, a my statecznym, acz zdecydowanym marszem. Od razu było widać, kto wybrał jaki wariant i kto jaki jest szybki. Po minucie od startu za nami został tylko ojciec z synem (Wito i Michał, jak się potem okazało), a reszta pognała przodem.
Już na pierwszym punkcie nastąpiła lekka konsternacja. W opisie było "płd strona GCK w Mrozach" i Mrozy owszem były, GCK było, południowa strona też - brakowało jedynie lampionu. Na wszelki wypadek obeszłyśmy budynek dookoła, ale lampionu ani śladu. I co się okazało? Był nie na południowej stronie budynku, tylko na południe od budynku - po drugiej stronie ulicy. Niby mała różnica, a jaka duża.
Do PK 2 poszliśmy już we czwórkę, bo podczas krążenia przy GCK dołączyli do nas Wito z Michałem. Tak po drodze zastanawiałyśmy się, czy łatwo znajdziemy dół z lampionem, chociaż z opisu wynikało, że raczej trudno będzie go przegapić przy rozmiarze 20x20 metrów. Dół rzeczywiście wzbudził nasz szacunek i respekt. Respekt, to szczególnie przy próbie zejścia na dół. Ja od razu przykucnęłam i lekkim dupozjazdem pomknęłam w dół, Kinga biegała dookoła szukając łagodnego zejścia, chłopaki jakoś sobie poradzili. Przy lampionie leżały obiecane przez Organizatora butle z wodą, ale jako, że to początek trasy, skorzystaliśmy bardzo oszczędnie. Na górę oczywiście wspięłam się po najbardziej stromej ścianie dołu, bo co sobie będę zawracać głowę wygodniejszym, ale dalszym wyjściem.
Do drogi wiodącej na PK 6 musieliśmy dojść na azymut. Chłopaki poszli przodem, ja poustawiałam sobie w kompasie co trzeba i uszłam może kilkanaście metrów, kiedy zatrzymał mnie okrzyk Kingi:
- Zgubiłam kartę startową!
Po czym zrobiła w tył zwrot i zniknęła w dole. Dobrze, że od razu się zorientowała. Nie wiem co to jest, że każdy kto ze mną idzie, gubi kartę startową. Naprawdę nie mam z tym nic wspólnego, ale w sumie jako urozmaicenie na trasie oraz temat do relacji to nawet całkiem fajne. Dlatego spokojnie czekałam na skraju największych chaszczy aż Kinga dołączy do mnie i nie miałam jej za złe.
Nad PK 6 zastanawiałyśmy się już na starcie - po co pisać, że lampion jest na południowej stronie ogrodzenia kapliczki, jak przecież kapliczkę można całą (wraz z ogrodzeniem) objąć jednym rzutem oka. Na miejscu okazało się, że wcale nie chodziło o kapliczkę, tylko o KAPLICĘ z hektarem terenu dookoła i faktycznie podpowiedź z której strony szukać miała sens.
Przy "kapliczce" dogoniłyśmy Michała z Witem, bo chociaż nie biegałyśmy, to tempo miałyśmy zacne. Tego tempa to się nauczyłam chodząc z Krzysztofem i ku przerażeniu Kingi parłam naprzód niczym Korzeniowski na olimpiadzie (ktoś go jeszcze pamięta?).
Do PK 4 prowadziły porządne drogi - chwilami aż za porządne, bo chodzenie po asfalcie nie jest naszym ulubionym sportem. Prułam więc niczym mały samochodzik, za mną bohatersko nadążała Kinga i Michał, a Wito z obłędem w oczach usiłował nie stracić nas z oczu.
Lampion umieszczony był wrednie - po tej stronie strumyka gdzie rosły największe pokrzywy. Być może Organizator podwiesił go wyżej i bardziej w zasięgu ręki, ale kiedy my tam dotarliśmy, leżał sponiewierany prawie w strumyku i trzeba było do niego zejść na dół. Oczywiście byłam pierwszą wyrywną do tych pokrzyw, bo wciąż w pamięci miałam słowa Marcina: liczę na fajna relację. Ale wiadomo, żeby była fajna relacja, to coś musi się dziać. Uznałam że jedno zgubienie karty startowej nie załatwia sprawy, więc może chociaż te pokrzywy podratują sytuację. Tyle tylko, że pokrzywy nie robią na mnie większego wrażenia (nawet jak są wyższe ode mnie) i zejście nad rzeczkę w sumie nie było żadnym wyzwaniem.
Do siódemki teoretycznie planowaliśmy iść najpierw ścieżką, potem kawałek na azymut, potem drogą i znowu ścieżką. Ale planuj tu sobie człowieku jak ścieżki takie niewyraźne, że łatwo je zgubić. W końcu zgubiłyśmy i ścieżkę i chłopaków, co bynajmniej nie znaczy, że zgubiłyśmy się. Po prostu poszłyśmy więcej na azymut niż było w planach. Chłopaków też znalazłyśmy jeszcze kawałek przed punktem. Podobno zamiast po zaroślach poszli drogą. My tam na łatwiznę nie idziemy.
