Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 15.GRASSOR. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 15.GRASSOR. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Grassor - czyli coś o holowaniu



Po dwutygodniowym odpoczynku kolejna 50-tka. Tym razem zadaniowa. Naczytałem się na blogu Huberta i w dyskusji we wpisie na FB o holowaniu partnerek (domyślnie słabszych nawigacyjnie, a często i fizycznie) na podium. Jak do tej pory udawało mi się Barbarę „doholowywać” do 2 miejsca – więc trzeba by lepszą linkę holowniczą czy co?
Wprawdzie Grassor ekstremalnie daleko (prawie 600km), ale udało się uzbierać  większą ekipę i dojazd stał się ekonomicznie opłacalny. Moja Druga Połowa po sukcesie w Borowiackich (bądź co bądź wygrała 50-tkę!)  także zdecydowała się na wyjazd – na TP25. Namawiałem ją na 50-tkę, ale nie uległa. I miała wypróbować nowego partnera - Krzysztofa do pokonywania dłuższych dystansów.  D. M. niestety po Pomorskim Rogainingu stanowczo odmawia chodzenia na coś dłuższego niż 4 km.
Do ekipy dołączył jeszcze rowerowo Paweł, a w ostatniej chwili – rzutem na taśmę – Michał, czyli 1/2 Chrumkającej Ciemności.
Autem pojechaliśmy we czwórkę. Oczywiście zgodnie z tradycją po drodze kilka TRInO, by przelicznik punktów do odznaki InO na wyjazd był jakiś sensowniejszy. Coś długo nam zeszło z tym TRInOwaniem i wyglądało na to, że dotrzemy kawał czasu po przyjeździe pociągu z Pawłem i Michałem, których obiecaliśmy dostarczyć ze Stargardu do Reptowa. „Na szczęście” koleje postanowiły nam pomóc i specjalnie opóźniły przyjazd pociągu o dobrą godzinę. Dzięki temu wpadliśmy do bazy i pustym autem pojechałem po spóźnialskich. Jak przystało na InOka, od razu włączyłem nawigację w komórce. Tyle, że ostatnio nawigację włączałem przy naszej wyprawie rowerowej i „mądre” urządzenie zaproponowało mi trasę dostosowaną do 2 kółek. Oczywiście nie zauważyłem tego, tyle, że zdziwił mnie czas przejazdu 40 minut…. Niby od Stargardu jechaliśmy znacznie krócej, ale chyba GPS wie lepiej. Słyszę „skręć w lewo” i posłusznie skręcam. Droga robi się coraz węższa. Trafiam na przejazd kolejowy „na żądanie” – chcesz przejechać – naciśnij przycisk. Super! Zaraz kończy się asfalt i zaczyna droga gruntowa, dołki i górki. Wprowadza mnie w las. Ale na odbiciach ciągle są znaki typu B-18, więc jadę jakąś „drogą samochodową”. Dostaję SMS-a, że już przyjechali i czekają „po mojej stronie torów na stacji BP”. Nawigację ustawiłem na oficjalny podjazd do dworca, więc staję by ją przeprogramować i odkrywam, że jadę trasa rowerową! Udało się zmienić, ale i tak przez las musiałem jakoś przebrnąć. Dobra zapowiedź orientacyjna przed jutrzejszymi zawodami.
Narada o poranku

Poranek. Start wyjątkowo późno, o 10:30. Całą noc padało, więc las będzie mokry. Paweł ma ruszać wcześniej, ale okazuje się, że autor trasy jeszcze nie wrócił z lasu i start rowerzystów się opóźnia. My zaczynamy odprawę punktualnie.
Odprawa

Na odprawie właściwie nie ma żadnych emocjonujących nowości typu „przy PK 20 uwaga na psy i lepiej obejść od północy”. Wszystko było w komunikacie technicznym. Dostajemy mapy na ceracie. Dosłownie na ceracie. I rozmiar taki, że mogą posłużyć za obrusik na kolejne wyjazdy;-). Dla nas ujawniono 4 punkty na północy i jeden na lekkim południu od bazy, o sugerującym wszystko numerku „1”. Poniżej S10 jest tylko jeden PK dla TP100 – więc wygląda, że wszystko rozegra się na terenie pomiędzy S10 i DK 142. Decydujemy się rozpocząć od PK 1, bo PK 2 wygląda dziwnie „podmokło”, a jednak wolimy chodzić w suchych butach ile się da. Michał wybiera wariant PK 2 (bo takie ma widzimisię). Moja Druga Połowa i Krzysztof muszą ruszyć w kierunku PK 2 (część PK mamy wspólną, ale org. rozbija trasy dając im różne punkty startowe).  Jak widać nie tylko my startujemy na PK 1 – biegnie cały tłum, a my spokojnie truchtamy w ogonie. Po chwili wyprzedza nas auto organizatora, które celuje w naszą stronę obiektywami. Uśmiechamy się i machamy.
PK 1 - lapidarium. Jako, że czołówka już pobiegła, musimy chwilę zapozować do zdjęć. Lampion odkrywa nam kolejny PK – jednak na południe za drogą S10. Czyli nasze prognozy ze startu były nietrafione – wygląda, że „mniejsza połowa” trasy będzie na południe S10, a większa na północ.
PK6

