Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6. InO z Niepoślipką. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6. InO z Niepoślipką. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 maja 2017

Nocna nuda i już koniec

Po etapach dziennych było już z górki. Takie drobiazgi jak nierozstawiona zejściówka kiedy pierwsi zawodnicy wyszli na nią pominę milczeniem, bo to w sumie drobiazg. Sprawdzanie kart szło dość sprawnie, uczestnicy nie zawracali głowy, bo padli po etapach dziennych, a większość uczestników trasy TP w ogóle zwinęła manatki i wróciła do domów. W zasadzie żeby nie brak snu, to byłabym całkiem zrelaksowana.
Na etapy nocne wywoziliśmy w teren TU i TZ oraz jednego uczestnika TT, który nie dosłuchał, że startuje z bazy i zaplątał się do busika. Miał farta, bo z kolei Bartek, który dojechał tylko na etap nocny nie miał co zrobić z samochodem i w kwestiach komunikacyjnych panowie doszli do konsensusu.
Mieliśmy pięknie rozpisane minuty startowe, ale to jednym pasowało wyjść dużo wcześniej, to kolei inni nie chcieli długo czekać na minutę zerową i w efekcie jak zaczęłam ich wszystkich wypuszczać na trasę, to raz dwa zostaliśmy z Tomkiem sami. Raptem pół godzinki (no, może z małym hakiem) i mogliśmy wrócić do bazy.
Z lasu wrócili wszyscy zdrowi i cali, jedynie trochę przemoczeni, zwłaszcza ci, którzy usiłowali sobie skrócić drogę. Żadnych, ale to żadnych atrakcji. Nawet nie ma o czym napisać:-)
A rano wiadomo - wypisywanie dyplomów, przydział nagród, oficjałka z wręczaniem komu co się należało. A na sam koniec jazda na miotle i szmacie, co szczególnie dobrze wychodziło Krzysztofowi i Tomkowi.










Imprezę zakończyliśmy spacerem po lesie, przy okazji zbierając lampiony.
Do zobaczenia na kolejnej Niepoślipce!

c. d. n. n.

