Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mrozy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mrozy. Pokaż wszystkie posty
sobota, 11 sierpnia 2018
wtorek, 7 sierpnia 2018
Orientiada czyli Jatka bis.
Na Świętokrzyską Jatkę w tym roku nie pojechaliśmy bojąc się upałów, które szczególnie dałyby się we znaki na odkrytych przestrzeniach. Ale wiadomo - co się odwlecze, to nie uciecze. Orientiada zapewniła nam i upały i sporo otwartej przestrzeni.
Już od dłuższego czasu pilnie śledziliśmy prognozy pogody i w końcu doczekaliśmy się wiadomości, że ma się ochłodzić. O jakieś dwa stopnie. Z ponad trzydziestu. Mimo to, w przeciwieństwie do poprzedniej pięćdziesiątki, czułam w sobie moc i wydawało mi się, że dokonam wielkich czynów - ot, chociażby przelecę dystans w osiem godzin.
Do bazy w Mrozach (ach, mrozy...) przyjechaliśmy w sobotę rano. Tłumu nie było, bo primo - pięćdziesiątka startowała jako pierwsza, więc uczestnicy innych tras jeszcze nie dotarli, secundo - część z zapisanych osób zrezygnowała bojąc się upałów. Tym sposobem już na starcie ja miałam zagwarantowane pudło w kategorii kobiet, a Tomek weteranów.
Ponieważ na start byliśmy wywożeni, o ósmej (po tradycyjnej grupowej fotce) wsiedliśmy do busika i ruszyliśmy.
Na starcie otrzymaliśmy nieduże mapki mieszczące się na A4 i opis punktów. Brak rozświetleń sugerował, że punkty będą łatwoznajdowalne, co już na wstępie faworyzowało szybkobiegaczy.
Wiadomo było, że do pierwszych dwóch punktów lecimy całą stawką, bo nie było żadnego pola manewru i dopiero potem można będzie wybrać wariant, chociaż też mało urozmaicony.
Ruszyliśmy tradycyjnie spokojnym truchtem. Mnie energia wciąż roznosiła, Tomek po kilkudziesięciu metrach zaczął narzekać na ból i sztywność łydek. Co oczywiście nie znaczy, że zwolnił, ale też po raz pierwszy nie wyrywał się przede mnie. Do pierwszego PK o numerku 10 prawie cały czas biegliśmy asfaltem, za to już sama końcówka prowadziła przez pokrzywy po uszy. Sam lampion wisiał sobie nad strumykiem.
Do następnego punktu - dwunastki - znowu mieliśmy długi przelot asfaltem. Tomek nadal narzekał na łydki, mój entuzjazm zaczął jakby z lekka maleć. Moc, którą czułam w sobie na starcie, znikała wraz ze wzrostem temperatury. Orzeźwiające okazało się przejście przez pole kukurydzy - mieliśmy zapewniony cień i delikatny prysznic (rosa? woda po deszczu?). Nasz punkt stał na górce, co w opisie brzmiało bardziej wyrafinowanie - "punkt wysokościowy". I wiecie co? Gorsze od górki okazały się dla mnie pajęczyny, które porozwieszane były wszędzie i co chwilę oblepiały mi twarz. Brrrr.... Przy dwunastce jeszcze wciąż było tłoczno, mimo, że szybkobiegacze polecieli przodem. Punkt podbijaliśmy w towarzystwie m. in. Sylwii i Krzysztofa.
Do PK 14 poszliśmy już razem z nimi, a w Jaruzalu, czyli serialowych Wilkowyjach, zrobiliśmy sobie obowiązkowe zdjęcie na słynnej ławeczce przed sklepem.
Po drodze znowu mieliśmy kawał asfaltu pod nogami i trochę przestawało mi się to podobać. Tym niemniej wykorzystaliśmy równy grunt i biegliśmy. W okolicach punktu kręcili się też inni zawodnicy, czyli nie byliśmy tak bardzo w tyle:-)
Przy czternastce zabawiliśmy chwilę dłużej, bo musiałam wytrzepać bałagan z butów. Nie założyłam stuptutów, bo gorąco, a potem kilkakrotnie tego żałowałam. Co chwilę wpadało mi jakieś dziadostwo i musieliśmy robić postoje. Wszyscy polecieli już do kolejnego punktu, a my zostaliśmy jak te sieroty. W drodze na trzynastkę asfalt już tylko przecinaliśmy, ale poruszaliśmy się po porządnych drogach. Już w pobliżu punktu układ dróg nie do końca nam się zgadzał z tym co na mapie i trochę szliśmy na wyczucie. Gdzieś tam w oddali przed nami majaczyły sylwetki Sylwii i Krzyśka, ale kiedy weszliśmy w las, zniknęli nam z oczu. Za to spotkaliśmy Kingę, która wracała właśnie z trzynastki i potwierdziła, że idziemy dobrze. A przy samym lampionie kręciło się już kilka osób i nawet ustawiła się kolejka do podbicia kart.
Do piętnastki ruszyliśmy w towarzystwie kolegi Jacentego, a że przebieg nie wymagający większego skupienia, to mogliśmy sobie pokonwersować. Szliśmy co prawda na azymut, a nie drogami (tak dla odmiany i dla skrótu) ale wiedzieliśmy, że mamy dojść do poprzecznej drogi i wtedy włączyć myślenie. Ostatni odcinek przed punktem był stuprocentowo nieprzebieżny, a jeżyny jak wściekłe broniły dostępu do strumyka. Najpierw powaliły na ziemię Tomka, potem Jacentego i tylko mnie oszczędziły, być może uznając za mało znaczącego przeciwnika.
Mimo przeciwności losu piętnastkę udało się zdobyć. A przy okazji zalągł się we mnie dylemat co wolę - pokrzywy czy jeżyny? I po namyśle wychodzi mi, że chyba jednak raczej pokrzywy.
Jakiś zawodnik przed nami po podbiciu punktu przeszedł na drugą stronę strumyka i zniknął nam z oczu. Odruchowo ruszyłam za nim, szczególnie, że chłodna woda przyciągała mnie jak magnez. A poza tym za plecami miałam tylko pokrzywy i jeżyny. Przeprawiliśmy się więc przez strumyk przyjemnie chłodząc nogi i wtedy Tomek oznajmił, że w zasadzie to mieliśmy iść w przeciwnym kierunku, bo niby po tej pierwszej stronie strumienia byłoby bliżej. Oj tam, takie bliżej - ze sto metrów może. Kategorycznie odmówiłam powrotu w jeżynisko i poszliśmy dalej moim wariantem, który wcale nie był taki zły jak to Tomek przedstawiał. Nasz towarzysz z punktu piętnastego poleciał przodem, bo coś go gnało do przodu, a my spacerkiem zbliżaliśmy się do PK 16. Ponieważ temperatura przekroczyła bezpieczny dla życia poziom i czuliśmy jak białko w organizmie zaczyna nam się ścinać, całkiem już odpuściliśmy myśl o bieganiu.
Na PK 16 miała być woda dostarczona przez organizatora. Kiedy już dotarliśmy na miejsce od razu rzuciły nam się w oczy butelki, natomiast nigdzie nie było lampionu. Ja to nawet byłam gotowa olać lampion i zająć się wodą, ale Tomek uparł się - podbić punkt i podbić punkt. No dobra, rozejrzeliśmy się po okolicy i faktycznie, w pewnej odległości wisiała biało-pomarańczowa szmatka.
W końcu mogliśmy zająć się uzupełnianiem zapasów wody. Zdjęłam kamizelkę żeby dostać się do bukłaka, porozkładałam swoje rzeczy dookoła i wtedy Tomek zwrócił mi uwagę, że usadowiłam się w samym mrowisku. Aaaaaa!!!!!!!! Zerwałam się przerażona i odtańczyłam dziki taniec usiłując zrzucić z siebie dziesiątki wielkich, czerwonych, krwiożerczych mrówek. Potem jeszcze musiałam otrzepać kamizelkę i mapę, a i tak jedna małpa wredna mnie użarła.
Po szesnastce zaplanowaliśmy dwudziestkę dwójkę, a po drodze miała być całkiem spora miejscowość - Lipiny. Liczyliśmy więc na sklep i coś zimnego do picia, bo ciepła woda i ciepły izotonik jakoś słabo nam wchodziły. Do Lipin prowadziła porządna droga, ale jakoś niespecjalnie wpłynęło to na nasze tempo. A w Lipinach.... Sklep! A w nim zimna cola i lody. Opiłam się tak, że gaz z coli niemal unosił mnie w powietrze, ale wcale przez to nie było mi łatwiej, a nawet wręcz.
Dwadzieścia dwa był to kolejny "punkt wysokościowy", na szczęście te wysokości były osiągalne dla mnie i to bez zadyszki. Bo to, że zaczynałam słaniać się na nogach wynikało tylko i wyłącznie z panującej temperatury.
Po PK 22 mieliśmy dylemat - iść na 23 czy na 24. Mimo, że na 23 prowadziła fajniejsza droga, do tego przez las, Tomek koniecznie chciał iść do 24. Ja myślę, że to z powodu przegrzania, bo przecież wystawił łysy czerep na słońce zasłaniając sobie jedynie czoło opaską i trochę mi dogrzało. No, to poszliśmy - trochę drogami, trochę na azymut, a trochę na rympał. Końcówka trochę nam nie wyszła bo zaczęliśmy szukać o jedną drogę za wcześnie. Któryś z zawodników, już wracający z punktu, podpowiedział nam, że jeszcze ze 300 metrów i niezobowiązująco machnął ręką w kierunku, z którego przyszedł. Skorzystaliśmy z rady, ale im dalej szliśmy, tym bardziej punktu nigdzie nie było. W końcu już nie wiedzieliśmy na której ścieżce jesteśmy, a akurat było ich kilka do wyboru. Dopiero kiedy jedna z nich zaczęła zakręcać w taki sam sposób, jak jedna z tych narysowanych na mapie, udało nam się umiejscowić. W tym momencie znalezienie punktu było już formalnością.
Z 24 elegancko drogą polecieliśmy na 23, a Tomek cała drogę zastanawiał się, który wariant był korzystniejszy - najpierw 23, czy najpierw 24. Po żmudnych obliczeniach już w domu wyszło mu, że jednak nasz. O kilka metrów:-)
Odcinek między punktami obfitował w dramatyczne spotkania międzygatunkowe. Najpierw natknęliśmy się na węża. Od razu pomyślałam, że to ten słynny poszukiwany przez wszystkich pyton, więc w odruchu obronnym wybiłam się z miejsca w powietrze i zawisłam nad wężem bojąc się, że jak opadnę, to stanę na niego, a on pożre mnie jednym chapnięciem. Długo tak jednak nie mogłam sobie wisieć, bo czas poganiał, wykonałam więc manewr przemieszczający, gwałtownie odpychając się od powietrza i wylądowałam parę metrów od gadziny. Tomek usiłował mi wmówić, że to nie żaden pyton tylko maleńka żmijka, ale ja tam swoje wiem.
