Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid Niski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid Niski. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 czerwca 2024

Jaga-Kora po raz siódmy

Już od 7-ciu lat maj wiąże się u nas z Beskidem Niskim. Beskidem Niskim, Chałupą Elektryków i oczywiście Ultramaratonem Jaga-Kora. Ostatnio biega już tylko połowa naszej rodziny, a druga tylko hałasuje;-). No dobra, ostatnio to bieganie także mi nie wychodziło – kontuzje nie pozwalały ukończyć setki. Ale co tam na 60-te urodziny może wreszcie setkę przebiegnę;-) 

Na razie, doleczając skręcenie stawu skokowego i awarię rozcięgna, zdecydowałem się tylko na marne 42 km. Niby nie dużo, ale miesiące bez biegania dały zerową kondycję plus walka z czasem, by zaleczyć ten staw skokowy i dodatkowo obawa, by nie zejść w połowie z trasy z powodu bólu ostrogi piętowej… 

Do Rymanowa tradycyjnie przyjechaliśmy wcześniej. Zaaklimatyzować się i pomagać. Tradycyjnie już znakowaliśmy trasę, którą miałem potem biec. Potem następnego dnia w piątek jeszcze awaryjnie kolejny kawałek, którego nie miał kto oznakować. 

Znakujemy trasę zaczynając od Puław

Na skręcie w Darowie ludzie lubią biec w lewo zamiast w prawo więc trzeba dobrze oznaczyć skręt!

Atrakcja główna czyli Wisłok pokonywany w bród

W piątek to Renata już poszła do regularnej pracy w sekretariacie, a ja szwendałem się po okolicy i dałem się podpuścić reklamie. 

Numer startowy odebrany - bez tego nie da się wypożyczyć butów

A ścianka to typowe miejsce gdzie firmowa Pani Fotograf  Magdalena się uwija z aparatem;-)

Także się nadstawiłem do zdjęcia:-)

Od kilku lat już, na Jaga-Korze przed startem można wypożyczyć buty. Ot, taka akcja promocyjna firmy ASICS. I sporo ludzi kręciło się, przymierzało i wypożyczało buty na bieg. Za friko, czy właściwie za wypełnienie ankiety – czyli dalej za friko. Wreszcie podszedłem i ja. Niby 40 km da się i w trampkach przebiec (pierwsze buty biegowe kupiłem po… pół litra czyli 10-ciu pięćdziesiątkach, a tak trampki z Lidla dawały radę). Dali mi do ręki jakiś taki fikuśny model z 12-tką w nazwie ( o prawie dokładnie taki ). Przymierzyłem. Nie najlżejsze, ale od spodu „słonina” – może będzie lepiej na moją bolącą piętę? Zawsze mogłem w nich nie pobiec. 

W sobotni poranek pierwsza wstała Renata i poszła odpracowywać swoje w sekretariacie. Ja mogłem się powylegiwać chwilkę dłużej, aż wreszcie wstałem, zjadłem, włożyłem zdobyczne ASICSy na nogi i podreptałem na start. 

Na starcie większość osób nieznanych – 40stkę biegłem tylko raz 6 lat temu, a tak obstawiałem dłuższe dystanse. Gdzieś mi mignęła w tłumie znajoma twarz Gosi, którą widziałem na liście startowej. 

Start z mojej perspektywy

 

A tak to wyglądało od strony Renaty;-)

Chwila oczekiwania, odliczanie i ruszyliśmy. Ja spokojnie na szarym końcu, jakoś tak bez kondycji. Gdzieś mignęła mi Renata fotografująca mój start i pobiegliśmy. Jak zwykle na początku wszyscy wyrwali do przodu. Po kilometrze pierwsze osoby zaczęły przechodzić do marszu (początek jest bitą drogą leciutko pod górkę). Przed pierwszym podbiegiem pomachałem Gosi, którą wreszcie znalazłem w tłumie. Potem zaczęły się góry. Już na pierwszym podejściu poczułem ręce. W piątek pomagałem w sekretariacie i przeniosłem z tonę piwa bezalkoholowego dla wpadających na metę i niestety już tu zaczęły mnie boleć łokcie. Oj będzie ciężko! Zbiegi szły trochę lepiej, choć przez piętę i ten staw skokowy ciągle biegam asekuracyjnie- wiadomo, że w górach kluczem do sukcesu są zbiegi – myk polega na tym, by nie hamować zbiegu, bo wtedy poczujesz to w udach. Ja minimalnie hamowałem niestety. 

Od początku mijałem się z kilkoma osobami. Raz ja byłem szybszy, raz oni. Ale wiadomo – pogaduszki zaczynają się gdy jest ciężko, tak na 50-tym kilometrze, a nie na początku, gdy każdy biegnie ile fabryka daje.

 Zbieg do Puław

 Co do pogody, to raczej lipcowa niż majowa. Upał. Słońce. Typowi ultramaratończycy piszą po (lub przed) biegu na którym kilometrze wciągają jaki żel, czym popijają i inne takie sprawy. Ja bez wody daję radę biec do dwóch godzin. Akurat do Puław i pierwszego punktu żywieniowego. Tym razem było podobnie – do Puław wystarczyła mała butelka mocowana do szelek – to tak dla tych, co pasjonują się takimi rzeczami:-) 

Podeście za Puławami - dwa dni temu je znakowałem;-)

Od Puław zaczynał się odcinek, który znakowaliśmy w czwartek. Jak na razie wszystko dobrze. No, może poza rękami, które nie dają rady normalnie pracować z kijkami przy podejściach. A było nie nosić tego piwa! Wymyślam jakąś technikę popychania się kijkami bez zginania łokci. Nie daje to takiego wsparcia jak powinno przy podejściach, ale do mety niedaleko, bo zbliżam się do połowy trasy. 