piątek, 5 maja 2017

Etapy dzienne i plecenie trzy po trzy

Z piątku na sobotę noc była dla nas wyjątkowo krótka, bo już od szóstej byliśmy na nogach. Usiłowaliśmy posuwać sprawy do przodu, ale przede wszystkim niecierpliwie czekaliśmy na przyjazd Darka i Ani. Darek zjawił się niczym Św. Mikołaj przynosząc torby z zamówionymi podarunkami i od razu został zaprzęgnięty do roboty. Doceniwszy powagę zaistniałej sytuacji bohatersko zrezygnował z udziału w zawodach jako uczestnik, wziął torbę lampionów i poszedł w las się powiesić. Poświęcił się dla dobra ogółu. Doceńcie to!
Zaczęli się też zjawiać kolejni amatorzy podwodnego InO i na stałe już zasiadłam w sekretariacie. Byłam tak niewyspana i skołowana całą trudną sytuacją, że oczywiście połowy ważnych informacji nie odnotowałam - kto z kim w jakim zespole; kto zapłacił za mało, kto za dużo; na jaki etap idzie, na jaki nie idzie i inne takie. Ale ostatecznie żadne z tych zaniechań nie stało się przeszkodą dla nikogo  do wyjścia w trasę.
Podczas gdy ja miotałam się w sekretariacie, Tomek spakował klamoty i pojechał rozłożyć start. W miarę wychodzenia kolejnych ekip zaczęło robić się spokojniej i nawet miałam czas napić się herbaty. Czekałam na kilka spóźnionych zespołów, które zapisały się, nie odwołały udziału i nie dojechały na czas. Towarzystwa dotrzymywała mi kontuzjowana członkini jednej z ekip, która tylko duchowo mogła wspierać swoich.
Po pewnym czasie dotarła Ania, Darek wrócił z rozkładania końcówki etapów dziennych i dotarły ostatnie zespoły. Wyglądało, że sytuacja jest opanowana. Do tego stopnia, że chwilę siedziałam sobie bezczynnie.
Kiedy pierwsi zawodnicy dotarli na śródmecie  i po odpoczynku ruszyli na drugi etap, zadzwonił Tomek, że pora uruchomić końcową metę. Ponieważ Ania z Darkiem zbierali się na rozkładanie etapów nocnych i zejściówki, opiekę nad bazą przekazałam kontuzjowanej niedoszłej zawodniczce i pojechałam po zegar startowy na śródmecie. Nie wiem skąd nam się to wzięło, ale nasza robocza nazwa śródmecia to międzymordzie. Ładnie, prawda? Na międzymordziu zastałam umiarkowany ruch - jeden zespół zbierał się do wyjścia, jeden się pożywiał, jeden oddawał właśnie kartę startowa, a jeden było widać na horyzoncie. Czyli wszystko w normie. Chapnęłam kawałek ciasta, wzięłam batonika na drogę, bo od świtu nic w gębie nie miałam, spakowałam zegar i wycofałam się na z góry upatrzone pozycje. Na planowanej mecie jeszcze oczywiście nikogo nie było i przez jakiś czas mogłam sobie drzemać w samochodzie. A potem zaczęły się powroty i licytacja kto się gdzie bardziej utopił, a tezeci wyliczali wszystkie bepeki. Faktycznie było ich kilka, bo nocne rozstawianie trasy w tak ekstremalnej formie jak to się odbyło, nie sprzyja precyzji wieszania lampionów. I tak dobrze, że w ogóle w lesie coś wisiało.
Obiad był po drugiej strony ulicy, w "Gościńcu Goździejewskim" i wszyscy po oddaniu karty startowej szli czekać na posiłek w ciepłym i suchym pomieszczeniu. Wszyscy oprócz mnie. Czułam jak ścianki mojego żołądka trą o siebie i trawią się wzajemnie. W końcu z międzymordzia wrócił Tomek i zaświtała mi jakaś nadzieja. Musiałam jeszcze tylko poczekać aż on zje i znajdzie kogoś do wysłania na metę. Oczywiście padło na Darka:-) Ten to ma z nami...
Tu muszę wtrącić trochę kryptoreklamy, a właściwie regularnej reklamy - w Gościńcu karmią bardzo dobrze, podają egzotyczną kawę z żołędzi pachnącą piernikiem i świętami, na ścianach wiszą różne ciekawe rzeczy (nie powiem jakie - sami przyjedźcie zobaczyć) i do tego często odbywają się tam różne akcje kulturalne, typu koncerty, warsztaty, spotkania. Dla nas zorganizowano kurs wyplatania koszyków z papierowej wikliny i niektórzy z zapałem pletli trzy po trzy. Jak ktoś ma cierpliwość, to może cuda wyczarować. Zaczęłam i ja pleść, ale Tomek odwołał mnie do roboty, bo trzeba było wracać liczyć wyniki i przygotowywać się do etapów nocnych.

c. d. n.

