Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świętokrzyska Jatka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świętokrzyska Jatka. Pokaż wszystkie posty
środa, 7 sierpnia 2019
wtorek, 25 lipca 2017
Wściekle gorąca Jatka
Wyjazd na Jatkę odbył się w sposób ustalony tradycją: spotkanie pod Instytutem, TRInO i pizza. Tym razem z trin wybraliśmy Wąchock - tak żeby było śmieszniej jak może spotkamy sołtysa.
Pogoda co prawda początkowo była mało sprzyjająca zwiedzaniu, bo padało i po pierwsze punkty robiliśmy szybkie wypady z samochodu, ale prognozy mówiły, że po siedemnastej ma się przejaśnić. Postanowiliśmy więc najpierw zjeść, a potem robić resztę trasy (jak pogoda pozwoli) już pieszo.
Faktycznie przestało padać (prawie całkiem) i mog
liśmy zaliczyć przyjemny spacer. Potem, w Jędrzejowie, zrobiliśmy zakupy spożywczo-rekreacyjne i pojechaliśmy już bezpośrednio do bazy.
Jak przystało na speców od orientacji, zgubiliśmy się u celu podróży i nie mogliśmy trafić do szkoły. Za to mieliśmy okazję zwiedzenia okolicy i nawet trochę rozglądaliśmy się za lampionami, żeby ewentualnie mieć łatwiej następnego dnia. Niestety, jakoś na żaden nie natrafiliśmy.
W bazie było już sporo uczestników, ale nie na tyle, żeby nie znaleźć porządnej miejscówki na sali gimnastycznej i nawet na dwa materace się załapaliśmy. Pobraliśmy nasze pakiety startowe, organizatorzy pokazali gdzie co jest i z czego można (i należy) korzystać i tak się od razu poczułam zaopiekowana. Niby ci organizatorzy żadnych cudów nie robili, a jakoś tak biła od nich życzliwość i zaangażowanie w to, co robią. To mi tak bardzo kontrastowało z Jaszczurem, gdzie każdy radził sobie sam, pakietów nie było, a organizator sprawiał wrażenie wyluzowanego do maksimum.
Wieczór spędziliśmy na integracji i rozmowach o biegach, marszach i maratonach na orientację. Czyli bardzo fachowo i branżowo. Tak było sympatycznie, że mało nie zapomniałam pójść spać, a przecież następnego dnia trzeba było mieć siłę na długi spacer.
Sobota zapowiadała się gorąca, a przynajmniej wszystkie prognozy pogody tak straszyły. Ponieważ ja źle znoszę gorąco, a chodzenie pod górkę mnie dobija, więc od razu założyłam, że idę tylko tyle ile dam radę i ani kroku więcej. Choćby mnie organizatorzy mieli zwieźć samochodem (wiem, że obciach). Ustaliłam z Krzysztofem, że jak wymięknę to rozłączamy się i każde idzie w swoim tempie.
Start nie odbywał się z bazy, tylko jakieś dwieście metrów od niej. Najpierw odprowadziliśmy na start (ale tylko wzrokiem) naszych pięćdziesiątkowiczów, czyli Barbarę z Tomkiem i Agnieszkę z Michałem. My startowaliśmy godzinę po nich. Ponieważ nie mogliśmy już wysiedzieć w bazie, więc na miejsce startu wyszliśmy trochę wcześniej, dzięki czemu mogliśmy zobaczyć start rowerzystów. W końcu nadeszła nasza kolej. Pobraliśmy mapy, ustaliliśmy kolejność zaliczania punktów, odbyło się wspólne odliczanie do startu i poooooszliiii....
Zaczęliśmy od PK 22. Na punkt szła nas spora grupa, ale zanim doszliśmy na miejsce utworzyły się podgrupy oraz jednostki atakujące w pojedynkę. Jeden taki jednostek zasuwał przed nami i przecierał szlak. Ponieważ nie znaliśmy zdolności nawigacyjnych jednostka, na wszelki wypadek nie sugerowaliśmy się tym gdzie idzie, tylko pilnie patrzyliśmy w nasze mapy. Do punktu teoretycznie można było pójść skrótem od asfaltu, ale praktycznie po drodze najpierw było pole zboża, a potem pasy jakichś krzaków wyglądające na nieprzechodnie. Wszyscy karnie nadłożyli drogi i doszli drogami. Do PK 16 prawie cały czas asfaltem. U celu czekał piękny drewniany kościółek. Ja już byłam wykończona żarem lejącym się na moją głowę z góry i niestety bardziej byłam zainteresowana wodą, cieniem i możliwością przycupnięcia na chwilę niż podziwianiem zabytku. Rzuciłam tylko okiem do środka, ale obejść dookoła już mi się nie chciało. Teraz żałuję.
Do PK 19 wreszcie poszliśmy polami i przynajmniej nie biło żarem od spodu, a nawet chwilami były lekkie przeciągi. Ponieważ Krzysztof chciał potrenować bieganie pod górkę, miał wreszcie okazję się wykazać, bo po asfalcie jakoś nie chciał. Już miałam nadzieję, że pobiegnie sobie i zapomni o mnie i będę mogła dalej wlec się krok za krokiem, ale nie. Czekał na mnie i nie zostało mi nic innego jak sprężyć się i zasuwać ile sił w nogach. Bo wiecie - leźć samemu powoli, to jednak inaczej niż iść z kimś i mieć wyrzuty sumienia, że się opóźnia i psuje komuś wynik. Na dziewiętnastce czekały na nas baniaki z wodą, więc napiłam się ile wlazło, uzupełniłam wodą wszystkie posiadane pojemniki, nalałam do czapki i za koszulkę i poszliśmy dalej.
W drodze na osiemnastkę tak zasuwaliśmy, że udało nam się wyprzedzić męsko-męską ekipę, aczkolwiek - nie powiem - kosztowało mnie to trochę wysiłku. Ale za to jaka satysfakcja. Kiedy byliśmy już blisko osiemnastki, zauważyliśmy, że wzdłuż strumyka, na którym miał być punkt, błąka się grupa uczestników, w tym jednostek, którego od samego startu mieliśmy na horyzoncie. Punkt opisany był jako betonowa przegroda na rzece i wydawało mi się, że niemożliwością jest przegapienie czegoś takiego. A jednak. Minęliśmy przegrodę i choć czuliśmy, że już jesteśmy za daleko, jakoś tak ciągnęliśmy w stronę grupy, no bo skoro wszyscy szukają dalej, to może coś jest na rzeczy? W końcu postanowiliśmy wrócić do zakrętu ścieżki przeczesując po drodze zarośnięty strumyk, z tym, że Krzysztof przedarł się na drugą stronę i wypatrywał stamtąd. I faktycznie, po chwili, od drugiej strony zauważył lampion. Trochę czasu na tej przegrodzie straciliśmy, zmarnowało się nasze przeganianie konkurencji, ale z kolei my dogoniliśmy jednostka.