Na siódemce zrobiliśmy krótki postój żywieniowo-poidłowy, a i mapę trzeba było ogarnąć, bo istotne było po której stronie strumyka mamy iść dalej. Ja co prawda byłam gotowa w razie potrzeby iść nawet strumykiem (bo czemu nie?) ale reszta wolała bardziej suchy wariant. I tak skończyło się na tym, że Kinga wpadła jedną nogą do strumyka, a ja byłam suchuteńka niczym przysłowiowy pieprz. Zupełnie nie wiedząc czemu, obydwie, niezależnie od siebie i samodzielnie uznałyśmy granicę gminy (czy co to tam się zaznacza takim czarnym szlaczkiem) za ścieżkę. Co ważne - za ścieżkę, która podprowadzi nas w okolice PK 5. Prawda wyszła na jaw, kiedy po prawej stronie pojawiło się jezioro, a żadnej drogi przed nim nie było. Ja tradycyjnie szukałam kolejnej okazji do samozagłady i od razu chciałam przedzierać się przez bagna wyraźnie zaznaczone na mapie, ale opór pozostałych członków naszej wesołej gromadki był zbyt wielki. Hmmm, wyglądało, że wobec tego oporu będziemy musieli nadłożyć kilka kilometrów żeby obejść jezioro. Bardzo, bardzo to się nam nie podobało. W końcu któreś z nas mocniej wytężyło wzrok i zauważyło, że jezioro nie jest monolitem, tylko składa się z kawałków. I jest szansa, że pomiędzy poszczególnymi elementami da się przejść. Mi się co prawda od razu przypomniały zielonkowskie glinianki z groblami, co to nikomu bym nie życzyła chodzić po takich groblach, tak więc nie robiłam sobie na wszelki wypadek większych nadziei. Atmosfera jakby troszkę podupadła. Szliśmy, szliśmy i szliśmy, a po prawej stronie wciąż były tylko szuwary i woda za nimi. Kiedy już traciliśmy nadzieję, w końcu ukazał się przesmyk między jeziorkami. I to taki konkretny. Byliśmy uratowani. Ale żeby nie było zbyt prosto, ścieżka na którą weszliśmy za jeziorem w pewnym momencie zaczęła zakręcać w złą stronę i trzeba było dalej iść na przełaj. Tyle tylko, że drogę zastąpiły nam jakieś leje po bombach, albo może po wybieraniu piachu, kto to wie?
 Nie przechodziliśmy przez tę dziurę, chociaż była bardzo miła i przytulna.
 I znowu Kinga odwodziła mnie od samozniszczenia, bo oczywiście chciałam ciąć prosto na azymut. Pod  sosną zrobiliśmy sobie sesję fotograficzną, a tak w rzeczywistości zbieraliśmy siły przed dalszym marszem:-)
Z piątki na ósemkę droga była prosta jak drut, ale cały czas asfaltem. Darłam do przodu ile sił w nogach oglądając się tylko do tyłu czy nie gubię współtowarzyszy. Na ósemce uzupełniliśmy zapasy wody, a schodząc do głównego asfaltu spotkaliśmy Przemka na rowerze.
Na dziewiątkę planowaliśmy iść na azymut. Najpierw chcieliśmy się namierzyć od zakrętu ścieżki, ale jej nie znaleźliśmy, potem od strumyka, ale też go nie było, a potem to już doszliśmy do ścieżki, przy której (tyle, że dalej) miał stać punkt. W sumie to nawet dobrze, że nie mieliśmy się od czego namierzyć, bo las przez który planowaliśmy przejść wyglądał mocno niefajnie, a potem miały być mokradła. Mokradła co prawda i tak nas nie ominęły. W pewnym momencie droga rozmokła się szeroko i wcale, ale to wcale nie chciało mi się obchodzić wody, bo nie wiadomo było dokąd ona sięga. Nie patrząc co zrobi reszta zespołu wlazłam w środek bajorka i... poczułam miły chłód na stopach. O, tak! Tego mi było trzeba! Po chwili dotarłam do dębów i podbiłam punkt. Reszta grupy z oporami, ale przeszła przez wodę. Najwyraźniej przykład jest zaraźliwy.
 Bardzo przyjemna przeprawa.
Na dziesiątkę nie chciało nam się lecieć do większej drogi, zwłaszcza, że na mapie jak wół widniała ścieżka doprowadzająca w okolice dziesiątki. Jakoś umknęło naszej uwadze, że dookoła było pełno niebieskich znaczków standardowo oznaczających wodę - dużo wody. Ale czy to da się wszystko naraz ogarnąć? Nasza ścieżka już po kilku krokach zmieniła się w mały potoczek, ale ostatecznie i tak wszyscy mieliśmy już przemoczone buty. Szłam przodem, przezornie nie oglądałam się na resztę i udawałam, że nie słyszę krytycznych uwag dotyczących podłoża. Z każdym krokiem zawartość wody w trasie rosła. Zamiast coraz lepiej, robiło się coraz gorzej. Ja wciąż miałam nadzieje, że mokre zaraz się skończy i z uporem maniaka szłam przed siebie.  W pewnym momencie odwrót byłby już bez sensu i przynajmniej wyrzuty sumienia, że nie zawracam opuściły mnie. Do swojej wyobraźni wolałam nie dopuszczać podejrzeń, co na temat wybranej przeze mnie trasy sądzi reszta załogi. Roślinność składająca się z czegoś bardzo wysokiego, czegoś kłującego i czegoś parzącego zasłaniała mi widok na wszystko, szłam więc kierując się wyłącznie wskazaniami kompasu. Co jakiś czas pokrzykiwałam sprawdzając stan liczebny grupy, bo mimo wszystko nie chciałam nikogo potopić. Przy wysokiej temperaturze powietrza ten spacer w wodzie był w pewien sposób nawet przyjemny. No i przygoda! Wreszcie miałam swoją przygodę! Z każdej z dotychczasowych imprez Tomek wracał z opowieściami jak to utopili się tu i tam, wpadli do takiego, czy innego strumyka, a ja wciąż sucha i sucha. I czysta. W końcu swoją porcję podtopień otrzymałam z nawiązką, zwłaszcza w momencie kiedy nie widząc gdzie idę, wpadłam do jakiegoś rowu. Tak po pas. Jak to myśli w takim momencie płyną błyskawicznie. Nie, nie pomyślałam o tym, że mogę się utopić, bo przecież nie wiadomo jak dalej jest głęboko. Pierwsza myśl to inwentaryzacja plecaka - co w nim  mam takiego, czemu woda mogłaby zaszkodzić? W sumie nic takiego nie miałam, bo co ważniejsze przezornie zapakowałam w woreczki. Muszę powiedzieć, że takie zanurzenie po pas przyniosło zdecydowaną, miłą i konkretną ochłodę. Nawet kiedy w końcu udało mi się wyjść na suchy ląd wciąż było przyjemnie. Nieprzyjemna była tylko perspektywa zostania zabitą przez współuczestników mokrego przejścia. W sumie nawet nic nie miałabym na swoje usprawiedliwienie. Ale tak prawdę mówiąc moim większym zmartwieniem był fakt, że nie miałam uwiecznionych na zdjęciach tych wszystkich atrakcji. Bałam się wyciągać telefon, bo szkoda byłoby go utopić. Moi towarzysze niedoli postanowili mnie jednak nie zabijać, wychodząc z założenia, że wcale nie musieli iść za mną i była to ich samodzielna niezawisła decyzja. Poza tym - z kim przeżyliby taką fascynującą przygodę? :-))) Po podbiciu dziesiątki rozłożyliśmy się na asfalcie (Wito to nawet dosłownie) - niektórzy się posilali, pili, Kinga zmieniała skarpetki na suche. W tym momencie muszę złożyć hołd moim butom - nic, ale to nic nie robiły sobie z tego, że są przemoczone - ani nie obcierały, ani nie odparzały, ani nic. Jak zwykle troskliwie otulały moje stopy i zapewniały im pełen komfort. Te buty to był normalnie zakup życia!
