Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chałupa Elektryków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chałupa Elektryków. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 czerwca 2024

Jaga-Kora po raz siódmy

Już od 7-ciu lat maj wiąże się u nas z Beskidem Niskim. Beskidem Niskim, Chałupą Elektryków i oczywiście Ultramaratonem Jaga-Kora. Ostatnio biega już tylko połowa naszej rodziny, a druga tylko hałasuje;-). No dobra, ostatnio to bieganie także mi nie wychodziło – kontuzje nie pozwalały ukończyć setki. Ale co tam na 60-te urodziny może wreszcie setkę przebiegnę;-) 

Na razie, doleczając skręcenie stawu skokowego i awarię rozcięgna, zdecydowałem się tylko na marne 42 km. Niby nie dużo, ale miesiące bez biegania dały zerową kondycję plus walka z czasem, by zaleczyć ten staw skokowy i dodatkowo obawa, by nie zejść w połowie z trasy z powodu bólu ostrogi piętowej… 

Do Rymanowa tradycyjnie przyjechaliśmy wcześniej. Zaaklimatyzować się i pomagać. Tradycyjnie już znakowaliśmy trasę, którą miałem potem biec. Potem następnego dnia w piątek jeszcze awaryjnie kolejny kawałek, którego nie miał kto oznakować. 

Znakujemy trasę zaczynając od Puław

Na skręcie w Darowie ludzie lubią biec w lewo zamiast w prawo więc trzeba dobrze oznaczyć skręt!

Atrakcja główna czyli Wisłok pokonywany w bród

W piątek to Renata już poszła do regularnej pracy w sekretariacie, a ja szwendałem się po okolicy i dałem się podpuścić reklamie. 

Numer startowy odebrany - bez tego nie da się wypożyczyć butów

A ścianka to typowe miejsce gdzie firmowa Pani Fotograf  Magdalena się uwija z aparatem;-)

Także się nadstawiłem do zdjęcia:-)

Od kilku lat już, na Jaga-Korze przed startem można wypożyczyć buty. Ot, taka akcja promocyjna firmy ASICS. I sporo ludzi kręciło się, przymierzało i wypożyczało buty na bieg. Za friko, czy właściwie za wypełnienie ankiety – czyli dalej za friko. Wreszcie podszedłem i ja. Niby 40 km da się i w trampkach przebiec (pierwsze buty biegowe kupiłem po… pół litra czyli 10-ciu pięćdziesiątkach, a tak trampki z Lidla dawały radę). Dali mi do ręki jakiś taki fikuśny model z 12-tką w nazwie ( o prawie dokładnie taki ). Przymierzyłem. Nie najlżejsze, ale od spodu „słonina” – może będzie lepiej na moją bolącą piętę? Zawsze mogłem w nich nie pobiec. 

W sobotni poranek pierwsza wstała Renata i poszła odpracowywać swoje w sekretariacie. Ja mogłem się powylegiwać chwilkę dłużej, aż wreszcie wstałem, zjadłem, włożyłem zdobyczne ASICSy na nogi i podreptałem na start. 

Na starcie większość osób nieznanych – 40stkę biegłem tylko raz 6 lat temu, a tak obstawiałem dłuższe dystanse. Gdzieś mi mignęła w tłumie znajoma twarz Gosi, którą widziałem na liście startowej. 

Start z mojej perspektywy

 

A tak to wyglądało od strony Renaty;-)

Chwila oczekiwania, odliczanie i ruszyliśmy. Ja spokojnie na szarym końcu, jakoś tak bez kondycji. Gdzieś mignęła mi Renata fotografująca mój start i pobiegliśmy. Jak zwykle na początku wszyscy wyrwali do przodu. Po kilometrze pierwsze osoby zaczęły przechodzić do marszu (początek jest bitą drogą leciutko pod górkę). Przed pierwszym podbiegiem pomachałem Gosi, którą wreszcie znalazłem w tłumie. Potem zaczęły się góry. Już na pierwszym podejściu poczułem ręce. W piątek pomagałem w sekretariacie i przeniosłem z tonę piwa bezalkoholowego dla wpadających na metę i niestety już tu zaczęły mnie boleć łokcie. Oj będzie ciężko! Zbiegi szły trochę lepiej, choć przez piętę i ten staw skokowy ciągle biegam asekuracyjnie- wiadomo, że w górach kluczem do sukcesu są zbiegi – myk polega na tym, by nie hamować zbiegu, bo wtedy poczujesz to w udach. Ja minimalnie hamowałem niestety. 

Od początku mijałem się z kilkoma osobami. Raz ja byłem szybszy, raz oni. Ale wiadomo – pogaduszki zaczynają się gdy jest ciężko, tak na 50-tym kilometrze, a nie na początku, gdy każdy biegnie ile fabryka daje.