środa, 3 maja 2017

Nierówna walka ze wszystkim

Podobno jak się wali, to wszystko naraz. Oczywiście było tak i tym razem. Przygotowywanie map szło z opóźnieniami – teren odrysowałem, byliśmy na rekonesansie i… dopadła mnie praca. Dopadła na tyle, że nie było czasu narysować map, sprawdzić ich, a nawet przygotować lampionów i przypisać ich do PK. To wszystko robione na ostatnią chwilę, bo w piątek musieliśmy wydrukować mapy. Miałem jechać na sprawdzanie map w teren we wtorek- ale nie było co sprawdzać i nie było kiedy, miałem jechać w środę – dalej nie było co sprawdzać i nie było kiedy, a za oknem leje deszcz. Pojechałem w czwartek – mając na papierze zarys drugich etapów TP/TT i TU. Deszcz może nie lał tylko kropił. Udało mi się zameldować w szkole i u leśniczych terenów, a następnie poszedłem „utopić się” do lasu. Dokładnie utopić się, bo od czasu mojej ostatniej bytności w lesie sporo napadało. Eksplorowałem „nowe tereny” znane tylko z mapy, gdzie dominowały rozlewiska.
 Okazało się, że przecinka którą chciałem puścić trasę TP/TT jest w większości zalana. Na początku nie była, ale dalej pojawiły się coraz większe rozlewiska, aż do miejsca gdzie bez woderów lub łodzi podwodnej ani rusz. Szkoda, bo odpadło całkiem logiczne przejście i kilka fajnych charakterystycznych PK. W zamian znalazłem zalany paśnik, kamienie i kilka innych miejsc, gdzie dawało się dotrzeć w miarę suchą noga. Niestety, przejście na linii północ-południe zapewniała tylko jedna droga, a reszta to odbicia w bok na kształt litery E. Wróciłem do domu , narysowałem mapy i poszedłem się wyspać.
W piątek planowaliśmy jechać wcześnie rozkładać lampiony. Ale niestety znowu praca pokrzyżowała plany. W drugiej wersji mieliśmy jechać w południe, ale wydruk map, ogarnięcie wszystkiego przedłużało się. W efekcie dotarliśmy do Pustelnika na godzinę 18 – kiedy mieliśmy przejąć szkołę. Tu powitał nas już pierwszy „punktualny” uczestnik. Chwilę rozpakowania i poszedłem w las. Tzn. zostałem wywieziony pod leśniczówkę. Godzina 18:30. Według prognozy pogody miało nie padać ale co chwila z nieba coś kapało. Niezbyt intensywnie, ale zawsze. W jednej ręce torba z lampionami, w drugiej teczka z dwoma mapami i kartami wzorcowymi do wpisywania kodów z lampionów (4 trasy). Tu zaczęło się mścić nasze „profesjonalne” podejście – zgodnie z zaleceniami tereny 3 tras były rozdzielne, tak by mapy jednych nie pomagały drugim. W efekcie do przejścia 6 tras po 4 km. Coś tam skracałem, ale optymalnej drogi do tego wszystkiego nie było. Miotałem się tu i tam wieszając lampiony, co chwila w deszczu wyciągając karty wzorcowe aby maznąć tam odpowiednią kredką, a wszystko przy siąpiącym deszczu i wydrukach z drukarki atramentowej, które zaczynały się rozpływać. W połowie pierwszych etapów musiałem zapalić czołówkę i tempo rozstawiania lampionów spadło. Co chwila wchodziłem w jakieś zalane tereny – po ciemku nie ma oglądu sytuacji – nie widać suchych i niezarośniętych przejść i musiałem skakać z kępki na kępkę walcząc z ciemnością i padającym deszczem i ciągle mierzyć parokroki. Mapy coraz bardziej rozmakały, sklejały się z kartami wzorcowymi. Przy PK 8 TU E1 okazało się, że coś drogi nie zgadzają się z mapą. Jak znaleźć granice kultur po ciemku, skacząc z kępki na kępkę gdzie powinien stać PK 7? (przy zbieraniu okazało się, że niezbyt dobrze powiesiłem lampion). Do PK 3 szedłem