Z 18 do 24 było w pieron pod górę. Namówiłam Krzysztofa żeby znowu sobie pobiegł i znowu miałam nadzieję, że mnie zostawi i z rozpędu poleci dalej, na kolejne punkty. I znowu się zawiodłam. Szłam sobie powolutku, noga za nogą, a jak w końcu wylazłam na górę zobaczyłam, że wciąż stoi przy kurhanie. No co za uparty człowiek! Okazało się jednak, że to nie upór, tylko zgroza tak go wmurowała w miejsce. Krzysztof zgubił kartę startową! Ponieważ organizator brał taką opcję pod uwagę, było ustalone, żeby punkty odbijać na mapie, bo zagubioną kartę może znaleźć inny uczestnik i donieść na metę. Mimo to, zrobiło się trochę smętnie. Na pocieszenie przy punkcie znowu czekała na nas woda, więc zrobiliśmy krótki postój, żeby uzupełnić zapasy, coś przekąsić i mieć czas otrząsnąć się po stracie karty. Z tego wszystkiego Krzysztof nawet na mapie zapomniał się podbić i musiał wracać jak już uszliśmy trochę na kolejny punkt. Ja w tym czasie postanowiłam pognać do przodu, żeby nie robić za hamulcowego, a że droga prowadziła wyjątkowo w dół, więc fajnie się biegło. Na dole, już blisko asfaltu natknęłam się na ekipę organizatorską, która samochodowo robiła inspekcję trasy, w myśl zasady, że pańskie oko konia tuczy. Pocieszyli mnie, że do punktu żywieniowego już stosunkowo niedaleko, a tam czeka na nas basen z zimną wodą i kurtyna wodna. Wobec takiej perspektywy zdusiłam w sobie chęć zabrania się z organizatorami do bazy, choć było to bardzo kuszące, aczkolwiek nie wiem czy realne, bo bynajmniej nie proponowali podwózki:-)
PK 28 miał być na ogrodzeniu cegielni. Można było tam dojść asfaltem, albo próbować wcześniej
się jakoś przedostać wzdłuż ogrodzenia. Niby była jakaś droga w słusznym kierunku jeszcze przed asfaltem, ale bo to wiadomo czy nie kończyła się na stodole gospodarza? Po Jaszczurze miałam lęki przed skracaniem drogi. Zeszłam więc na asfalt i tam poczekałam na Krzysztofa. Okazało się, że aby dojść do punktu, trzeba było okrążyć pół wsi i nadłożyć najmarniej z kilometr, a jak potem się dowiedziałam, droga, którą beztrosko zlekceważyłam, dawała spory skrót. Za to w ramach rekompensaty spotkaliśmy Barbarę i Tomka, którzy też mieli ten sam punkt. Tomek twierdzi, że ledwo nas dogonili, bo tak zasuwaliśmy. No nie wiem - mi się wydawało, że lezę już ostatkiem, ale faktycznie wciąż usiłowałam nadążyć za Krzysztofem.
Kolejnym punktem miała już być upragniona remiza strażacka z wodą do picia, polewania i pływania - jak kto sobie życzy. Większość trasy od cegielni do remizy wiodła asfaltem i znowu pod górę. Ja nie wiem jak organizatorom udało się tak zbudować trasę, żeby ciągle było tylko pod górę, a jedynie raz w dół. Przecież to przeczy wszelkim prawom przyrody i zdrowemu rozsądkowi!
Jakoś doczłapałam. Na widok kurtyny wodnej nawet znacząco przyspieszyłam kroku i z rozkoszą stanęłam w strumieniu wody. Pełna ekstaza! Miałam jeszcze ochotę wskoczyć sobie do basenu, ale ponieważ wszystkie te atrakcje były w ramach ogólnego limitu czasu, więc szkoda było cennych minut. Gdyby był czas-stop, to na pewno w basenie byłoby pełno. Zdecydowaliśmy się za to na żurek i ciastka oraz kolejny natrysk pod wężem już przy wyjściu w dalszą trasę. Muszę powiedzieć, że wykorzystanie straży pożarnej było genialnym posunięciem, powiedziałabym wręcz - ratującym życie wielu uczestnikom, a już na pewno mi. Kiedy ruszyłam taka doszczętnie przemoczona i zawiał lekki wiaterek, pierwszy raz tego dnia poczułam prawdziwy chłód. Taki do gęsiej skórki. Cudowne uczucie!
Po punkcie żywieniowym mieliśmy do zrobienia jeszcze tylko trzy PK - 30, 29 i 26. To była bardzo komfortowa sytuacja i aż wykrzesałam z siebie nowe siły. Na trzydziestkę szliśmy polami, więc było bardzo przyjemnie. Trochę ścięliśmy drogę idąc przez łan pszenicy, ale tylko po śladach traktora i w ogóle staraliśmy się niemal lewitować nad kłosami. Do samego lampionu była już wydeptana szeroka autostrada i nawet nie trzeba było patrzeć w mapę, żeby trafić. Na 29 znowu sporo asfaltu i chyba to tam robiliśmy za gwiazdy filmowe, tzn, daliśmy się filmować organizatorom jak ładnie maszerujemy:-) A może to było w całkiem innym miejscu? Przed 29 już z daleka widzieliśmy z której kępki drzew wychodzi poprzedzający nas cała drogę jednostek, ale dla przyzwoitości zmierzyliśmy odległość od odchodzącej w bok ścieżki do punktu i zgodziło się idealnie. A kilkadziesiąt (albo może i więcej) metrów za punktem znowu zobaczyliśmy jednostka (jak się potem okazało jednostkiem był kolega Dariusz) zastygłego w pozie żony Lota. Był kolejną ofiarą zagubionej karty startowej. Potem dowiedzieliśmy się, że wrócił po nią i nawet znalazł, ale na metę dotarł już po nas. Nie da się jednak ukryć, że przez całą drogę nie byliśmy w stanie go dogonić, mimo, że nieustannie majaczył nam na horyzoncie.
Został nam jeszcze jeden jedyny punkt i niestety droga do niego wiodła nie dość, że asfaltem, to jeszcze pod górę. Gdyby nie wizja końca tej udręki, to chyba siadłabym na środku drogi i rozpłakała się. Parę drzew na krawędzi uskoku (jak głosił opis) zobaczyliśmy już z daleka. To znaczy drzew - tak, uskoku - nie. Najkrótszą drogę do drzew przegradzał nam łan pszenicy i tylko w jego części były ślady po traktorze. Wykorzystaliśmy je, ale dalej już wiódł ślad chyba po zającu albo innym jatkowiczu, bo taki ledwo widoczny był. W akcie desperacji przeszliśmy, starając się nie spowodować większych szkód. Z powrotem wyleźliśmy już miedzą, a przy asfalcie spotkaliśmy rowerzystów, którzy w swej naiwności planowali pod punkt podjechać rowerem. Powodzenia!