Do mety pozostał nam jeszcze tylko jeden punkt. Postanowiliśmy pójść już głównymi drogami, bo limit atrakcji chyba wyczerpaliśmy do cna. Wito poddał się i postanowił dalej iść swoim, troszkę wolniejszym tempem, więc nasza trójka, mimo obolałych nóg Kingi ostro ruszyła naprzód. PK 1 był łatwy i nie dostarczył nam żadnych atrakcji, a potem już tylko pozostał powrót do bazy. Wciąż rozpierała mnie energia i właściwie miałam ochotę pobiec do bazy, ale skoro umówiłyśmy się z Kingą na wspólną wędrówkę, to nie honor byłoby teraz ją zostawić, a jej poobcierane od mokrych skarpetek nogi nie pozwalały już na żadne wyczyny.
W bazie okazało się, że łapiemy się na trzecie miejsce w kategorii kobiet, ale przewidziano tylko jedno trzecie miejsce, więc kazano nam się dogadać, która z nas je otrzyma. Kinga zrezygnowała ze swoich zaszczytów, tłumacząc się tym, że rok temu na Orientiadzie była już na podium i że to ja nadawałam tempo.  Kinga - dzięki, ale tak w rzeczywistości to trzecie miejsce jest nasze wspólne.

Puchar jest dość trudno podzielny niestety.

Na Orientiadzie doszło też do pewnego przełomu - dojrzałam do pięćdziesiątek. No bo skoro po przejściu 30 km (jak pokazał track) wciąż miałam siłę, energię i chęć iść dalej, to czemu by nie spróbować dłuższego dystansu. Że umierałam po poprzednich dwudziestkach piątkach? Szłam z Krzysztofem i tempo nadawane przez niego było dla mnie stanowczo za duże. Wystarczy ciut wolniej i MOŻE dam radę. A jak nie, to najwyżej opuszczę jakieś punkty, ale spróbować warto.

A tak wyglądała nasza trasa:

wtorek, 25 lipca 2017

Wściekle gorąca Jatka

Wyjazd na Jatkę odbył się w sposób ustalony tradycją: spotkanie pod Instytutem, TRInO i pizza. Tym razem z trin wybraliśmy Wąchock - tak żeby było śmieszniej jak może spotkamy sołtysa.

Pogoda co prawda początkowo była mało sprzyjająca zwiedzaniu, bo padało i po pierwsze punkty robiliśmy szybkie wypady z samochodu, ale prognozy mówiły, że po siedemnastej ma się przejaśnić. Postanowiliśmy więc najpierw zjeść, a potem robić resztę trasy (jak pogoda pozwoli) już pieszo.
Faktycznie przestało padać (prawie całkiem) i mogliśmy zaliczyć przyjemny spacer. Potem, w Jędrzejowie, zrobiliśmy zakupy spożywczo-rekreacyjne i pojechaliśmy już bezpośrednio do bazy.
Jak przystało na speców od orientacji, zgubiliśmy się u celu podróży i nie mogliśmy trafić do szkoły. Za to mieliśmy okazję zwiedzenia okolicy i nawet trochę rozglądaliśmy się za lampionami, żeby ewentualnie mieć łatwiej następnego dnia. Niestety, jakoś na żaden nie natrafiliśmy.
W bazie było już sporo uczestników, ale nie na tyle, żeby nie znaleźć porządnej miejscówki na sali gimnastycznej i nawet na dwa materace się załapaliśmy. Pobraliśmy nasze pakiety startowe, organizatorzy pokazali gdzie co jest i z czego można (i należy) korzystać  i tak się od razu poczułam zaopiekowana. Niby ci organizatorzy żadnych cudów nie robili, a jakoś tak biła od nich życzliwość i zaangażowanie w to, co robią. To mi tak bardzo kontrastowało z Jaszczurem, gdzie każdy radził sobie sam, pakietów nie było, a organizator sprawiał wrażenie wyluzowanego do maksimum.
Wieczór spędziliśmy na integracji i rozmowach o biegach, marszach i maratonach na orientację. Czyli bardzo fachowo i branżowo. Tak było sympatycznie, że mało nie zapomniałam pójść spać, a przecież następnego dnia trzeba było mieć siłę na długi spacer.
Sobota zapowiadała się gorąca, a przynajmniej wszystkie prognozy pogody tak straszyły. Ponieważ ja źle znoszę gorąco, a chodzenie pod górkę mnie dobija, więc od razu założyłam, że idę tylko tyle ile dam radę i ani kroku więcej. Choćby mnie organizatorzy mieli zwieźć samochodem (wiem, że obciach). Ustaliłam z Krzysztofem, że jak wymięknę to rozłączamy się i każde idzie w swoim tempie.