 Zbieg do Puław

 Co do pogody, to raczej lipcowa niż majowa. Upał. Słońce. Typowi ultramaratończycy piszą po (lub przed) biegu na którym kilometrze wciągają jaki żel, czym popijają i inne takie sprawy. Ja bez wody daję radę biec do dwóch godzin. Akurat do Puław i pierwszego punktu żywieniowego. Tym razem było podobnie – do Puław wystarczyła mała butelka mocowana do szelek – to tak dla tych, co pasjonują się takimi rzeczami:-) 

Podeście za Puławami - dwa dni temu je znakowałem;-)

Od Puław zaczynał się odcinek, który znakowaliśmy w czwartek. Jak na razie wszystko dobrze. No, może poza rękami, które nie dają rady normalnie pracować z kijkami przy podejściach. A było nie nosić tego piwa! Wymyślam jakąś technikę popychania się kijkami bez zginania łokci. Nie daje to takiego wsparcia jak powinno przy podejściach, ale do mety niedaleko, bo zbliżam się do połowy trasy. 


 Zbieg do Darowa

Około 24-go kilometra zaczęła dokuczać mi pięta. Asfalt w Darowie. Pomimo, że droga w dół, to tempo takie, jakby biegła pod górę. Może to zmęczenie, a może to buty. Nie wiem. Biegnąc w tych ASICSach miałem wrażenie, że nie jestem w stanie się rozpędzić. Co do reszty, buty sprawują się dobrze. Słonina chyba swoje zrobiła, bo liczyłem, że piętę poczuję już po 10-ciu kilometrach. Jakiś obtarć na razie nie czuć. 

Na drodze wzdłuż potoku Surowicznego (przez 7 rzek) nawet nie próbuję podbiegać. Po prostu jakoś się nie daje, a ja czekam aż ibuprom zacznie działać i zapomnę troszkę o pięcie. 

 Tuż tuż przed Chałupą Elektryków

 
Ostatni zakręt uchwycony przez firmowego fotografa

Renata robi hałas

A ja wbiegam do Chałupy;-)


Chałupa – tu Renata robi hałas;-) Dobrze, że nie robi takiego hałasu w domu, ale dla biegnących to fajny doping – czujesz się doceniony wbiegając na punkt żywieniowy, gdy ktoś ciebie dopinguje.. Długo w Chałupie się nie zatrzymuję – „kociołek” by mi chlupał w brzuchu, nalewki nie pijam, arbuz jest trujący, żelek nie znalazłem (a podobno były i Renia nie podsunęła mi ich pod nos;-( ). 

Dobrze że "pracy" Żona nie przynosi do domu;-)

Tu Renata zapomina wskazać mi żelek;-)
 
Przede mną Polańska. Staram się szybko wdrapać na szczyt, ale ktoś mnie dogania. No niestety, to chyba PESEL daje znać o sobie. Owszem, przed chałupą wyprzedziłem kogoś z wyglądu wskazującego na moja kategorię wiekową, ale z młodością ciężko konkurować;-) 

Ostatni raz gry tędy biegłem (2 lata temu 70-tka) z Polańskiej tylko schodziłem – tu podbiegałem, choć zaczynam już czuć uda. Brak treningu i ta asekuracja przy zbiegach na początku dają o sobie znać. Ale wszystkie zbiegi zbiegam. Nawet nad Wisłoczkiem utrzymuję sensowne tempo (no tak, zwykle tu byłem już na 60-tym, a nie trzydziestym którymś kilometrze). 

Za Wisłoczkiem koncertowo gubimy się. Tam gdzie za pierwszych edycji bywał punkt wodopojowy z ewentualnymi resztkami z pierwszych punktów, tam gdzie trasa schodzi z drogi bitej w las. Zabrakło kilku wstążek i człowiek przede mną pognał ścieżką obok. Szybko odkryłem brak znaczników, ale ze 300 metrów nadrobiłem. Nie tylko ja – przede mną chyba ze dwie osoby co zrobiły więcej i po mnie kolejne. W przyszłym roku chyba zgłoszę się do znakowania tego fragmentu trasy;-)

Meta - wiadomo, że biega się dla medalu;-)

Końcówka. W tym roku zabrakło lustra na trasie, więc nie mam pamiątkowego zdjęcia na 3 km przed metą. Na asfalcie do mety ścigałem się z dwoma chłopkami. Jednego łapały skurcze i wydawało się, że nie dobiegnie do mety. Drugi podbiegał i stawał. Ja truchtałem miarowo. Nie dawałem rady przyspieszyć. Na 70-tce zawsze schodziłem tu dobrze poniżej 6 min/km, praktycznie gdzieś tak do 5-ciu. Teraz nie szło. W efekcie obaj rywale na ostatnim odcinku mnie wyprzedzili :-( Ale oczywiście jest w kolekcji kolejny medal i satysfakcja z potruchtania po górach. 