zalaną drogą i nie mogłem wrócić suchą nogą na główną drogę nr 66. Punkt D dla TP/TT E1 dał mi się we znaki – od wschodu brodziłem do niego po mokradłach, a okazało się, że od zachodu jest komfortowe dojście. PK 13 dla TU E1 był za wezbraną wodą – nie powiesiłem. I tak dotarłem do śródmecia. Przestałem mierzyć czas, ale powoli zaczęła dzwonić co chwila moja Druga Połowa zaniepokojona moją długą nieobecnością. A ja jestem dopiero w połowie! No dobra, za połową czyli bliżej niż dalej do końca (w linii prostej). Właściwie to od śródmecia w oddali widać było światła Gościńca Goździejewskiego – wydawało się, że to tak blisko. Tylko te odbicia w bok. Najpierw rozstawiłem punkty E2 TT/TP co było dość proste- wiadomo przy drodze. No, chwilę szukałem jakiś gałęzi co by przyczepić lampiony przy kamieniu i zalanym paśniku – tak trochę bliżej drogi, żeby nie wchodzić w wodę. A potem wycieczka po trasach TU/TZ. Tu już tak łatwo nie było. Przy PK 15 TZ E2 się utopiłem. Może to i dobrze, bo przestałem zwracać uwagę czy idę po mokrym czy po suchym. W terenie powojskowych okopów co chwila traciłem orientację – w nocy nawet z pełną mapą nie jest tam łatwo. W efekcie jeden PK i jego stowarzysz postawiłem nie na  tym wale. Zaczęły mi się kończyć lampiony – stawiałem coraz mniej z zaplanowanych stowarzyszy. Ostatnia wydma i już dobrze po północy. Przeoczyłem jeden PK i musiałem się wracać. Potem feralny PK 6 dla TZ E2 – niby odmierzałem odległość, ale postawiłem go za wcześnie – na miejscu planowanego stowarzysza. Jak już się pomyliłem, źle odmierzyłem się na następny PK 10 – niby kończyły się tu jakieś zarośla, ale jak się okazało nie te, a w świetle latarki, w padającym deszczu  nie było widać innej granicy kultur. Błędy się kumulowały.  Na PK C TU 2 drogę przegrodziły mi płoty nienaniesione na mapę. Nie mogłem znaleźć charakterystycznej drogi, górek – w efekcie zgubiłem istotną część od zszywacza i postanowiłem anulować ten PK podejrzewając, że jest za płotem. Przy zbieraniu lampionów okazało się, że i droga była i właściwa górka, a ja szukałem ze dwieście metrów za wcześnie. Ale wtedy miałem już wszystkiego dość. Widziałem, że na kartach wzorcowych wpisywałem kody dla PK jeszcze nie rozstawionych czyli błąd za błędem. I co chwila telefon z bazy czy jeszcze żyję… Ale chyba skoro chodzę i wieszam lampiony to żyję, no nie?
Ostatnie lampiony koło mety. Głownie dla TP/TT. Okazało się, że droga którą przechodziłem w czwartek jest zalana. Kolejny PK do anulowania. Zresztą co można robić zepsutym zszywaczem? Kilka lampionów udało się przyczepić, ale zszywacz całkowicie odmówił posłuszeństwa. Zostało mi wyjąć komórkę i zadzwonić z upragnionym komunikatem „przyjedź po mnie”. Te brakujące lampiony koło mety rozwiesi się po starcie za dnia – zajmie to z 15 minut. Czyli na trasy mogą starować – spojrzałem na zegarek – na jakieś 6 godzin – bo wskazywał on dobrze po 2 w nocy.
Czemu to auto tak długo jedzie? Dobra, wreszcie jest. Ale nie dane mi było od razu położyć się spać – trzeba rozłożyć mapy , karty wzorcowe i buty do suszenia, zrobić erraty do map, i ogólnie zainstalować cały sprzęt do obsługi bazy. Zresztą wrażenie, że kilka lampionów źle rozwiesiłem i powracająca myśl  „jak uda się rozwiesić wszystko na etapy nocne” nie dawały mi zasnąć do rana. Zresztą może uczestnicy zgubią się gdzieś na trasie i nikt nie dotrze na nocny etap?