Do bazy, o dziwo, było w dół. No, ale w końcu skoro wciąż szliśmy pod górę, to gdzieś trzeba było wytracić tę wysokość. Ostatnie metry nawet przebiegliśmy, bo wiecie - w razie gdyby ktoś filmował, czy zdjęcia robił. Akurat chyba nikt nie filmował i zdjęć nie robił i bieg się nam zmarnował. Na mecie dostaliśmy medale i piwo domowej roboty o wdzięcznej nazwie: "Zasłużone".
Po ok. 30 kilometrach wyglądam jak obraz nędzy i rozpaczy:
Od razu po zdjęciu butów i plecaków poszliśmy na obiad, bo po drodze jakoś nie wchodziły nam zabrane ze sobą kanapki, ciastka i orzeszki, a teraz wreszcie poczuliśmy głód. Kąpiel musiała poczekać na swoją kolej dopiero po naleśnikach i przepysznym cieście. A potem nastąpił tradycyjny sms od Tomka, że cola pilnie potrzebna do podtrzymania życia, więc ruszyliśmy do sklepu. Na szczęście było blisko, a w lodówkach stały różne napoje do wyboru. Zdążyliśmy z zakupami w ostatniej chwili, bo kiedy wróciliśmy do bazy Barbara i Tomek wydawali już ostatnie tchnienie i tylko cola mogła ich uratować.
Potem załapaliśmy się jeszcze na dekorację zwycięzców, w tym także Barbary, która tym razem jako jedyna z nas zdobyła trofeum - drugie miejsce wśród kobiet na TP 50.
Jeszcze tylko pamiątkowa fotka naszej wspaniałej czwórki (bo Chrumkający wciąż byli na trasie) i ruszyliśmy do domu. Za kilkanaście godzin wybieraliśmy się na kolejną imprezę - dwuetapowe "Wakacyjne Serce z Lampionem".
PS
Kartę Krzysztofa znalazłam po dwóch dniach w mojej mapie. Najwyraźniej podczas kilku akcji typu: "potrzymaj mi mapę" dokonaliśmy zamiany egzemplarzy i nie zwróciliśmy na to uwagi.
Pogoda co prawda początkowo była mało sprzyjająca zwiedzaniu, bo padało i po pierwsze punkty robiliśmy szybkie wypady z samochodu, ale prognozy mówiły, że po siedemnastej ma się przejaśnić. Postanowiliśmy więc najpierw zjeść, a potem robić resztę trasy (jak pogoda pozwoli) już pieszo.
Faktycznie przestało padać (prawie całkiem) i mog
liśmy zaliczyć przyjemny spacer. Potem, w Jędrzejowie, zrobiliśmy zakupy spożywczo-rekreacyjne i pojechaliśmy już bezpośrednio do bazy.Jak przystało na speców od orientacji, zgubiliśmy się u celu podróży i nie mogliśmy trafić do szkoły. Za to mieliśmy okazję zwiedzenia okolicy i nawet trochę rozglądaliśmy się za lampionami, żeby ewentualnie mieć łatwiej następnego dnia. Niestety, jakoś na żaden nie natrafiliśmy.
W bazie było już sporo uczestników, ale nie na tyle, żeby nie znaleźć porządnej miejscówki na sali gimnastycznej i nawet na dwa materace się załapaliśmy. Pobraliśmy nasze pakiety startowe, organizatorzy pokazali gdzie co jest i z czego można (i należy) korzystać i tak się od razu poczułam zaopiekowana. Niby ci organizatorzy żadnych cudów nie robili, a jakoś tak biła od nich życzliwość i zaangażowanie w to, co robią. To mi tak bardzo kontrastowało z Jaszczurem, gdzie każdy radził sobie sam, pakietów nie było, a organizator sprawiał wrażenie wyluzowanego do maksimum.
Wieczór spędziliśmy na integracji i rozmowach o biegach, marszach i maratonach na orientację. Czyli bardzo fachowo i branżowo. Tak było sympatycznie, że mało nie zapomniałam pójść spać, a przecież następnego dnia trzeba było mieć siłę na długi spacer.
Sobota zapowiadała się gorąca, a przynajmniej wszystkie prognozy pogody tak straszyły. Ponieważ ja źle znoszę gorąco, a chodzenie pod górkę mnie dobija, więc od razu założyłam, że idę tylko tyle ile dam radę i ani kroku więcej. Choćby mnie organizatorzy mieli zwieźć samochodem (wiem, że obciach). Ustaliłam z Krzysztofem, że jak wymięknę to rozłączamy się i każde idzie w swoim tempie.
Start nie odbywał się z bazy, tylko jakieś dwieście metrów od niej. Najpierw odprowadziliśmy na start (ale tylko wzrokiem) naszych pięćdziesiątkowiczów, czyli Barbarę z Tomkiem i Agnieszkę z Michałem. My startowaliśmy godzinę po nich. Ponieważ nie mogliśmy już wysiedzieć w bazie, więc na miejsce startu wyszliśmy trochę wcześniej, dzięki czemu mogliśmy zobaczyć start rowerzystów. W końcu nadeszła nasza kolej. Pobraliśmy mapy, ustaliliśmy kolejność zaliczania punktów, odbyło się wspólne odliczanie do startu i poooooszliiii....
Zaczęliśmy od PK 22. Na punkt szła nas spora grupa, ale zanim doszliśmy na miejsce utworzyły się podgrupy oraz jednostki atakujące w pojedynkę. Jeden taki jednostek zasuwał przed nami i przecierał szlak. Ponieważ nie znaliśmy zdolności nawigacyjnych jednostka, na wszelki wypadek nie sugerowaliśmy się tym gdzie idzie, tylko pilnie patrzyliśmy w nasze mapy. Do punktu teoretycznie można było pójść skrótem od asfaltu, ale praktycznie po drodze najpierw było pole zboża, a potem pasy jakichś krzaków wyglądające na nieprzechodnie. Wszyscy karnie nadłożyli drogi i doszli drogami. Do PK 16 prawie cały czas asfaltem. U celu czekał piękny drewniany kościółek. Ja już byłam wykończona żarem lejącym się na moją głowę z góry i niestety bardziej byłam zainteresowana wodą, cieniem i możliwością przycupnięcia na chwilę niż podziwianiem zabytku. Rzuciłam tylko okiem do środka, ale obejść dookoła już mi się nie chciało. Teraz żałuję.