Czekamy na ostatnich zawodników

Pierwotnie planowałem jeszcze spacerek do Chałupy, ale biegłem dłużej niż planowałem i łokcie wraz udami wybiły mi ten pomysł z głowy. 

Zbieranie oznaczeń z trasy to także fajna fucha - w tym roku była do tego kolejka chętnych;-)

 

W takich butach przybiegłem

Wracając do butów – sprawiły się znośnie. Ten brak prędkości – to wcale może nie być ich wina tylko moja;-) Gruba podeszwa na duży plus - dobrze izoluje od podłoża i jak na swoją grubość bardzo dobrze się zgina (zwykle używam butów z cieńsza podeszwą). Bieżnik – zadowalający – na wilgotnej glinie nie ślizga się, ale gdy mamy błoto, to but już jeździ koncertowo w każdym kierunku (tu nie ma porównania z budżetowym butem z Decathlonu, który na Słynnym Beskidzkim Błocie radzi sobie wyśmienicie). Jakiejś niewygody nie odczuwałem, ale miałem w bucie własne wkładki korekcyjne. Po zmianie buta na mojego inov-8 na powrót na kwaterę (w którym pierwotnie miałem biec) – spora różnica w cholewce (ASICS ma masywną, ciężką, ale nie trzyma on dobrze pięty i minimalne podrażnienie następnego dnia odkryłem na tylnej części pięty) i przestrzeni w bucie – Inov-8 daje więcej luzu środkowej części stopy na boki co jest istotne przy dłuższych biegach. Następnego dnia odkryłem jeszcze bąbel pod małym paznokciem – to może moje zaniedbanie z długością paznokcia albo raczej właściwość buta dająca mało luzu stopie w środku.
Z pozytywnych rzeczy o bucie – prosty patent z gumką i but nie rozwiązuje się w czasie biegu. W ramach podsumowania – jak macie okazję pobiegać gdzieś w ASICSu, to biegajcie. Nie bójcie się „wypożyczenia”. Na pewno wielu się to spodoba (starzy bywalcy brali w „ciemno” konkretny model w tej „wypożyczalni”) i na pewno w takich butach daje się dotrzeć na metę bez większych komplikacji.
Tylko lepiej nie pytajcie o cenę butów w których biegniecie…. 

A co do planów na przyszłość – za rok będę startował w kategorii 60+ - w tym roku nie było nikogo w tej kategorii, więc wreszcie będę miał szansę na pudło!!:-) 


 

wtorek, 4 czerwca 2019

Co mi tam Ultra;-)