 Zbieg do Darowa

Około 24-go kilometra zaczęła dokuczać mi pięta. Asfalt w Darowie. Pomimo, że droga w dół, to tempo takie, jakby biegła pod górę. Może to zmęczenie, a może to buty. Nie wiem. Biegnąc w tych ASICSach miałem wrażenie, że nie jestem w stanie się rozpędzić. Co do reszty, buty sprawują się dobrze. Słonina chyba swoje zrobiła, bo liczyłem, że piętę poczuję już po 10-ciu kilometrach. Jakiś obtarć na razie nie czuć. 

Na drodze wzdłuż potoku Surowicznego (przez 7 rzek) nawet nie próbuję podbiegać. Po prostu jakoś się nie daje, a ja czekam aż ibuprom zacznie działać i zapomnę troszkę o pięcie. 

 Tuż tuż przed Chałupą Elektryków

 
Ostatni zakręt uchwycony przez firmowego fotografa

Renata robi hałas

A ja wbiegam do Chałupy;-)


Chałupa – tu Renata robi hałas;-) Dobrze, że nie robi takiego hałasu w domu, ale dla biegnących to fajny doping – czujesz się doceniony wbiegając na punkt żywieniowy, gdy ktoś ciebie dopinguje.. Długo w Chałupie się nie zatrzymuję – „kociołek” by mi chlupał w brzuchu, nalewki nie pijam, arbuz jest trujący, żelek nie znalazłem (a podobno były i Renia nie podsunęła mi ich pod nos;-( ). 

Dobrze że "pracy" Żona nie przynosi do domu;-)

Tu Renata zapomina wskazać mi żelek;-)
 
Przede mną Polańska. Staram się szybko wdrapać na szczyt, ale ktoś mnie dogania. No niestety, to chyba PESEL daje znać o sobie. Owszem, przed chałupą wyprzedziłem kogoś z wyglądu wskazującego na moja kategorię wiekową, ale z młodością ciężko konkurować;-) 

Ostatni raz gry tędy biegłem (2 lata temu 70-tka) z Polańskiej tylko schodziłem – tu podbiegałem, choć zaczynam już czuć uda. Brak treningu i ta asekuracja przy zbiegach na początku dają o sobie znać. Ale wszystkie zbiegi zbiegam. Nawet nad Wisłoczkiem utrzymuję sensowne tempo (no tak, zwykle tu byłem już na 60-tym, a nie trzydziestym którymś kilometrze). 

Za Wisłoczkiem koncertowo gubimy się. Tam gdzie za pierwszych edycji bywał punkt wodopojowy z ewentualnymi resztkami z pierwszych punktów, tam gdzie trasa schodzi z drogi bitej w las. Zabrakło kilku wstążek i człowiek przede mną pognał ścieżką obok. Szybko odkryłem brak znaczników, ale ze 300 metrów nadrobiłem. Nie tylko ja – przede mną chyba ze dwie osoby co zrobiły więcej i po mnie kolejne. W przyszłym roku chyba zgłoszę się do znakowania tego fragmentu trasy;-)

Meta - wiadomo, że biega się dla medalu;-)

Końcówka. W tym roku zabrakło lustra na trasie, więc nie mam pamiątkowego zdjęcia na 3 km przed metą. Na asfalcie do mety ścigałem się z dwoma chłopkami. Jednego łapały skurcze i wydawało się, że nie dobiegnie do mety. Drugi podbiegał i stawał. Ja truchtałem miarowo. Nie dawałem rady przyspieszyć. Na 70-tce zawsze schodziłem tu dobrze poniżej 6 min/km, praktycznie gdzieś tak do 5-ciu. Teraz nie szło. W efekcie obaj rywale na ostatnim odcinku mnie wyprzedzili :-( Ale oczywiście jest w kolekcji kolejny medal i satysfakcja z potruchtania po górach. 

Czekamy na ostatnich zawodników

Pierwotnie planowałem jeszcze spacerek do Chałupy, ale biegłem dłużej niż planowałem i łokcie wraz udami wybiły mi ten pomysł z głowy. 

Zbieranie oznaczeń z trasy to także fajna fucha - w tym roku była do tego kolejka chętnych;-)

 

W takich butach przybiegłem

Wracając do butów – sprawiły się znośnie. Ten brak prędkości – to wcale może nie być ich wina tylko moja;-) Gruba podeszwa na duży plus - dobrze izoluje od podłoża i jak na swoją grubość bardzo dobrze się zgina (zwykle używam butów z cieńsza podeszwą). Bieżnik – zadowalający – na wilgotnej glinie nie ślizga się, ale gdy mamy błoto, to but już jeździ koncertowo w każdym kierunku (tu nie ma porównania z budżetowym butem z Decathlonu, który na Słynnym Beskidzkim Błocie radzi sobie wyśmienicie). Jakiejś niewygody nie odczuwałem, ale miałem w bucie własne wkładki korekcyjne. Po zmianie buta na mojego inov-8 na powrót na kwaterę (w którym pierwotnie miałem biec) – spora różnica w cholewce (ASICS ma masywną, ciężką, ale nie trzyma on dobrze pięty i minimalne podrażnienie następnego dnia odkryłem na tylnej części pięty) i przestrzeni w bucie – Inov-8 daje więcej luzu środkowej części stopy na boki co jest istotne przy dłuższych biegach. Następnego dnia odkryłem jeszcze bąbel pod małym paznokciem – to może moje zaniedbanie z długością paznokcia albo raczej właściwość buta dająca mało luzu stopie w środku.
Z pozytywnych rzeczy o bucie – prosty patent z gumką i but nie rozwiązuje się w czasie biegu. W ramach podsumowania – jak macie okazję pobiegać gdzieś w ASICSu, to biegajcie. Nie bójcie się „wypożyczenia”. Na pewno wielu się to spodoba (starzy bywalcy brali w „ciemno” konkretny model w tej „wypożyczalni”) i na pewno w takich butach daje się dotrzeć na metę bez większych komplikacji.
Tylko lepiej nie pytajcie o cenę butów w których biegniecie…. 