Ledwo zdążyłam uspokoić skołatane nerwy, gdy w trawach zakotłowało się i wybiegło z niego stado nosorożców tratujących wszystko, co na ich drodze. Na szczęście pobiegły w przeciwnym kierunku niż my staliśmy, a Tomek znowu wciskał mi kit, że to nie stado nosorożców, tylko jedna przerażona sarenka. Akurat!
Tak za połową drogi weszliśmy w teren zaznaczony na mapie jako sieć kanałków, ale Tomek nie dal się przekonać do pójścia przez niego na azymut (woda! woda!), tylko zmusił mnie do obchodzenia potencjalnego miejsca ochłody. Tym sposobem trochę nadłożyliśmy drogi, ale w zamian nie musieliśmy przedzierać się przez trawska. PK 23 był znowu "wysokościowy", ale taka tam wysokość, phi. Schodząc z punktu spotkaliśmy Bartka z trasy 25-kilometrowej.
Do PK 25 doprowadził nas niebieski szlak i dopiero w końcówce musieliśmy uważać gdzie z niego zejść. Jednym słowem punkt łatwy i bezproblemowy.
Na trzydziestce jedynce miała być kolejna woda. Nie żebyśmy już wszystko wypili, ale łudziłam się, że może będzie ciut chłodniejsza niż nasza. Od tego gorąca to już nam się nic nie chciało. Ja byłam w ciężkim kryzysie, kręgosłup napierniczał mnie ile dał radę i nawet Tomek co chwilę odkrywał nową bolącą część ciała. Wybitnie nie byliśmy w formie.
Po drodze mieliśmy przechodzić koło jeziorka w rezerwacie Barania Ruda i w akcie desperacji chciałam w nim zmoczyć czapeczkę metodą stopy-kolana-uda-pas-szyja-czapeczka i ostatkiem sił powstrzymałam się z braku dogodnego dojścia nad wodę, a i alternatywna czystość jeziorka ciut mnie deprymowała.
Przy punkcie po raz kolejny spotkaliśmy Sylwię i Krzysztofa maszerujących z pięciolitrowymi baniakami wody. Na nasz widok tłumaczyli się, że chcieli je tylko przenieść bardziej w cień, ale ja myślę, że chcieli je sobie wziąć na drogę. Nieźle musieli być spragnieni! :-)
Już od dłuższego czasu pilnie śledziliśmy prognozy pogody i w końcu doczekaliśmy się wiadomości, że ma się ochłodzić. O jakieś dwa stopnie. Z ponad trzydziestu. Mimo to, w przeciwieństwie do poprzedniej pięćdziesiątki, czułam w sobie moc i wydawało mi się, że dokonam wielkich czynów - ot, chociażby przelecę dystans w osiem godzin.
Do bazy w Mrozach (ach, mrozy...) przyjechaliśmy w sobotę rano. Tłumu nie było, bo primo - pięćdziesiątka startowała jako pierwsza, więc uczestnicy innych tras jeszcze nie dotarli, secundo - część z zapisanych osób zrezygnowała bojąc się upałów. Tym sposobem już na starcie ja miałam zagwarantowane pudło w kategorii kobiet, a Tomek weteranów.
Ponieważ na start byliśmy wywożeni, o ósmej (po tradycyjnej grupowej fotce) wsiedliśmy do busika i ruszyliśmy.
Taką fotkę otrzymał każdy uczestnik od Organizatora.
Na starcie otrzymaliśmy nieduże mapki mieszczące się na A4 i opis punktów. Brak rozświetleń sugerował, że punkty będą łatwoznajdowalne, co już na wstępie faworyzowało szybkobiegaczy.
Wiadomo było, że do pierwszych dwóch punktów lecimy całą stawką, bo nie było żadnego pola manewru i dopiero potem można będzie wybrać wariant, chociaż też mało urozmaicony.
Ruszyliśmy tradycyjnie spokojnym truchtem. Mnie energia wciąż roznosiła, Tomek po kilkudziesięciu metrach zaczął narzekać na ból i sztywność łydek. Co oczywiście nie znaczy, że zwolnił, ale też po raz pierwszy nie wyrywał się przede mnie. Do pierwszego PK o numerku 10 prawie cały czas biegliśmy asfaltem, za to już sama końcówka prowadziła przez pokrzywy po uszy. Sam lampion wisiał sobie nad strumykiem.
My już mieliśmy trochę wydeptane pokrzywy, ale pionierom trasy nie zazdroszczę:-)
Do następnego punktu - dwunastki - znowu mieliśmy długi przelot asfaltem. Tomek nadal narzekał na łydki, mój entuzjazm zaczął jakby z lekka maleć. Moc, którą czułam w sobie na starcie, znikała wraz ze wzrostem temperatury. Orzeźwiające okazało się przejście przez pole kukurydzy - mieliśmy zapewniony cień i delikatny prysznic (rosa? woda po deszczu?). Nasz punkt stał na górce, co w opisie brzmiało bardziej wyrafinowanie - "punkt wysokościowy". I wiecie co? Gorsze od górki okazały się dla mnie pajęczyny, które porozwieszane były wszędzie i co chwilę oblepiały mi twarz. Brrrr.... Przy dwunastce jeszcze wciąż było tłoczno, mimo, że szybkobiegacze polecieli przodem. Punkt podbijaliśmy w towarzystwie m. in. Sylwii i Krzysztofa.
PK 12
Do PK 14 poszliśmy już razem z nimi, a w Jaruzalu, czyli serialowych Wilkowyjach, zrobiliśmy sobie obowiązkowe zdjęcie na słynnej ławeczce przed sklepem.
Wilkowyje - Jeruzal
Po drodze znowu mieliśmy kawał asfaltu pod nogami i trochę przestawało mi się to podobać. Tym niemniej wykorzystaliśmy równy grunt i biegliśmy. W okolicach punktu kręcili się też inni zawodnicy, czyli nie byliśmy tak bardzo w tyle:-)
Czternastkę podbijam hurtowo - swoją kartę i Tomka (Tomek filmuje).
Przy czternastce zabawiliśmy chwilę dłużej, bo musiałam wytrzepać bałagan z butów. Nie założyłam stuptutów, bo gorąco, a potem kilkakrotnie tego żałowałam. Co chwilę wpadało mi jakieś dziadostwo i musieliśmy robić postoje. Wszyscy polecieli już do kolejnego punktu, a my zostaliśmy jak te sieroty. W drodze na trzynastkę asfalt już tylko przecinaliśmy, ale poruszaliśmy się po porządnych drogach. Już w pobliżu punktu układ dróg nie do końca nam się zgadzał z tym co na mapie i trochę szliśmy na wyczucie. Gdzieś tam w oddali przed nami majaczyły sylwetki Sylwii i Krzyśka, ale kiedy weszliśmy w las, zniknęli nam z oczu. Za to spotkaliśmy Kingę, która wracała właśnie z trzynastki i potwierdziła, że idziemy dobrze. A przy samym lampionie kręciło się już kilka osób i nawet ustawiła się kolejka do podbicia kart.
Trzynastka zdobyta.
Do piętnastki ruszyliśmy w towarzystwie kolegi Jacentego, a że przebieg nie wymagający większego skupienia, to mogliśmy sobie pokonwersować. Szliśmy co prawda na azymut, a nie drogami (tak dla odmiany i dla skrótu) ale wiedzieliśmy, że mamy dojść do poprzecznej drogi i wtedy włączyć myślenie. Ostatni odcinek przed punktem był stuprocentowo nieprzebieżny, a jeżyny jak wściekłe broniły dostępu do strumyka. Najpierw powaliły na ziemię Tomka, potem Jacentego i tylko mnie oszczędziły, być może uznając za mało znaczącego przeciwnika.
Tak się kończy igranie z dziką przyrodą.
Mimo przeciwności losu piętnastkę udało się zdobyć. A przy okazji zalągł się we mnie dylemat co wolę - pokrzywy czy jeżyny? I po namyśle wychodzi mi, że chyba jednak raczej pokrzywy.
Uff, dotarliśmy.
Jakiś zawodnik przed nami po podbiciu punktu przeszedł na drugą stronę strumyka i zniknął nam z oczu. Odruchowo ruszyłam za nim, szczególnie, że chłodna woda przyciągała mnie jak magnez. A poza tym za plecami miałam tylko pokrzywy i jeżyny. Przeprawiliśmy się więc przez strumyk przyjemnie chłodząc nogi i wtedy Tomek oznajmił, że w zasadzie to mieliśmy iść w przeciwnym kierunku, bo niby po tej pierwszej stronie strumienia byłoby bliżej. Oj tam, takie bliżej - ze sto metrów może. Kategorycznie odmówiłam powrotu w jeżynisko i poszliśmy dalej moim wariantem, który wcale nie był taki zły jak to Tomek przedstawiał. Nasz towarzysz z punktu piętnastego poleciał przodem, bo coś go gnało do przodu, a my spacerkiem zbliżaliśmy się do PK 16. Ponieważ temperatura przekroczyła bezpieczny dla życia poziom i czuliśmy jak białko w organizmie zaczyna nam się ścinać, całkiem już odpuściliśmy myśl o bieganiu.
Na PK 16 miała być woda dostarczona przez organizatora. Kiedy już dotarliśmy na miejsce od razu rzuciły nam się w oczy butelki, natomiast nigdzie nie było lampionu. Ja to nawet byłam gotowa olać lampion i zająć się wodą, ale Tomek uparł się - podbić punkt i podbić punkt. No dobra, rozejrzeliśmy się po okolicy i faktycznie, w pewnej odległości wisiała biało-pomarańczowa szmatka.
Woda jest, ale gdzie lampion?
W końcu mogliśmy zająć się uzupełnianiem zapasów wody. Zdjęłam kamizelkę żeby dostać się do bukłaka, porozkładałam swoje rzeczy dookoła i wtedy Tomek zwrócił mi uwagę, że usadowiłam się w samym mrowisku. Aaaaaa!!!!!!!! Zerwałam się przerażona i odtańczyłam dziki taniec usiłując zrzucić z siebie dziesiątki wielkich, czerwonych, krwiożerczych mrówek. Potem jeszcze musiałam otrzepać kamizelkę i mapę, a i tak jedna małpa wredna mnie użarła.
Po szesnastce zaplanowaliśmy dwudziestkę dwójkę, a po drodze miała być całkiem spora miejscowość - Lipiny. Liczyliśmy więc na sklep i coś zimnego do picia, bo ciepła woda i ciepły izotonik jakoś słabo nam wchodziły. Do Lipin prowadziła porządna droga, ale jakoś niespecjalnie wpłynęło to na nasze tempo. A w Lipinach.... Sklep! A w nim zimna cola i lody. Opiłam się tak, że gaz z coli niemal unosił mnie w powietrze, ale wcale przez to nie było mi łatwiej, a nawet wręcz.