Jak trenować do ultramaratonu? Normalnie – robiąc co tydzień na Parkrunie 5 km;-) No dobra, zdarzyło mi się po Parkrunie pobiec jakąś dychę, czy inne BnO o bliżej nieokreślonej długości. Ale gdy dowiedziałem się, że moi rywale na Jadze Korze biegają przed pracą kilka godzin po górach, albo do pracy naście kilometrów…. Tyle, że to było na dzień przed startem i nie fason było się już wycofać;-)
Przypomnę, że na Jagę-Korę rok temu namówił mnie Krzysztof Ł. Namówił, zachwalał… a sam nie wystartował. Ani rok temu, ani w tym roku. A ja (my) daliśmy się wkręcić… Tak to już jest z namawiaczami;-)
Rok temu była trasa 40km, to teraz (wiadomo, musi być progres) 70 km. Niby tylko 30 km dłużej. Niby niedużo dłużej, ale… limity. Pierwszy po 28 czy 29 km - 4,5 h. Na płaskim byłaby to pestka, ale to góry. Niby nieduże, bo Beskid Niski, ale na tym odcinku coś ponad kilometr w górę – przeliczając na płaskie - 10 km dodatkowych. Piątkę regularnie biegam w 24 minuty (lub mniej), więc prosta matematyka: 10 km w godzinę, 30 km w trzy godziny, dodatkowe niecałe 10 km w  max cztery godziny. Do zrobienia.  Wszystkie kalkulacje nie uwzględniały SBB (SBB= Słynne Beskidzie Błoto). Jeśli ktoś nie zna SBB, to słów kilka wyjaśnienia – gdy kilka dni popada, to twarde drogi zmieniają się w rodzaj pułapki, która próbuje zdjęć ci buty, albo i gorzej. Pamiętam taki obóz w Beskidzie Niskim, gdzie ze trzy, czy cztery osoby straciły na takim błocie podeszwy od traperek. Tzn. udało się je odzyskać, ale trzymały się potem tylko na drutach i sznurkach znajdowanych na jakiś śmietnikach. Oprócz właściwości przyklejających, SBB potrafi (gdy jest odpowiednio rzadkie) brudzić, wlewać się, oblepiać buty, tak, że każdy waży po kilka kilogramów, a dodatkowo głębsza, twardsza warstwa SBB robi za ślizgawkę i przy podejściach daje się dwa kroki w górę, a zjeżdża co najmniej o jeden w dół. Na taka pogodę trafiliśmy w tym roku na Jadze-Korze.
Dwa dni przed startem organizator coś tam przebąkiwał o zwiększeniu limitów ze względu na trudne warunki, jednak na odprawie w przeddzień startu stanowczo zadecydował, że limity na 40-tce i 70-tce są bez zmian, co najwyżej zastanowi się nad trasą 105 km, bo jest to nowa trasa i nie ma jeszcze wyczucia, czy limit jest dobry.
Godzina 7: 30 start. Niemrawy wystrzał, ciche odliczanie i ruszyliśmy. Najpierw kawałek po bitej drodze, lekko pod górę. Tu dawało się biec.
Początek trasy wygodną drogą bez błota;-)
 Potem skręt w lewo i pod górę. Chlup, mlask, cmok i peleton gwałtownie zwolnił. Większości zaczęły rozjeżdżać się nogi na śliskim błocie.  Mi raczej kleiło się do butów, ale przy podejściach trochę zjeżdżałem. Tu usłyszałem opinię, że bez kijków to nie da rady i tylko prawdziwi profesjonaliści na trasę bez takowych wyruszyli. Poczułem się dumny, bo kijków nie mam. Pierwsza górka i zbieg w dół. Tu okazało się, że moje buty owszem ślizgają się przy podejściach, ale przy zbiegu – miodzio. Zero poślizgów! Mogłem wreszcie wyprzedzać innych radośnie mlaskając w błotku. Najfajniej było biec po najgłębszym błocie – miękko, radośnie z pięknym donośnym mlaskiem i rozbryzgiem błota wokoło;-)