Do PK 19 wreszcie poszliśmy polami i przynajmniej nie biło żarem od spodu, a nawet chwilami były lekkie przeciągi. Ponieważ Krzysztof chciał potrenować bieganie pod górkę, miał wreszcie okazję się wykazać, bo po asfalcie jakoś nie chciał. Już miałam nadzieję, że pobiegnie sobie i zapomni o mnie i będę mogła dalej wlec się krok za krokiem, ale nie. Czekał na mnie i nie zostało mi nic innego jak sprężyć się i zasuwać ile sił w nogach. Bo wiecie - leźć samemu powoli, to jednak inaczej niż iść z kimś i mieć wyrzuty sumienia, że się opóźnia i psuje komuś wynik. Na dziewiętnastce czekały na nas baniaki z wodą, więc napiłam się ile wlazło, uzupełniłam wodą wszystkie posiadane pojemniki, nalałam do czapki i za koszulkę i poszliśmy dalej.
W drodze na osiemnastkę tak zasuwaliśmy, że udało nam się wyprzedzić męsko-męską ekipę, aczkolwiek - nie powiem - kosztowało mnie to trochę wysiłku. Ale za to jaka satysfakcja. Kiedy byliśmy już blisko osiemnastki, zauważyliśmy, że wzdłuż strumyka, na którym miał być punkt, błąka się grupa uczestników, w tym jednostek, którego od samego startu mieliśmy na horyzoncie. Punkt opisany był jako betonowa przegroda na rzece i wydawało mi się, że niemożliwością jest przegapienie czegoś takiego. A jednak. Minęliśmy przegrodę i choć czuliśmy, że już jesteśmy za daleko, jakoś tak ciągnęliśmy w stronę grupy, no bo skoro wszyscy szukają dalej, to może coś jest na rzeczy? W końcu postanowiliśmy wrócić do zakrętu ścieżki przeczesując po drodze zarośnięty strumyk, z tym, że Krzysztof przedarł się na drugą stronę i wypatrywał stamtąd. I faktycznie, po chwili, od drugiej strony zauważył lampion. Trochę czasu na tej przegrodzie straciliśmy, zmarnowało się nasze przeganianie konkurencji, ale z kolei my dogoniliśmy jednostka.
Z 18 do 24 było w pieron pod górę. Namówiłam Krzysztofa żeby znowu sobie pobiegł i znowu miałam nadzieję, że mnie zostawi i z rozpędu poleci dalej, na kolejne punkty. I znowu się zawiodłam. Szłam sobie powolutku, noga za nogą, a jak w końcu wylazłam na górę zobaczyłam, że wciąż stoi przy kurhanie. No co za uparty człowiek! Okazało się jednak, że to nie upór, tylko zgroza tak go wmurowała w miejsce. Krzysztof zgubił kartę startową! Ponieważ organizator brał taką opcję pod uwagę, było ustalone, żeby punkty odbijać na mapie, bo zagubioną kartę może znaleźć inny uczestnik i donieść na metę. Mimo to, zrobiło się trochę smętnie. Na pocieszenie przy punkcie znowu czekała na nas woda, więc zrobiliśmy krótki postój, żeby uzupełnić zapasy, coś przekąsić i mieć czas otrząsnąć się po stracie karty. Z tego wszystkiego Krzysztof nawet na mapie zapomniał się podbić i musiał wracać jak już uszliśmy trochę na kolejny punkt. Ja w tym czasie postanowiłam pognać do przodu, żeby nie robić za hamulcowego, a że droga prowadziła wyjątkowo w dół, więc fajnie się biegło. Na dole, już blisko asfaltu natknęłam się na ekipę organizatorską, która samochodowo robiła inspekcję trasy, w myśl zasady, że pańskie oko konia tuczy. Pocieszyli mnie, że do punktu żywieniowego już stosunkowo niedaleko, a tam czeka na nas basen z zimną wodą i kurtyna wodna. Wobec takiej perspektywy zdusiłam w sobie chęć zabrania się z organizatorami do bazy, choć było to bardzo kuszące, aczkolwiek nie wiem czy realne, bo bynajmniej nie proponowali podwózki:-)
PK 28 miał być na ogrodzeniu cegielni. Można było tam dojść asfaltem, albo próbować wcześniej
się jakoś przedostać wzdłuż ogrodzenia. Niby była jakaś droga w słusznym kierunku jeszcze przed asfaltem, ale bo to wiadomo czy nie kończyła się na stodole gospodarza? Po Jaszczurze miałam lęki przed skracaniem drogi. Zeszłam więc na asfalt i tam poczekałam na Krzysztofa. Okazało się, że aby dojść do punktu, trzeba było okrążyć pół wsi i nadłożyć najmarniej z kilometr, a jak potem się dowiedziałam, droga, którą beztrosko zlekceważyłam, dawała spory skrót. Za to w ramach rekompensaty spotkaliśmy Barbarę i Tomka, którzy też mieli ten sam punkt. Tomek twierdzi, że ledwo nas dogonili, bo tak zasuwaliśmy. No nie wiem - mi się wydawało, że lezę już ostatkiem, ale faktycznie wciąż usiłowałam nadążyć za Krzysztofem.
Kolejnym punktem miała już być upragniona remiza strażacka z wodą do picia, polewania i pływania - jak kto sobie życzy. Większość trasy od cegielni do remizy wiodła asfaltem i znowu pod górę. Ja nie wiem jak organizatorom udało się tak zbudować trasę, żeby ciągle było tylko pod górę, a jedynie raz w dół. Przecież to przeczy wszelkim prawom przyrody i zdrowemu rozsądkowi!
Jakoś doczłapałam. Na widok kurtyny wodnej nawet znacząco przyspieszyłam kroku i z rozkoszą stanęłam w strumieniu wody. Pełna ekstaza! Miałam jeszcze ochotę wskoczyć sobie do basenu, ale ponieważ wszystkie te atrakcje były w ramach ogólnego limitu czasu, więc szkoda było cennych minut. Gdyby był czas-stop, to na pewno w basenie byłoby pełno. Zdecydowaliśmy się za to na żurek i ciastka oraz kolejny natrysk pod wężem już przy wyjściu w dalszą trasę. Muszę powiedzieć, że wykorzystanie straży pożarnej było genialnym posunięciem, powiedziałabym wręcz - ratującym życie wielu uczestnikom, a już na pewno mi. Kiedy ruszyłam taka doszczętnie przemoczona i zawiał lekki wiaterek, pierwszy raz tego dnia poczułam prawdziwy chłód. Taki do gęsiej skórki. Cudowne uczucie!