A co do planów na przyszłość – za rok będę startował w kategorii 60+ - w tym roku nie było nikogo w tej kategorii, więc wreszcie będę miał szansę na pudło!!:-) 


 

poniedziałek, 7 czerwca 2021

Jaga-Kora - uczestnik specjalnej troski.

Nie samym bieganiem czlowiek żyje i stąd te opóźnienia. Zresztą miałam już nic nie pisać o Jadze, bo Tomek taki fajny film zrobił, że wszystko wiadomo, ale napiszę dla przestrogi. Dla samej siebie. Bo jak za rok będziemy się zapisywać, to sobie poczytam jak było:-)))
Już w tym roku miałam iść na trasę siedemnastokilometrową, ale organizatorzy zmienili trasy i okazało się, że czterdziestka pobiegnie inaczej niż dotychczas. W sumie niespecjalnie mnie to wzruszało, ale Tomek tak zachwalał tę nową trasę i w końcu mnie przekonał, że absolutnie koniecznie muszę ją zobaczyć. Muszę, to muszę. Zapisałam się na czterdziestkę, a w zasadzie na 42 km z hakiem. Tomek zaszalał jeszcze bardziej i zapisał się na najdłuższą trasę - 105 km.
Tradycyjnie do Rymanowa Zdroju przyjechaliśmy kilka dni wcześniej usiłując jeszcze po drodze coś pozwiedzać, z marnym skutkiem, bo covid:

 Czynne tylko w soboty i niedziele, a my byliśmy we środę:-(

Za to po drodze, w Rymanowie, odebraliśmy nasze pakiety startowe z pięknymi koszulkami i buffami i od razu zrobiliśmy sobie w nich sesję zdjęciową, niczym modele.

Ładne, ale białe chyba sprzed dwóch lat były ładniejsze.

We czwartek postanowiliśmy wybrać się na Polany Surowiczne - tak z sentymentu oraz żeby posprawdzać niektóre fragmenty trasy. Oczywiście obowiązkowym punktem programu była dzwonnica - pięknie odnowiona, z kopułą i dzwonem.
 
Stara nowa dzwonnica.
 
W piątek już tylko odpoczywaliśmy relaksując się w parku zdrojowym i zbierając siły na sobotę. Ponieważ Tomek startował o pierwszej w nocy, a wyjazd do Jaślisk (gdzie był start) był planowany jeszcze wcześniej, więc już wczesnym wieczorem położyliśmy się do łóżka usiłując złapać trochę snu. Oczywiście wcale nie zasnęłam, potem musiałam wstać zamknąć dom po wyjściu Tomka, a potem to już czekałam kiedy będzie rano. O dziwo, rano wcale nie czułam się jakoś szczególnie zmęczona, widocznie samo leżenie też dało radę:-)
Moja trasa startowała z ul. Potockich, dość daleko od naszego miejsca zamieszkania i pod górkę, więc jak już tam doszłam, to w zasadzie miałam dość. A gdzie reszta trasy?? Przed startem zrobiłam sobie "pożegnalną" fotkę. Taką - wiecie - w razie gdybym nie wróciła, to rodzina ma na pamiątkę.

 Ostatnie chwile przed startem.