Start nie odbywał się z bazy, tylko jakieś dwieście metrów od niej. Najpierw odprowadziliśmy na start (ale tylko wzrokiem) naszych pięćdziesiątkowiczów, czyli Barbarę z Tomkiem i Agnieszkę z Michałem. My startowaliśmy godzinę po nich. Ponieważ nie mogliśmy już wysiedzieć w bazie, więc na miejsce startu wyszliśmy trochę wcześniej, dzięki czemu mogliśmy zobaczyć start rowerzystów. W końcu nadeszła nasza kolej. Pobraliśmy mapy, ustaliliśmy kolejność zaliczania punktów, odbyło się wspólne odliczanie do startu i poooooszliiii....
Zaczęliśmy od PK 22. Na punkt szła nas spora grupa, ale zanim doszliśmy na miejsce utworzyły się podgrupy oraz jednostki atakujące w pojedynkę. Jeden taki jednostek zasuwał przed nami i przecierał szlak. Ponieważ nie znaliśmy zdolności nawigacyjnych jednostka,  na wszelki wypadek nie sugerowaliśmy się tym gdzie idzie, tylko pilnie patrzyliśmy w nasze mapy. Do punktu teoretycznie można było pójść skrótem od asfaltu, ale praktycznie po drodze najpierw było pole zboża, a potem pasy jakichś krzaków wyglądające na nieprzechodnie. Wszyscy karnie nadłożyli drogi i doszli drogami. Do PK 16 prawie cały czas asfaltem. U celu czekał piękny drewniany kościółek. Ja już byłam wykończona żarem lejącym się na moją głowę z góry i niestety bardziej byłam zainteresowana wodą, cieniem i możliwością przycupnięcia na chwilę niż podziwianiem zabytku. Rzuciłam tylko okiem do środka, ale obejść dookoła już mi się nie chciało. Teraz żałuję.
Do PK 19 wreszcie poszliśmy polami i przynajmniej nie biło żarem od spodu, a nawet chwilami były lekkie przeciągi. Ponieważ Krzysztof chciał potrenować bieganie pod górkę, miał wreszcie okazję się wykazać, bo po asfalcie jakoś nie chciał.  Już miałam nadzieję, że pobiegnie sobie i zapomni o mnie i będę mogła dalej wlec się krok za krokiem, ale nie. Czekał na mnie i nie zostało mi nic innego jak sprężyć się i zasuwać ile sił w nogach.  Bo wiecie - leźć samemu powoli, to jednak inaczej niż iść z kimś i mieć wyrzuty sumienia, że się opóźnia i psuje komuś wynik. Na dziewiętnastce czekały na nas baniaki z wodą, więc napiłam się ile wlazło, uzupełniłam wodą wszystkie posiadane pojemniki, nalałam do czapki i za koszulkę i poszliśmy dalej.


W drodze na osiemnastkę tak zasuwaliśmy, że udało nam się wyprzedzić męsko-męską ekipę, aczkolwiek - nie powiem - kosztowało mnie to trochę wysiłku. Ale za to jaka satysfakcja. Kiedy byliśmy już blisko osiemnastki, zauważyliśmy, że wzdłuż strumyka, na którym miał być punkt, błąka się grupa uczestników, w tym jednostek, którego od samego startu mieliśmy na horyzoncie. Punkt opisany był jako betonowa przegroda na rzece i wydawało mi się, że niemożliwością jest przegapienie czegoś takiego. A jednak. Minęliśmy przegrodę i choć czuliśmy, że już jesteśmy za daleko, jakoś tak ciągnęliśmy w stronę grupy, no bo skoro wszyscy szukają dalej, to może coś jest na rzeczy? W końcu postanowiliśmy wrócić do zakrętu ścieżki przeczesując po drodze zarośnięty strumyk, z tym, że Krzysztof przedarł się na drugą stronę i wypatrywał stamtąd. I faktycznie, po chwili, od drugiej strony zauważył lampion. Trochę czasu na tej przegrodzie straciliśmy, zmarnowało się nasze przeganianie konkurencji, ale z kolei my dogoniliśmy jednostka.
Z 18 do 24 było w pieron pod górę. Namówiłam Krzysztofa żeby znowu sobie pobiegł i znowu miałam nadzieję, że mnie zostawi i z rozpędu poleci dalej, na kolejne punkty. I znowu się zawiodłam. Szłam sobie powolutku, noga za nogą, a jak w końcu wylazłam na górę zobaczyłam, że wciąż stoi przy kurhanie. No co za uparty człowiek! Okazało się jednak, że to nie upór, tylko zgroza tak go wmurowała w miejsce. Krzysztof zgubił kartę startową! Ponieważ organizator brał taką opcję pod uwagę, było ustalone, żeby punkty odbijać na mapie, bo zagubioną kartę może znaleźć inny uczestnik i donieść na metę. Mimo to, zrobiło się trochę smętnie. Na pocieszenie przy punkcie znowu czekała na nas woda, więc zrobiliśmy krótki postój, żeby uzupełnić zapasy, coś przekąsić i mieć czas otrząsnąć się po stracie karty. Z tego wszystkiego Krzysztof nawet na mapie zapomniał się podbić i musiał wracać jak już uszliśmy trochę na kolejny punkt. Ja w tym czasie postanowiłam pognać do przodu, żeby nie robić za hamulcowego, a że droga prowadziła wyjątkowo w dół, więc fajnie się biegło. Na dole, już blisko asfaltu natknęłam się na ekipę organizatorską, która samochodowo robiła inspekcję trasy, w myśl zasady, że pańskie oko konia tuczy. Pocieszyli mnie, że do punktu żywieniowego już stosunkowo niedaleko, a tam czeka na nas basen z zimną wodą i kurtyna wodna. Wobec takiej perspektywy zdusiłam w sobie chęć zabrania się z organizatorami do bazy, choć było to bardzo kuszące, aczkolwiek nie wiem czy realne, bo bynajmniej nie proponowali podwózki:-)
PK 28 miał być na ogrodzeniu cegielni. Można było tam dojść asfaltem, albo próbować  wcześniej 
się jakoś przedostać wzdłuż ogrodzenia. Niby była jakaś droga w słusznym kierunku jeszcze przed asfaltem, ale bo to wiadomo czy nie kończyła się na stodole gospodarza? Po Jaszczurze miałam lęki przed skracaniem drogi. Zeszłam więc na asfalt i tam poczekałam na Krzysztofa. Okazało się, że aby dojść do punktu, trzeba było okrążyć pół wsi i nadłożyć najmarniej z kilometr, a jak potem się dowiedziałam, droga, którą beztrosko zlekceważyłam, dawała spory skrót. Za to w ramach rekompensaty spotkaliśmy Barbarę i Tomka, którzy też mieli ten sam punkt. Tomek twierdzi, że ledwo nas dogonili, bo tak zasuwaliśmy. No nie wiem - mi się wydawało, że lezę już ostatkiem, ale faktycznie wciąż usiłowałam nadążyć za Krzysztofem.