Zasadniczo lubię biegać za kimś. Bo wtedy mam motywację – nie gorzej niż ten ktoś przede mną. Najlepiej biega mi się za dziewczynami – bo bieg za mężczyzną to zawsze rywalizacja – coraz ostrzej, coraz szybciej i nagle okazuje się że nie ma sił, by wykonać następny krok. A za dziewczyną jest inaczej:  mają one oddzielną klasyfikację, zresztą skoro dziewczyna daje radę, to ja nie dam? Zupełnie inny aspekt rywalizacji! Tu natrafiłem na trzy dziewczyny poruszające się podobnym tempem co ja– jedna szybko odpadła i została w tyle, druga w spódniczce biegowej miała parę w nogach  i zyskiwała na podejściach, ale na zbiegach wyraźnie się ślizgała i zostawała w tyle i trzecia (jak za nią biegłem to puszczała do mnie oczka;-), która bardzo szybko zbiegała i miała ogólnie tempo idealne dla mnie.
Tu właśnie doczepiam się do dziewczyn na pierwsze 20 km
Razem dotarliśmy gdzieś do 20 km i mnie ścięło. Okazało się, że przy takim terenie, gdzie każde odklejenie podeszwy od podłoża wymaga masy energii, wysiadły mi uda. Skurcz i zwolnienie. Obie towarzyszki wysforowały się do przodu, a ja nie byłem w stanie ich dogonić. Musiałem walczyć ze skurczami. Stanowczo za wcześnie!
Wreszcie punkt odżywczy – to już blisko pierwszego punktu z limitem czasu - dam rade. Niestety, bieganie po płaskim (nie mówiąc o bieganiu nawet pod lekką górę) już nie wchodziło w rachubę. Co najwyżej szybki marsz. Próbowałem zreanimować uda przy przekraczaniu rzeczki Moszczaniec (mocząc w zimnej wodzie), potem farmakologicznie  stosując magnez, ale bez spektakularnych efektów. 100m biegu i nogi zamieniły się w bolące kołki.
Do punktu kontrolnego dotarłem 20 minut przed limitem i wyraźnie nie byłem ostatni. Z Moszczańca miała startować trasa JK 40, a w niej Renata, ale autokarów jeszcze nie było, tylko rozgrzewające się niedobitki, które dotarły na start własnym transportem.  Potem okazało się, że organizator jednak przedłużył dla nas limit na pierwszym punkcie kontrolnym, tyle że nas o tym nie poinformował. Tzn.  poinformował wpisem na FB jak już wystartowaliśmy. Nie ma co  - tu wykazał się wyraźnie jakąś wyższą inteligencją, której nie ogarniam. Mając do dyspozycji dodatkowe 30 minut zwolniłbym na początku  i nie musiał ponad 40 km iść i walczyć ze skurczami, zamiast radośnie podbiegać. Ci, którzy przybiegli po pierwotnym limicie w ten sposób wygrali i sporo z nich mnie wyprzedziło, choć powinni być zdjęci z trasy;-( Pozostałe punkty z limitem czasu były stanowczo mniej wymagające – idąc po płaskim w tempie ok. 7km/h i najwyżej zbiegając niezbyt szybko tam, gdzie było wyraźnie w dół spokojnie zmieściłem się w limitach, a nawet je wyprzedzałem.
Po Moszczańcu trasa już znana sprzed roku. Stanowczo mniej błotnista, sporo dróg bitych, łagodne podejście na Kanasiówkę, punkt odżywczy w Jasielu (i znowu wpadka organizatora -  zabrakło już dla nas ciepłego posiłku). Na podejściu na Kanasiówkę zaczęła mnie wyprzedzać czołówka trasy JK40. Co chwila oglądałem się do tyłu i miałem nadzieję, że i Renata mnie dogoni i może mnie to zdopinguje. Niestety, nigdzie jej nie dojrzałem.
Zbieg do Woli Niżnej - mlask mlask po błotku
Kolejny punkt z limitem czasu w Woli Niżnej – tu już zyskiwałem ponad 40 minut do limitu! Wyraźnie lepiej maszeruję niż biegam! Telefon do Renaty gdzie jest – jakieś 20 minut za mną – nie dogoni jednak.
Znowu mozolny marsz na Polany Surowiczne. Rok temu tu podbiegałem – teraz nie dawałem rady;-(
Wreszcie Chałupa – myślałem, że spotkam kogoś znajomego, ale w środku pusto. Na drodze do Chałupy widziałem samochody ze Stykami, ale tylko przemknęły i nawet nie było się jak przywitać ze znajomymi.
Chałupa Elektryków - selfie być musi!
Na 57 kilometrze podejście pod Polańską daje popalić. W zeszłym roku nikt nie miał siły skonsumować wiszącego na podejściu piwa – liczyłem, że może tym razem mi się uda, niestety – zostało tylko tanie wino i kabanosy, na które nie było amatorów. O dziwo, uda pozwalały na całkiem sprawne podchodzenie – tu udało mi się kilka osób prześcignąć albo dogonić. Z Polańskiej chciałem zbiec… do pierwszego potknięcia – na szczęście udało mi się czegoś złapać, bo efektem ubocznym potknięcia był mega skurcz w obu nogach. Dalej schodziłem ostrożnie – szybkim marszem – bez podbiegania. Tu poskutkowało obycie w 50-tkach na orientację – udawało mi się utrzymać dobre tempo i to raczej ja wyprzedzałem niż mnie wyprzedzano;-)
Gdzieś pod Jawornikiem zostałem na trasie sam na sam z kolejną dziewczyną - Agnieszką. Szła bardzo podobnym tempem do mojego, nie biegała z powodu jakiejś kontuzji. Do Jawornika mam uraz, bo w zeszłym roku zgubiłem się na zejściu z tej góry. We dwoje było raźniej – widomo dwie pary oczu mają większą szansę wypatrzeć wiszące na drzewach znakowania trasy. W każdym razie udało się nie zgubić drogi.
Do mety zostało z 10 km. Cały ten dystans pokonałem z Agnieszką wzajemnie dopingując się do szybkiego marszu, a co chwila wyprzedzał nas (lub my jego) podbiegający konkurent z numerkiem 151 – ostatecznie na mecie dałem mu się wyprzedzić  (głupio było mi się wpychać przed towarzyszkę, która dotrzymywała mi towarzystwa).
Gdy już było słychać z dołu dochodzący głos spikera witającego na mecie kolejnych uczestników, gdy już prześwitywała łąka, z której było ostatnie zejście - zaczęło się. Błoto. Super błoto. Może nawet miejscami po kolana. Środkiem drogi ciurkał  mini strumyk, błoto płynęło wesoło w wąwozie wyżłobionym przez drogę. Stromo. Odjazd! Nie zostało nic innego niż puścić się wesołym biegiem rozchlapując wokoło strumienie błota. Inni próbowali schodzić ostrożnie – tyłem, bokiem, ale tylko bieg szybszy niż ześlizg zapewniał stabilność. Udało się, ale przeżycie niezapomniane;-)  W takim błocie to nawet zmaltretowane mięśnie nóg przestają boleć i sztywnieć;-)
Wreszcie na mecie;-)
Na metę dotarłem ponad godzinę przed limitem. Dwóch naszych sąsiadów (spotykałem się z nimi na trasie gdzieś tak koło 30 km), starzy ultrawyjadacze, dotarli niecałe 15 minut wcześniej – czyli nie jest tak źle! Renata także dotarła w limicie. W ten sposób zostałem pełnoprawnym ultramaratończykiem – poprzedni start, rok temu, na 40 km to było tak gdzieś „na styk”,  bo ultra to powyżej dystansu maratońskiego (niby kilometr w górę to jak 10 km po płaskim).

