Ponieważ przez remont ciągle nie mieliśmy okazji do rozruszania się po Kaczawskiej, więc Street-O spadło nam jak z nieba. Na coś zorganizowanego zawsze łatwiej się wybrać niż indywidualnie - przynajmniej nam. Pamiętając swoje poprzednie wpadki odzieżowe pilnowałam się, żeby ubrać się stosownie do okazji i to nie częściowo, ale od stóp do głów i w efekcie skupiona na ubraniu zapomniałam … czołówki. No, dramat. Uzmysłowiłam to sobie jadąc już autobusem, więc powrót po lampkę nie miał sensu. Miałam więc cztery wyjścia - nie biec, biec i świecić oczami, korzystać z latarni ulicznych, biec za Tomkiem. Tomek co prawda wymyślił jeszcze piąte wyjście - biec z telefonem jako lampką, ale jak pobrałam mapę i kartę startową to już mi rąk brakło na telefon.
Darek wypuścił nas trochę przed oficjalną minutą zerową i przy lekkiej szarówce udało się zebrać parę punktów. Potem Tomek świecił za dwoje, ale ponieważ nie widziałam mapy więc musiał także nawigować oraz czytać czego dotyczy pytanie.
Kilka punktów było niewidocznych po ciemku, nawet z latarką, więc wbiliśmy bpk-a przy 3E, 2E odczytaliśmy z wielkim trudem, a na 4F nie udało nam się dowiedzieć co zabija ducha, bo szukaliśmy prawie w dobrym miejscu, ale jak wiadomo "prawie" robi różnicę. Trafiliśmy też nie do tego Cafe co chciał autor i tu nie wiemy co za różnica - tu dają kawę i tu dają, to co kombinować? Co do liczby na drzewie (3C) nie możemy się jednak zgodzić z autorem, bo on bazgroła odczytał jako B, my zaś jako 8. Jak by było ładniej wykaligrafowane, to ktoś z nas miałby rację, a tak to można dowolnie interpretować napis.
Za to teren zawodów był bardzo fajny i tylko szkoda, że było ciemno. O, tu biegaliśmy:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agrykola. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agrykola. Pokaż wszystkie posty
środa, 10 października 2018
poniedziałek, 28 maja 2018
Wyczynowy Czwartek Biegowy
Ponieważ OrtInO zaplanowano w miejscu mało skomunikowanym z moją wsią i dojazd zająłby mi masę czasu, postanowiłam olać OrtInO i wybrać się na trening z Aktywną Warszawą. Raz byliśmy na takim treningu z Tomkiem i było to bardzo pouczające doświadczenie. To pomyślałam sobie - znowu dowiem się nowych rzeczy jak powinien porządny trening wyglądać.
Przyjechałam, załatwiłam sobie przechowanie plecaka i siadłam na ławce w miejscu zbiórki. Zaczęli przychodzić uczestnicy, sami faceci - długonodzy, umięśnieni, emanujący siłą i rozprawiający o tym, w jakim maratonie ostatnio biegli i jaki mieli czas. Trochę niewyraźnie mi się zrobiło i poczułam się trochę jak nie z tej bajki. Ale nic to, twardo czekałam na trening. Przyszły w końcu i kobitki - dwie młode dziewczyny, też kurcze umięśnione i widać, że silne.
Ruszyliśmy na roztruchtanie. Początek był niezły: bramka, pierwsze światła (czerwone), drugie światła (czerwone), kawałek zatłoczonym chodnikiem, trzecie światła (niech będą czerwone, ufff - są czerwone), bramka, wąski chodnik. Dałam radę i wciąż trzymałam się czołówki.
Tak jak poprzednio ruszyliśmy do Parku Łazienkowskiego. Tempo jakby z lekka wzrosło, im szersza i mniej zaludniona alejka, tym szybciej.
- Dam radę! - powtarzałam sobie, ale powoli kolejne osoby zaczęły mnie wyprzedzać.
- Trudno, dobiegnę jako ostatnia, jakoś to będzie - pocieszałam samą siebie.
Kiedy minęliśmy miejsce, w którym poprzednio już zawracaliśmy, poczułam lekki niepokój. Lekki, bo może tylko wrócimy inną drogą, przecież w nieskończoność nie będziemy biec. Niestety - biegliśmy. Roztruchtanie powoli zaczęło zamieniać się w walkę o przetrwanie.
- Jeszcze do tamtego drzewa.
- Oddychaj, dasz radę.
- Kurde, na żadnych zawodach tak szybko nie biegłam.