Kolejnym punktem miała już być upragniona remiza strażacka z wodą do picia, polewania i pływania - jak kto sobie życzy. Większość trasy od cegielni do remizy wiodła asfaltem i znowu pod górę. Ja nie wiem jak organizatorom udało się tak zbudować trasę, żeby ciągle było tylko pod górę, a jedynie raz w dół. Przecież to przeczy wszelkim prawom przyrody i zdrowemu rozsądkowi!
Jakoś doczłapałam. Na widok kurtyny wodnej nawet znacząco przyspieszyłam kroku i z rozkoszą stanęłam w strumieniu wody. Pełna ekstaza! Miałam jeszcze ochotę wskoczyć sobie do basenu, ale ponieważ wszystkie te atrakcje były w ramach ogólnego limitu czasu, więc szkoda było cennych minut. Gdyby był czas-stop, to na pewno w basenie byłoby pełno. Zdecydowaliśmy się za to na żurek i ciastka oraz kolejny natrysk pod wężem już przy wyjściu w dalszą trasę. Muszę powiedzieć, że wykorzystanie straży pożarnej było genialnym posunięciem, powiedziałabym wręcz - ratującym życie wielu uczestnikom, a już na pewno mi. Kiedy ruszyłam taka doszczętnie przemoczona i zawiał lekki wiaterek, pierwszy raz tego dnia poczułam prawdziwy chłód. Taki do gęsiej skórki. Cudowne uczucie!
Po punkcie żywieniowym mieliśmy do zrobienia jeszcze tylko trzy PK - 30, 29 i 26. To była bardzo komfortowa sytuacja i aż wykrzesałam z siebie nowe siły. Na trzydziestkę szliśmy polami, więc było bardzo przyjemnie. Trochę ścięliśmy drogę idąc przez łan pszenicy, ale tylko po śladach traktora i w ogóle staraliśmy się niemal lewitować nad kłosami. Do samego lampionu była już wydeptana szeroka autostrada i nawet nie trzeba było patrzeć w mapę, żeby trafić. Na 29 znowu sporo asfaltu i chyba to tam robiliśmy za gwiazdy filmowe, tzn, daliśmy się filmować organizatorom jak ładnie maszerujemy:-) A może to było w całkiem innym miejscu? Przed 29 już z daleka widzieliśmy z której kępki drzew wychodzi poprzedzający nas cała drogę jednostek, ale dla przyzwoitości zmierzyliśmy odległość od  odchodzącej w bok  ścieżki do punktu i zgodziło się idealnie. A kilkadziesiąt (albo może i więcej) metrów za punktem znowu zobaczyliśmy jednostka (jak się potem okazało jednostkiem był kolega Dariusz) zastygłego w pozie żony Lota. Był kolejną ofiarą zagubionej karty startowej. Potem dowiedzieliśmy się, że wrócił po nią i nawet znalazł, ale na metę dotarł już po nas. Nie da się jednak ukryć, że przez całą drogę nie byliśmy w stanie go dogonić, mimo, że nieustannie majaczył nam na horyzoncie.
Został nam jeszcze jeden jedyny punkt i niestety droga do niego wiodła nie dość, że asfaltem, to jeszcze pod górę. Gdyby nie wizja końca tej udręki, to chyba siadłabym na środku drogi i rozpłakała się. Parę drzew na krawędzi uskoku (jak głosił opis) zobaczyliśmy już z daleka. To znaczy drzew - tak, uskoku - nie. Najkrótszą drogę do drzew przegradzał nam łan pszenicy i tylko w jego części były ślady po traktorze. Wykorzystaliśmy je, ale dalej już wiódł ślad chyba po zającu albo innym jatkowiczu, bo taki ledwo widoczny był. W akcie desperacji przeszliśmy, starając się nie spowodować większych szkód. Z powrotem wyleźliśmy już miedzą, a przy asfalcie spotkaliśmy rowerzystów, którzy w swej naiwności planowali pod punkt podjechać rowerem. Powodzenia!
Do bazy, o dziwo, było w dół. No, ale w końcu skoro wciąż szliśmy pod górę, to gdzieś trzeba było wytracić tę wysokość. Ostatnie metry nawet przebiegliśmy, bo wiecie - w razie gdyby ktoś filmował, czy zdjęcia robił. Akurat chyba nikt nie filmował i zdjęć nie robił i bieg się nam zmarnował. Na mecie dostaliśmy medale i piwo domowej roboty o wdzięcznej nazwie: "Zasłużone".