wtorek, 28 maja 2019

Jaga-Kora 40

Wiecie jak to jest, kiedy człowiek zapisuje się na imprezę pół roku wcześniej - z takiej perspektywy czasowej pomysł wydaje genialny, nie widać żadnych przeszkód czy przeciwwskazań, a wszystko wydaje się proste i łatwe. No, to tak właśnie zapisałam się na Jagę-Korę. Refleksja przyszła znacznie później, nawet później niż przypuszczałam, bo jakiś tydzień przed startem. Ale trudno - zapłacone, pokój zarezerwowany, urlop podpisany - trzeba jechać.
Zawody  miały odbyć się w sobotę, my pojechaliśmy już we środę, żeby się zaaklimatyzować i założyć obozy przejściowe. W końcu prawie kilometr podejścia (na mojej trasie) to nie przelewki:-)
Od dłuższego czasu pogoda szykowała nam zdradliwą niespodziankę - po wcześniejszym okresie suszy deszcz starał się nadrobić wszystkie zaniedbania i lało, lało, lało, lało.
We środę pojechaliśmy zobaczyć miejsce mojego startu i przejść się kawałek trasą, którą Tomek pamiętał z ubiegłego roku. Jak przystało na prawdziwych orientantów, trochę się pogubiliśmy, ale spacer (mimo, że w deszczu) był całkiem przyjemny.

Na drodze tylko woda, ślimaki i my.

Kolejnego dnia sprawdziliśmy jak wygląda zbieg z ostatniej górki i wyglądał... błotniście, co oczywiście nie było żadnym zaskoczeniem. Ponadto nadleśnictwo usiłowało zniechęcić nas do górskich wędrówek stawiając takie tablice. Nam po RDS-ie niedźwiedzie już niestraszne, a zresztą co poza ślimakami wylezie w taką pogodę.

Proszę Państwa - oto miś...

Ogólnie staraliśmy się nie nadwyrężać sił, więc nasze wycieczki nie były ani długie, ani forsowne, wieczory spędzaliśmy na basenie, a pozostały wolny czas na deptaku. W piątek odebraliśmy pakiety startowe, a na kwaterę przyjechali pozostali współlokatorzy - oczywiście wszyscy jago-korowcy.

Sprawdzam czy zmieszczę się na mecie:-)

W piątek przestało padać, a na sobotę prognozowano wręcz słońce i skok temperatury. Od razu powstał dylemat: co na siebie włożyć??? Coś nowego, coś starego, coś pożyczonego.... A, zaraz - to nie ślub. Wiadomo jednak, że żadnej kobiecie coś nowego nie zaszkodzi, więc nabyłam sobie krótkie gacie, czapeczkę z daszkiem i kurtkę przeciwdeszczową. Gacie na tyłek, czapka w plecak, a kurtka została na kwaterze. W każdym razie starałam się wyglądać najbardziej profesjonalnie, jak tylko się dało, żeby nikt się nie zorientował, że jestem totalnym amatorem.

Wyglądam jak ultras?

Przed samym startem dopadł mnie atak fizjologii (a było tyle nie pić), a tu wszystkie przystartowe krzaki okazały się być już pozajmowane przez panów. Trochę niezręczna sytuacja, więc tylko ścisnęłam zwieracze i ustawiłam się na linii startu. W tym roku nie było żadnego odliczania, ani nawet ostrzeżenia, że to już - coś głośniej pyknęło, ludzie ze zdziwieniem popatrzyli po sobie i co odważniejsi ruszyli, a za nimi reszta.
 Jak ja wystartowałam.... Przez kilkadziesiąt metrów utrzymywałam się gdzieś tak w połowie grupy, ale z czasem przesuwałam się coraz bardziej do tyłu, aż w końcu tylko jakieś pojedyncze jednostki zostały za mną. Kontakt wzrokowy z czołówką miałam jednak wciąż nawiązany, do czasu kiedy musiałam odwiedzić przydrożne krzaki:-)

Start - ostatnie chwile, kiedy mieszczę się w stawce:-)