- Chyba ustanowiłam życiówkę w truchtaniu.
- Pitolę, nie lecę.
- Czy wszyscy mnie już wyprzedzili? Ufff, nie - z tyłu biegnie niebieska koszulka.
- Nie stracić z oczu czerwonej koszulki!!
- Po cholerę oni tak gnają?
- Czy to czerwone w oddali to "nasz" człowiek?
- Kurde! Gdzie oni się podziali???
- GDZIE JA JESTEM??!!
Straciwszy kontakt wzrokowy z grupą zorientowałam się, że nie wiem gdzie jestem i gdzie dalej lecieć. No i słusznie zawsze uważałam, że bieganie bez mapy jest skrają głupotą! Stanęłam bezradnie i postanowiłam poczekać na niebieską koszulkę, która została jeszcze bardziej w tyle niż ja. Zawartość koszulki okazała się płci męskiej, ale z peselem jeszcze trudniejszym niż mój - tak przynajmniej o 10 lat.
- Co robimy? - spytałam z nadzieją, że kolega ma jakiś plan awaryjny.
Niestety, nowy znajomy, podobnie jak ja, nie przewidział takiego rozwoju sytuacji.
- Ale na Agrykolę trafisz? - spytałam z nadzieją.
Mniej więcej wiedział w którym kierunku i klucząc między alejkami, to truchtając (w normalnym, nie wyczynowym, rozumieniu tego słowa), to maszerując dotarliśmy na stadion. Ja już doszłam do etapu, kiedy mogłam biec jak automat, ale kolega miał najwyraźniej dość i preferował wolne tempo. Dopiero wbiegając na bieżnię ruszyliśmy ostro, żeby nie było, że już tak całkiem padliśmy i wypatrywaliśmy gdzie to ćwiczy nasza grupa.
Obiegliśmy stadion dookoła, ale ani trenerki, ani czerwonej koszulki, ani nikogo grupopodobnego nie zauważyłam. Czy oni wciąż biegają po Łazienkach? Przecież trenerka mówiła, że weźmie nas na bieżnię. Czy w okolicy jest jakaś inna bieżnia???
- Co robimy? - spytałam "niebieską koszulkę", a "koszulka" o to samo spytała mnie.
Postanowiliśmy przelecieć się po okolicy, bo może gdzieś się natkniemy na grupę. No to polecieliśmy trochę tu, trochę tam, tak w sumie bez pomysłu. Naszych ani śladu. Wróciliśmy na Agrykolę i z braku sensownego pomysłu na dalsze życie postanowiliśmy sobie pobiegać, bo podobno bieganie jest dobre na wszystko. No to przeleciałam się jedno kółeczko w tempie truchtu, drugie w tempie sinusoidalnym, trzecie ze sprintami, a potem to już miałam dość. Kolega biegał swoją metodą i tylko obserwowaliśmy się z daleka. W końcu porozciągałam się podpatrując jak robią to inni, ale mniej wyczynowo niż na przykład grupka ćwicząca obok mnie. Jak ja bym się tak rozciągała jak oni, to by mi się chyba wszystko w człowieku pourywało!
Kiedy już zmierzałam do bramki wyjściowej moja zagubiona grupa wbiegła na bieżnię. No i gdzie oni tyle czasu latali???? Nie, nie wracałam już do nich. Skoro oni wcześniej olali mnie, to teraz ja olałam ich. I jesteśmy kwita:-)
Przyjechałam, załatwiłam sobie przechowanie plecaka i siadłam na ławce w miejscu zbiórki. Zaczęli przychodzić uczestnicy, sami faceci - długonodzy, umięśnieni, emanujący siłą i rozprawiający o tym, w jakim maratonie ostatnio biegli i jaki mieli czas. Trochę niewyraźnie mi się zrobiło i poczułam się trochę jak nie z tej bajki. Ale nic to, twardo czekałam na trening. Przyszły w końcu i kobitki - dwie młode dziewczyny, też kurcze umięśnione i widać, że silne.
Ruszyliśmy na roztruchtanie. Początek był niezły: bramka, pierwsze światła (czerwone), drugie światła (czerwone), kawałek zatłoczonym chodnikiem, trzecie światła (niech będą czerwone, ufff - są czerwone), bramka, wąski chodnik. Dałam radę i wciąż trzymałam się czołówki.
Tak jak poprzednio ruszyliśmy do Parku Łazienkowskiego. Tempo jakby z lekka wzrosło, im szersza i mniej zaludniona alejka, tym szybciej.