Cudownie zimna cola.
Dwadzieścia dwa był to kolejny "punkt wysokościowy", na szczęście te wysokości były osiągalne dla mnie i to bez zadyszki. Bo to, że zaczynałam słaniać się na nogach wynikało tylko i wyłącznie z panującej temperatury.
Góra zdobyta.
Po PK 22 mieliśmy dylemat - iść na 23 czy na 24. Mimo, że na 23 prowadziła fajniejsza droga, do tego przez las, Tomek koniecznie chciał iść do 24. Ja myślę, że to z powodu przegrzania, bo przecież wystawił łysy czerep na słońce zasłaniając sobie jedynie czoło opaską i trochę mi dogrzało. No, to poszliśmy - trochę drogami, trochę na azymut, a trochę na rympał. Końcówka trochę nam nie wyszła bo zaczęliśmy szukać o jedną drogę za wcześnie. Któryś z zawodników, już wracający z punktu, podpowiedział nam, że jeszcze ze 300 metrów i niezobowiązująco machnął ręką w kierunku, z którego przyszedł. Skorzystaliśmy z rady, ale im dalej szliśmy, tym bardziej punktu nigdzie nie było. W końcu już nie wiedzieliśmy na której ścieżce jesteśmy, a akurat było ich kilka do wyboru. Dopiero kiedy jedna z nich zaczęła zakręcać w taki sam sposób, jak jedna z tych narysowanych na mapie, udało nam się umiejscowić. W tym momencie znalezienie punktu było już formalnością.
24 w zagajniku.
Z 24 elegancko drogą polecieliśmy na 23, a Tomek cała drogę zastanawiał się, który wariant był korzystniejszy - najpierw 23, czy najpierw 24. Po żmudnych obliczeniach już w domu wyszło mu, że jednak nasz. O kilka metrów:-)
Odcinek między punktami obfitował w dramatyczne spotkania międzygatunkowe. Najpierw natknęliśmy się na węża. Od razu pomyślałam, że to ten słynny poszukiwany przez wszystkich pyton, więc w odruchu obronnym wybiłam się z miejsca w powietrze i zawisłam nad wężem bojąc się, że jak opadnę, to stanę na niego, a on pożre mnie jednym chapnięciem. Długo tak jednak nie mogłam sobie wisieć, bo czas poganiał, wykonałam więc manewr przemieszczający, gwałtownie odpychając się od powietrza i wylądowałam parę metrów od gadziny. Tomek usiłował mi wmówić, że to nie żaden pyton tylko maleńka żmijka, ale ja tam swoje wiem.
Ledwo zdążyłam uspokoić skołatane nerwy, gdy w trawach zakotłowało się i wybiegło z niego stado nosorożców tratujących wszystko, co na ich drodze. Na szczęście pobiegły w przeciwnym kierunku niż my staliśmy, a Tomek znowu wciskał mi kit, że to nie stado nosorożców, tylko jedna przerażona sarenka. Akurat!
Tak za połową drogi weszliśmy w teren zaznaczony na mapie jako sieć kanałków, ale Tomek nie dal się przekonać do pójścia przez niego na azymut (woda! woda!), tylko zmusił mnie do obchodzenia potencjalnego miejsca ochłody. Tym sposobem trochę nadłożyliśmy drogi, ale w zamian nie musieliśmy przedzierać się przez trawska. PK 23 był znowu "wysokościowy", ale taka tam wysokość, phi. Schodząc z punktu spotkaliśmy Bartka z trasy 25-kilometrowej.
Punkty były bardzo estetycznie opisane.
Do PK 25 doprowadził nas niebieski szlak i dopiero w końcówce musieliśmy uważać gdzie z niego zejść. Jednym słowem punkt łatwy i bezproblemowy.
Bezproblemowe 25.
Na trzydziestce jedynce miała być kolejna woda. Nie żebyśmy już wszystko wypili, ale łudziłam się, że może będzie ciut chłodniejsza niż nasza. Od tego gorąca to już nam się nic nie chciało. Ja byłam w ciężkim kryzysie, kręgosłup napierniczał mnie ile dał radę i nawet Tomek co chwilę odkrywał nową bolącą część ciała. Wybitnie nie byliśmy w formie.
Po drodze mieliśmy przechodzić koło jeziorka w rezerwacie Barania Ruda i w akcie desperacji chciałam w nim zmoczyć czapeczkę metodą stopy-kolana-uda-pas-szyja-czapeczka i ostatkiem sił powstrzymałam się z braku dogodnego dojścia nad wodę, a i alternatywna czystość jeziorka ciut mnie deprymowała.
Przy punkcie po raz kolejny spotkaliśmy Sylwię i Krzysztofa maszerujących z pięciolitrowymi baniakami wody. Na nasz widok tłumaczyli się, że chcieli je tylko przenieść bardziej w cień, ale ja myślę, że chcieli je sobie wziąć na drogę. Nieźle musieli być spragnieni! :-)
Po prawej najbardziej elegancki zawodnik Orientiady - biała koszula, ciemne spodnie.
Po PK 31 byliśmy już na ostatniej prostej do bazy. Co prawda do zebrania zostały jeszcze cztery punkty, ale było już dużo bliżej niż dalej. Do PK 28 był stosunkowo długi przelot, który pokonaliśmy dużymi drogami i asfaltem. W Porzewnicy już nie wytrzymałam tego upału i pomimo mostu, rzekę Witówkę pokonałam w bród. Co za cudowne uczucie! Co prawda po paru krokach spodnie wyschły, a woda w butach osiągnęła temperaturę czterdziestu stopni, ale chwila przyjemności była.
Mimo, że Orientiada jest imprezą bez stowarzyszy, to nam udało się znaleźć punkt stowarzyszony o kodzie 30, ale w porę zorientowaliśmy się, że takiego to na swojej mapie nie mamy.
Punkt podbijam już na siedząco - zawsze to chwila odpoczynku.
Kolejne punkty były już rozmieszczone blisko siebie, a ostatni to już całkiem blisko bazy, myśleliśmy więc, że raz dwa je zaliczymy i wreszcie nastąpi koniec tej gorącej udręki. Tymczasem dziewiętnastka postawiła nas w głupiej sytuacji. Odmierzyliśmy odległość, znaleźliśmy miejsce odpowiadające i mapie i opisowi, mało tego - znaleźliśmy liczne ślady czesania i tylko lampionu nie mogliśmy znaleźć. Ale zaparliśmy się, bo skoro wszystko się zgadza, to musi gdzieś być. Okolica cała pokryta była pokrzywami sięgającymi głowy, a w ich gąszczu wydeptane były ścieżki. Przeszliśmy wszystkie i... nic. Postanowiłam zadzwonić do organizatora, bo może jakiś błąd w opisie, albo może ktoś już zgłosił brak lampionu i nie ma co czesać, albo może źle stoi. Dzwonić sobie mogłam w nieskończoność, a i tak nikt nie odbierał. W końcu postanowiliśmy poszukać w szerszej perspektywie, szczególnie, że z sąsiedniej kępy drzew wynurzył się i poszedł w dalszą trasę inny zawodnik. I faktycznie - znaleźliśmy tam lampion. Byliśmy przekonani, że źle stoi, a jednak... Porównanie w domu wszystkich dostępnych map i śladu gps pokazało, że jednak dobrze. Gdyby to była impreza ze stowarzyszami i gdyby taki stał w pierwszej kępie, na pewno nabralibyśmy się na niego.
To był ostatni punkt z wodą, ale już nie skorzystaliśmy.
Dwudziestkę organizator schował w dołku dwadzieścia metrów za krzyżem i jedyne co musieliśmy zrobić to zlokalizować ten właściwy krzyż, bo blisko siebie stały dwa. Nie było to większym problemem.
Nasz przedostatni punkt.
Do ostatniego punktu można było iść albo szlakiem tramwaju konnego albo dość ruchliwą drogą i niestety drogą było bliżej. Gdybyśmy mieli więcej sił i czasu to uparłabym się na szlak, bo byłam go ciekawa, no i przyjemniej iść lasem niż między mknącymi samochodami. Ostatni punkt był już właściwie taki bardziej krajoznawczy niż na poważnie.
Obowiązkowa fotka w wagoniku:-)
Do mety było już bardzo blisko, ale tradycyjny zryw do biegu zainicjowaliśmy dopiero na podwórku bazy, bo byliśmy już totalnie wykończeni. Dostaliśmy pamiątkowe medale i mogliśmy chwilę odpocząć przed uroczystością wręczania pucharów.
Wreszcie meta!!!
Potem Tomek, Jacenty i Krzysztof otrzymali swoje puchary, a my z Sylwią czekałyśmy na powrót Kingi (mimo, że wiadomo już było jakie miejsca zajęłyśmy) bo przyjemniej stać na pudle we trójkę niż we dwie, gdy trzecia jeszcze się męczy na trasie.
Najdzielniejsi weterani Orientiady.
I najszybsze kobiety :-)
A tak wygląda nasz przebieg:
Filmowy ciąg dalszy - nastąpi wkrótce.
poniedziałek, 7 sierpnia 2017
Rocznica
Rok temu na Orientiadzie zaliczyłem moją pierwszą pięćdziesiątkę.
Zaliczyłem i niestety okupiłem to totalną kontuzją podeszw. Po prostu zeszła mi
skóra z połowy podeszw i każdy krok okupiony był cierpieniem. Jako twardziel,
oczywiście na środkach przeciwbólowych, wystartowałem dwa dni później w BnO na
Forcie Bema – ale wiadomo, na takim wspomaganiu to człowiek się miota, a nie
biega z głową ;-)
![]() |
| Orientiada 2017 |
Tym razem miałem wygrać. No może być drugi (wiadomo, Ani S.
nie dogonię, co najwyżej mogę nawigacyjnie ją pokonać). Niestety, „po terminie”
zaczęły się zapisywać same gwiazdy, z którymi jak wiadomo nie mam szans. Rzutem
na taśmę zapisała się Barbara (dziwnie niechętna była imprezie do której sama
logo wymyśliła) – więc wiadomo było, że lecimy razem (bez Barbary planowałem
się zarżnąć i lecieć na 150% mocy, więc przy prostej nawigacji zbliżyć się
znacząco do 7 godzin).