Przy PK 6 widzimy ludzi miotających się po lesie w poszukiwaniu ruin. „O, fajnie się zapowiada” myślimy. Wygląda, że miotają się trochę za wcześnie – patrzymy dokładniej w mapę, w ruch idą kompasy i wiemy, że jeszcze dobrze ponad sto metrów, czy dalej trzeba wejść w las. Sprawę ułatwia jakaś ekipa wracająca już z PK i nakierowująca resztę na punkt. Mamy lampion i pojawiają się kolejne punkty. Całkiem blisko – lubimy takie zawody, gdzie przeloty są krótkie - wtedy przewaga szybkobiegających maleje, a liczy się sprawne trafianie na punkt. A Pani Prezes jednak znacznie dłużej niż ja chodzi na MnO i orientację zwykle ma lepszą niż mój starzejący się umysł. Dobrze, trzeba lecieć na kolejny PK 22 (zakładamy, że poniżej już nic nie będzie).  Biorę kompas do ręki i „holuję partnerkę” na następny PK. Moim azymutem. Cóż z tego, że to błędny azymut? Grunt, że holuję!;-) No dobra, po chwili Barbara wykazuje asertywność i po wymianie myśli wybieramy JEJ azymut i trafiamy tam, gdzie trzeba. Tyle na temat próby holowania;-)
Przy PK 22 jakaś liczniejsza ekipa. Do PK 5 postanawiamy nie sprawdzać czyj azymut jest lepszy i podbiegamy drogami starając się urwać konkurencji. Znajdujemy jakiś skrót – jest i nasyp, szukamy „Ruin na N od nasypu”. W oddali ktoś szuka czegoś na N od nasypu jakieś 300 m przed nami.  Po prawej widzimy jakieś cegły – czyżby te ruiny? Ciut wcześniej niż się spodziewaliśmy i zbyt blisko ścieżki. Ale zza drzewa wystaje perforator. Może źle przerysowaliśmy położenie PK? Bierzemy i lecimy dalej. Konkurencji za nami nie widać – musieli się gdzieś pogubić, bo aż tak szybko nie biegamy, by im umknąć.
PK12
Kolej na PK 12, czyli wysychające jeziorko. Wszystko się zgadza z mapą, więc wkrótce znajdujemy lampion. Kolejne PK oddalają nas na południe od S10. Coś dużo punktów robi się po tej stronie ekspresówki. Przed PK 15 pokonanie cieku – trafiamy na zapadające się błoto na brzegu i lekka wilgoć w jednym z butów.

W drodze na PK15
Nie przeszkadza nam to jednak truchtać do PK 13.Bardzo fajne jeziorko i pojawiają się jacyś rowerzyści. Chyba trasy TR75.


PK13

Po zaliczeniu PK ruszamy na PK 9. Na mapie jakaś dorysowana droga. Przed nami rozwidlenie – ilość dróg się zgadza, ale kierunki  już tak sobie. Ślady butów i rowerów wchodzą we właściwą odnogę licząc wg kolejności.  Ale kierunek jej taki sobie. Idziemy nią kilkadziesiąt metrów ale… właściwa droga powinna mieć jakiś ciek w wąwoziku po lewej, a nie po prawej! Zawracamy i idziemy do kolejnego rozwidlenia. Ta droga prowadzi lepiej, choć mniej śladów przed nami. Czyżby to miał być punkt decydujący o klasyfikacji?
Dobiegamy do cywilizacji i całkiem porządną drogą asfaltową lecimy  w kierunku PK 9. Mijają nas w obu kierunkach rowerzyści. A w około teren zaczyna się zmieniać. Buki, zeschłe liście, góry - normalnie jak w Beskidzie Niskim!


