Kurcze, to było najdziwniejsze BnO w jakim brałam udział:-) Mapy organizatorzy upublicznili przed zawodami i to dużo przed - były na fejsie, na stronie organizatora i jeszcze w gazetce w pakiecie startowym, który to pakiet można było chyba z miesiąc przed biegiem odebrać. A i same mapy jakieś dziwne - start, meta i LOP-ka, tyle, że nie napisali ile punktów kontrolnych trzeba zebrać na tej LOP-ce.
Wycięliśmy sobie mapę z gazetki i nawet wzięliśmy ze sobą na start, ponieważ jednak nie wiedzieliśmy czy jest legalna, czy nie, to w końcu wyrzuciliśmy do kosza. Tymczasem okazało się, że organizatorzy zaplanowali pamięciówkę i na starcie nie dawali map - kto się nauczył trasy z tych opublikowanych wcześniej, ten wiedział gdzie lecieć. Ale kto się nie nauczył, też nie miał problemów, bo wyobraźcie sobie, od razu po starcie utworzył się jeden wielki tramwaj i wszyscy lecieli jeden za drugim całą kupą. Tramwaj liczący ponad sześć tysięcy osób - niezapomniany widok! Jedyny problem to był z wyprzedzeniem kogokolwiek, bo najpierw był straszny tłok i nie dawało się przepchnąć do przodu, a jak już się trochę rozluźniło, to zaczęło być ostro pod górkę i weź tu wyprzedzaj na podbiegu. Mimo to parę tysięcy luda udało się wyprzedzić, ale też parę tysięcy wyprzedziło mnie. Czasowo byłam tak gdzieś w okolicach połowy stawki, a nawet przed połową, nie wiem tylko jak z punktami kontrolnymi, bo w wynikach nic o tym nie piszą - no, ale mówię, że jakieś dziwne to BnO było...
Za to załapaliśmy się na medale, ale dawali wszystkim, więc nie ma się co chwalić. Ale i tak się pochwalę, a co tam?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 28. Bieg Konstytucji 3 Maja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 28. Bieg Konstytucji 3 Maja. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 7 maja 2018
wtorek, 24 kwietnia 2018
Dwieście procent normy
A tak z
innej beczki - zapisaliśmy się na Bieg Konstytucji. W sumie to namówił
nas Krzysztof, a sam pięknie się wymiksował z udziału:-) W ramach przygotowań
wybraliśmy się na trening organizowany co czwartek przez Aktywną
Warszawę, żeby zobaczyć jak powinno się trenować oraz żeby zrobić sobie
test FMS, który informuje o potencjalnym ryzyku kontuzji.
Zaczęło się od
"roztruchtania" jak to określiła dziewczyna prowadząca trening. Nooo,
po tym roztruchtaniu to ja już padałam na pysk, a tu okazało się, że to nawet
nie była jeszcze rozgrzewka. Rozgrzewkę zrobiłam już z wywieszonym jęzorem i na
rezerwie, oszukując na co drugim ćwiczeniu. Kiedy już miałam się położyć
i spokojnie sobie umrzeć, okazało się, że teraz dopiero rozpocznie się trening
właściwy. Ponieważ byłam ciekawa tego treningu, to umieranie odłożyłam na
później. Trening polegał na przebiegnięciu 10 razy ośmiusetmetrowego odcinka, z
przerwami na dwustumetrowe odcinki truchtu.
Tak dla przypomnienia - to co oni
tam nazywają truchtem, to jest mój bieg na jakieś 80 % możliwości. Po
dwóch odcinkach poddałam się, ale chytrze wymyśliłam, że pójdę na test,
żeby nie było, że nie daję rady. Na teście trzeba było zrobić siedem ćwiczeń, z
których część mi wyszła bardzo dobrze, część dobrze, a na dwóch całkiem
poległam. Ostatecznie osiągnęłam wynik 17 punktów na 21 możliwych. Wynik
poniżej 14 oznacza, że lepiej nie wychodzić z domu, bo człowiek
się rozsypie, powyżej - nie jest źle, a im więcej punktów, tym lepiej. No to ze
mną wbrew pozorom nie jest tak źle.
Gorzej jest z Tomkiem, bo osiągnął tylko 15 punktów i nie wiem, czy w ogóle puszczać go na jakieś zawody, żeby mi nie wrócił jako inwalida. Na razie co wieczór staje na "karnym jeżyku" i ćwiczy równowagę.
Po teście przebiegłam dla przyzwoitości jeszcze jedno ośmiosetmetrowe okrążenie, a potem okazało się, że to wcale nie koniec. Bo teraz mieliśmy biegać jeszcze szybciej, tylko na krótszym odcinku. Według polecenia - sto metrów na 80% możliwości. Ja to chyba musiałabym lecieć na dwieście procent, bo osiemdziesiąt, to było u mnie "roztruchtanie":-) Parę razy przeleciałam się aż do wyplucia płuc i wreszcie doczekaliśmy się rozciągania i końca treningu. Całość trwała dwie godziny.
Kurcze, my do tej pory
wychodziliśmy pobiegać pół godzinki i myśleliśmy, że robimy trening, a tu się
okazało, że to było tylko roztruchtanie...
Jak żyć, Panie Premierze? Jak żyć?
Zaczęło się od
"roztruchtania" jak to określiła dziewczyna prowadząca trening. Nooo,
po tym roztruchtaniu to ja już padałam na pysk, a tu okazało się, że to nawet
nie była jeszcze rozgrzewka. Rozgrzewkę zrobiłam już z wywieszonym jęzorem i na
rezerwie, oszukując na co drugim ćwiczeniu. Kiedy już miałam się położyć
i spokojnie sobie umrzeć, okazało się, że teraz dopiero rozpocznie się trening
właściwy. Ponieważ byłam ciekawa tego treningu, to umieranie odłożyłam na
później. Trening polegał na przebiegnięciu 10 razy ośmiusetmetrowego odcinka, z
przerwami na dwustumetrowe odcinki truchtu. Gorzej jest z Tomkiem, bo osiągnął tylko 15 punktów i nie wiem, czy w ogóle puszczać go na jakieś zawody, żeby mi nie wrócił jako inwalida. Na razie co wieczór staje na "karnym jeżyku" i ćwiczy równowagę.
Po teście przebiegłam dla przyzwoitości jeszcze jedno ośmiosetmetrowe okrążenie, a potem okazało się, że to wcale nie koniec. Bo teraz mieliśmy biegać jeszcze szybciej, tylko na krótszym odcinku. Według polecenia - sto metrów na 80% możliwości. Ja to chyba musiałabym lecieć na dwieście procent, bo osiemdziesiąt, to było u mnie "roztruchtanie":-) Parę razy przeleciałam się aż do wyplucia płuc i wreszcie doczekaliśmy się rozciągania i końca treningu. Całość trwała dwie godziny.
Jak żyć, Panie Premierze? Jak żyć?
Subskrybuj:
Posty (Atom)