![]() |
| Tradycyjnie startuję z Barbarą - do tej pory tylko 2 pięćdziesiątki pokonałem samotnie |
Problem pojawił się dzień przed startem. Pojechałem zbierać lampiony z
czwartkowego treningu na ZPK-ach i kilkadziesiąt metrów przed furtką rower za
199zł odmówił mi posłuszeństwa (no dobra chciałem przekroczyć 30 km/h i
stanąłem na pedały), łańcuch przeskoczył i jak długi wyrżnąłem na nowiutki asfalt
sprawdzając jego odporność na uderzenia. Dobrze, że miałem kask (i tak mam guza
na skroni), bo asfalt okazał się wytrzymały ponad miarę. Obtarte kolano i
łokieć, poobijane łydki i jakaś przeciążona (lub obita) prawa strona torsu -
ból ramienia i obojczyka. Do tego boląca głowa. Słowem – poważnie uszkodzona
wiara w dobre jutro. W piątek wieczorem już nie mogłem znaleźć wygodnej pozycji
- wszystko mnie bolało. Na wszelki wypadek obrabowałem małżonkę ze środków
przeciwbólowych, bo wiadomo – zapłacone, więc nie można odpuścić.
W sobotę rano ledwo zwlokłem się z łóżka. Oczywiście robiąc dobrą minę do złej gry (widomo Moja Druga Połowa pewno by mnie nie puściła na zawody) i ruszyliśmy do Mrozów. Udało się sprawnie dojechać i zapisać (Barbary jeszcze nie było). W bazie od razu łyknąłem jakiś apap, bo w moim stanie biegać się nie dawało (zrobiłem próbę i nie szło – przy każdym kroku bolał tors i głowa ).
Patrzę sobie, a tu w bazie pojawia się Hubert z PKŻ! Oni wcale nie byli zapisani! Także Andrzej Krochmal na TP 50. I Robert Kamela! Normalnie galeria sław – znaczy mój wynik będzie kiepski w porównaniu ze zwycięzcą. „ Na szczęście” nie widzę Mateusza Komorowskiego – on mógłby wyśrubować wynik niebotycznie!
![]() |
| Odprawa |
Na ostatnią chwilę dociera Barbara.
Tabletka zaczyna działać i ręka i głowa zaczynają powoli funkcjonować bez
objawów ubocznych. Odprawa i dostajemy mapy.
![]() |
| Analiza mapy |
Zero rozjaśnień, a w opisach
przeważają „bajorka”. Jak nic trasa zapowiada się „bajorancko”;-)Odliczanie i lecimy.
![]() |
| Dynamiczny start! |
Większość wybiera
nasz wariant, czyli jak przykazał budowniczy, od PK 1. Wiadomo, że nasz wariant
jest lepszy;-) I decyzją Barbary lecimy „ na około” pewnym asfaltem. Przy
dobiegu do pierwszego PK jakoś zmienia się całkiem moja orientacja – i próbuję
zmusić Barbarę do podążania w przeciwną stronę niż powinniśmy. Na szczęście jej
wrodzony upór i dar przekonywania załatwia sprawę pozytywnie.
Czołówka biegająca niknie gdzieś za horyzontem, a za nami majaczą marszerzy.
Nasz „świński trucht” - tak ciut powyżej
7 min/km nie pozwala zbliżyć się do czołówki (odskakuje coraz bardziej), ani
urwać się tym co tylko chodzą i czasem podbiegają (utrzymują w miarę stałą
odległość). Punkty okazują się ustawione tak, że jedyne sensowne dojście, to
odbicie od drogi (głównej) 500-1000 m w bok i powrót z powrotem na drogę
główną, by dojść do następnego PK. Dzięki temu co chwila mijamy się z czołówką
i z tymi co za nami. W efekcie wydeptane ścieżki do PK (bo nie ma innej
alternatywy dojścia), widać dokładnie gdzie jest dojście po zawodnikach
wypadających z bocznych dróg. Słowem - zero zabawy dla nawigatora. Gdzieś koło drugiego PK spotykamy biegnącego
z naprzeciwka Przemka (pruje jak rakieta), a potem Arka z trasy Mix z części
biegowej. Dzięki sprytnemu manewrowi udaje nam się także wyprzedzić Huberta z
PKŻ – oni mają tendencję szybkiego podbiegania krótkiego odcinka i przejścia do
marszu – idzie im to coraz wolniej (znaczy więcej marszu niż biegu), a my jak
już zaczynamy biec, to praktycznie biegniemy od PK do PK niezależnie czy to
jest kilometr czy pięć. Nie biegamy tylko po nierównych/trawiastych drogach (bo
tam można skręcić nogę i wysiłek włożony w bieg jest nieproporcjonalny do zysku
czasowego) i pod górę. A że trasa prowadzi asfaltami, czy dobrze bitymi
drogami…
![]() |
| Jakoś nie lubię wczołgiwać się pod przepusty... |
Właściwie co chwilę mijamy się z Wojtkiem Zającem (życzliwie wczołgał się pod
przepust na PK 14 i podbił nam karty) oraz „różową” zawodniczką z Mińska.
Wojtek dobrze nawiguje, choć czasem wybiera warianty minimalnie wolniejsze i
wyraźnie nie chce mu się zbyt szybko biec. Różowa zaś nagminnie „przestrzela
punkty”, albo nie skręca we właściwe drogi i nadrabia sporo kilometrów.
Niestety, biega znacznie szybciej niż my i nie możemy jej zgubić.
![]() |
| I gdzie jest lampion? Tak wyglądało czesanie na PK 4 |
Źle rozstawiony PK 4, ponad 15 minut czesania powoduje, że cała stawka się
komasuje – powinniśmy być tam pierwsi na PK, bo wyszliśmy „idealnie” i na
skróty oryginalnym wariantem, ale dobijają do nas ci, co byli wcześniej i nie
mogli trafić na PK i ci co za nami, bo szukaliśmy bezskutecznie lampionu na
zachodnim brzegu zbiornika. Śmiem zaryzykować twierdzenie, że przez to Barbara
przegrała 2 miejsce w klasyfikacji K50 (no cóż „Różowa”, która dobiła do nas przy
PK 4 wyraźnie miała problemy nawigacyjne, biegała bardzo chaotycznie miedzy PK,
same lampiony przebiegała i sporo PK znalazła tylko dzięki nam, obserwując
gdzie zbaczamy w krzaki, a na koniec wiadomo wypaliła sprintem i tyle ją
widzieliśmy;-)
![]() |
| PK 8 |
Przy PK 8 zmoczyliśmy nogi - jedyny raz w czasie całej trasy!
![]() |
| Pysio mi się cieszy na widok namiotu żywieniowego! |
Przy PK 9 (znowu mapa nie zgadzała się z rzeczywistością) prawie
„przebiegliśmy” namiot żywieniowy. Zresztą wszystko już nam wyjedli i tyle, że
przywitaliśmy się za znajomą harcerską obsługą punktu. Tam także dopadła nas
rowerowa ekipa 5-ciu Paprochów (trasa TR 50 miała te same punkty, tyle że
wystartowali 1,5 h po nas).
Na drugiej części trasy zacząłem wymiękać. Musiałem zażyć ketonal, bo wracały bóle „wszystkiego” . Zresztą Barbara zachęcona moim przykładem łykała swoje tabletki przeciwbólowe.
Przy PK 10 zdziwiła nas „Różowa” biegnąc w stronę przeciwną niż nakazywała logika. Pierwsza (i jedyna) wpadka nawigacyjna przy ambonie na PK 16 – szukaliśmy drogi prowadzącej na północ zaznaczonej na mapie na zachód od ambony. Nie znaleźliśmy i wróciliśmy się kilkaset metrów z powrotem. Analizując ślad okazało się, że… PK był źle postawiony. Nie mierzyliśmy dokładnie odległości od drogi głównej do ambony tylko od ambony do potencjalnej drogi leśnej (ambona była prawie o 200 m za wcześnie).
Przy PK 13 źle zaznaczony PK (niezgodnie z opisem) w efekcie dobre 200m na północ od miejsca wskazanego na mapie, a czesanie „wielkiej dziury z wodą i śmieciami” nie należy do najprzyjemniejszych.
Na drugiej części trasy zacząłem wymiękać. Musiałem zażyć ketonal, bo wracały bóle „wszystkiego” . Zresztą Barbara zachęcona moim przykładem łykała swoje tabletki przeciwbólowe.
Przy PK 10 zdziwiła nas „Różowa” biegnąc w stronę przeciwną niż nakazywała logika. Pierwsza (i jedyna) wpadka nawigacyjna przy ambonie na PK 16 – szukaliśmy drogi prowadzącej na północ zaznaczonej na mapie na zachód od ambony. Nie znaleźliśmy i wróciliśmy się kilkaset metrów z powrotem. Analizując ślad okazało się, że… PK był źle postawiony. Nie mierzyliśmy dokładnie odległości od drogi głównej do ambony tylko od ambony do potencjalnej drogi leśnej (ambona była prawie o 200 m za wcześnie).
Przy PK 13 źle zaznaczony PK (niezgodnie z opisem) w efekcie dobre 200m na północ od miejsca wskazanego na mapie, a czesanie „wielkiej dziury z wodą i śmieciami” nie należy do najprzyjemniejszych.
![]() |
| Malowniczy i drapiący PK 18 |
Po
ostatnim PK 18 zryw by dobiec do mety przed „Różową”. Próba skrótu przez stację
i szaleńczy bieg pod górę do mety (finisz rzędu 4,5 min/km). Niestety, nie
udało się wyprzedzić rywalki.
Na mecie dwa zestawy zimnej Coli (no dobra, jedna to była
Pepsi) – to jest to, co cieszy najbardziej. Organizatorzy pamiętajcie – butelka
zimnej coli dla uczestnika na mecie! A także tradycyjne zdjęcie ze startu i
drewniany medal.
![]() |
| Zimna Cola - to ratuje życie po upalnej 50-tce! |
![]() |
| Takie zdjęcie każdy uczestnik dostaje na mecie, razem z medalem! |
Barbara nie doczekała medalacji (zresztą podobnie jak Darek za TR 50), więc w
zastępstwie odbieraliśmy nagrody.
![]() |
| Ten ekologiczny puchar niestety nie dla mnie - tylko dla Barbary. A właściwie czemu nie było pucharów dla kategorii MW??? |
Swojej klasyfikacji w PMnO wprawdzie nie poprawię, ale
rocznicę jak nic uczcić było trzeba!
Dla dociekliwych nasz przebieg w postaci obrazka:
i link do 3DRerun:
http://3drerun.worldofo.com/2d/index.php?idmult%5B%5D=-441062&idmult%5B%5D=-441072
Dla dociekliwych nasz przebieg w postaci obrazka:
i link do 3DRerun:
http://3drerun.worldofo.com/2d/index.php?idmult%5B%5D=-441062&idmult%5B%5D=-441072
Nudna relacja
Gościnnie relacja mojej 50-tkowej partnerki. Wprawdzie "jakaś nudna" ta relacja ale to zawsze inne spojrzenie na oczywistą rzeczywistość:
Po 11 miesiącach znów przyszło zmierzyć się z Orientiadą. W zeszłym roku dla mnie była to pierwsza pięćdziesiątka po ponad półrocznej przerwie, a dla Tomka – pierwsza impreza o tym dystansie w życiu. Wyszło wtedy 60 km w czasie trochę ponad 11 godzin, a Tomek do tej pory wspomina swoje bąble giganty na podeszwach ;) Od tamtego czasu już trochę się wprawiliśmy przebywając na długodystansowych zawodach ponad 700 kilometrów ;)
Pierwotnie start był zaplanowany na 8:00, jednak kilka dni przed imprezą z komunikatu technicznego dowiedzieliśmy się, że jest przesunięty o godzinę do przodu. Niby lepiej, bo można dłużej pospać, ale i ciepło się zacznie robić wcześniej.