Po punkcie żywieniowym mieliśmy do zrobienia jeszcze tylko trzy PK - 30, 29 i 26. To była bardzo komfortowa sytuacja i aż wykrzesałam z siebie nowe siły. Na trzydziestkę szliśmy polami, więc było bardzo przyjemnie. Trochę ścięliśmy drogę idąc przez łan pszenicy, ale tylko po śladach traktora i w ogóle staraliśmy się niemal lewitować nad kłosami. Do samego lampionu była już wydeptana szeroka autostrada i nawet nie trzeba było patrzeć w mapę, żeby trafić. Na 29 znowu sporo asfaltu i chyba to tam robiliśmy za gwiazdy filmowe, tzn, daliśmy się filmować organizatorom jak ładnie maszerujemy:-) A może to było w całkiem innym miejscu? Przed 29 już z daleka widzieliśmy z której kępki drzew wychodzi poprzedzający nas cała drogę jednostek, ale dla przyzwoitości zmierzyliśmy odległość od odchodzącej w bok ścieżki do punktu i zgodziło się idealnie. A kilkadziesiąt (albo może i więcej) metrów za punktem znowu zobaczyliśmy jednostka (jak się potem okazało jednostkiem był kolega Dariusz) zastygłego w pozie żony Lota. Był kolejną ofiarą zagubionej karty startowej. Potem dowiedzieliśmy się, że wrócił po nią i nawet znalazł, ale na metę dotarł już po nas. Nie da się jednak ukryć, że przez całą drogę nie byliśmy w stanie go dogonić, mimo, że nieustannie majaczył nam na horyzoncie.
Został nam jeszcze jeden jedyny punkt i niestety droga do niego wiodła nie dość, że asfaltem, to jeszcze pod górę. Gdyby nie wizja końca tej udręki, to chyba siadłabym na środku drogi i rozpłakała się. Parę drzew na krawędzi uskoku (jak głosił opis) zobaczyliśmy już z daleka. To znaczy drzew - tak, uskoku - nie. Najkrótszą drogę do drzew przegradzał nam łan pszenicy i tylko w jego części były ślady po traktorze. Wykorzystaliśmy je, ale dalej już wiódł ślad chyba po zającu albo innym jatkowiczu, bo taki ledwo widoczny był. W akcie desperacji przeszliśmy, starając się nie spowodować większych szkód. Z powrotem wyleźliśmy już miedzą, a przy asfalcie spotkaliśmy rowerzystów, którzy w swej naiwności planowali pod punkt podjechać rowerem. Powodzenia!
Do bazy, o dziwo, było w dół. No, ale w końcu skoro wciąż szliśmy pod górę, to gdzieś trzeba było wytracić tę wysokość. Ostatnie metry nawet przebiegliśmy, bo wiecie - w razie gdyby ktoś filmował, czy zdjęcia robił. Akurat chyba nikt nie filmował i zdjęć nie robił i bieg się nam zmarnował. Na mecie dostaliśmy medale i piwo domowej roboty o wdzięcznej nazwie: "Zasłużone".
Po ok. 30 kilometrach wyglądam jak obraz nędzy i rozpaczy:
Od razu po zdjęciu butów i plecaków poszliśmy na obiad, bo po drodze jakoś nie wchodziły nam zabrane ze sobą kanapki, ciastka i orzeszki, a teraz wreszcie poczuliśmy głód. Kąpiel musiała poczekać na swoją kolej dopiero po naleśnikach i przepysznym cieście. A potem nastąpił tradycyjny sms od Tomka, że cola pilnie potrzebna do podtrzymania życia, więc ruszyliśmy do sklepu. Na szczęście było blisko, a w lodówkach stały różne napoje do wyboru. Zdążyliśmy z zakupami w ostatniej chwili, bo kiedy wróciliśmy do bazy Barbara i Tomek wydawali już ostatnie tchnienie i tylko cola mogła ich uratować.
Potem załapaliśmy się jeszcze na dekorację zwycięzców, w tym także Barbary, która tym razem jako jedyna z nas zdobyła trofeum - drugie miejsce wśród kobiet na TP 50.
Jeszcze tylko pamiątkowa fotka naszej wspaniałej czwórki (bo Chrumkający wciąż byli na trasie) i ruszyliśmy do domu. Za kilkanaście godzin wybieraliśmy się na kolejną imprezę - dwuetapowe "Wakacyjne Serce z Lampionem".
PS
Kartę Krzysztofa znalazłam po dwóch dniach w mojej mapie. Najwyraźniej podczas kilku akcji typu: "potrzymaj mi mapę" dokonaliśmy zamiany egzemplarzy i nie zwróciliśmy na to uwagi.
poniedziałek, 24 lipca 2017
Nazwa zobowiązuje!
Powoli docieram do okresu, gdy powielam swój start w kolejnej pięćdziesiątce. Powielam oczywiście po roku, w edycji 2017. Cała przygoda z 50-tkami zaczęła się od Orientiady, a tu kolejna edycja już za 2 tygodnie! Druga w kolejności była Jurajska Jatka – niestety w tym roku termin mi koliduje z czymś innym i zostaje „jej siostra” czyli Świętokrzyska Jatka. Nazwa prawie taka sama, organizatorzy właściwie także, ciut przesunięta lokalizacja, ale z mojego punktu zamieszkania odległość i kierunek bardzo zbliżone.
Jak zwykle przedstartowe zbieranie ekipy (ostatnio reprezentacja Stowarzyszy jest liczna na wszelakich długodystansowych imprezach), przesuwanie terminu Wakacyjnego Serca z Lampionem (skoro kierownik imprezy oraz budowniczy części tras jadą na Jatkę w sobotę, Serce przeniesiono na niedzielę) i wyznaczanie jakie TRInO zaliczyć po drodze. I oczywiście liczne przedstartowe „przepychanki” z Hubertem „kto wygra”. Jak się okazało wygrała pogoda. Przynajmniej z nami – ja jeszcze w upale nie podbiegałem – teraz wiem, że po płaskim nawet się daje, tylko lepiej lżejsze buty założyć, ale Barbara z założenia odmówiła biegania w upale. Na szczęście mieliśmy ukrytego asa w rękawie (a nawet dwa asy), ale o tym później.
Jak zwykle udało wyjechać się z Warszawy przed największymi korkami, ale co z tego, skoro ekspresówka do Radomia z powodu rozbudowy gwałtownie zmniejsza swoją przepustowość? Swoje i tak odstaliśmy. A w planie TRInO – niestety czasu starczyło na tylko jedno – odwiedziny u Sołtysa w Wąchocku. Odwiedziny i tradycyjna pizza.
Oczywiście na dojeździe do bazy zgubiliśmy się, a właściwie przejechaliśmy zjazd do miejscowości i wylądowaliśmy na wzniesieniu na południe od Czarnocina. Dalej już udało się trafić i znaleźć jedno z ostatnich miejsc parkingowych bezpośrednio przy szkole.
Wkrótce poczuliśmy się niczym gwiazdy filmowe – za każdym zakrętem na uczestników czaił się obrotny operator z dłuuugim kierunkowym mikrofonem na aparacie i filmował z ukrycia.
Wkrótce do bazy dotarł główny konkurent – Hubert oraz reszta Stowarzyszonej ekipy. Na niebie gwiazdy i droga mleczna zapowiadały fajną pogodę na sobotę. Wręcz zbyt dobrze zapowiadały tę pogodę.