Organizatorzy najpierw pisali, że kto przyjdzie na start, ma od razu lecieć na trasę, ale na miejscu  okazało się, że jednak będzie start wspólny. A już miałam nadzieję, że wyrwę zaraz na początku i przez chwilę nie będę ostatnia... Tymczasem ustawiłam się tak trochę pod koniec stawki, żeby ci szybsi nie musieli się ze mną przepychać na wąskiej ścieżce, bo w sumie i tak byłam bez szans. Kiedy wreszcie wybiegliśmy ze ścieżki na asfalt, pierwsze co zobaczyłam, to Tomek. Że też mu się tak udało wycyrklować z dotarciem z Jaślisk do Rymanowa... Biegliśmy chwilę razem, ale po jakimś czasie Tomek co rusz usiłował wysforować się do przodu. Tymczasem ci zawodnicy, którzy jeszcze przypadkiem znaleźli się za mną, po kolei przeganiali mnie, aż w końcu okazało się że stałam się uczestnikiem specjalnej troski i razem ze mną biegnie tylko zamykający trasę. W tym roku był to Grzegorz. Grzegorz okazał się człowiekiem podstępnie brutalnym, bo tak niby nic, a co chwilę przymuszał mnie do przyspieszania. Tym sposobem kilkakrotnie dogoniliśmy Tomka nad którym miałam przewagę przy zbiegach, bo na podejściach to wiadomo - umieram.
Początkowa część trasy niby różniła się od zeszłorocznej, ale ja tam widziałam to samo - las, drzewa i tylko brak błota pod nogami stanowił różnicę.
W Puławach, na 16-tym kilometrze mieliśmy pierwszy punkt odżywczy. Kilka zawodniczek miało tu niezłą przygodę - mimo dużych, pomarańczowych strzałek namalowanych na asfalcie i tak pobiegły nie tam gdzie trzeba i kiedy ja zbierałam się do dalszego biegu, one właśnie podjechały samochodem, który udało im się zatrzymać, kiedy już zorientowały się, że nie są na trasie. Tak troszkę to mnie to nawet ucieszyło, bo już nie byłam taka ostatniusienka, ale szansa, że dotrzymam im kroku była marna. Oczywiście po chwili już były daleko przede mną i jakież było moje zdziwienie, kiedy nagle postanowiły zrezygnować i wracać do Rymanowa. Grzegorz natychmiast postanowił im to wyperswadować, co zajęło mu dłuższą chwilę, a efekt nie był stuprocentowy. Ja w tym czasie parłam przed siebie, żeby nie tracić cennego czasu i przez chwilę mieć wrażenie samodzielności, bo tak ciągle iść pod opieką zamykającego nie jest do końca komfortowe.
Drugi raz urwałam się Grzegorzowi kawałek przed Darowem i znowu zawdzięczam to jednej z zawodniczek, która była tak miła, że zgubiła się na amen i Grzegorz musiał jej szukać po lasach i kniejach:-) Ja w tym czasie zaczęłam przemyśliwać nas sensem wchodzenia na Polańską i wkrótce doszłam do wniosku, że w Polanach Surowicznych, na punkcie pomiaru czasu składam broń i poddaję się. Nie dość, że byłam już wykończona, to jeszcze pogoda zrobiła się wredna - wiatr i deszcz dawały mi się we znaki i umacniały w podjętej decyzji. Kiedy tak sobie marzyłam o powrocie na kwaterę, nagle przed sobą zobaczyłam znajomą postać. Czyżby Tomek? Ale dopiero tu? Przyspieszyłam i to rzeczywiście był Tomek. Okazało się, że wlecze się powoli, bo coś go kolano boli i w ogóle to postanowił zrezygnować. Kiedy już uzgodniliśmy, że oboje schodzimy z trasy, Tomek zadzwonił do organizatorów dowiedzieć się jak to ma się odbyć. I co się okazało? Z Polan nie zwożą, a on ma iść do Moszczańca na swój punkt pomiarowy i dopiero stamtąd może wrócić. No to ładnie. I co tu teraz robić? W zasadzie nie było wyjścia - musiałam iść dalej. Stwierdziłam, że przecież nawet jeśli umrę na Polańskiej to i tak będą coś musieli zrobić z moim truchłem.
Kawałek za mostem na Wisłoku ja poszłam w prawo na Polany, Tomek w lewo w stronę Moszczańca i zostałam sama w deszczu. Akurat odcinek od mostu do Polan był mi znany od lat, przyjemny, bo po płaskim i nawet kilkukrotne przekraczanie po drodze potoku sprawiałom i frajdę. Na Polany dotarłam przemoczona i odgórnie i oddolnie. A Grzegorza jak nie było, tak nie było. Coś mu się dobrze ta zawodniczka musiała zgubić. Przy punkcie żywieniowym spotkałam za to dwie koleżanki, co to chciały w Puławach rezygnować, ale jednak poszły. Byłam pewna, że są już dużo dalej. Postanowiłyśmy dalej iść razem, choć ja tam znałam swoje możliwości, więc nie nastawiałam się na długotrwałą współpracę:-)

Chwila oddechu w Polanach Surowicznych.

Przed dalszą trasą przebrałyśmy w co tam która miała suchego, żeby choć przez minutę poczuć komfort i ruszyłyśmy. Wielkie było moje zdziwienie kiedy szłam pod górę i wcale, ale to wcale nie męczyłam się tak, jak w ubiegłych latach. Nawet na chwilkę się nie zatrzymywałam, podczas gdy do tej pory musiałam wręcz kłaść się, albo przynajmniej siadać. W tym roku Polańską zdobyłam jednym cięgiem, bez zatrzymywania się, sapiąc w normie i dotrzymując kroku koleżankom. Normalnie cud nad Wisłokiem! Najwyraźniej to nie sama Polańska stanowi dla mnie problem, tylko pogoda podczas której  wspinam się. Przy upale (jak w poprzednich latach) umieram po całości, a w deszczu i zimnie śmigam bezproblemowo.
Grzegorz dogonił nas jakoś tuż za Polańską, razem ze zgubą i jej mamą, co to razem sobie biegły. W takim kilkuosobowym zestawie poruszaliśmy się już do końca, chociaż ja coraz bardziej zostawałam w tyle. Tym niemniej na metę udało mi się dotrzeć w limicie i nawet medali nie brakło:-) Oczywiście na miejscu czekał już Tomek, którego dowieźli na metę dużo wcześniej, ale ponieważ to ja miałam klucz od kwatery, więc nie miał wyjścia - musiał mnie wypatrywać.


I znowu się udało!