Początkowo biegliśmy asfaltem o stosunkowo niewielkim nachyleniu, wiec było OK. Kije, które na imprezę pożyczyłam od córki, przezornie niosłam w ręku, żeby się o nie nie potknąć, bo jak na razie wszystkie dotychczasowe próby nordic walkingowania kończyły się poobijanymi przez kijki piszczelami i łydkami. No, ale jak się chce fajnie wyglądać, to kije trzeba mieć:-)
Wszystko co dobre szybko się kończy i w końcu musieliśmy zejść z wygodnej drogi i wejść w las, gdzie było błotniście i pod górę. Zaczęliśmy mozolną wspinaczkę na Kanasiówkę. Tak dokładnie to ja zaczęłam mozolną, bo inni rączo pobiegli i tyle ich widziałam. Szłam więc sobie początkowo nawet dość żwawo, usiłując przy tym nie potknąć się na kijach, które w końcu postanowiłam przetestować. Powiedzmy - przeszkadzały mniej niż przypuszczałam.
Do pierwszego punktu odżywczego było od startu 13 km. Niby niedaleko, ale po chwili zaczęło mi się nudzić. Żywej duszy dokoła, trasy specjalnie pilnować nie trzeba, planować drogi też nie, przyspieszyć ciężko, bo pod górę i po błocku. Z tych nudów zaczęłam sobie przypominać wszystkie filmiki instruktażowe do kijów i testować te dziwne ruchy wleczenia ich za sobą. Faktycznie, jak się wlecze, to nie obijają nóg.
Kanasiówka ciągnęła się w nieskończoność, ale w końcu zaczęło się wypłaszczać, pojawiła się granica, wzdłuż której mieliśmy iść kawałek (na szczęście już lekko w dół) i na koniec jeszcze ciut pod górę i wreszcie żarełko. Po drodze wydawało mi się, że jak dopadnę smakołyków, to siekierą mnie będą odrąbywać od stołu, a tymczasem wmusiłam w siebie kawałeczek banana, jednego biszkopta i kostkę czekolady. Zapiłam wodą i najedzona byłam po kokardę.
W Woli Niżnej musiałam stawić się najpóźniej cztery godziny po starcie żeby zmieścić się w limicie, ale pomimo, że wlokłam się w ogonie, wyglądało, że się spokojnie wyrobię. Szczególnie, że teraz miało być już tylko w dół. Już zbiegając z Kanasiówki przetestowałam, że moje buty dość dobrze trzymają się błota i poza ich ciężarem nic nie stało na przeszkodzie żeby rozwinąć jakąś przyzwoitą prędkość. Udało mi się przegonić jakichś setkowiczów, a w zasięgu wzroku pojawili się też inni zawodnicy. Od Jasiela biegliśmy już po asfalcie, to znaczy ja biegłam tylko jak było po równym lub w dół, żeby oszczędzać siły na dalszą trasę. Tuż przed punktem limitowym zeszliśmy z asfaltu, żeby przez niewielkie wzgórze dojść do drogi 897. Górka była niby mała, ale tak dała mi w kość, że już myślałam, że nie wlezę na nią. Wszyscy, których wcześniej wyprzedziłam, po paru metrach podejścia byli przede mną, łącznie z setkowiczami, którzy mieli już w nogach dobrze ponad 80 km. Tomek telefonicznie zameldował mi się ze swojej trasy i okazało się, że kiedy ja zaczynałam podejście, on mijał właśnie punkt limitowy.  Niby blisko, ale wiedziałam, że go nie dogonię.
Drogę przez Biskupi Łan znałam dobrze, więc mentalnie byłam przygotowana na stosunkowo lekkie podejście (po asfalcie) i zbieg, przy czym podejście wcale nie okazało się takie lekkie. W zeszłym roku, jako kibic, wbiegłam tam bezproblemowo, ale teraz miałam w nogach ponad 20 km w ciężkich warunkach. No i jestem rok starsza, więc sami rozumiecie... W końcu jednak dotarłam do chałupy.

Drugi punkt odżywczy, a tak prywatnie - miejsce poznania Tomka (28 lat temu).