Po ok. 30 kilometrach wyglądam jak obraz nędzy i rozpaczy:

Od razu po zdjęciu butów i plecaków poszliśmy na obiad, bo po drodze jakoś nie wchodziły nam zabrane ze sobą kanapki, ciastka i orzeszki, a teraz wreszcie poczuliśmy głód. Kąpiel musiała poczekać na swoją kolej dopiero po naleśnikach i przepysznym cieście. A potem nastąpił tradycyjny sms od Tomka, że cola pilnie potrzebna do podtrzymania życia, więc ruszyliśmy do sklepu. Na szczęście było blisko, a w lodówkach stały różne napoje do wyboru. Zdążyliśmy z zakupami w ostatniej chwili, bo kiedy wróciliśmy do bazy Barbara i Tomek wydawali już ostatnie tchnienie i tylko cola mogła ich uratować.
Potem załapaliśmy się jeszcze na dekorację zwycięzców, w tym także Barbary, która tym razem jako jedyna z nas zdobyła trofeum - drugie miejsce wśród kobiet na TP 50.
Jeszcze tylko pamiątkowa fotka naszej wspaniałej czwórki (bo Chrumkający wciąż byli na trasie) i ruszyliśmy do domu. Za kilkanaście godzin wybieraliśmy się na kolejną imprezę - dwuetapowe "Wakacyjne Serce z Lampionem".



PS
Kartę Krzysztofa znalazłam po dwóch dniach w mojej mapie. Najwyraźniej podczas kilku akcji typu: "potrzymaj mi mapę" dokonaliśmy zamiany egzemplarzy i nie zwróciliśmy na to uwagi.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Ból istnienia na dwudziestce piątce

W sobotę Tomek obudził mnie o barbarzyńskiej porze wpół do ósmej stwierdzając, że trzeba wcześniej zjeść śniadanie, żeby potem nie przeszkadzało w bieganiu. Jakim bieganiu??? W planach miałam tylko podbieganie i to truchtem.  Ale jak już obudził, to wstałam.
Tym razem na trasę wybierałam się z nowym, nietestowanym partnerem, bo Krzysztof jest w Klubie od niedawna i tak praktycznie to się prawie nie znamy. Wiedziałam o nim, że jest z dziesięć lat starszy, więc założyłam, że nobliwy pan, podobnie jak ja, będzie co najwyżej truchtał i to sporadycznie. O, jak bardzo się myliłam! Im bliżej imprezy, tym bardziej niepokojące wieści o sportowych wyczynach Krzysztofa docierały do mnie. Trzymałam się twardo i dopiero informacja, że biega półmaratony załamała mnie. Myśl, jakiego sobie obciachu przy nim narobię, nie dawała mi spać. Już w drodze na imprezę podzieliłam się z nim moimi obawami i zaproponowałam, że może jednak nie będę się narzucać ze swoją osobą, ale jako prawdziwy dżentelmen nawet nie dopuścił do siebie myśli, że mógłby mnie zostawić na pastwę losu.

Najpierw wystartowały trasy rowerowe, czyli z naszej ekipy - Paweł, potem piesze, czyli reszta - Barbara i Tomasz razem na 50, Michał solo też na 50 i ja z Krzysztofem skromnie na 25. Dostaliśmy mapy, które znowu zrobiły na mnie wrażenie. Były  z.... ceraty. Po raz pierwszy w inockiej karierze miałam pewność, że mapy nie podrę, że nie rozpuści mi się od wilgoci, a z racji rozmiaru dodatkowo mogła służyć jako peleryna przeciwdeszczowa, a dzień zapowiadał się z lekkimi opadami. Co za przezorność organizatora! Z naszych siedmiu punktów, aż trzy były od razu zaznaczone na mapie, a o położeniu pozostałych czterech mieliśmy się dowiedzieć dopiero na trasie. Coś jak kiedyś jedno nasze ChoInO, czyli patent znany, ale bardzo mi się podoba.
Ruszyliśmy. Uznaliśmy, że zaczniemy od PK 2, bo leżał w skrajnej części mapy, więc wiadomo było, że bardziej na wschód nie będzie żadnych punktów. Już kilkadziesiąt metrów od startu rozbolały mnie nogi. Nic w tym dziwnego, bo Krzysztof sadził dłuuugie susy (w jego mniemaniu pewnie normalne kroki) i na każde jego dwa wypadały trzy i pół moich. Do tego bardzo szybko przestawiał jedną nogę przed drugą. Zacisnęłam zęby i usiłowałam mu dorównać. Głupio przecież zacząć marudzić tuż po starcie. Niestety, nie dało rady tak iść, więc zaproponowałam trucht, bo zawsze to trochę inne mięśnie pracują, a te zdewastowane mogą odpocząć. Krzysztof jeszcze dzień wcześniej zdążył mi powiedzieć w jakim tempie on truchta i wiedziałam, że będzie się przy moim tempie męczył, ale trudno. Trzy czwarte drogi na punkt na przemian biegliśmy i maszerowaliśmy i dopiero po jakichś dwóch kilometrach moje odnóża zorientowały się, że nie odpuszczę i nie mają się co buntować, tylko iść w takim tempie, w jakim ja sobie życzę.
Na punkt namierzyliśmy się ze skrzyżowania i prawdę mówiąc nie wierzyłam, że przy takiej skali mapy namierzanie się na azymut ma jakikolwiek sens, a jednak - wyszliśmy idealnie na  rów i lampion. W rowie były już dwie osoby oraz kilkadziesiąt komarów. Z ich żarłoczności (komarów, nie uczestników) wnioskowałam, że jeszcze niewiele osób odwiedziło to miejsce. Zanim podbiłam kartę i wpisałam godzinę już z pięć bestii zdążyło mnie ugryźć. Czym prędzej zaczęłam wygrzebywać się na górę, ale ktoś przytomny spytał czy przerysowałam sobie następny punkt. Fuck! Oczywiście, że nie. Co było robić? Wróciłam na dół i zaczęłam nerwowo szukać po całej wielkiej płachcie miejsca podobnego do tego na wycinku. W tym czasie Krzysztof sfotografował lampion, żeby mieć w razie czego. W końcu udało się znaleźć, zaznaczyłam pi razy oko, gdzie to ma być i po wydostaniu się z tłumu, który zgromadził się w międzyczasie przy punkcie, oddaliliśmy się na ścieżkę, którą przyszliśmy. Po przedarciu się przez mokre poszycie od ścieżki na punkt i z powrotem w butach miałam małe jeziorka. Patrząc na mapę od razu sobie pomyślałam, że to nawet fajnie, bo kolejny PK był za jakimś podmokłym terenem i w razie konieczności brodzenia po wodzie nie będę miała żadnych oporów przed moczeniem nowych butów. Niestety podmokłość była głównie na mapie, bo w terenie prowadziła nas porządna droga, a potem porządna przecinka.