Zastanawiamy się czy nie lecieć na azymut, ale obniżenie na azymucie wygląda nieciekawie – lepiej wygodny asfaltem. Jest jakaś droga z prawej (inaczej niż na mapie to wygląda) i tabliczka „Rezerwat przyrody”. Rezerwat miał być dalej! Przebiegliśmy? Konsternacja. No, chyba rezerwat zaznaczyli nam dobrze, by przez niego nie przebiegać. Po chwili rozmyślań jednak założyliśmy, że rezerwat spuchł. Trzeba go ominąć – głupio tak wchodzić w las przy takiej tabliczce.  Lecimy drogą w prawo – wygląda na tę właściwą. Wspinamy się na jakąś „Bieszczadzką górkę”. Nie ma więcej tablic z rezerwatem – pójdziemy po grzebiecie na skróty. Udaje się – jest droga do punku. Dla takich górek warto było przyjechać pod Szczecin!
Za punktem dopada nas para kolarzy TR75. Od tej pory będą nas „prześladować” i co chwilę będziemy się spotykali.
PK 19 „Głaz Ukryty”. Nazwa pisana wielkimi literami sugeruje coś nazwanego. Będzie jakaś tabliczka? Znajdujemy jakąś drogę i schodzimy na dół. Jest szlak turystyczny, więc szukamy czegoś „nazwanego”. Kropkę na mapie mamy postawioną w miejscu niezbyt charakterystycznym. I my i kolarze szukamy tego głazu sporą chwilę. Znajduje go jeden z rowerzystów. Okazuje się, że przeszliśmy koło niego kilka razy. Rzeczywiście „ukryty”. Tu pomarudzę nad jakością wydruku mapy na ceracie. Te mapy na PK były wyraźniejsze a nasze „obrusy”… ciężko było dopatrzeć się szczegółów -  szczególnie rzeźby.  Nawet jak dokładnie zaznaczyliśmy kropkę na naszej mapie… to i tak w okolicach porytych wąwozami wszystko było „na czuja”, bo rzeźba była całkiem niewidoczna.
Idziemy na PK 17. Pod linią WN spotykamy pierwszego szybkobiegacza z naprzeciwka. Godzina 14:00, u nas na liczniku 20 km, czyli on musiał przebiec  ze 30 km w 3,5h. I całkiem żwawo biegł.  Niezły musi być!
Na PK 21 widzimy moją główną konkurencję MW. Czyli standardowo ze mną wygra - jest o jakieś 8 km do przodu. Odkrywamy punkt żywieniowy… o 200 m od PK 17. Zaskakujące zagranie Orga!
Na punkcie żywieniowym dopalacze i woda. I „trujący” arbuz. Czemu ja nie znoszę arbuzów? Ale przynajmniej Barbara zjada za dwoje;-) Zaraz dołączają znajomi kolarze, a my ruszamy dalej do PK 18.  Przed samym punktem deja vu- znowu widzimy Staszka K . wracającego z punktu (pod górę)! Musiał wybrać zły wariant i odzyskałem ze 2 km. Mało, ale zawsze…
Na PK spotykamy trzeciego zawodnika idącego odwrotnym wariantem. Mówi, że jesteśmy 5-ci, czy jakoś tak. I żadnej dziewczyny przed nami nie ma. I mówi, byśmy uważali na PK 8, bo tam jest ciężko. Podobno spory kawałek za nim idzie najgroźniejsza konkurentka naszej Pani Prezes. Czyżby wreszcie szansa na „doholowanie” na pierwsze miejsce podium? Niby Barbara „nie chodzi na wynik”, ale widzę jak jej się oczka zaświeciły i nagle włączyła 3-ci bieg;-) Taka informacja, że można powalczyć strasznie dopinguje. Do tej pory standardowo trafialiśmy na 2 pozycję kobiecego pudła – my podbiegamy tempem rzędu 8-9 km/h – a większość maratonów ma jednak co najmniej połowę trasy dla „szybkobiegaczy”, czyli dłuższe przeloty i wystarczy liczenie przecinek lub trzymanie się w zasięgu wzroku jakiegoś nawigatora – i wtedy możemy podziwiać tylko rewers (a może bardziej nawet cień rewersu) biegowej damskiej konkurencji.
Joasię spotykamy koło PK 20, czyli na liczniku ponad 26 km. Jakoś nie wygląda na bardzo biegającą. Przed nami tylko 8 PK, teren raczej płaski, wszystko drogami. Przed nią górki, wąwozy i „Głaz Ukryty”. Czyli mamy szansę! Biegniemy dalej. Zastanawiamy się, czy nie „przepłynąć przez rzeczkę”, ale nie znamy jej rozmiaru, więc jednak wybieramy most. A rzeczka okazuje się płytka – pewno jedynie do kolan! Lecimy do PK 8 i tam spotykamy Michała. Ponoć szuka już lampionu ze 40 minut! Udaje się go znaleźć szybko – Michał szukał „za blisko”. Lecimy dalej na PK 11. Do odkrycia jeszcze 2 PK. Na PK 11 poznajemy lokalizację PK 10. Obstawiamy, że ostatni ukryty PK będzie gdzieś pomiędzy PK 3-PK 4-PK 2, więc lecimy na PK 10. I to okazuje się naszym największym błędem. Odkrywamy tu ostatni PK na północ, a zostało nam PK 14. Czyli nadrobimy dobre 2 km. Sama górka z PK 10 „przecudnej urody”, ale nie ma co podziwiać okolicy  - szczególnie, że spotykamy tu konkurencję będącą „przed nami” – tyle że oni byli już na PK 14. Ale są wyraźnie wykończeni. Szybka kalkulacja – mniej zrobimy lecąc najpierw na PK 7 – biegniemy. Wyprzedzamy ich o prawie 5 minut. Czyli jeśli by się udało utrzymać tempo, mamy szansę zniwelować straty do nich. Wracamy do PK 14 – tu spotkamy chyba pierwszego uczestnika TP 100. I komary. Zaraz potem muchy i pajęczaki. Najgorsze te ostatnie – chodzą po całym człowieku, łaskoczą… chyba nie gryzą, ale to łaskotanie doprowadza do szału. Droga gorsza – mało wydeptana, wysokie trawy – tempo spada, ale staramy się podbiegać. Do samego PK 3 już daje się tylko maszerować. A pajęczaki ciągle atakują. Wreszcie wybiegamy na jakąś lepszą drogą. Od razu mniej uciążliwych pasażerów na gapę. Przy PK 4 spotykamy zmęczone uczestniczki TP 25. Zostaje ostatni PK. Wypijamy dopalacze zabrane na drogę z punktu żywieniowego i biegniemy. Jest skrzyżowanie – nie znajdujemy właściwej drogi. Ale nic to, znajdziemy ją na następnej przecince. Jest! Dobra wyraźna droga , dobry kierunek. Biegniemy. Kompasy chowamy i jedynie liczymy przecinki i odległość. Wszystko się zgadza. Dobiegamy do właściwego skrzyżowania dróg. Tu zaraz powinien być ostatni PK 2. Coś ta droga pod minimalnie złym azymutem idzie, ale co tam. Lecimy w las szukać końca rowu, szpaleru drzew i granicy kultur. Jakoś tej granicy kultur nie widać! Zajumali ją, czy co? Krążymy i czeszemy. Stanowczo nie widać jakiejś granicy lasu i pól/ łąk jak na mapie. Gdzie my możemy być? Jedyne logiczne wytłumaczenie które mi przychodzi na myśl, to że gdzieś na północy od PK 2 musiała odchodzić jakaś „właściwa” droga w prawo i jej nie zauważyliśmy biegnąć tą „wyraźniejszą”, a nie kontrolowaliśmy azymutu. Po chwili znajdujemy słupek z numerami przecinek i potwierdza się moje podejrzenie. Idziemy na skróty przez łąki, wysokie trawy, osty i pokrzywy. Po drodze liczymy rowy. Pierwszy, drugi, przy trzecim jakieś krzaki i brak PK. I brak wydeptanych ścieżek, a powinny być. Czyli znowu „mapa oszukuje”! Dobra jest „szpaler drzew” i mamy ostatni PK.  Straciliśmy tak ze 25 minut. Już powinniśmy być na mecie. Teraz do mety biegiem ostatnie 3 km.  Oczywiście konkurentów których goniliśmy nie dopadniemy, ale walczymy o podium dla Barbary. Udaje się!
Wprawdzie u Barbary medal za udział zawisł na szyi ale szybko wymieniono go na  wersję "złotą"