- Dam radę! - powtarzałam sobie, ale powoli kolejne osoby zaczęły mnie wyprzedzać.
- Trudno, dobiegnę jako ostatnia, jakoś to będzie - pocieszałam samą siebie.
Kiedy minęliśmy miejsce, w którym poprzednio już zawracaliśmy, poczułam lekki niepokój. Lekki, bo może tylko wrócimy inną drogą, przecież w nieskończoność nie będziemy biec. Niestety - biegliśmy. Roztruchtanie powoli zaczęło zamieniać się w walkę o przetrwanie.
- Jeszcze do tamtego drzewa.
- Oddychaj, dasz radę.
- Kurde, na żadnych zawodach tak szybko nie biegłam.
- Chyba ustanowiłam życiówkę w truchtaniu.
- Pitolę, nie lecę.
- Czy wszyscy mnie już wyprzedzili? Ufff, nie - z tyłu biegnie niebieska koszulka.
- Nie stracić z oczu czerwonej koszulki!!
- Po cholerę oni tak gnają?
- Czy to czerwone w oddali to "nasz" człowiek?
- Kurde! Gdzie oni się podziali???
- GDZIE JA JESTEM??!!
Straciwszy kontakt wzrokowy z grupą zorientowałam się, że nie wiem gdzie jestem i gdzie dalej lecieć. No i słusznie zawsze uważałam, że bieganie bez mapy jest skrają głupotą! Stanęłam bezradnie i postanowiłam poczekać na niebieską koszulkę, która została jeszcze bardziej w tyle niż ja. Zawartość koszulki okazała się płci męskiej, ale z peselem jeszcze trudniejszym niż mój - tak przynajmniej o 10 lat.
- Co robimy? - spytałam z nadzieją, że kolega ma jakiś plan awaryjny.
Niestety, nowy znajomy, podobnie jak ja, nie przewidział takiego rozwoju sytuacji.
- Ale na Agrykolę trafisz? - spytałam z nadzieją.
Mniej więcej wiedział w którym kierunku i klucząc między alejkami, to truchtając (w normalnym, nie wyczynowym, rozumieniu tego słowa), to maszerując dotarliśmy na stadion. Ja już doszłam do etapu, kiedy mogłam biec jak automat, ale kolega miał najwyraźniej dość i preferował wolne tempo. Dopiero wbiegając na bieżnię ruszyliśmy ostro, żeby nie było, że już tak całkiem padliśmy i wypatrywaliśmy gdzie to ćwiczy nasza grupa.
Obiegliśmy stadion dookoła, ale ani trenerki, ani czerwonej koszulki, ani nikogo grupopodobnego nie zauważyłam. Czy oni wciąż biegają po Łazienkach? Przecież trenerka mówiła, że weźmie nas na bieżnię. Czy w okolicy jest jakaś inna bieżnia???
- Co robimy? - spytałam "niebieską koszulkę", a "koszulka" o to samo spytała mnie.
Postanowiliśmy przelecieć się po okolicy, bo może gdzieś się natkniemy na grupę. No to polecieliśmy trochę tu, trochę tam, tak w sumie bez pomysłu. Naszych ani śladu. Wróciliśmy na Agrykolę i z braku sensownego pomysłu na dalsze życie postanowiliśmy sobie pobiegać, bo podobno bieganie jest dobre na wszystko. No to przeleciałam się jedno kółeczko w tempie truchtu, drugie w tempie sinusoidalnym, trzecie ze sprintami, a potem to już miałam dość. Kolega biegał swoją metodą i tylko obserwowaliśmy się z daleka. W końcu porozciągałam się podpatrując jak robią to inni, ale mniej wyczynowo niż na przykład grupka ćwicząca obok mnie. Jak ja bym się tak rozciągała jak oni, to by mi się chyba wszystko w człowieku pourywało!
Kiedy już zmierzałam do bramki wyjściowej moja zagubiona grupa wbiegła na bieżnię. No i gdzie oni tyle czasu latali???? Nie, nie wracałam już do nich. Skoro oni wcześniej olali mnie, to teraz ja olałam ich. I jesteśmy kwita:-)
wtorek, 24 kwietnia 2018
Dwieście procent normy
A tak z
innej beczki - zapisaliśmy się na Bieg Konstytucji. W sumie to namówił
nas Krzysztof, a sam pięknie się wymiksował z udziału:-) W ramach przygotowań
wybraliśmy się na trening organizowany co czwartek przez Aktywną
Warszawę, żeby zobaczyć jak powinno się trenować oraz żeby zrobić sobie
test FMS, który informuje o potencjalnym ryzyku kontuzji.