Woda, cola, dopalacz, orzeszki i... żołądek w gardle. Nie da się jeść i pić przy zmęczeniu. Miałam dość. Już się nawet zastanawiałam czy nie zostać w chałupie na zawsze, a przynajmniej do rana, ale nie wzięłam szczoteczki do zębów, lakieru do włosów i zestawu do makijażu, więc rozumie się, że nie mogłam przenocować. Jak bym wyglądała rano?? :-)
Momentu ruszenia  w dalszą trasę nie dało się odwlekać w nieskończoność, szczególnie że limity czasowe, jak na moje potrzeby, były ciut krótkie. Jak to dobrze, że na Polańską ostatnio wchodziłam kilkadziesiąt lat temu i nie pamiętałam jak ona wygląda. Gdybym miała przed oczami to, co zobaczyłam kilkanaście minut później, to na pewno odmówiłabym dalszej współpracy. Zaraz, gdzie tam dalszej - ja i wcześniejszej bym odmówiła:-)
W każdym razie na podejściu wyprzedały mnie mrówki i ślimaki, a przebiegający setkowicze zatrzymywali się i z troską pytali, czy u mnie wszystko w porządku. W zasadzie - w porządku. U mnie czołganie się pod górę to raczej norma. Szłam więc sobie dwa kroczki, chwila odpoczynku, krok, odpoczynek, woda, otarcie potu z czoła, znowu krok, chwila zastanowienia - rzygać już, czy dopiero za 5 metrów, znowu krok. A czas sobie mijał i mijał. Ale jak to mówią: "wszystko przemija, nawet najdłuższa żmija", tak więc i Polańska kiedyś musiała się skończyć. Z Polańskiej płynnie przeszłam na Jawornik, nawet nie zauważając tego faktu, bo las i błoto wyglądały tak samo. Powiem Wam -  to, że na trasę biegu organizatorzy zwieźli błoto z całego Podkarpacia, jakoś łyknęłam, zdarza się, jak organizator chce dogodzić uczestnikom, ale że jakieś 70% tej ilości chciało im się wnieść na odcinek od Polańskiej do mety, to już mi zaimponowało. W sumie błoto po imprezach na orientację specjalnie mnie nie rusza, ale w takiej masie musiało zrobić wrażenie.

 Między Polańską a Jawornikiem.

W tamtym roku Tomek i jeszcze kilka osób zgubili się przy zejściu z Jawornika, więc pilnowałam każdej wstążeczki, żeby tylko nie zejść na manowce. Tym razem oznaczenie było super, a zwodnicza droga wręcz odgrodzona taśmą.
Za Jawornikiem miał być ostatni punkt żywieniowy. Wypatrywałam go z utęsknieniem, bo od niego miało być jeszcze tylko coś koło 7 kilometrów do mety. I do tego w dół. Minęłam pipant, na którym na profilu trasy był zaznaczony punkt żywieniowy, a tu nic. Nawet pomyślałam sobie, że pewnie już go zwinęli nie czekając na mnie, ale okazało się, że był trochę dalej niż pierwotnie planowano. Na punkcie była co prawda już tylko sama woda, ale nic więcej nie potrzebowałam. A kiedy dowiedziałam się, że do mety jest jeszcze tylko 5 km, to jakby mi skrzydła urosły u ramion.
Kawałek dalej mój szacunek dla organizatorów wzrósł pod niebiosa. W samym środku lasu, przy ścieżce ustawili wielkie lustro, żeby każda kończąca bieg kobieta mogła doprowadzić się do porządku i na mecie wyglądać elegancko. Myślę, że i panowie nie omieszkali skorzystać z okazji, ale oni pewnie patrzyli czy są wystarczająco ubłoceni, żeby wzbudzać odpowiednie poważanie u kibiców.

Takie lustro powinno być na każdych zawodach!

Powoli wyglądało na to, że w limicie zmieszczę się z palcem w nosie, ale kiedy zaczęło się robić coraz bardziej stromo i - choć wydawało się, że to już niemożliwe - coraz bardziej błotniście, zaczęłam mieć wątpliwości. Błoto wymieszane z dużą ilością spływającej wody stało się jakby mniej przyczepne i musiałam znacząco zwolnić. O ile jeszcze kilkanaście kilometrów wcześniej starałam się omijać co głębsze dziury, teraz właziłam w nie po kolana nie przejmując się niczym. Bardziej mokra i brudna i tak już przecież nie mogłam być. No, chyba, że zaliczyłabym całościową glebę… W końcu dotarłam do miejsca, gdzie doszliśmy w czasie czwartkowego spaceru i już wiedziałam, że do mety naprawdę bliziutko. A kiedy wreszcie pod nogami poczułam asfalt, to jak by kto nowe siły wlał we mnie - pognałam przed siebie dopingowana przez rymanowskich spacerowiczów. Ekipa z naszego domu, w którym nocowaliśmy, z daleka zagrzewała mnie do efektownego finiszu wykrzykując chóralnie: Re-na-ta! Re-na-ta! Re-na-ta! Aż się chciało biec.

Uff, starczyło medali!

Dałam radę! Naprawdę dałam radę! Niby jak latam na pięćdziesiątki na orientację, to czterdziestka bez pilnowania mapy powinna być dla mnie pestką, ale... Na orientację są inne limity, jest więcej okazji do odpoczynku, często jest po płaskim (no, chyba, że górskie zawody) i jeszcze Tomek mnie wspiera, kiedy mam już wszystkiego dość. Ale podobało mi się to nowe doświadczenie. Za rok planuję dobiec z lepszym czasem!