Jest złoty medal i pierwsze zwycięstwo Pani Prezes w 50-tce! W ten sposób Barbara dorównała wreszcie mojej Drugiej Połowie w ilości zwycięstw pucharowych (dobra, Moja Druga Połowa zwyciężyła bez „holowania” – tzn. Ona holowała D. M., który podobno odmawiał współpracy po każdym PK)!
Na TP 25 Moja Małżonka  z Krzysztofem zrobiła ze 31 km i pobiła swój rekord prędkości! Na tracku wyraźnie widać, że podbieguje szybciej niż ja!
W bazie szybki obiad i obowiązkowy wyjazd na basen do pobliskiego Stargardu. Potem oczekiwanie na Michała, któremu udało wrócić się całkiem przyzwoicie,  niedługo po zmierzchu. Na Pawła się nie doczekaliśmy – zmogło nas zmęczenie.
A teraz… zapisałem Moją Drugą Połowę na kolejna 25-tkę (chyba, że sama zmieni kategorię na TP 50). Aż boje się, kiedy zacznie mnie przeganiać w 50-tkach!

Jeśli ktoś lubi oglądać tracki to tu mamy przebieg nasz i Mojej Drugiej Połowy z Krzysztofem

Ból istnienia na dwudziestce piątce

W sobotę Tomek obudził mnie o barbarzyńskiej porze wpół do ósmej stwierdzając, że trzeba wcześniej zjeść śniadanie, żeby potem nie przeszkadzało w bieganiu. Jakim bieganiu??? W planach miałam tylko podbieganie i to truchtem.  Ale jak już obudził, to wstałam.
Tym razem na trasę wybierałam się z nowym, nietestowanym partnerem, bo Krzysztof jest w Klubie od niedawna i tak praktycznie to się prawie nie znamy. Wiedziałam o nim, że jest z dziesięć lat starszy, więc założyłam, że nobliwy pan, podobnie jak ja, będzie co najwyżej truchtał i to sporadycznie. O, jak bardzo się myliłam! Im bliżej imprezy, tym bardziej niepokojące wieści o sportowych wyczynach Krzysztofa docierały do mnie. Trzymałam się twardo i dopiero informacja, że biega półmaratony załamała mnie. Myśl, jakiego sobie obciachu przy nim narobię, nie dawała mi spać. Już w drodze na imprezę podzieliłam się z nim moimi obawami i zaproponowałam, że może jednak nie będę się narzucać ze swoją osobą, ale jako prawdziwy dżentelmen nawet nie dopuścił do siebie myśli, że mógłby mnie zostawić na pastwę losu.