PK 39  miał być na narożniku płotu. Z okoliczności przyrody wnioskowaliśmy, że bynajmniej nie chodzi o płot przy zagrodzie, a raczej o szkółkę leśną. Już z daleka wypatrzyłam inny kolor drzew, a po chwili mignęła mi między drzewami czerwień lampionu. Tym razem na punkcie nie było komarów (bo pojedynczych sztuk nie liczę), nic nas nie rozpraszało i spokojnie mogliśmy zlokalizować i zaznaczyć na mapie kolejny PK o numerku 40. Na czterdziestkę prościuteńko przecinką do drogi, drogą kawałek na północ i już z daleka widać było górkę oraz słychać głosy innych uczestników. Ku naszemu zdziwieniu na lampionie nie znaleźliśmy namiarów na żaden kolejny punkt dla naszej trasy i nie pozostało nam nic innego jak iść  na czwórkę. Krzysztof to nawet chciał najpierw lecieć na trójkę, ale uparłam się, a jak się baba uprze, to wiadomo. Jakoś z mapy mi wychodziło, że jeszcze jakieś punkty muszą być na północy, a z trójki byłoby dalej po nie wracać. 
W połowie drogi na czwórkę spotkaliśmy powoli idącego, mocno starszego grzybiarza, który bardzo ucieszył się na nasz widok:
- Jak dobrze, że tu idziecie! - zawołał.
- Którędy dojść do Wielgowa?
Zajrzeliśmy w nasze mapy, a tam do Wielgowa tak z 5-6 kilometrów. Wykierowaliśmy grzybiarza we właściwą stronę, ale prawdę mówiąc pan nie wyglądał mi na zdolnego dotrzeć tam szybko. I tak to musieliśmy pół Polski przejechać, żeby w lesie uratować z opresji tubylca:-)
Na czwórkę znowu szliśmy przecinkami, potem ścieżką wzdłuż ogrodzenia, zakręt i w pewnej odległości, na wprost drugiego rowu, miało być po prawej jeziorko. Po prawej ciągnął się sad i nigdzie nie było nawet skrawka miejsca na jeziorko. W pewnym momencie Krzysztof uznał, że już jesteśmy za daleko, szczególnie że drugi rów minęliśmy jakiś czas temu.  Miałam ochotę podejść jeszcze kawałek i sprawdzić, bo nó(u)ż widelec, ale Krzysztof już zawrócił, wlazł do rowu i ruszył przed siebie. No dobra, on ustąpił w sprawie czwórki, ja ustąpiłam w sprawie rowu. Kiedy dwa razy bezskutecznie przeczesał rów, postanowiłam jednak podejść dalej i sprawdzić, czy jeziorka nie ma w lasku (choć na mapie miał być w terenie odkrytym, ale mapa licho wie z którego roku). Oczywiście było i jak to nad wodą, zamieszkałe przez komary. Na lampionie znaleźliśmy wycinki z PK 41 i 38. I gdzie był zlokalizowany PK 41? No, gdzie? Tuż przy PK 40, skąd właśnie przyszliśmy. Moje morale legło w gruzach. Nogi napierniczały mnie już konkretnie, ledwo nadążałam za Krzysztofem, a do tego zaczął mnie boleć kręgosłup na wysokości łopatek. W końcu nie wytrzymałam i zaczęłam z lekka marudzić. Krzysztof doradził mi żebym  przyciągnęła pępek do kręgosłupa i otworzyła klatkę piersiową cokolwiek miałoby to znaczyć. I wiecie, że pomogło? Całą uwagę skupiłam na tym żeby się nie udusić (bo przecież nie da się jednocześnie oddychać i trzymać wciągniętego brzucha) i zupełnie zapomniałam o bólu nóg. Rewelacyjna metoda!
Jak człowiek skupi się na walce o życie (oddech) to czas inaczej mija i nagle zorientowałam się, że jesteśmy już prawie przy 41. Głownie dzięki Krzysztofowi, bo to on pilnował drogi, podczas gdy ja cierpiałam. Nasyp było widać już z przecinki, lampion też zaraz się pokazał. Wycinki pokazane na lampionie już mieliśmy, więc nie było czego przerysowywać.
Na 38 znowu prościutka droga przecinkami, za to opis punktu wzruszył mnie niemal do łez: "delikatne wzniesienie, przy jednej z wielu ścieżek W-E". Kwintesencja precyzji. Ze skrzyżowania przecinek ruszyliśmy na azymut. Ja to lubię chodzić na azymut, bo to jedyna metoda, która mnie prawie nigdy nie zawodzi. Oczywiście pod warunkiem, że nie ma po drodze przeszkód, które trzeba obejść. Bo już przebieżność nie robi mi różnicy - pokrzywy, jeżyny, inne chaszcze - po prostu prę przed siebie. Tu akurat las był przebieżny, z daleka zobaczyłam górkę, na górce lampion. Podbiegłam i podbiłam. Krzysztof obejrzał górkę, drzewo, lampion i stwierdził, że mu się nie podoba. Nooo, w sumie kwestia gustu. Stowarzysz i stowarzysz - marudził. Nie zareagował na moją nieśmiałą sugestię, że na tej imprezie nie ma stowarzyszy, a punkty stoją co kilka kilometrów. Szybko ugryzłam się jednak w język, bo pomyślałam, że jak on pójdzie szukać tego punktu właściwego (jego zdaniem), to ja wreszcie będę mogła chwilę odpocząć. Bo co tu dużo mówić, padałam już na pysk i każda chwila postoju była dla mnie szansą na przeżycie tej imprezy. Podczas gdy Krzysztof oblatywał okolicę, ja zrobiłam sobie pod punktem piknik.