Sobota – tradycyjnie od rana rozdzwoniły się budziki. Nawet nie trzeba swojego nastawiać, zawsze jakąś godzinę przed świtem zadzwoni komórka jakiemuś rannemu ptaszkowi. Na zewnątrz Pogoda przez duże P. - pewnie ze 20 stopni już jest, a słonko świeci jak szalone. Trasa ma być po odkrytym i lekko pagórkowatym, więc szykuje się gorący dzień.
Odprawa i strat przy stawie w środku miasta. Tu zagaduje nas miejscowy kamerzysta. Bardzo chce coś podpowiedzieć i pomóc, więc wypytujemy go czy PK 17 jest na terenie podmokłym, jak pokazuje mapa i czy liczne cieki to jakieś głębokie i szerokie rzeki. Okazuje się, że teren podmokły wysechł, a cieki mizerne – dobra nasza.
![]() |
| Nasza ekipa |
Jak zwykle udało wyjechać się z Warszawy przed największymi korkami, ale co z tego, skoro ekspresówka do Radomia z powodu rozbudowy gwałtownie zmniejsza swoją przepustowość? Swoje i tak odstaliśmy. A w planie TRInO – niestety czasu starczyło na tylko jedno – odwiedziny u Sołtysa w Wąchocku. Odwiedziny i tradycyjna pizza.
Oczywiście na dojeździe do bazy zgubiliśmy się, a właściwie przejechaliśmy zjazd do miejscowości i wylądowaliśmy na wzniesieniu na południe od Czarnocina. Dalej już udało się trafić i znaleźć jedno z ostatnich miejsc parkingowych bezpośrednio przy szkole.
Wkrótce poczuliśmy się niczym gwiazdy filmowe – za każdym zakrętem na uczestników czaił się obrotny operator z dłuuugim kierunkowym mikrofonem na aparacie i filmował z ukrycia.
Wkrótce do bazy dotarł główny konkurent – Hubert oraz reszta Stowarzyszonej ekipy. Na niebie gwiazdy i droga mleczna zapowiadały fajną pogodę na sobotę. Wręcz zbyt dobrze zapowiadały tę pogodę.
Sobota – tradycyjnie od rana rozdzwoniły się budziki. Nawet nie trzeba swojego nastawiać, zawsze jakąś godzinę przed świtem zadzwoni komórka jakiemuś rannemu ptaszkowi. Na zewnątrz Pogoda przez duże P. - pewnie ze 20 stopni już jest, a słonko świeci jak szalone. Trasa ma być po odkrytym i lekko pagórkowatym, więc szykuje się gorący dzień.
Odprawa i strat przy stawie w środku miasta. Tu zagaduje nas miejscowy kamerzysta. Bardzo chce coś podpowiedzieć i pomóc, więc wypytujemy go czy PK 17 jest na terenie podmokłym, jak pokazuje mapa i czy liczne cieki to jakieś głębokie i szerokie rzeki. Okazuje się, że teren podmokły wysechł, a cieki mizerne – dobra nasza.
![]() |
| Na starcie - zdjęcie "pożyczone" z FB organizatora |
Odliczanie do startu i ruszyliśmy. Szybkobiegacze wyrwali od razu na starcie, a my wolno i spokojnie – wariant od północy. Lampion nr 26 ma stać tuż obok miejsca na górce, gdzie wczoraj zawracaliśmy. Zaczynając podejście pod górę w oddali widzimy Huberta, który już biegnie do następnego PK – ten to ma zdrowie! Pod górę wyprzedza nas PKŻ, para biegaczy z Kielc „na krótko” (a wręcz na bardzo krótko) i dziewczyna w koszulce Biegu Rzeźnika, która się reflektuje, że pobiegła nie w tę stronę co chciała.
Do PK 29 podbiegamy z PKŻ. Para biegaczy nas wyprzedza stanowczo. Punkt opisany bardzo odkrywczo „brzeg strumienia”. Na mapie – punkt „na niczym” – gdzieś na cieku wodnym. Ponoć opisy doprecyzowują to, czego nie widać na mapie – tu „brzeg strumienia” nie wnosi czegoś odkrywczego. Choćby opis typu „kępa krzaków na N od strumienia” byłaby lepszy. Ja tam jestem przeciwny stawiania PK „na niczym”, a na pewno w okolicy kilkuset metrów można by znaleźć obiekt występujący na mapie, lub choćby do określenia w opisie!
Widzimy, że reszta biegnie dalej wzdłuż strumienia. Patrzymy na mapę, do PK 35 pasuje iść dokładnie na południe. Widzimy, że ktoś z tej strony nadchodzi, więc daje się przejść. Szybka decyzja i ruszamy samotnie w innym kierunku niż reszta.
Tu konieczne jest małe wtrącenie – widząc Huberta umykającego w siną dal, zastanawialiśmy się nad „wzięciem zakładnika” w postaci PKŻ i wykonaniem telefonu ze stanowczym żądaniem zwolnienia, ale po PK 29 PKŻ oddaliła się wzdłuż cieku szybkim biegiem i nie mieliśmy szansy jej dogonić!
Szybko dochodzimy do lokalnego asfaltu, potem kolejne pole i jesteśmy przy przystanku zaznaczonym na mapie. Ktoś tam z lewej nadbiega (zdaje się, że był znacząco przed nami na PK 26). Teraz pod górę, więc idziemy, ale z górki podbiegamy, pędem wyprzedza nas „Niebieski”. W Zięblicach skręt w lewo i szukamy kolejnego PK opisanego jako „brzeg strumienia”. Coś podejrzanie dużo w opisach tych „brzegów strumienia”. Szukamy lampionu nie na tym strumieniu – bo lampion stoi na rozwidleniu strumieni i taki być powinien opis. I to od strony, której mapa nie sugeruje. Ale co tam, wszystkie okoliczne krzaki przeczesaliśmy pomimo, że lampion wisiał „widokowo” przy głównej drodze.
Pierwotnie do PK 38 zastanawialiśmy się nad przebiegiem asfaltowym – okrążającym wzniesienie, ale zauważyliśmy, że „droga na skróty” wygląda całkiem porządnie. Idziemy więc „na skróty”. Za nami podąża ten spotkany przed PK 35 „Niebieski” zawodnik (miał on jakieś problemy z mapą na skręcie w Zięblicach, więc został za nami).
PK 38 to „brzeg stawu”. Idąc przez wieś widzimy grupkę 4 uczestników buszujących w jakimś zagłębieniu z roślinnością wodną po lewej. Ale stanowczo za blisko – staw miał być ze 300 m dalej, za ostatnimi zabudowaniami. Mijając ich dopytujemy się z uśmiecham czy znaleźli lampion:-) Ruszają za nami. I wyraźnie boją się nas wyprzedzić. A staw jest tam, gdzie miał być.