 

A teraz przestroga dla mnie samej za rok: 

NIE ZAPISUJ SIĘ NA TRASĘ CZTERDZIESTOKILOMETROWĄ! CHOĆBY NIE WIEM CO!!!!!

wtorek, 4 czerwca 2019

Co mi tam Ultra;-)

Jak trenować do ultramaratonu? Normalnie – robiąc co tydzień na Parkrunie 5 km;-) No dobra, zdarzyło mi się po Parkrunie pobiec jakąś dychę, czy inne BnO o bliżej nieokreślonej długości. Ale gdy dowiedziałem się, że moi rywale na Jadze Korze biegają przed pracą kilka godzin po górach, albo do pracy naście kilometrów…. Tyle, że to było na dzień przed startem i nie fason było się już wycofać;-)
Przypomnę, że na Jagę-Korę rok temu namówił mnie Krzysztof Ł. Namówił, zachwalał… a sam nie wystartował. Ani rok temu, ani w tym roku. A ja (my) daliśmy się wkręcić… Tak to już jest z namawiaczami;-)
Rok temu była trasa 40km, to teraz (wiadomo, musi być progres) 70 km. Niby tylko 30 km dłużej. Niby niedużo dłużej, ale… limity. Pierwszy po 28 czy 29 km - 4,5 h. Na płaskim byłaby to pestka, ale to góry. Niby nieduże, bo Beskid Niski, ale na tym odcinku coś ponad kilometr w górę – przeliczając na płaskie - 10 km dodatkowych. Piątkę regularnie biegam w 24 minuty (lub mniej), więc prosta matematyka: 10 km w godzinę, 30 km w trzy godziny, dodatkowe niecałe 10 km w  max cztery godziny. Do zrobienia.  Wszystkie kalkulacje nie uwzględniały SBB (SBB= Słynne Beskidzie Błoto). Jeśli ktoś nie zna SBB, to słów kilka wyjaśnienia – gdy kilka dni popada, to twarde drogi zmieniają się w rodzaj pułapki, która próbuje zdjęć ci buty, albo i gorzej. Pamiętam taki obóz w Beskidzie Niskim, gdzie ze trzy, czy cztery osoby straciły na takim błocie podeszwy od traperek. Tzn. udało się je odzyskać, ale trzymały się potem tylko na drutach i sznurkach znajdowanych na jakiś śmietnikach. Oprócz właściwości przyklejających, SBB potrafi (gdy jest odpowiednio rzadkie) brudzić, wlewać się, oblepiać buty, tak, że każdy waży po kilka kilogramów, a dodatkowo głębsza, twardsza warstwa SBB robi za ślizgawkę i przy podejściach daje się dwa kroki w górę, a zjeżdża co najmniej o jeden w dół. Na taka pogodę trafiliśmy w tym roku na Jadze-Korze.
Dwa dni przed startem organizator coś tam przebąkiwał o zwiększeniu limitów ze względu na trudne warunki, jednak na odprawie w przeddzień startu stanowczo zadecydował, że limity na 40-tce i 70-tce są bez zmian, co najwyżej zastanowi się nad trasą 105 km, bo jest to nowa trasa i nie ma jeszcze wyczucia, czy limit jest dobry.
Godzina 7: 30 start. Niemrawy wystrzał, ciche odliczanie i ruszyliśmy. Najpierw kawałek po bitej drodze, lekko pod górę. Tu dawało się biec.
Początek trasy wygodną drogą bez błota;-)
 Potem skręt w lewo i pod górę. Chlup, mlask, cmok i peleton gwałtownie zwolnił. Większości zaczęły rozjeżdżać się nogi na śliskim błocie.  Mi raczej kleiło się do butów, ale przy podejściach trochę zjeżdżałem. Tu usłyszałem opinię, że bez kijków to nie da rady i tylko prawdziwi profesjonaliści na trasę bez takowych wyruszyli. Poczułem się dumny, bo kijków nie mam. Pierwsza górka i zbieg w dół. Tu okazało się, że moje buty owszem ślizgają się przy podejściach, ale przy zbiegu – miodzio. Zero poślizgów! Mogłem wreszcie wyprzedzać innych radośnie mlaskając w błotku. Najfajniej było biec po najgłębszym błocie – miękko, radośnie z pięknym donośnym mlaskiem i rozbryzgiem błota wokoło;-)