Poranna sobotnia pobudka, pakowanie, montaż roweru do samochodu (Darek startuje na TR50) i z trzyminutowym opóźnieniem ruszamy w stronę bazy. Po drodze krótki przystanek na stacji benzynowej po kawę. W międzyczasie zakładam stuptuty, wcinam „tradycyjnego” wafelka i nagle… rondo, ziup, chlup i widzę tylko lecący kubek kawy! Prawa nogawka spodni, lewy but i przód plecaka zachlapane, a telefon obficie napojony kawą :) Nie ma to jak zewnętrzny doping kofeiną! (dla niewtajemniczonych: wewnętrznego nie stosuję, bo kawy nie pijam w ogóle).
Docieramy do bazy. Formalności sekretariatowe, przywitania z mniej lub bardziej niedawno widzianymi znajomymi, pamiątkowa fotka, rozdanie map, odliczanie i w drogę! Od razu narzuca się wariant prawo - lub lewoskrętny. Decydujemy się rozpocząć od PK 1, żeby przebijanie się przez miasto mieć na końcu. Większość też wybiera nasz wariant. Na początku asfaltem, potem szutrówką, skręt w trawiastą drogę, na której mijamy szybszych od nas i po chwili punkt jest nasz. Powrót, szuter, Przemek W. z naprzeciwka, ścieżka, PK 2, powrót, asfalt, polna droga, PK 14 (na „przecieciu”), powrót. Nudzę się, nic tutaj się nie zdarza.* Asfalt, PK 3, asfalt… Nudzę się, żeby choć żabę złapać, la la la pomęczyć płaza troszkę. Cały czas truchtamy trzymając średnie tempo ok. 7:00-10 min/km. Na PK 14 decydujemy się na wariant od północy: przecinka, od skrzyżowania duktów na azymut i idealnie wychodzimy na „zachodnią stronę bajorka”, przy którym ma być punkt. Szukamy.
W koło już się kręci kilka osób, ale nikt nic nie znajduje. Dochodzą nowi ludzie. Obchodzimy bajorko, wychodzimy na drogę, jacyś lokalni drwale coś mówią, że źle szukamy i „kolorowa szmatka” jest w innym miejscu. Jak to w innym, jak tu wszystko się zgadza?! I odległość, i bajorko, i przepust. Nawet płaz jest (przy jeziorku jest tablica o płazach) :) Dzwonimy do kierownika.
Mówi, że chyba dobrze powiesił. Hmm… Nic to. Wycofujemy się z zamiarem wbicia BPKa i ze 100 metrów na południe trafiamy na znacznie mniejsze zaglonione oczko wodne. Tramwajem wchodzimy w krzaki i bingo: lampion wisi! Tam spotykamy Darka na rowerze. Na PK 4 straciliśmy dobre 15 min, ale przynajmniej coś się działo ;) Teraz znów truchtem i asfaltem na PK 15. Powrót, asfalt, szuter, na horyzoncie cały czas Czerwony (przed nami), Niebieski (za nami) i Różowa (raz tu, raz tam)… Nudzę się, ludzie wciąż tacy sami. Docieramy do PK 6 z opisem „50 od krzyża świerk” – o co chodzi? 50 czego? W którą stronę? Domyślamy się, że chodzi o metry i raczej za krzyżem niż przed. Wydeptaną ścieżką docieramy do małego niecharakterystycznego iglaka, na którym zawieszono lampion. Popijamy wodę z baniaka i dalej w drogę. Szuter, skręt, szuter, Piotrek K. biegnący z naprzeciwka, mówiący, że budowniczy kłamie i na PK 5 nie ma przepustu tylko jest mostek :) W istocie, lampion ukryty przy mostku. Droga wzdłuż kanałku nie wzbudza naszego zaufania i decydujemy się na powrót do niebieskiego szlaku. Spotykamy samochód z organizatorami, sesja zdjęciowa i pytają ile czasu straciliśmy na czwórce (i informują, że ją przewiesili w dobre miejsce). Szuter. PK 7 bez rewelacji. Ile może być tych przepustów? Znów Przemek W. – tym razem na rowerze. Na PK 8 decydujemy się na przygodę i od zabudowań lecimy na północ. Rów. Wpadam do pół uda w wodę. Przyjemny chłodek. PK 8 na suchym drzewie szybko jest nasz. Znów asfalt. Nudzę się, za oknem wciąż to samo. Szuter, skręcamy w las w stronę żywieniowego PK 9. Drogi trochę się nie zgadzają. Namiot harcerzy stoi nie na tym skrzyżowaniu, które jest zaznaczone, a PK jest na kolumnie na szczycie pagórka kilkadziesiąt metrów dalej. Można było to dobrze zaznaczyć na mapie (szczególnie, że górka jest narysowana). Trzy kubki wody, Tomek podjada banana i ciacho. Ja mam „słodkowstęt”, niestety w menu harcerskiego namiotu nie ma nic słonego.
Spotykamy Pięć Paprochów na rowerach. Znów wracamy. Znów asfalt. Trucht. Kuflew. PK 10 zupełnie bez polotu, na szczęście do środka kępy krzaków prowadzi już dobrze wydeptana ścieżka. Asfalt, szuter…
Nudno mi, żebym choć lalę miała, zaraz bym coś jej amputowała. Nie mam, o! lali ni pajacyka. PK 16 na ambonie trochę za wcześnie (ślad GPS to potwierdza). Darek zdaje relację smsową, że już jest na mecie. Las na północ wygląda na średnioprzebieżny, więc decydujemy się na znalezienie drogi na północ na zachodzie od PK. Idziemy i nic nie ma. Wracamy i przy ambonie wbijamy w las. Pseudościeżkami i rozjeżdżoną drogą zawaloną gałęziami docieramy do poprzecznego szutru. Asfalt. Trucht w dół. Droga wzdłuż lasu. Na PK 11 Tomek zleca nakarmienie pastylką na K. ze szklanej buteleczki :) W dół przebieżnym lasem idziemy szybkim marszem. Przy PK 12 spotykamy Różową. Lampion ma być od północy, ale nic tam nie ma. Po chwili wypatrujemy charakterystyczny pomarańczowo-biały obiekt trochę bardziej na zachodzie. Wracamy na poprzednią drogę. Pastylka chyba zaczyna działać, bo Tomek proponuje truchtanie :) Biegniemy. W pewnym momencie o coś zahaczyłam dużym palcem prawej nogi, szpetne słowo pod nosem, kilka chwil lotu i żabich skoków, ale wyratowałam się i nie upadłam. Uff. PK 13 ma być „przy płn stronie bajorka”. Płn raczej oznacza północ, ale mamy wątpliwości, bo na mapie oznaczona jest strona południowa :/ Nachodzimy od zachodu. Stroma skarpa, w dole jakaś woda majaczy, ale umiarkowanie sensownego zejścia nie ma. Tomek mówi, że jesteśmy za daleko i proponuje najście na PK od asfaltu na wschodzie. Wracamy, namierzamy się. Znów za daleko, ale spotykamy Czarnego i Różową wychodzących z krzaków, czyli coś tam musi być. Wchodzimy i my. Po chwili przedzierania się przez trawy w dole widzimy brzozę z lampionem. Chwila moment i już PK podbity, a przy okazji dzikie jabłka zdobyte :) Na śladzie znów widać, że autorowi się też ten PK trochę omsknął. Powrót, szuter, trucht… Nudno mi, ta nuda wprost mnie zżera. Tu mnie nikt, do ZOO nie zabiera. Nudzę się, a zresztą brak tu ZOO. Do PK 17 na „płd stronie cieku wodnego (30 m)” prowadzi wydeptana ścieżka. Szybkie podbicie i wracamy, żeby nas komary nie zeżarły.
Z bazy dostajemy info, że Renata już dotarła na metę TP25. Przed nami jeszcze tylko PK 18 – podobno w miejscu mocno zapokrzywionym i zaostowionym. Trochę idziemy, trochę truchtamy, siły już nie te, co na początku. PK 18 zdobywamy razem z Paprochami, którzy w międzyczasie nas dogonili. W dużej mierze przedzieramy po już wydeptanych ścieżkach, ale i tak co chwilę poszycie parzy i zahacza o ubranie. Tu mała obserwacja: na jeden krok Dużego Paprocha przypadają dwa moje :)
Wracamy na asfalt. Pod górę idziemy. Skręcamy w szutrową drogę. Truchtamy. Powietrze stoi i zaczynam się przyduszać. Maszerujemy. Nudzę się, nic, tylko się wyrażać. Na peronie już miałam dość, wyraziłam się dosadniej i zarządziłam bieg do bazy. Schody w dół, przejście podziemne, schody w górę, park miejski, asfalt. Tomek mówi, że w takim tempie pod górę nie damy radę. Jednak nie przestajemy biec i w całkiem dobrym tempie ok. 5 min/km wpadamy na metę: 8 godzin i 8 minut.
(chrum, chrum)
Na koniec dwa, dla mnie najistotniejsze, zarzuty do trasy:
- Znaczna większość PK miała dojście i odejście z punktu tą samą drogą. Z jednej strony konkurencji idącej z tyłu znacznie ułatwia to namierzenie się, a z drugiej znacznie dodaje „nudności”…
- Na odprawie zapowiadano, że asfaltu ma być niewiele. Nasz wariant miał długość 53,66 km, z czego 18,2 km wyszło po asfalcie (co stanowi 34%) ;) W kilku miejscach pewnie mogliśmy minimalnie skrócić, ale niektóre warianty były typowo asfaltowe (może wynikało to z faktu, że trasa rowerowa miała dokładnie te same PK?) Zapewne ułatwia to szybki przebieg, ale wybierając się na 50-tkę spodziewam się trasy w znacznej mierze po terenie (jakbym chciała deptać asfalt to bym się wybrała na zwykły bieg uliczny).
*Cytaty pochodzą ze skeczu „Nudzę się” Kabaretu Potem (polecam!):
https://www.youtube.com/watch?v=ilsQK4UAIv0
Po 11 miesiącach znów przyszło zmierzyć się z Orientiadą. W zeszłym roku dla mnie była to pierwsza pięćdziesiątka po ponad półrocznej przerwie, a dla Tomka – pierwsza impreza o tym dystansie w życiu. Wyszło wtedy 60 km w czasie trochę ponad 11 godzin, a Tomek do tej pory wspomina swoje bąble giganty na podeszwach ;) Od tamtego czasu już trochę się wprawiliśmy przebywając na długodystansowych zawodach ponad 700 kilometrów ;)
Pierwotnie start był zaplanowany na 8:00, jednak kilka dni przed imprezą z komunikatu technicznego dowiedzieliśmy się, że jest przesunięty o godzinę do przodu. Niby lepiej, bo można dłużej pospać, ale i ciepło się zacznie robić wcześniej.