Do PK 37 jedyny kawałek przez las. Organizator coś mówił, że drogi w lesie się nie zgadzają. Na początku jest wyraźna droga, która zaczyna zanikać. Para biegaczy „ na krótko” wyraźnie puszcza nas przodem, a para chłopaków (także na krótko) próbuje lecieć gdzieś na azymut. My spokojnie idziemy/podbiegamy drogami – byle w dobrym kierunku i wkrótce wybiegamy na polanę przy leśniczówce. Wkrótce zza krzaków wypadają ci, co poszli na azymut. Teraz lecimy szukać drogi do PK 37. W założonej odległości jakoś nie widać nic zachęcającego. Ci „ na krótko” nie kwapią się wejść w krzaki. My wreszcie z Barbarą decydujemy się na desperacki krok i wchodzimy w pokrzywy. Musimy cofnąć się ze 200 m, a pokrzywy wyższe od nas. Ale co to za impreza bez pokrzyw? Dostrzegamy wreszcie staw i forsujemy strumyk – tradycyjnie jego brzeg postanawia wciągnąć mi buta – ale się nie daję! W okolicy, gdzie powinien być lampion docieramy razem z „krótkimi biegaczami”, ale w odróżnieniu od nich jesteśmy malowniczo poparzenia pokrzywami i oblepieni różnym zielonym świństwem. Chwilę trwa szukanie lampionu w miejscu opisanym „skraj mokradeł”.
![]() |
| PK 37 wymagał chwili szukania |
Dalej prosta droga do punktu żywieniowego. Ciężko zabłądzić na asfalcie. Choć właściwie słonko tak dopieka, że udar słoneczny może się zdarzyć, a wtedy wszystko możliwe. Coś tam podbiegamy, choć idzie nam coraz gorzej.
Gdy dobiegamy do remizy wita nas… kurtyna wodna i basen. Barbara nagle ożywa i wpada w środek mgiełki rozpylanej przez strażaków, nie zważając na telefon, mapę i kartę startową. Ja ją w pełni rozumiem! Choć czemu ominęła basen?
![]() |
| Kurtyna wodna na PK 34 |
![]() |
| Żurek i woda! |
![]() |
| Mokry buff trochę pomaga na upał |
Przed nami PK 30 – znowu „brzeg strumienia” zamiast „rozwidlenia strumieni” – ech te opisy! Wracamy na PK 28 po drodze spotkamy Piotra K. z TP 50 idącego z naprzeciwka. Jest widać trochę przed nami, ale nie jakoś tak dużo i wcale szybko nie biegnie! Podpowiada nam, że Hubert „trochę nas wyprzedził”. My to wiemy i bez niego;-)
![]() |
| Doganiam Renatę z Krzysztofem |
W Kolosach z daleka dostrzegam Moją Druga Połowę z Krzysztofem. Rzucam hasło „biegiem”. Udaje się ich dopaść, choć normalnie maszerują prędzej niż my! Razem idziemy na PK 28. Okazuje się, że Krzysztof zgubił kartę startową gdzieś koło PK 18 – obiecujemy poszukać.
![]() |
| Krzysztof na PK 28 bez karty startowej |
![]() |
| Renata na podejściu do PK 28 |
Na PK 24 pod górę i na skróty. Oj ciężko idzie! PK 24 to chyba najwyższy punkt na trasie z całkiem fajną panoramą. Przed kurhanem przygarniamy jakiś dwudziestopiątkowców wyraźnie ożywionych po wizycie w sklepie. Na PK 24 miała być woda, ale znajdujemy tylko puste butle. Szkoda, bo izotonik z plecaka zaczyna już nie smakować.
![]() |
| Widokowy PK 24 |
PK 27 widać w oddali. Zostaje do niego iść „na skróty” miedzami pomiędzy polami. Tu można zrobić ranking „po jakich polach najlepiej się chodzi”. Stanowczo odradzam ziemniaki (nierówno) i wysokie zboża (bo łapią za stopy).
Za to polecam cebulę (ale to będzie dopiero za chwilę). Wreszcie docieramy do PK 27. Rzut oka za plecy – ciągle widać kurhan z PK 24, ale gdyby iść w przeciwnym kierunku, pofałdowanie terenu skutecznie ukrywa przed wzorkiem granice pól – można łatwo się „wkopać” w jakieś mało przebieżne uprawy – my idąc z góry mieliśmy komfort oceny całej trasy i wyboru najlepszej drogi.
Za to polecam cebulę (ale to będzie dopiero za chwilę). Wreszcie docieramy do PK 27. Rzut oka za plecy – ciągle widać kurhan z PK 24, ale gdyby iść w przeciwnym kierunku, pofałdowanie terenu skutecznie ukrywa przed wzorkiem granice pól – można łatwo się „wkopać” w jakieś mało przebieżne uprawy – my idąc z góry mieliśmy komfort oceny całej trasy i wyboru najlepszej drogi.
Kolej na PK 32 najbardziej oddalony na wschód. Pustostan. Tu także resztki wody – znaczy puste butelki z dwoma łykami wody. A szkoda, bo tu wyraźnie człowieka suszy. Na wyjściu z PK spotykamy znajomą parkę biegaczy „na krótko”.
Teraz przed nami najgorszy chyba przelot drogami (i pod górę) do PK 17 przy Wiślicy. Zero cienia, upał. Liczyliśmy na jakiś sklep w okolicy z zimną colą… a tu nic. Jakieś dwa zamknięte na głucho. I kolarze z trasy rowerowej przemykający tu i tam. Zastanawiałem się czy jakiegoś nie poprosić, by skoczył do sklepu po zimną colę. Przed PK 17 spotykamy jakąś dwójkę idącą z naprzeciwka, wyraźnie mająca już dość słońca. W takim tempie raczej w limicie się nie wyrobią!
PK 15 Jurków „Mostek nad drogą”. Mostek okazał się bardzo malowniczy i zaskakujący.
Teraz przed nami najgorszy chyba przelot drogami (i pod górę) do PK 17 przy Wiślicy. Zero cienia, upał. Liczyliśmy na jakiś sklep w okolicy z zimną colą… a tu nic. Jakieś dwa zamknięte na głucho. I kolarze z trasy rowerowej przemykający tu i tam. Zastanawiałem się czy jakiegoś nie poprosić, by skoczył do sklepu po zimną colę. Przed PK 17 spotykamy jakąś dwójkę idącą z naprzeciwka, wyraźnie mająca już dość słońca. W takim tempie raczej w limicie się nie wyrobią!
PK 15 Jurków „Mostek nad drogą”. Mostek okazał się bardzo malowniczy i zaskakujący.
![]() |
| PK 15 - nad drogą "mostek" z lampionem |
I oczywiście żadnego sklepu! A mi już zagotowały się podeszwy. Po Orientiadzie rok temu, gdzie totalnie odbiłem sobie podeszwy, zwykle tak koło 50 km zaczynam je czuć, a tu temperatura dołożyła, że dopadło mnie wcześniej. Dobra - na Barbarę spadnie cała odpowiedzialność za nawigację, a ja muszę chwilę powalczyć ze swoimi podeszwami.