Zasadniczo lubię biegać za kimś. Bo wtedy mam motywację – nie gorzej niż ten ktoś przede mną. Najlepiej biega mi się za dziewczynami – bo bieg za mężczyzną to zawsze rywalizacja – coraz ostrzej, coraz szybciej i nagle okazuje się że nie ma sił, by wykonać następny krok. A za dziewczyną jest inaczej:  mają one oddzielną klasyfikację, zresztą skoro dziewczyna daje radę, to ja nie dam? Zupełnie inny aspekt rywalizacji! Tu natrafiłem na trzy dziewczyny poruszające się podobnym tempem co ja– jedna szybko odpadła i została w tyle, druga w spódniczce biegowej miała parę w nogach  i zyskiwała na podejściach, ale na zbiegach wyraźnie się ślizgała i zostawała w tyle i trzecia (jak za nią biegłem to puszczała do mnie oczka;-), która bardzo szybko zbiegała i miała ogólnie tempo idealne dla mnie.
Tu właśnie doczepiam się do dziewczyn na pierwsze 20 km
Razem dotarliśmy gdzieś do 20 km i mnie ścięło. Okazało się, że przy takim terenie, gdzie każde odklejenie podeszwy od podłoża wymaga masy energii, wysiadły mi uda. Skurcz i zwolnienie. Obie towarzyszki wysforowały się do przodu, a ja nie byłem w stanie ich dogonić. Musiałem walczyć ze skurczami. Stanowczo za wcześnie!
Wreszcie punkt odżywczy – to już blisko pierwszego punktu z limitem czasu - dam rade. Niestety, bieganie po płaskim (nie mówiąc o bieganiu nawet pod lekką górę) już nie wchodziło w rachubę. Co najwyżej szybki marsz. Próbowałem zreanimować uda przy przekraczaniu rzeczki Moszczaniec (mocząc w zimnej wodzie), potem farmakologicznie  stosując magnez, ale bez spektakularnych efektów. 100m biegu i nogi zamieniły się w bolące kołki.
Do punktu kontrolnego dotarłem 20 minut przed limitem i wyraźnie nie byłem ostatni. Z Moszczańca miała startować trasa JK 40, a w niej Renata, ale autokarów jeszcze nie było, tylko rozgrzewające się niedobitki, które dotarły na start własnym transportem.  Potem okazało się, że organizator jednak przedłużył dla nas limit na pierwszym punkcie kontrolnym, tyle że nas o tym nie poinformował. Tzn.  poinformował wpisem na FB jak już wystartowaliśmy. Nie ma co  - tu wykazał się wyraźnie jakąś wyższą inteligencją, której nie ogarniam. Mając do dyspozycji dodatkowe 30 minut zwolniłbym na początku  i nie musiał ponad 40 km iść i walczyć ze skurczami, zamiast radośnie podbiegać. Ci, którzy przybiegli po pierwotnym limicie w ten sposób wygrali i sporo z nich mnie wyprzedziło, choć powinni być zdjęci z trasy;-( Pozostałe punkty z limitem czasu były stanowczo mniej wymagające – idąc po płaskim w tempie ok. 7km/h i najwyżej zbiegając niezbyt szybko tam, gdzie było wyraźnie w dół spokojnie zmieściłem się w limitach, a nawet je wyprzedzałem.
Po Moszczańcu trasa już znana sprzed roku. Stanowczo mniej błotnista, sporo dróg bitych, łagodne podejście na Kanasiówkę, punkt odżywczy w Jasielu (i znowu wpadka organizatora -  zabrakło już dla nas ciepłego posiłku). Na podejściu na Kanasiówkę zaczęła mnie wyprzedzać czołówka trasy JK40. Co chwila oglądałem się do tyłu i miałem nadzieję, że i Renata mnie dogoni i może mnie to zdopinguje. Niestety, nigdzie jej nie dojrzałem.
Zbieg do Woli Niżnej - mlask mlask po błotku
Kolejny punkt z limitem czasu w Woli Niżnej – tu już zyskiwałem ponad 40 minut do limitu! Wyraźnie lepiej maszeruję niż biegam! Telefon do Renaty gdzie jest – jakieś 20 minut za mną – nie dogoni jednak.
Znowu mozolny marsz na Polany Surowiczne. Rok temu tu podbiegałem – teraz nie dawałem rady;-(
Wreszcie Chałupa – myślałem, że spotkam kogoś znajomego, ale w środku pusto. Na drodze do Chałupy widziałem samochody ze Stykami, ale tylko przemknęły i nawet nie było się jak przywitać ze znajomymi.
Chałupa Elektryków - selfie być musi!
Na 57 kilometrze podejście pod Polańską daje popalić. W zeszłym roku nikt nie miał siły skonsumować wiszącego na podejściu piwa – liczyłem, że może tym razem mi się uda, niestety – zostało tylko tanie wino i kabanosy, na które nie było amatorów. O dziwo, uda pozwalały na całkiem sprawne podchodzenie – tu udało mi się kilka osób prześcignąć albo dogonić. Z Polańskiej chciałem zbiec… do pierwszego potknięcia – na szczęście udało mi się czegoś złapać, bo efektem ubocznym potknięcia był mega skurcz w obu nogach. Dalej schodziłem ostrożnie – szybkim marszem – bez podbiegania. Tu poskutkowało obycie w 50-tkach na orientację – udawało mi się utrzymać dobre tempo i to raczej ja wyprzedzałem niż mnie wyprzedzano;-)
Gdzieś pod Jawornikiem zostałem na trasie sam na sam z kolejną dziewczyną - Agnieszką. Szła bardzo podobnym tempem do mojego, nie biegała z powodu jakiejś kontuzji. Do Jawornika mam uraz, bo w zeszłym roku zgubiłem się na zejściu z tej góry. We dwoje było raźniej – widomo dwie pary oczu mają większą szansę wypatrzeć wiszące na drzewach znakowania trasy. W każdym razie udało się nie zgubić drogi.
Do mety zostało z 10 km. Cały ten dystans pokonałem z Agnieszką wzajemnie dopingując się do szybkiego marszu, a co chwila wyprzedzał nas (lub my jego) podbiegający konkurent z numerkiem 151 – ostatecznie na mecie dałem mu się wyprzedzić  (głupio było mi się wpychać przed towarzyszkę, która dotrzymywała mi towarzystwa).
Gdy już było słychać z dołu dochodzący głos spikera witającego na mecie kolejnych uczestników, gdy już prześwitywała łąka, z której było ostatnie zejście - zaczęło się. Błoto. Super błoto. Może nawet miejscami po kolana. Środkiem drogi ciurkał  mini strumyk, błoto płynęło wesoło w wąwozie wyżłobionym przez drogę. Stromo. Odjazd! Nie zostało nic innego niż puścić się wesołym biegiem rozchlapując wokoło strumienie błota. Inni próbowali schodzić ostrożnie – tyłem, bokiem, ale tylko bieg szybszy niż ześlizg zapewniał stabilność. Udało się, ale przeżycie niezapomniane;-)  W takim błocie to nawet zmaltretowane mięśnie nóg przestają boleć i sztywnieć;-)
Wreszcie na mecie;-)
Na metę dotarłem ponad godzinę przed limitem. Dwóch naszych sąsiadów (spotykałem się z nimi na trasie gdzieś tak koło 30 km), starzy ultrawyjadacze, dotarli niecałe 15 minut wcześniej – czyli nie jest tak źle! Renata także dotarła w limicie. W ten sposób zostałem pełnoprawnym ultramaratończykiem – poprzedni start, rok temu, na 40 km to było tak gdzieś „na styk”,  bo ultra to powyżej dystansu maratońskiego (niby kilometr w górę to jak 10 km po płaskim).