Zaczęło się od
"roztruchtania" jak to określiła dziewczyna prowadząca trening. Nooo,
po tym roztruchtaniu to ja już padałam na pysk, a tu okazało się, że to nawet
nie była jeszcze rozgrzewka. Rozgrzewkę zrobiłam już z wywieszonym jęzorem i na
rezerwie, oszukując na co drugim ćwiczeniu. Kiedy już miałam się położyć
i spokojnie sobie umrzeć, okazało się, że teraz dopiero rozpocznie się trening
właściwy. Ponieważ byłam ciekawa tego treningu, to umieranie odłożyłam na
później. Trening polegał na przebiegnięciu 10 razy ośmiusetmetrowego odcinka, z
przerwami na dwustumetrowe odcinki truchtu.
Tak dla przypomnienia - to co oni
tam nazywają truchtem, to jest mój bieg na jakieś 80 % możliwości. Po
dwóch odcinkach poddałam się, ale chytrze wymyśliłam, że pójdę na test,
żeby nie było, że nie daję rady. Na teście trzeba było zrobić siedem ćwiczeń, z
których część mi wyszła bardzo dobrze, część dobrze, a na dwóch całkiem
poległam. Ostatecznie osiągnęłam wynik 17 punktów na 21 możliwych. Wynik
poniżej 14 oznacza, że lepiej nie wychodzić z domu, bo człowiek
się rozsypie, powyżej - nie jest źle, a im więcej punktów, tym lepiej. No to ze
mną wbrew pozorom nie jest tak źle.
Gorzej jest z Tomkiem, bo osiągnął tylko 15 punktów i nie wiem, czy w ogóle puszczać go na jakieś zawody, żeby mi nie wrócił jako inwalida. Na razie co wieczór staje na "karnym jeżyku" i ćwiczy równowagę.
Po teście przebiegłam dla przyzwoitości jeszcze jedno ośmiosetmetrowe okrążenie, a potem okazało się, że to wcale nie koniec. Bo teraz mieliśmy biegać jeszcze szybciej, tylko na krótszym odcinku. Według polecenia - sto metrów na 80% możliwości. Ja to chyba musiałabym lecieć na dwieście procent, bo osiemdziesiąt, to było u mnie "roztruchtanie":-) Parę razy przeleciałam się aż do wyplucia płuc i wreszcie doczekaliśmy się rozciągania i końca treningu. Całość trwała dwie godziny.
Kurcze, my do tej pory
wychodziliśmy pobiegać pół godzinki i myśleliśmy, że robimy trening, a tu się
okazało, że to było tylko roztruchtanie...
Jak żyć, Panie Premierze? Jak żyć?
Zaczęło się od
"roztruchtania" jak to określiła dziewczyna prowadząca trening. Nooo,
po tym roztruchtaniu to ja już padałam na pysk, a tu okazało się, że to nawet
nie była jeszcze rozgrzewka. Rozgrzewkę zrobiłam już z wywieszonym jęzorem i na
rezerwie, oszukując na co drugim ćwiczeniu. Kiedy już miałam się położyć
i spokojnie sobie umrzeć, okazało się, że teraz dopiero rozpocznie się trening
właściwy. Ponieważ byłam ciekawa tego treningu, to umieranie odłożyłam na
później. Trening polegał na przebiegnięciu 10 razy ośmiusetmetrowego odcinka, z
przerwami na dwustumetrowe odcinki truchtu. Gorzej jest z Tomkiem, bo osiągnął tylko 15 punktów i nie wiem, czy w ogóle puszczać go na jakieś zawody, żeby mi nie wrócił jako inwalida. Na razie co wieczór staje na "karnym jeżyku" i ćwiczy równowagę.
Po teście przebiegłam dla przyzwoitości jeszcze jedno ośmiosetmetrowe okrążenie, a potem okazało się, że to wcale nie koniec. Bo teraz mieliśmy biegać jeszcze szybciej, tylko na krótszym odcinku. Według polecenia - sto metrów na 80% możliwości. Ja to chyba musiałabym lecieć na dwieście procent, bo osiemdziesiąt, to było u mnie "roztruchtanie":-) Parę razy przeleciałam się aż do wyplucia płuc i wreszcie doczekaliśmy się rozciągania i końca treningu. Całość trwała dwie godziny.
Jak żyć, Panie Premierze? Jak żyć?
Subskrybuj:
Posty (Atom)