Chwila odpoczynku niezbyt wiele mi dała, bo dalej bolały mnie nogi i plecy. Jedynym pocieszeniem było to, że została nam do zebrania już tylko trójka, a potem powrót na metę. Trochę daleko było (jak na moje możliwości), ale za to nawigacyjnie prosto. W ogólności nasza trasa nawigacyjnie nie była jakoś specjalnie wypasiona, bo po przecinkach to każdy potrafi się orientować. Chociaż podobno idąc wariantem przeciwnym do naszego,  można było nabrać się na kilka  nieścisłości.
Od ciągłego podbiegania (dla ulżenia łydkom) mój ból kręgosłupa trochę się obsunął z okolic łopatek w okolice krzyża. Zawsze to jakieś urozmaicenie i odciągnięcie uwagi od innych bólów - na przykład bólu istnienia.
PK 3 usytuowany był na ambonie, na górze. Krzysztof dżentelmeńsko zaproponował, że weźmie moją kartę i podbije, ale ból, nie ból - przecież nie odmówiłabym sobie przyjemności wlezienia na górę. Kiedy tak sobie siedzieliśmy na ławeczce dziurkując karty startowe zadzwonił Tomek z pytaniem czy już jesteśmy na mecie, bo on by mnie wysłał do sklepu po zimną colę, żeby czekała na niego jak wróci. Serio? Podejrzewał, że będę w stanie gdziekolwiek pójść po powrocie na metę? Szczyt optymizmu!
Długo na ławeczce nie dało się posiedzieć, bo nadciągały następne ekipy i trzeba było zrobić miejsce. Zeszliśmy na dół, a po chwili rzuciliśmy się do ucieczki bo zaczęły gonić nas różne zwierzęta. W przeważającej ilości były to pajęczaki i komary, ale także inne stwory latające. Tym sposobem powrót na metę odbył się w trybie przyspieszonym.  Kiedy minęliśmy przejazd kolejowy, ustaliliśmy szczegóły efektownego wpadnięcia na metę, żeby wyglądało, że jesteśmy poważnymi, zaangażowanymi i wcale, ale to wcale jeszcze nie zmęczonymi uczestnikami. Miało być tak pięknie, a tymczasem Krzysztof zamiast pobiec głównym wejściem, poleciał do bocznego, więc ja za nim, w szkole ani śladu mety i dopiero ktoś nas wykierował na zewnątrz. Organizator na nasze nadejście z tak niespodziewanej strony zrobił duuuże oczy i w sumie to nawet można powiedzieć, że mieliśmy efektowne wejście, aczkolwiek nie takie jak zaplanowaliśmy:-) Daliśmy się sfotografować na ściance, bo pamiątka być musi:
A potem Krzysztof zaproponował żebyśmy od razu poszli do sklepu. W sumie to miał rację, bo jak bym siadła, to nie ma opcji - nigdzie bym już się nie ruszyła. Sklepy były dwa - do straży pożarnej, a potem w lewo lub w prawo - jak nam wytłumaczył Organizator.  Mnie ciągnęło w lewo, ale Krzysztof jakiś taki praworządny i przekonał mnie do pójścia w prawo. A tam sklep, owszem - był, tyle, że zamknięty na głucho. "Mój" sklep na szczęście był otwarty, miał lodówki pełne piwa i coli, więc nabyliśmy co komu potrzebne i mogliśmy wracać. W bazie czekał na nas obiad, w kranach prawie ciepła woda i wręcz zapachniało luksusami. Zapachniało oczywiście w przenośni, bo wiadomo jak "pachnie" baza po zawodach. Potem już tylko czekaliśmy na powrót reszty ekipy. Barbara i Tomek wyciągnęli mnie na basen i nawet udało mi się nie utopić mimo nikłej ruchliwości odnóży. Dość późnym wieczorem, bo już po ciemku wrócił Michał, a na Pawła nie doczekaliśmy się dlatego ekipa poniżej deczko niekompletna:
Kiedy sczytałam dane z mojej fit-opaski wyszło, że przeszliśmy 27 km w czasie 5,5 godziny. Dawało to rewelacyjny wynik i nawet się dziwiłam, że mamy dopiero 21 i 22 miejsce. (Tak ogólnie to się dziwiłam, że dałam radę przyjść nie ostatnia). Precyzją przejścia i krótkim czasem cieszyłam się do powrotu do domu. W domu zgrałam sobie trasę z telefonu i okazało się, że przeszliśmy jednak 32 km (pa, pa precyzjo) w czasie ponad 6 godzin. Z drugiej strony od razu spuchłam z dumy, że dałam radę przejść aż tyle, a w razie potrzeby miałam jeszcze zapas sił na jakieś może 5 km. Średnie tempo też jak na moje możliwości rewelacyjne. W tym momencie muszę potwierdzić teorię Huberta P., że panowie holują kobiety. Mi samej nigdy w życiu nie przyszłoby do głowy żeby przemieszczać się w tak absurdalnym tempie. Sama przeszłabym sobie traskę powolutku, a gdybym chciała zmieścić się w limicie, po prostu odpuściłabym część punktów. Chociaż z drugiej strony tych punktów było tyle co kot napłakał, to trochę szkoda byłoby odpuszczać.
Krzysztof podobno dowiedział się od kogoś, że na PK40 był jednak wycinek z PK 41, ale nie rozumiem jak obydwoje moglibyśmy to przeoczyć?! Czekam z niecierpliwością na mapy na stronie Organizatora żeby na własne oczy przekonać się co poszło nie tak.