wtorek, 28 maja 2019

Jaga-Kora 40

Wiecie jak to jest, kiedy człowiek zapisuje się na imprezę pół roku wcześniej - z takiej perspektywy czasowej pomysł wydaje genialny, nie widać żadnych przeszkód czy przeciwwskazań, a wszystko wydaje się proste i łatwe. No, to tak właśnie zapisałam się na Jagę-Korę. Refleksja przyszła znacznie później, nawet później niż przypuszczałam, bo jakiś tydzień przed startem. Ale trudno - zapłacone, pokój zarezerwowany, urlop podpisany - trzeba jechać.
Zawody  miały odbyć się w sobotę, my pojechaliśmy już we środę, żeby się zaaklimatyzować i założyć obozy przejściowe. W końcu prawie kilometr podejścia (na mojej trasie) to nie przelewki:-)
Od dłuższego czasu pogoda szykowała nam zdradliwą niespodziankę - po wcześniejszym okresie suszy deszcz starał się nadrobić wszystkie zaniedbania i lało, lało, lało, lało.
We środę pojechaliśmy zobaczyć miejsce mojego startu i przejść się kawałek trasą, którą Tomek pamiętał z ubiegłego roku. Jak przystało na prawdziwych orientantów, trochę się pogubiliśmy, ale spacer (mimo, że w deszczu) był całkiem przyjemny.

Na drodze tylko woda, ślimaki i my.

Kolejnego dnia sprawdziliśmy jak wygląda zbieg z ostatniej górki i wyglądał... błotniście, co oczywiście nie było żadnym zaskoczeniem. Ponadto nadleśnictwo usiłowało zniechęcić nas do górskich wędrówek stawiając takie tablice. Nam po RDS-ie niedźwiedzie już niestraszne, a zresztą co poza ślimakami wylezie w taką pogodę.

Proszę Państwa - oto miś...

Ogólnie staraliśmy się nie nadwyrężać sił, więc nasze wycieczki nie były ani długie, ani forsowne, wieczory spędzaliśmy na basenie, a pozostały wolny czas na deptaku. W piątek odebraliśmy pakiety startowe, a na kwaterę przyjechali pozostali współlokatorzy - oczywiście wszyscy jago-korowcy.

Sprawdzam czy zmieszczę się na mecie:-)

W piątek przestało padać, a na sobotę prognozowano wręcz słońce i skok temperatury. Od razu powstał dylemat: co na siebie włożyć??? Coś nowego, coś starego, coś pożyczonego.... A, zaraz - to nie ślub. Wiadomo jednak, że żadnej kobiecie coś nowego nie zaszkodzi, więc nabyłam sobie krótkie gacie, czapeczkę z daszkiem i kurtkę przeciwdeszczową. Gacie na tyłek, czapka w plecak, a kurtka została na kwaterze. W każdym razie starałam się wyglądać najbardziej profesjonalnie, jak tylko się dało, żeby nikt się nie zorientował, że jestem totalnym amatorem.

Wyglądam jak ultras?

Przed samym startem dopadł mnie atak fizjologii (a było tyle nie pić), a tu wszystkie przystartowe krzaki okazały się być już pozajmowane przez panów. Trochę niezręczna sytuacja, więc tylko ścisnęłam zwieracze i ustawiłam się na linii startu. W tym roku nie było żadnego odliczania, ani nawet ostrzeżenia, że to już - coś głośniej pyknęło, ludzie ze zdziwieniem popatrzyli po sobie i co odważniejsi ruszyli, a za nimi reszta.
 Jak ja wystartowałam.... Przez kilkadziesiąt metrów utrzymywałam się gdzieś tak w połowie grupy, ale z czasem przesuwałam się coraz bardziej do tyłu, aż w końcu tylko jakieś pojedyncze jednostki zostały za mną. Kontakt wzrokowy z czołówką miałam jednak wciąż nawiązany, do czasu kiedy musiałam odwiedzić przydrożne krzaki:-)

Start - ostatnie chwile, kiedy mieszczę się w stawce:-)