Najpierw wystartowały trasy rowerowe, czyli z naszej ekipy - Paweł, potem piesze, czyli reszta - Barbara i Tomasz razem na 50, Michał solo też na 50 i ja z Krzysztofem skromnie na 25. Dostaliśmy mapy, które znowu zrobiły na mnie wrażenie. Były  z.... ceraty. Po raz pierwszy w inockiej karierze miałam pewność, że mapy nie podrę, że nie rozpuści mi się od wilgoci, a z racji rozmiaru dodatkowo mogła służyć jako peleryna przeciwdeszczowa, a dzień zapowiadał się z lekkimi opadami. Co za przezorność organizatora! Z naszych siedmiu punktów, aż trzy były od razu zaznaczone na mapie, a o położeniu pozostałych czterech mieliśmy się dowiedzieć dopiero na trasie. Coś jak kiedyś jedno nasze ChoInO, czyli patent znany, ale bardzo mi się podoba.
Ruszyliśmy. Uznaliśmy, że zaczniemy od PK 2, bo leżał w skrajnej części mapy, więc wiadomo było, że bardziej na wschód nie będzie żadnych punktów. Już kilkadziesiąt metrów od startu rozbolały mnie nogi. Nic w tym dziwnego, bo Krzysztof sadził dłuuugie susy (w jego mniemaniu pewnie normalne kroki) i na każde jego dwa wypadały trzy i pół moich. Do tego bardzo szybko przestawiał jedną nogę przed drugą. Zacisnęłam zęby i usiłowałam mu dorównać. Głupio przecież zacząć marudzić tuż po starcie. Niestety, nie dało rady tak iść, więc zaproponowałam trucht, bo zawsze to trochę inne mięśnie pracują, a te zdewastowane mogą odpocząć. Krzysztof jeszcze dzień wcześniej zdążył mi powiedzieć w jakim tempie on truchta i wiedziałam, że będzie się przy moim tempie męczył, ale trudno. Trzy czwarte drogi na punkt na przemian biegliśmy i maszerowaliśmy i dopiero po jakichś dwóch kilometrach moje odnóża zorientowały się, że nie odpuszczę i nie mają się co buntować, tylko iść w takim tempie, w jakim ja sobie życzę.
Na punkt namierzyliśmy się ze skrzyżowania i prawdę mówiąc nie wierzyłam, że przy takiej skali mapy namierzanie się na azymut ma jakikolwiek sens, a jednak - wyszliśmy idealnie na  rów i lampion. W rowie były już dwie osoby oraz kilkadziesiąt komarów. Z ich żarłoczności (komarów, nie uczestników) wnioskowałam, że jeszcze niewiele osób odwiedziło to miejsce. Zanim podbiłam kartę i wpisałam godzinę już z pięć bestii zdążyło mnie ugryźć. Czym prędzej zaczęłam wygrzebywać się na górę, ale ktoś przytomny spytał czy przerysowałam sobie następny punkt. Fuck! Oczywiście, że nie. Co było robić? Wróciłam na dół i zaczęłam nerwowo szukać po całej wielkiej płachcie miejsca podobnego do tego na wycinku. W tym czasie Krzysztof sfotografował lampion, żeby mieć w razie czego. W końcu udało się znaleźć, zaznaczyłam pi razy oko, gdzie to ma być i po wydostaniu się z tłumu, który zgromadził się w międzyczasie przy punkcie, oddaliliśmy się na ścieżkę, którą przyszliśmy. Po przedarciu się przez mokre poszycie od ścieżki na punkt i z powrotem w butach miałam małe jeziorka. Patrząc na mapę od razu sobie pomyślałam, że to nawet fajnie, bo kolejny PK był za jakimś podmokłym terenem i w razie konieczności brodzenia po wodzie nie będę miała żadnych oporów przed moczeniem nowych butów. Niestety podmokłość była głównie na mapie, bo w terenie prowadziła nas porządna droga, a potem porządna przecinka.
PK 39  miał być na narożniku płotu. Z okoliczności przyrody wnioskowaliśmy, że bynajmniej nie chodzi o płot przy zagrodzie, a raczej o szkółkę leśną. Już z daleka wypatrzyłam inny kolor drzew, a po chwili mignęła mi między drzewami czerwień lampionu. Tym razem na punkcie nie było komarów (bo pojedynczych sztuk nie liczę), nic nas nie rozpraszało i spokojnie mogliśmy zlokalizować i zaznaczyć na mapie kolejny PK o numerku 40. Na czterdziestkę prościuteńko przecinką do drogi, drogą kawałek na północ i już z daleka widać było górkę oraz słychać głosy innych uczestników. Ku naszemu zdziwieniu na lampionie nie znaleźliśmy namiarów na żaden kolejny punkt dla naszej trasy i nie pozostało nam nic innego jak iść  na czwórkę. Krzysztof to nawet chciał najpierw lecieć na trójkę, ale uparłam się, a jak się baba uprze, to wiadomo. Jakoś z mapy mi wychodziło, że jeszcze jakieś punkty muszą być na północy, a z trójki byłoby dalej po nie wracać. 