Do PK 18 widzie jakaś droga niezaznaczona na mapie. Tzn. tylko do jakiegoś domu dokładnie na azymucie. W akcie desperacji idziemy do gospodarstwa z prośbą o „wiadro zimnej wody”. Dostajemy końcówkę węża z zimną wodą! Ile takiej wody można w siebie wlać? Hektolitry – aż chlupie w brzuchu! Także można polać głowę i wszystko, co się da!
Odświeżeni, przez pole cebuli (za pozwoleństwem właściciela) prosto do PK 18. Pola cebuli polecamy do szybkiego marszu!
Tu chwilka poszukiwania ukrytego lampionu. Karty Krzysztofa nie znaleźliśmy.
Przed nami trzy ostatnie punkty. Niby powinno się ochładzać, a wrażenie takie jakby słońce przygrzewało coraz mocniej. W zasięg wzroku piechurów zero, ale co chwila pojawiają się jacyś rowerzyści. Na PK 19 znaleźliśmy zapasy wody! Szkoda, że nie było takiej ilości butli na PK 32.
Teraz długi przelot i ostatnie dwa PK. Żona sms-uje, że Hubert już na mecie na 2 miejscu. Odpytujemy Chrumkającą Ciemność jak im idzie w tym upale – są cztery PK za nami. Przed nami PK 20. Chwilę wcześniej drogowskaz „Czarnocin 2 km”. Niby tak blisko, a my musimy naokoło i jeszcze na jakąś górę iść. Takie drogowskazy są strasznie demotywujące! Do PK 20 idziemy troszkę naokoło od asfaltu i drogę przegradzają nam płoty i zabudowania. Na szczęście płot udaje się pokonać, ale musimy się cofnąć ze 100 metrów.
PK 21 widać z daleka. Znaczy widać górę, gdzie jest „drzewo pod szczytem”. Idziemy. Bo biegać to już nie idzie. Szczególnie pod górę. Wreszcie zdobywamy lampion. SMS do Żony żeby leciała do sklepu po zimną colę. Niby 2 km do mety, ale większość pod górę i z podbieganiem kiepsko. Gdyby nie było pod górę wyrobilibyśmy się przed 9-cioma godzinami, a tak finiszujemy z czasem 9:16. Oczywiście dopada nas kamera i inne takie. Ale marzymy tylko o chłodnym prysznicu. I obiedzie (jak to można się cieszyć, z niepodgrzanego obiadu!!!).
Barbara jak zwykle wskakuje na podium – miejsce 2 w K50. Wygrała ta dziewczyna z koszulką „Biegu Rzeźnika”, którą widzieliśmy na początku. PKŻ, z którą się ścigaliśmy na pierwszych PK, zaginęła – zanim wyjechaliśmy do domu dawała znać Hubertowi, że szuka PK18. Już bałem się, że zostaniemy posądzeni o jakieś likwidowanie konkurencji, czy co. Parki biegaczy „na krótko” także nie spotkaliśmy w bazie. Ogólnie 9 miejsce w open zajęliśmy. Jeszcze szybka dekoracja zwycięzców i uciekamy do domu – już za kilka godzin kolejna impreza przed nami! Wprawdzie z Hubertem nie wygraliśmy, ale zrobił to nasz „as” ukryty w rękawie, czyli Mateusz :-). Miał jeszcze Robert wygrać, ale jemu coś nie poszło i jest niewiele przed nami.
Już w drodze powrotnej dostaliśmy informację, że Chrumkający zmieścili się w limicie bez 2 PK, a i PKŻ dotarła wreszcie na metę.
Jak widać „Jatka” w nazwie zobowiązuje i udało się jej mnie „zamęczyć”, a Barbarę „ugotować”. Liczyliśmy na czas poniżej 8 godzin, a wyszło jak wyszło coś około 53 km.
Link do tracka:
http://3drerun.worldofo.com/2d/index.php?idmult%5B%5D=-438725&idmult%5B%5D=-438726
Do PK 18 widzie jakaś droga niezaznaczona na mapie. Tzn. tylko do jakiegoś domu dokładnie na azymucie. W akcie desperacji idziemy do gospodarstwa z prośbą o „wiadro zimnej wody”. Dostajemy końcówkę węża z zimną wodą! Ile takiej wody można w siebie wlać? Hektolitry – aż chlupie w brzuchu! Także można polać głowę i wszystko, co się da!
Odświeżeni, przez pole cebuli (za pozwoleństwem właściciela) prosto do PK 18. Pola cebuli polecamy do szybkiego marszu!
![]() |
| Najwygodniejsza uprawa do przejścia to pole cebuli! |
![]() |
| Selfie z cebulą - takiego zdjęcia nie może zabraknąć! |
![]() |
| PK 18 - miała być "betonowa przegroda na rzece", a jest metalowa! |
Teraz długi przelot i ostatnie dwa PK. Żona sms-uje, że Hubert już na mecie na 2 miejscu. Odpytujemy Chrumkającą Ciemność jak im idzie w tym upale – są cztery PK za nami. Przed nami PK 20. Chwilę wcześniej drogowskaz „Czarnocin 2 km”. Niby tak blisko, a my musimy naokoło i jeszcze na jakąś górę iść. Takie drogowskazy są strasznie demotywujące! Do PK 20 idziemy troszkę naokoło od asfaltu i drogę przegradzają nam płoty i zabudowania. Na szczęście płot udaje się pokonać, ale musimy się cofnąć ze 100 metrów.
PK 21 widać z daleka. Znaczy widać górę, gdzie jest „drzewo pod szczytem”. Idziemy. Bo biegać to już nie idzie. Szczególnie pod górę. Wreszcie zdobywamy lampion. SMS do Żony żeby leciała do sklepu po zimną colę. Niby 2 km do mety, ale większość pod górę i z podbieganiem kiepsko. Gdyby nie było pod górę wyrobilibyśmy się przed 9-cioma godzinami, a tak finiszujemy z czasem 9:16. Oczywiście dopada nas kamera i inne takie. Ale marzymy tylko o chłodnym prysznicu. I obiedzie (jak to można się cieszyć, z niepodgrzanego obiadu!!!).
![]() |
| Medale i "Zasłużone" na mecie |
![]() |
| Kobiece podium TP50 |
Już w drodze powrotnej dostaliśmy informację, że Chrumkający zmieścili się w limicie bez 2 PK, a i PKŻ dotarła wreszcie na metę.
Jak widać „Jatka” w nazwie zobowiązuje i udało się jej mnie „zamęczyć”, a Barbarę „ugotować”. Liczyliśmy na czas poniżej 8 godzin, a wyszło jak wyszło coś około 53 km.
Link do tracka:
http://3drerun.worldofo.com/2d/index.php?idmult%5B%5D=-438725&idmult%5B%5D=-438726
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