Poranna sobotnia pobudka, pakowanie, montaż roweru do samochodu (Darek startuje na TR50) i z trzyminutowym opóźnieniem ruszamy w stronę bazy. Po drodze krótki przystanek na stacji benzynowej po kawę. W międzyczasie zakładam stuptuty, wcinam „tradycyjnego” wafelka i nagle… rondo, ziup, chlup i widzę tylko lecący kubek kawy! Prawa nogawka spodni, lewy but i przód plecaka zachlapane, a telefon obficie napojony kawą :) Nie ma to jak zewnętrzny doping kofeiną! (dla niewtajemniczonych: wewnętrznego nie stosuję, bo kawy nie pijam w ogóle).
![]() |
| Plecaczek pełen kofeiny |
![]() |
| Dokładnie tu powinien wisieć lampion PK 4 |
![]() |
| Dzwonimy do orga - już po znalezieniu źle rozstawionego lampionu |
![]() |
| Pięć Paprochów, których jak wiadomo jest cztery |
Nudno mi, żebym choć lalę miała, zaraz bym coś jej amputowała. Nie mam, o! lali ni pajacyka. PK 16 na ambonie trochę za wcześnie (ślad GPS to potwierdza). Darek zdaje relację smsową, że już jest na mecie. Las na północ wygląda na średnioprzebieżny, więc decydujemy się na znalezienie drogi na północ na zachodzie od PK. Idziemy i nic nie ma. Wracamy i przy ambonie wbijamy w las. Pseudościeżkami i rozjeżdżoną drogą zawaloną gałęziami docieramy do poprzecznego szutru. Asfalt. Trucht w dół. Droga wzdłuż lasu. Na PK 11 Tomek zleca nakarmienie pastylką na K. ze szklanej buteleczki :) W dół przebieżnym lasem idziemy szybkim marszem. Przy PK 12 spotykamy Różową. Lampion ma być od północy, ale nic tam nie ma. Po chwili wypatrujemy charakterystyczny pomarańczowo-biały obiekt trochę bardziej na zachodzie. Wracamy na poprzednią drogę. Pastylka chyba zaczyna działać, bo Tomek proponuje truchtanie :) Biegniemy. W pewnym momencie o coś zahaczyłam dużym palcem prawej nogi, szpetne słowo pod nosem, kilka chwil lotu i żabich skoków, ale wyratowałam się i nie upadłam. Uff. PK 13 ma być „przy płn stronie bajorka”. Płn raczej oznacza północ, ale mamy wątpliwości, bo na mapie oznaczona jest strona południowa :/ Nachodzimy od zachodu. Stroma skarpa, w dole jakaś woda majaczy, ale umiarkowanie sensownego zejścia nie ma. Tomek mówi, że jesteśmy za daleko i proponuje najście na PK od asfaltu na wschodzie. Wracamy, namierzamy się. Znów za daleko, ale spotykamy Czarnego i Różową wychodzących z krzaków, czyli coś tam musi być. Wchodzimy i my. Po chwili przedzierania się przez trawy w dole widzimy brzozę z lampionem. Chwila moment i już PK podbity, a przy okazji dzikie jabłka zdobyte :) Na śladzie znów widać, że autorowi się też ten PK trochę omsknął. Powrót, szuter, trucht… Nudno mi, ta nuda wprost mnie zżera. Tu mnie nikt, do ZOO nie zabiera. Nudzę się, a zresztą brak tu ZOO. Do PK 17 na „płd stronie cieku wodnego (30 m)” prowadzi wydeptana ścieżka. Szybkie podbicie i wracamy, żeby nas komary nie zeżarły.
![]() |
| PK 17 |
![]() |
| Chaszcze przy PK 18 |
(chrum, chrum)
Na koniec dwa, dla mnie najistotniejsze, zarzuty do trasy:
- Znaczna większość PK miała dojście i odejście z punktu tą samą drogą. Z jednej strony konkurencji idącej z tyłu znacznie ułatwia to namierzenie się, a z drugiej znacznie dodaje „nudności”…
![]() |
| Wracamy lub idziemy do) z PK 2. Zaraz spotkamy tych co za nami (lub przed nami) |
![]() |
| 34% asfaltu |
*Cytaty pochodzą ze skeczu „Nudzę się” Kabaretu Potem (polecam!):
https://www.youtube.com/watch?v=ilsQK4UAIv0
niedziela, 6 sierpnia 2017
25 to za mało?
Nie da się ukryć - wciągnęło mnie. Znaczy ta wielokilometrowa orientacja. Dlatego Orientiady już się nie mogłam doczekać. Oczywiście zapisałam się na 25 km, a Tomek tradycyjnie na 50. Ponieważ zawody miały być dość blisko domu, więc pojechaliśmy dopiero w sobotę rano, wychodząc z założenia, że lepiej jak we własnym łóżku, to się nie wyśpimy. Co prawda trochę szkoda tej piątkowej atmosfery, co to zawsze taka specyficzna przed zawodami, ale trudno.
Tym razem nie szłam z Krzysztofem, tylko z Kingą, z którą już jakiś czas temu ustalałyśmy, że kiedyś spróbujemy razem. No i nadarzyła się okazja. Podejrzewam, że Krzysztof naszą inicjatywę przyjął z ulgą, bo wreszcie trafiła mu się okazja rozwinięcia całej prędkości, bez hamulcowego za plecami. Ja go co prawda już na poprzednich zawodach namawiałam, żeby poszedł w swoim tempie, ale najwyraźniej ma jakiś imperatyw moralny, żeby się mną opiekować.
Moja trasa ruszała o dziesiątej. Najpierw cyknęli nam grupową fotkę, a potem rozdali mapy żebyśmy mogli opracować wariant przejścia. W sumie nie było nad czym dumać, bo były tylko dwie logiczne możliwości, ale my - jak to kobiety - do ostatniej chwili nie byłyśmy stuprocentowo zdecydowane. W końcu postanowiłyśmy zacząć od "miasta", tylko dlatego, że Kinga wiedziała jak najłatwiej dostać się za tory. Znaczy się - znała drogę. Po odliczeniu: 5, 4, 3, 2, 1 wszyscy ruszyli biegiem, a my statecznym, acz zdecydowanym marszem. Od razu było widać, kto wybrał jaki wariant i kto jaki jest szybki. Po minucie od startu za nami został tylko ojciec z synem (Wito i Michał, jak się potem okazało), a reszta pognała przodem.
Już na pierwszym punkcie nastąpiła lekka konsternacja. W opisie było "płd strona GCK w Mrozach" i Mrozy owszem były, GCK było, południowa strona też - brakowało jedynie lampionu. Na wszelki wypadek obeszłyśmy budynek dookoła, ale lampionu ani śladu. I co się okazało? Był nie na południowej stronie budynku, tylko na południe od budynku - po drugiej stronie ulicy. Niby mała różnica, a jaka duża.
Do PK 2 poszliśmy już we czwórkę, bo podczas krążenia przy GCK dołączyli do nas Wito z Michałem. Tak po drodze zastanawiałyśmy się, czy łatwo znajdziemy dół z lampionem, chociaż z opisu wynikało, że raczej trudno będzie go przegapić przy rozmiarze 20x20 metrów. Dół rzeczywiście wzbudził nasz szacunek i respekt. Respekt, to szczególnie przy próbie zejścia na dół. Ja od razu przykucnęłam i lekkim dupozjazdem pomknęłam w dół, Kinga biegała dookoła szukając łagodnego zejścia, chłopaki jakoś sobie poradzili. Przy lampionie leżały obiecane przez Organizatora butle z wodą, ale jako, że to początek trasy, skorzystaliśmy bardzo oszczędnie. Na górę oczywiście wspięłam się po najbardziej stromej ścianie dołu, bo co sobie będę zawracać głowę wygodniejszym, ale dalszym wyjściem.
Do drogi wiodącej na PK 6 musieliśmy dojść na azymut. Chłopaki poszli przodem, ja poustawiałam sobie w kompasie co trzeba i uszłam może kilkanaście metrów, kiedy zatrzymał mnie okrzyk Kingi:
- Zgubiłam kartę startową!
Po czym zrobiła w tył zwrot i zniknęła w dole. Dobrze, że od razu się zorientowała. Nie wiem co to jest, że każdy kto ze mną idzie, gubi kartę startową. Naprawdę nie mam z tym nic wspólnego, ale w sumie jako urozmaicenie na trasie oraz temat do relacji to nawet całkiem fajne. Dlatego spokojnie czekałam na skraju największych chaszczy aż Kinga dołączy do mnie i nie miałam jej za złe.
Nad PK 6 zastanawiałyśmy się już na starcie - po co pisać, że lampion jest na południowej stronie ogrodzenia kapliczki, jak przecież kapliczkę można całą (wraz z ogrodzeniem) objąć jednym rzutem oka. Na miejscu okazało się, że wcale nie chodziło o kapliczkę, tylko o KAPLICĘ z hektarem terenu dookoła i faktycznie podpowiedź z której strony szukać miała sens.
Przy "kapliczce" dogoniłyśmy Michała z Witem, bo chociaż nie biegałyśmy, to tempo miałyśmy zacne. Tego tempa to się nauczyłam chodząc z Krzysztofem i ku przerażeniu Kingi parłam naprzód niczym Korzeniowski na olimpiadzie (ktoś go jeszcze pamięta?).
Do PK 4 prowadziły porządne drogi - chwilami aż za porządne, bo chodzenie po asfalcie nie jest naszym ulubionym sportem. Prułam więc niczym mały samochodzik, za mną bohatersko nadążała Kinga i Michał, a Wito z obłędem w oczach usiłował nie stracić nas z oczu.
Lampion umieszczony był wrednie - po tej stronie strumyka gdzie rosły największe pokrzywy. Być może Organizator podwiesił go wyżej i bardziej w zasięgu ręki, ale kiedy my tam dotarliśmy, leżał sponiewierany prawie w strumyku i trzeba było do niego zejść na dół. Oczywiście byłam pierwszą wyrywną do tych pokrzyw, bo wciąż w pamięci miałam słowa Marcina: liczę na fajna relację. Ale wiadomo, żeby była fajna relacja, to coś musi się dziać. Uznałam że jedno zgubienie karty startowej nie załatwia sprawy, więc może chociaż te pokrzywy podratują sytuację. Tyle tylko, że pokrzywy nie robią na mnie większego wrażenia (nawet jak są wyższe ode mnie) i zejście nad rzeczkę w sumie nie było żadnym wyzwaniem.