W połowie drogi na czwórkę spotkaliśmy powoli idącego, mocno starszego grzybiarza, który bardzo ucieszył się na nasz widok:
- Jak dobrze, że tu idziecie! - zawołał.
- Którędy dojść do Wielgowa?
Zajrzeliśmy w nasze mapy, a tam do Wielgowa tak z 5-6 kilometrów. Wykierowaliśmy grzybiarza we właściwą stronę, ale prawdę mówiąc pan nie wyglądał mi na zdolnego dotrzeć tam szybko. I tak to musieliśmy pół Polski przejechać, żeby w lesie uratować z opresji tubylca:-)
Na czwórkę znowu szliśmy przecinkami, potem ścieżką wzdłuż ogrodzenia, zakręt i w pewnej odległości, na wprost drugiego rowu, miało być po prawej jeziorko. Po prawej ciągnął się sad i nigdzie nie było nawet skrawka miejsca na jeziorko. W pewnym momencie Krzysztof uznał, że już jesteśmy za daleko, szczególnie że drugi rów minęliśmy jakiś czas temu.  Miałam ochotę podejść jeszcze kawałek i sprawdzić, bo nó(u)ż widelec, ale Krzysztof już zawrócił, wlazł do rowu i ruszył przed siebie. No dobra, on ustąpił w sprawie czwórki, ja ustąpiłam w sprawie rowu. Kiedy dwa razy bezskutecznie przeczesał rów, postanowiłam jednak podejść dalej i sprawdzić, czy jeziorka nie ma w lasku (choć na mapie miał być w terenie odkrytym, ale mapa licho wie z którego roku). Oczywiście było i jak to nad wodą, zamieszkałe przez komary. Na lampionie znaleźliśmy wycinki z PK 41 i 38. I gdzie był zlokalizowany PK 41? No, gdzie? Tuż przy PK 40, skąd właśnie przyszliśmy. Moje morale legło w gruzach. Nogi napierniczały mnie już konkretnie, ledwo nadążałam za Krzysztofem, a do tego zaczął mnie boleć kręgosłup na wysokości łopatek. W końcu nie wytrzymałam i zaczęłam z lekka marudzić. Krzysztof doradził mi żebym  przyciągnęła pępek do kręgosłupa i otworzyła klatkę piersiową cokolwiek miałoby to znaczyć. I wiecie, że pomogło? Całą uwagę skupiłam na tym żeby się nie udusić (bo przecież nie da się jednocześnie oddychać i trzymać wciągniętego brzucha) i zupełnie zapomniałam o bólu nóg. Rewelacyjna metoda!
Jak człowiek skupi się na walce o życie (oddech) to czas inaczej mija i nagle zorientowałam się, że jesteśmy już prawie przy 41. Głownie dzięki Krzysztofowi, bo to on pilnował drogi, podczas gdy ja cierpiałam. Nasyp było widać już z przecinki, lampion też zaraz się pokazał. Wycinki pokazane na lampionie już mieliśmy, więc nie było czego przerysowywać.
Na 38 znowu prościutka droga przecinkami, za to opis punktu wzruszył mnie niemal do łez: "delikatne wzniesienie, przy jednej z wielu ścieżek W-E". Kwintesencja precyzji. Ze skrzyżowania przecinek ruszyliśmy na azymut. Ja to lubię chodzić na azymut, bo to jedyna metoda, która mnie prawie nigdy nie zawodzi. Oczywiście pod warunkiem, że nie ma po drodze przeszkód, które trzeba obejść. Bo już przebieżność nie robi mi różnicy - pokrzywy, jeżyny, inne chaszcze - po prostu prę przed siebie. Tu akurat las był przebieżny, z daleka zobaczyłam górkę, na górce lampion. Podbiegłam i podbiłam. Krzysztof obejrzał górkę, drzewo, lampion i stwierdził, że mu się nie podoba. Nooo, w sumie kwestia gustu. Stowarzysz i stowarzysz - marudził. Nie zareagował na moją nieśmiałą sugestię, że na tej imprezie nie ma stowarzyszy, a punkty stoją co kilka kilometrów. Szybko ugryzłam się jednak w język, bo pomyślałam, że jak on pójdzie szukać tego punktu właściwego (jego zdaniem), to ja wreszcie będę mogła chwilę odpocząć. Bo co tu dużo mówić, padałam już na pysk i każda chwila postoju była dla mnie szansą na przeżycie tej imprezy. Podczas gdy Krzysztof oblatywał okolicę, ja zrobiłam sobie pod punktem piknik.
Chwila odpoczynku niezbyt wiele mi dała, bo dalej bolały mnie nogi i plecy. Jedynym pocieszeniem było to, że została nam do zebrania już tylko trójka, a potem powrót na metę. Trochę daleko było (jak na moje możliwości), ale za to nawigacyjnie prosto. W ogólności nasza trasa nawigacyjnie nie była jakoś specjalnie wypasiona, bo po przecinkach to każdy potrafi się orientować. Chociaż podobno idąc wariantem przeciwnym do naszego,  można było nabrać się na kilka  nieścisłości.