c. d. n.

Niepoślipka - dzień pierwszy

W czwartek przed Niepoślipką Tomek pojechał jeszcze ostatni raz rozejrzeć się w terenie. Wrócił mokry, ubłocony i z ponurą wiadomością -  zalało teren zawodów, a szczególnie trasę TP i trzeba ją gruntownie przebudować. Pracowaliśmy więc nad mapami z czwartku na piątek i w piątek do popołudnia, czyli w czasie kiedy zgodnie z planem mapy miały być dawno wydrukowane, a my siedzieć w lesie z lampionami i wzorcówkami żeby rozłożyć trasy. O wzorcówkach to nawet w ogóle szkoda wspominać, bo zostały tylko mglistą ideą.
Kiedy w końcu poprawione mapy się wydrukowały, mogliśmy ruszyć do Pustelnika. Zamiast koło 14-tej, 15-tej dotarliśmy na 18-tą, a w bazie czekał już pierwszy uczestnik. W tej sytuacji ja musiałam zostać w szkole, założyć sekretariat, obanerować teren i wykonać wszelkie czynności gospodarcze. No i czekać na kolejnych zawodników. Tomek spakował te kilkaset lampionów przewidzianych do rozwieszenia i ruszył w teren.Wiadomo było, że nie zdążymy już do sklepu po nagrody i ostatnie zakupy, ale mieliśmy w odwodzie jeszcze Darka W., który oferował swoją pomoc. Wykonałam więc przysłowiowy telefon do przyjaciela, a nawet kilka telefonów, w miarę przypominania sobie co nam jest jeszcze potrzebne. Darek ze stoickim spokojem spełniał każdą moją zachciankę i obiecał dowieźć zamówiony towar w sobotę bladym świtem.
Bazę ogarnęłam z pomocą Krzysztofa, a potem pojawiały się kolejne osoby -  SKKT, Sprytne Kuny, Gumowe Łosie i parę innych osób - jednym słowem: zrobiło się wesoło. Wesoło było jednak tylko przez pierwszych kilka godzin, potem zaczął zakradać się niepokój o los Tomka. Na zewnątrz zrobiło się ciemno, deszcz siąpił, kropił, padał, a on w lesie. Miałam czekać na telefon i po skończonym wieszaniu lampionów odebrać go z Kątów Goździejewskich, ale nie dzwonił i nie dzwonił. Dzwoniłam więc ja i za każdym razem dowiadywałam się, że jeszcze godzinkę - długo schodzi, bo oprócz wieszania, na bieżąco robi wzorcówkę. Oczekująca na powrót Tomka grupa wsparcia powoli zmniejszała się, kiedy kolejne osoby wymiękały i szły spać, a ja niczym Penelopa czekałam i czekałam. Po drugiej w nocy czekaliśmy już chyba tylko we cztery osoby: Ania, Klaudia, Piotr i ja. A Tomek wciąż swoje - jeszcze godzinka najwyżej. Ta godzinka ciągnęła się od północy i końca nie było widać. Jedynym pocieszeniem było, że odbiera telefon, czyli żyje. Z niewyspania chyliłam się już ku upadkowi, powieki podpierałam palcami, żeby nie zasnąć i wreszcie po trzeciej usłyszałam wyczekiwane słowa:
- Przyjedź po mnie, bo mi się zszywacz zepsuł i nie mam jak rozwieszać.
Wyczekiwana była co prawda tylko pierwsza część wypowiedzi, ale najważniejsze było, że wraca. Udało mi się nie zasnąć za kierownicą i objechać tam i z powrotem. Grupa wsparcia twardo trwała na posterunku.
Łudziłam się, że po powrocie od razu pójdziemy spać, ale gdzie tam. Okazało się, że kolejne fragmenty tras utopiły się i w mapach znowu trzeba zrobić korekty i wydrukować erraty. Poprawiliśmy jeszcze komunikat techniczny,  przygotowali zalążki wzorcówek, wydrukowali bloczki obiadowe, a potem zastanowiliśmy się czy w ogóle warto się kłaść. Zwłaszcza, że część trasy wciąż nie była rozwieszona.  Mnie zmęczenie jednak pokonało i padłam w trybie natychmiastowym, Tomek do rana martwił się trasami. Ale przynajmniej leżał w suchym i ciepłym miejscu.
I tak minął dzień pierwszy Niepoślipki.

c. d. n.

poniedziałek, 1 maja 2017

Niepoślipka

 No to popłynęliśmy:


Niepoślipka puściła nas z torbami:


Relacja już wkrótce, jak dojdziemy do siebie....

wtorek, 11 kwietnia 2017

Teren o zadziwiająco mokrej przebieżności

W niedzielę, w ramach spaceru, wybraliśmy się na przedniepoślipkowy rekonesans.
W garści mapy, w plecaku kanapki i w las. Początkowo było dość nudno, bo las jaki jest każdy widzi. Potem natrafiliśmy na dłuuugi wał i już myślałam, że będzie ciekawiej, ale takiego wała... Szliśmy, szliśmy, szliśmy, a jak się skończył (bo wiadomo - wszystko przemija - nawet najdłuższa żmija), to dla urozmaicenia weszliśmy na górkę. Obleci, a nawet można trochę uczestników zdezorientować jak się dobrze zrobi mapę:-) Niektóre wybrane obiekty ktoś nam pozagradzał płotami i musieliśmy się obejść smakiem. Nic to, poszliśmy dalej. A im dalej , tym bardziej traciliśmy grunt pod nogami. Rozpływał się tworząc strumyki i rozlewiska - jednym słowem: teren o zadziwiająco mokrej przebieżności!


 Zadziwiający był również powojskowy fragment lasu, który dostarczył nam dużo atrakcji i emocji. Wleźliśmy w każdą dziurę, a z niektórych musieliśmy się ewakuować.

W połowie rekonesansu już wyglądałam tak:


Tomek przewlókł mnie jeszcze kilka kilometrów po nudnym i brudnym lasozagajnikopolu żeby stwierdzić, że ten kawałek terenu się nie nadaje. Oczywiście nie zdążyliśmy obejść wszystkich miejsc, ale jak na moje potrzeby to naoglądałam się aż nadto. Na kolejny rekonesans Tomek jedzie już sam! Ja wymiękam.