Do siódemki teoretycznie planowaliśmy iść najpierw ścieżką, potem kawałek na azymut, potem drogą i znowu ścieżką. Ale planuj tu sobie człowieku jak ścieżki takie niewyraźne, że łatwo je zgubić. W końcu zgubiłyśmy i ścieżkę i chłopaków, co bynajmniej nie znaczy, że zgubiłyśmy się. Po prostu poszłyśmy więcej na azymut niż było w planach. Chłopaków też znalazłyśmy jeszcze kawałek przed punktem. Podobno zamiast po zaroślach poszli drogą. My tam na łatwiznę nie idziemy.
Na siódemce zrobiliśmy krótki postój żywieniowo-poidłowy, a i mapę trzeba było ogarnąć, bo istotne było po której stronie strumyka mamy iść dalej. Ja co prawda byłam gotowa w razie potrzeby iść nawet strumykiem (bo czemu nie?) ale reszta wolała bardziej suchy wariant. I tak skończyło się na tym, że Kinga wpadła jedną nogą do strumyka, a ja byłam suchuteńka niczym przysłowiowy pieprz. Zupełnie nie wiedząc czemu, obydwie, niezależnie od siebie i samodzielnie uznałyśmy granicę gminy (czy co to tam się zaznacza takim czarnym szlaczkiem) za ścieżkę. Co ważne - za ścieżkę, która podprowadzi nas w okolice PK 5. Prawda wyszła na jaw, kiedy po prawej stronie pojawiło się jezioro, a żadnej drogi przed nim nie było. Ja tradycyjnie szukałam kolejnej okazji do samozagłady i od razu chciałam przedzierać się przez bagna wyraźnie zaznaczone na mapie, ale opór pozostałych członków naszej wesołej gromadki był zbyt wielki. Hmmm, wyglądało, że wobec tego oporu będziemy musieli nadłożyć kilka kilometrów żeby obejść jezioro. Bardzo, bardzo to się nam nie podobało. W końcu któreś z nas mocniej wytężyło wzrok i zauważyło, że jezioro nie jest monolitem, tylko składa się z kawałków. I jest szansa, że pomiędzy poszczególnymi elementami da się przejść. Mi się co prawda od razu przypomniały zielonkowskie glinianki z groblami, co to nikomu bym nie życzyła chodzić po takich groblach, tak więc nie robiłam sobie na wszelki wypadek większych nadziei. Atmosfera jakby troszkę podupadła. Szliśmy, szliśmy i szliśmy, a po prawej stronie wciąż były tylko szuwary i woda za nimi. Kiedy już traciliśmy nadzieję, w końcu ukazał się przesmyk między jeziorkami. I to taki konkretny. Byliśmy uratowani. Ale żeby nie było zbyt prosto, ścieżka na którą weszliśmy za jeziorem w pewnym momencie zaczęła zakręcać w złą stronę i trzeba było dalej iść na przełaj. Tyle tylko, że drogę zastąpiły nam jakieś leje po bombach, albo może po wybieraniu piachu, kto to wie?
I znowu Kinga odwodziła mnie od samozniszczenia, bo oczywiście chciałam ciąć prosto na azymut. Pod sosną zrobiliśmy sobie sesję fotograficzną, a tak w rzeczywistości zbieraliśmy siły przed dalszym marszem:-)
Z piątki na ósemkę droga była prosta jak drut, ale cały czas asfaltem. Darłam do przodu ile sił w nogach oglądając się tylko do tyłu czy nie gubię współtowarzyszy. Na ósemce uzupełniliśmy zapasy wody, a schodząc do głównego asfaltu spotkaliśmy Przemka na rowerze.
Na dziewiątkę planowaliśmy iść na azymut. Najpierw chcieliśmy się namierzyć od zakrętu ścieżki, ale jej nie znaleźliśmy, potem od strumyka, ale też go nie było, a potem to już doszliśmy do ścieżki, przy której (tyle, że dalej) miał stać punkt. W sumie to nawet dobrze, że nie mieliśmy się od czego namierzyć, bo las przez który planowaliśmy przejść wyglądał mocno niefajnie, a potem miały być mokradła. Mokradła co prawda i tak nas nie ominęły. W pewnym momencie droga rozmokła się szeroko i wcale, ale to wcale nie chciało mi się obchodzić wody, bo nie wiadomo było dokąd ona sięga. Nie patrząc co zrobi reszta zespołu wlazłam w środek bajorka i... poczułam miły chłód na stopach. O, tak! Tego mi było trzeba! Po chwili dotarłam do dębów i podbiłam punkt. Reszta grupy z oporami, ale przeszła przez wodę. Najwyraźniej przykład jest zaraźliwy.
Do mety pozostał nam jeszcze tylko jeden punkt. Postanowiliśmy pójść już głównymi drogami, bo limit atrakcji chyba wyczerpaliśmy do cna. Wito poddał się i postanowił dalej iść swoim, troszkę wolniejszym tempem, więc nasza trójka, mimo obolałych nóg Kingi ostro ruszyła naprzód. PK 1 był łatwy i nie dostarczył nam żadnych atrakcji, a potem już tylko pozostał powrót do bazy. Wciąż rozpierała mnie energia i właściwie miałam ochotę pobiec do bazy, ale skoro umówiłyśmy się z Kingą na wspólną wędrówkę, to nie honor byłoby teraz ją zostawić, a jej poobcierane od mokrych skarpetek nogi nie pozwalały już na żadne wyczyny.
W bazie okazało się, że łapiemy się na trzecie miejsce w kategorii kobiet, ale przewidziano tylko jedno trzecie miejsce, więc kazano nam się dogadać, która z nas je otrzyma. Kinga zrezygnowała ze swoich zaszczytów, tłumacząc się tym, że rok temu na Orientiadzie była już na podium i że to ja nadawałam tempo. Kinga - dzięki, ale tak w rzeczywistości to trzecie miejsce jest nasze wspólne.
Tym razem nie szłam z Krzysztofem, tylko z Kingą, z którą już jakiś czas temu ustalałyśmy, że kiedyś spróbujemy razem. No i nadarzyła się okazja. Podejrzewam, że Krzysztof naszą inicjatywę przyjął z ulgą, bo wreszcie trafiła mu się okazja rozwinięcia całej prędkości, bez hamulcowego za plecami. Ja go co prawda już na poprzednich zawodach namawiałam, żeby poszedł w swoim tempie, ale najwyraźniej ma jakiś imperatyw moralny, żeby się mną opiekować.
Fotka ze strony Organizatora.
Moja trasa ruszała o dziesiątej. Najpierw cyknęli nam grupową fotkę, a potem rozdali mapy żebyśmy mogli opracować wariant przejścia. W sumie nie było nad czym dumać, bo były tylko dwie logiczne możliwości, ale my - jak to kobiety - do ostatniej chwili nie byłyśmy stuprocentowo zdecydowane. W końcu postanowiłyśmy zacząć od "miasta", tylko dlatego, że Kinga wiedziała jak najłatwiej dostać się za tory. Znaczy się - znała drogę. Po odliczeniu: 5, 4, 3, 2, 1 wszyscy ruszyli biegiem, a my statecznym, acz zdecydowanym marszem. Od razu było widać, kto wybrał jaki wariant i kto jaki jest szybki. Po minucie od startu za nami został tylko ojciec z synem (Wito i Michał, jak się potem okazało), a reszta pognała przodem.
Już na pierwszym punkcie nastąpiła lekka konsternacja. W opisie było "płd strona GCK w Mrozach" i Mrozy owszem były, GCK było, południowa strona też - brakowało jedynie lampionu. Na wszelki wypadek obeszłyśmy budynek dookoła, ale lampionu ani śladu. I co się okazało? Był nie na południowej stronie budynku, tylko na południe od budynku - po drugiej stronie ulicy. Niby mała różnica, a jaka duża.
Do PK 2 poszliśmy już we czwórkę, bo podczas krążenia przy GCK dołączyli do nas Wito z Michałem. Tak po drodze zastanawiałyśmy się, czy łatwo znajdziemy dół z lampionem, chociaż z opisu wynikało, że raczej trudno będzie go przegapić przy rozmiarze 20x20 metrów. Dół rzeczywiście wzbudził nasz szacunek i respekt. Respekt, to szczególnie przy próbie zejścia na dół. Ja od razu przykucnęłam i lekkim dupozjazdem pomknęłam w dół, Kinga biegała dookoła szukając łagodnego zejścia, chłopaki jakoś sobie poradzili. Przy lampionie leżały obiecane przez Organizatora butle z wodą, ale jako, że to początek trasy, skorzystaliśmy bardzo oszczędnie. Na górę oczywiście wspięłam się po najbardziej stromej ścianie dołu, bo co sobie będę zawracać głowę wygodniejszym, ale dalszym wyjściem.
Do drogi wiodącej na PK 6 musieliśmy dojść na azymut. Chłopaki poszli przodem, ja poustawiałam sobie w kompasie co trzeba i uszłam może kilkanaście metrów, kiedy zatrzymał mnie okrzyk Kingi:
- Zgubiłam kartę startową!
Po czym zrobiła w tył zwrot i zniknęła w dole. Dobrze, że od razu się zorientowała. Nie wiem co to jest, że każdy kto ze mną idzie, gubi kartę startową. Naprawdę nie mam z tym nic wspólnego, ale w sumie jako urozmaicenie na trasie oraz temat do relacji to nawet całkiem fajne. Dlatego spokojnie czekałam na skraju największych chaszczy aż Kinga dołączy do mnie i nie miałam jej za złe.
Nad PK 6 zastanawiałyśmy się już na starcie - po co pisać, że lampion jest na południowej stronie ogrodzenia kapliczki, jak przecież kapliczkę można całą (wraz z ogrodzeniem) objąć jednym rzutem oka. Na miejscu okazało się, że wcale nie chodziło o kapliczkę, tylko o KAPLICĘ z hektarem terenu dookoła i faktycznie podpowiedź z której strony szukać miała sens.
Przy "kapliczce" dogoniłyśmy Michała z Witem, bo chociaż nie biegałyśmy, to tempo miałyśmy zacne. Tego tempa to się nauczyłam chodząc z Krzysztofem i ku przerażeniu Kingi parłam naprzód niczym Korzeniowski na olimpiadzie (ktoś go jeszcze pamięta?).
Do PK 4 prowadziły porządne drogi - chwilami aż za porządne, bo chodzenie po asfalcie nie jest naszym ulubionym sportem. Prułam więc niczym mały samochodzik, za mną bohatersko nadążała Kinga i Michał, a Wito z obłędem w oczach usiłował nie stracić nas z oczu.