Od ciągłego podbiegania (dla ulżenia łydkom) mój ból kręgosłupa trochę się obsunął z okolic łopatek w okolice krzyża. Zawsze to jakieś urozmaicenie i odciągnięcie uwagi od innych bólów - na przykład bólu istnienia.
PK 3 usytuowany był na ambonie, na górze. Krzysztof dżentelmeńsko zaproponował, że weźmie moją kartę i podbije, ale ból, nie ból - przecież nie odmówiłabym sobie przyjemności wlezienia na górę. Kiedy tak sobie siedzieliśmy na ławeczce dziurkując karty startowe zadzwonił Tomek z pytaniem czy już jesteśmy na mecie, bo on by mnie wysłał do sklepu po zimną colę, żeby czekała na niego jak wróci. Serio? Podejrzewał, że będę w stanie gdziekolwiek pójść po powrocie na metę? Szczyt optymizmu!
Długo na ławeczce nie dało się posiedzieć, bo nadciągały następne ekipy i trzeba było zrobić miejsce. Zeszliśmy na dół, a po chwili rzuciliśmy się do ucieczki bo zaczęły gonić nas różne zwierzęta. W przeważającej ilości były to pajęczaki i komary, ale także inne stwory latające. Tym sposobem powrót na metę odbył się w trybie przyspieszonym.  Kiedy minęliśmy przejazd kolejowy, ustaliliśmy szczegóły efektownego wpadnięcia na metę, żeby wyglądało, że jesteśmy poważnymi, zaangażowanymi i wcale, ale to wcale jeszcze nie zmęczonymi uczestnikami. Miało być tak pięknie, a tymczasem Krzysztof zamiast pobiec głównym wejściem, poleciał do bocznego, więc ja za nim, w szkole ani śladu mety i dopiero ktoś nas wykierował na zewnątrz. Organizator na nasze nadejście z tak niespodziewanej strony zrobił duuuże oczy i w sumie to nawet można powiedzieć, że mieliśmy efektowne wejście, aczkolwiek nie takie jak zaplanowaliśmy:-) Daliśmy się sfotografować na ściance, bo pamiątka być musi:
A potem Krzysztof zaproponował żebyśmy od razu poszli do sklepu. W sumie to miał rację, bo jak bym siadła, to nie ma opcji - nigdzie bym już się nie ruszyła. Sklepy były dwa - do straży pożarnej, a potem w lewo lub w prawo - jak nam wytłumaczył Organizator.  Mnie ciągnęło w lewo, ale Krzysztof jakiś taki praworządny i przekonał mnie do pójścia w prawo. A tam sklep, owszem - był, tyle, że zamknięty na głucho. "Mój" sklep na szczęście był otwarty, miał lodówki pełne piwa i coli, więc nabyliśmy co komu potrzebne i mogliśmy wracać. W bazie czekał na nas obiad, w kranach prawie ciepła woda i wręcz zapachniało luksusami. Zapachniało oczywiście w przenośni, bo wiadomo jak "pachnie" baza po zawodach. Potem już tylko czekaliśmy na powrót reszty ekipy. Barbara i Tomek wyciągnęli mnie na basen i nawet udało mi się nie utopić mimo nikłej ruchliwości odnóży. Dość późnym wieczorem, bo już po ciemku wrócił Michał, a na Pawła nie doczekaliśmy się dlatego ekipa poniżej deczko niekompletna:
Kiedy sczytałam dane z mojej fit-opaski wyszło, że przeszliśmy 27 km w czasie 5,5 godziny. Dawało to rewelacyjny wynik i nawet się dziwiłam, że mamy dopiero 21 i 22 miejsce. (Tak ogólnie to się dziwiłam, że dałam radę przyjść nie ostatnia). Precyzją przejścia i krótkim czasem cieszyłam się do powrotu do domu. W domu zgrałam sobie trasę z telefonu i okazało się, że przeszliśmy jednak 32 km (pa, pa precyzjo) w czasie ponad 6 godzin. Z drugiej strony od razu spuchłam z dumy, że dałam radę przejść aż tyle, a w razie potrzeby miałam jeszcze zapas sił na jakieś może 5 km. Średnie tempo też jak na moje możliwości rewelacyjne. W tym momencie muszę potwierdzić teorię Huberta P., że panowie holują kobiety. Mi samej nigdy w życiu nie przyszłoby do głowy żeby przemieszczać się w tak absurdalnym tempie. Sama przeszłabym sobie traskę powolutku, a gdybym chciała zmieścić się w limicie, po prostu odpuściłabym część punktów. Chociaż z drugiej strony tych punktów było tyle co kot napłakał, to trochę szkoda byłoby odpuszczać.
Krzysztof podobno dowiedział się od kogoś, że na PK40 był jednak wycinek z PK 41, ale nie rozumiem jak obydwoje moglibyśmy to przeoczyć?! Czekam z niecierpliwością na mapy na stronie Organizatora żeby na własne oczy przekonać się co poszło nie tak.


niedziela, 25 czerwca 2017

Grassować można i w Kutnie!

Na Grassora wybraliśmy się w aż sześć osób, za to dla urozmaicenia - w dwóch turach dojazdowych. W piątek rano ruszyła ekipa samochodowa, czyli my dwoje, Barbara i Krzysztof, po południu ekipa szynowa - Michał i Paweł.
Jak wiadomo, nie ma udanego wyjazdu bez zrobienia przynajmniej jednego trina, a tym razem trafiła nam się gratka - mieliśmy przetestować aż trzy trina w Kutnie. Barbara przygotowała z nich kompilację na jednym wydruku żeby nie nosić kilku kartek i ruszyliśmy w teren. Trochę się obawiałam tych trzech tras, bo moje nogi od dłuższego czasu nie miały szansy na regenerację, a Kutno mogło tylko pogorszyć sprawę. Zaczęliśmy od okolic rynku i okazało się, że odległości są śmiesznie małe, więc wiele się nie nachodziliśmy.

Pierwsza trasa płynnie przeszła nam w kolejną i mieliśmy okazję zwiedzić "Miasto nie tylko róż". Miasto okazało się ciut większe od okolic rynku i tu już trochę musieliśmy pochodzić. A żeby nie było gołosłowności z różami, jednym z zadań było policzenie róż na pomniku. I wcale nie było to banalne zadanie, bo po kilku liczeniach przez trzy osoby, za każdym razem wychodził inny wynik. Na pomoc przyszła nadworna dokumentalistka wydarzeń - Barbara i po kolejnych trzech liczeniach ustaliliśmy wynik. Uff - można było iść dalej. Ponieważ co chwilę przypominałam grupie o konieczności oszczędzania nóg, w końcu ustaliliśmy, że zbierzemy punkty tylko do rzeczki, a na kolejną część podjedziemy samochodem, zaparkujemy przy największym skupisku PK i oblecimy je raz dwa. Przespacerowaliśmy się więc po Parku Wiosny Ludów, prawie załapaliśmy się na zakończenie roku szkolnego w szkole muzycznej oraz starliśmy się z panią muzealniczką, która własną piersią broniła wejścia na schody muzeum bez wykupionego biletu. A wszystko było nieporozumieniem, bo Krzysztof chciał tylko ze schodów fotkę cyknąć. Do rozlewu krwi nie doszło, ale niewiele brakowało:-) Ostatnie trzy punkty już sobie odpuściłam, bo czułam kilometry w nogach, reszta ekipy twardo zaliczyła wszystko.
Po Kutnie planowaliśmy jechać już prosto do Reptowa, żeby zdążyć przed przyjazdem pociągu z resztą ekipy, której obiecaliśmy: Michałowi - transport całokształtu, Pawłowi - transport bagażu. Jedyny dłuższy przystanek planowaliśmy tylko na zjedzenie obiadu, którym oczywiście musiała być pizza, zgodnie z tradycją zapoczątkowaną przez Barbarę i Tomka.
W końcu dotarliśmy do bazy. Szybko powyrzucaliśmy bagaże, bo Tomek musiał od razu jechać do Stargardu na stację. On pojechał, a my we trójkę zaczęliśmy się zagospodarowywać. W moim wykonaniu wyglądało to po prostu na zrobieniu swojskiego bałaganu. Potem odebraliśmy nasze numery i karty startowe. Ale jakie bajeranckie! Takie typu: nie gniotsja, nie łamiotsja - zrobione z materii darcioodpornej, wodoodpornej, a kto wie - może i ognioodpornej, ale o to zapomniałam spytać. Numer startowy był dodatkowo spersonalizowany - z imieniem i miejscowością, z której się przyjechało. Taka dopieszczona się poczułam:-)

Potem wrócił Tomek z Michałem i Pawłem i mogliśmy zacząć wieczorny relaks. O, taki:


c. d. n.