Lampion umieszczony był wrednie - po tej stronie strumyka gdzie rosły największe pokrzywy. Być może Organizator podwiesił go wyżej i bardziej w zasięgu ręki, ale kiedy my tam dotarliśmy, leżał sponiewierany prawie w strumyku i trzeba było do niego zejść na dół. Oczywiście byłam pierwszą wyrywną do tych pokrzyw, bo wciąż w pamięci miałam słowa Marcina: liczę na fajna relację. Ale wiadomo, żeby była fajna relacja, to coś musi się dziać. Uznałam że jedno zgubienie karty startowej nie załatwia sprawy, więc może chociaż te pokrzywy podratują sytuację. Tyle tylko, że pokrzywy nie robią na mnie większego wrażenia (nawet jak są wyższe ode mnie) i zejście nad rzeczkę w sumie nie było żadnym wyzwaniem.
Do siódemki teoretycznie planowaliśmy iść najpierw ścieżką, potem kawałek na azymut, potem drogą i znowu ścieżką. Ale planuj tu sobie człowieku jak ścieżki takie niewyraźne, że łatwo je zgubić. W końcu zgubiłyśmy i ścieżkę i chłopaków, co bynajmniej nie znaczy, że zgubiłyśmy się. Po prostu poszłyśmy więcej na azymut niż było w planach. Chłopaków też znalazłyśmy jeszcze kawałek przed punktem. Podobno zamiast po zaroślach poszli drogą. My tam na łatwiznę nie idziemy.
Na siódemce zrobiliśmy krótki postój żywieniowo-poidłowy, a i mapę trzeba było ogarnąć, bo istotne było po której stronie strumyka mamy iść dalej. Ja co prawda byłam gotowa w razie potrzeby iść nawet strumykiem (bo czemu nie?) ale reszta wolała bardziej suchy wariant. I tak skończyło się na tym, że Kinga wpadła jedną nogą do strumyka, a ja byłam suchuteńka niczym przysłowiowy pieprz. Zupełnie nie wiedząc czemu, obydwie, niezależnie od siebie i samodzielnie uznałyśmy granicę gminy (czy co to tam się zaznacza takim czarnym szlaczkiem) za ścieżkę. Co ważne - za ścieżkę, która podprowadzi nas w okolice PK 5. Prawda wyszła na jaw, kiedy po prawej stronie pojawiło się jezioro, a żadnej drogi przed nim nie było. Ja tradycyjnie szukałam kolejnej okazji do samozagłady i od razu chciałam przedzierać się przez bagna wyraźnie zaznaczone na mapie, ale opór pozostałych członków naszej wesołej gromadki był zbyt wielki. Hmmm, wyglądało, że wobec tego oporu będziemy musieli nadłożyć kilka kilometrów żeby obejść jezioro. Bardzo, bardzo to się nam nie podobało. W końcu któreś z nas mocniej wytężyło wzrok i zauważyło, że jezioro nie jest monolitem, tylko składa się z kawałków. I jest szansa, że pomiędzy poszczególnymi elementami da się przejść. Mi się co prawda od razu przypomniały zielonkowskie glinianki z groblami, co to nikomu bym nie życzyła chodzić po takich groblach, tak więc nie robiłam sobie na wszelki wypadek większych nadziei. Atmosfera jakby troszkę podupadła. Szliśmy, szliśmy i szliśmy, a po prawej stronie wciąż były tylko szuwary i woda za nimi. Kiedy już traciliśmy nadzieję, w końcu ukazał się przesmyk między jeziorkami. I to taki konkretny. Byliśmy uratowani. Ale żeby nie było zbyt prosto, ścieżka na którą weszliśmy za jeziorem w pewnym momencie zaczęła zakręcać w złą stronę i trzeba było dalej iść na przełaj. Tyle tylko, że drogę zastąpiły nam jakieś leje po bombach, albo może po wybieraniu piachu, kto to wie?
Nie przechodziliśmy przez tę dziurę, chociaż była bardzo miła i przytulna.
Z piątki na ósemkę droga była prosta jak drut, ale cały czas asfaltem. Darłam do przodu ile sił w nogach oglądając się tylko do tyłu czy nie gubię współtowarzyszy. Na ósemce uzupełniliśmy zapasy wody, a schodząc do głównego asfaltu spotkaliśmy Przemka na rowerze.
Na dziewiątkę planowaliśmy iść na azymut. Najpierw chcieliśmy się namierzyć od zakrętu ścieżki, ale jej nie znaleźliśmy, potem od strumyka, ale też go nie było, a potem to już doszliśmy do ścieżki, przy której (tyle, że dalej) miał stać punkt. W sumie to nawet dobrze, że nie mieliśmy się od czego namierzyć, bo las przez który planowaliśmy przejść wyglądał mocno niefajnie, a potem miały być mokradła. Mokradła co prawda i tak nas nie ominęły. W pewnym momencie droga rozmokła się szeroko i wcale, ale to wcale nie chciało mi się obchodzić wody, bo nie wiadomo było dokąd ona sięga. Nie patrząc co zrobi reszta zespołu wlazłam w środek bajorka i... poczułam miły chłód na stopach. O, tak! Tego mi było trzeba! Po chwili dotarłam do dębów i podbiłam punkt. Reszta grupy z oporami, ale przeszła przez wodę. Najwyraźniej przykład jest zaraźliwy.
Bardzo przyjemna przeprawa.
Na dziesiątkę nie chciało nam się lecieć do większej drogi, zwłaszcza, że na mapie jak wół widniała ścieżka doprowadzająca w okolice dziesiątki. Jakoś umknęło naszej uwadze, że dookoła było pełno niebieskich znaczków standardowo oznaczających wodę - dużo wody. Ale czy to da się wszystko naraz ogarnąć? Nasza ścieżka już po kilku krokach zmieniła się w mały potoczek, ale ostatecznie i tak wszyscy mieliśmy już przemoczone buty. Szłam przodem, przezornie nie oglądałam się na resztę i udawałam, że nie słyszę krytycznych uwag dotyczących podłoża. Z każdym krokiem zawartość wody w trasie rosła. Zamiast coraz lepiej, robiło się coraz gorzej. Ja wciąż miałam nadzieje, że mokre zaraz się skończy i z uporem maniaka szłam przed siebie. W pewnym momencie odwrót byłby już bez sensu i przynajmniej wyrzuty sumienia, że nie zawracam opuściły mnie. Do swojej wyobraźni wolałam nie dopuszczać podejrzeń, co na temat wybranej przeze mnie trasy sądzi reszta załogi. Roślinność składająca się z czegoś bardzo wysokiego, czegoś kłującego i czegoś parzącego zasłaniała mi widok na wszystko, szłam więc kierując się wyłącznie wskazaniami kompasu. Co jakiś czas pokrzykiwałam sprawdzając stan liczebny grupy, bo mimo wszystko nie chciałam nikogo potopić. Przy wysokiej temperaturze powietrza ten spacer w wodzie był w pewien sposób nawet przyjemny. No i przygoda! Wreszcie miałam swoją przygodę! Z każdej z dotychczasowych imprez Tomek wracał z opowieściami jak to utopili się tu i tam, wpadli do takiego, czy innego strumyka, a ja wciąż sucha i sucha. I czysta. W końcu swoją porcję podtopień otrzymałam z nawiązką, zwłaszcza w momencie kiedy nie widząc gdzie idę, wpadłam do jakiegoś rowu. Tak po pas. Jak to myśli w takim momencie płyną błyskawicznie. Nie, nie pomyślałam o tym, że mogę się utopić, bo przecież nie wiadomo jak dalej jest głęboko. Pierwsza myśl to inwentaryzacja plecaka - co w nim mam takiego, czemu woda mogłaby zaszkodzić? W sumie nic takiego nie miałam, bo co ważniejsze przezornie zapakowałam w woreczki. Muszę powiedzieć, że takie zanurzenie po pas przyniosło zdecydowaną, miłą i konkretną ochłodę. Nawet kiedy w końcu udało mi się wyjść na suchy ląd wciąż było przyjemnie. Nieprzyjemna była tylko perspektywa zostania zabitą przez współuczestników mokrego przejścia. W sumie nawet nic nie miałabym na swoje usprawiedliwienie. Ale tak prawdę mówiąc moim większym zmartwieniem był fakt, że nie miałam uwiecznionych na zdjęciach tych wszystkich atrakcji. Bałam się wyciągać telefon, bo szkoda byłoby go utopić. Moi towarzysze niedoli postanowili mnie jednak nie zabijać, wychodząc z założenia, że wcale nie musieli iść za mną i była to ich samodzielna niezawisła decyzja. Poza tym - z kim przeżyliby taką fascynującą przygodę? :-))) Po podbiciu dziesiątki rozłożyliśmy się na asfalcie (Wito to nawet dosłownie) - niektórzy się posilali, pili, Kinga zmieniała skarpetki na suche. W tym momencie muszę złożyć hołd moim butom - nic, ale to nic nie robiły sobie z tego, że są przemoczone - ani nie obcierały, ani nie odparzały, ani nic. Jak zwykle troskliwie otulały moje stopy i zapewniały im pełen komfort. Te buty to był normalnie zakup życia!Do mety pozostał nam jeszcze tylko jeden punkt. Postanowiliśmy pójść już głównymi drogami, bo limit atrakcji chyba wyczerpaliśmy do cna. Wito poddał się i postanowił dalej iść swoim, troszkę wolniejszym tempem, więc nasza trójka, mimo obolałych nóg Kingi ostro ruszyła naprzód. PK 1 był łatwy i nie dostarczył nam żadnych atrakcji, a potem już tylko pozostał powrót do bazy. Wciąż rozpierała mnie energia i właściwie miałam ochotę pobiec do bazy, ale skoro umówiłyśmy się z Kingą na wspólną wędrówkę, to nie honor byłoby teraz ją zostawić, a jej poobcierane od mokrych skarpetek nogi nie pozwalały już na żadne wyczyny.
W bazie okazało się, że łapiemy się na trzecie miejsce w kategorii kobiet, ale przewidziano tylko jedno trzecie miejsce, więc kazano nam się dogadać, która z nas je otrzyma. Kinga zrezygnowała ze swoich zaszczytów, tłumacząc się tym, że rok temu na Orientiadzie była już na podium i że to ja nadawałam tempo. Kinga - dzięki, ale tak w rzeczywistości to trzecie miejsce jest nasze wspólne.
Puchar jest dość trudno podzielny niestety.
Na Orientiadzie doszło też do pewnego przełomu - dojrzałam do pięćdziesiątek. No bo skoro po przejściu 30 km (jak pokazał track) wciąż miałam siłę, energię i chęć iść dalej, to czemu by nie spróbować dłuższego dystansu. Że umierałam po poprzednich dwudziestkach piątkach? Szłam z Krzysztofem i tempo nadawane przez niego było dla mnie stanowczo za duże. Wystarczy ciut wolniej i MOŻE dam radę. A jak nie, to najwyżej opuszczę jakieś punkty, ale spróbować warto.
A tak wyglądała nasza trasa:
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















