Początkowo biegliśmy asfaltem o stosunkowo niewielkim nachyleniu, wiec było OK. Kije, które na imprezę pożyczyłam od córki, przezornie niosłam w ręku, żeby się o nie nie potknąć, bo jak na razie wszystkie dotychczasowe próby nordic walkingowania kończyły się poobijanymi przez kijki piszczelami i łydkami. No, ale jak się chce fajnie wyglądać, to kije trzeba mieć:-)
Wszystko co dobre szybko się kończy i w końcu musieliśmy zejść z wygodnej drogi i wejść w las, gdzie było błotniście i pod górę. Zaczęliśmy mozolną wspinaczkę na Kanasiówkę. Tak dokładnie to ja zaczęłam mozolną, bo inni rączo pobiegli i tyle ich widziałam. Szłam więc sobie początkowo nawet dość żwawo, usiłując przy tym nie potknąć się na kijach, które w końcu postanowiłam przetestować. Powiedzmy - przeszkadzały mniej niż przypuszczałam.
Do pierwszego punktu odżywczego było od startu 13 km. Niby niedaleko, ale po chwili zaczęło mi się nudzić. Żywej duszy dokoła, trasy specjalnie pilnować nie trzeba, planować drogi też nie, przyspieszyć ciężko, bo pod górę i po błocku. Z tych nudów zaczęłam sobie przypominać wszystkie filmiki instruktażowe do kijów i testować te dziwne ruchy wleczenia ich za sobą. Faktycznie, jak się wlecze, to nie obijają nóg.
Kanasiówka ciągnęła się w nieskończoność, ale w końcu zaczęło się wypłaszczać, pojawiła się granica, wzdłuż której mieliśmy iść kawałek (na szczęście już lekko w dół) i na koniec jeszcze ciut pod górę i wreszcie żarełko. Po drodze wydawało mi się, że jak dopadnę smakołyków, to siekierą mnie będą odrąbywać od stołu, a tymczasem wmusiłam w siebie kawałeczek banana, jednego biszkopta i kostkę czekolady. Zapiłam wodą i najedzona byłam po kokardę.
W Woli Niżnej musiałam stawić się najpóźniej cztery godziny po starcie żeby zmieścić się w limicie, ale pomimo, że wlokłam się w ogonie, wyglądało, że się spokojnie wyrobię. Szczególnie, że teraz miało być już tylko w dół. Już zbiegając z Kanasiówki przetestowałam, że moje buty dość dobrze trzymają się błota i poza ich ciężarem nic nie stało na przeszkodzie żeby rozwinąć jakąś przyzwoitą prędkość. Udało mi się przegonić jakichś setkowiczów, a w zasięgu wzroku pojawili się też inni zawodnicy. Od Jasiela biegliśmy już po asfalcie, to znaczy ja biegłam tylko jak było po równym lub w dół, żeby oszczędzać siły na dalszą trasę. Tuż przed punktem limitowym zeszliśmy z asfaltu, żeby przez niewielkie wzgórze dojść do drogi 897. Górka była niby mała, ale tak dała mi w kość, że już myślałam, że nie wlezę na nią. Wszyscy, których wcześniej wyprzedziłam, po paru metrach podejścia byli przede mną, łącznie z setkowiczami, którzy mieli już w nogach dobrze ponad 80 km. Tomek telefonicznie zameldował mi się ze swojej trasy i okazało się, że kiedy ja zaczynałam podejście, on mijał właśnie punkt limitowy.  Niby blisko, ale wiedziałam, że go nie dogonię.
Drogę przez Biskupi Łan znałam dobrze, więc mentalnie byłam przygotowana na stosunkowo lekkie podejście (po asfalcie) i zbieg, przy czym podejście wcale nie okazało się takie lekkie. W zeszłym roku, jako kibic, wbiegłam tam bezproblemowo, ale teraz miałam w nogach ponad 20 km w ciężkich warunkach. No i jestem rok starsza, więc sami rozumiecie... W końcu jednak dotarłam do chałupy.

Drugi punkt odżywczy, a tak prywatnie - miejsce poznania Tomka (28 lat temu).

Woda, cola, dopalacz, orzeszki i... żołądek w gardle. Nie da się jeść i pić przy zmęczeniu. Miałam dość. Już się nawet zastanawiałam czy nie zostać w chałupie na zawsze, a przynajmniej do rana, ale nie wzięłam szczoteczki do zębów, lakieru do włosów i zestawu do makijażu, więc rozumie się, że nie mogłam przenocować. Jak bym wyglądała rano?? :-)
Momentu ruszenia  w dalszą trasę nie dało się odwlekać w nieskończoność, szczególnie że limity czasowe, jak na moje potrzeby, były ciut krótkie. Jak to dobrze, że na Polańską ostatnio wchodziłam kilkadziesiąt lat temu i nie pamiętałam jak ona wygląda. Gdybym miała przed oczami to, co zobaczyłam kilkanaście minut później, to na pewno odmówiłabym dalszej współpracy. Zaraz, gdzie tam dalszej - ja i wcześniejszej bym odmówiła:-)
W każdym razie na podejściu wyprzedały mnie mrówki i ślimaki, a przebiegający setkowicze zatrzymywali się i z troską pytali, czy u mnie wszystko w porządku. W zasadzie - w porządku. U mnie czołganie się pod górę to raczej norma. Szłam więc sobie dwa kroczki, chwila odpoczynku, krok, odpoczynek, woda, otarcie potu z czoła, znowu krok, chwila zastanowienia - rzygać już, czy dopiero za 5 metrów, znowu krok. A czas sobie mijał i mijał. Ale jak to mówią: "wszystko przemija, nawet najdłuższa żmija", tak więc i Polańska kiedyś musiała się skończyć. Z Polańskiej płynnie przeszłam na Jawornik, nawet nie zauważając tego faktu, bo las i błoto wyglądały tak samo. Powiem Wam -  to, że na trasę biegu organizatorzy zwieźli błoto z całego Podkarpacia, jakoś łyknęłam, zdarza się, jak organizator chce dogodzić uczestnikom, ale że jakieś 70% tej ilości chciało im się wnieść na odcinek od Polańskiej do mety, to już mi zaimponowało. W sumie błoto po imprezach na orientację specjalnie mnie nie rusza, ale w takiej masie musiało zrobić wrażenie.

 Między Polańską a Jawornikiem.

W tamtym roku Tomek i jeszcze kilka osób zgubili się przy zejściu z Jawornika, więc pilnowałam każdej wstążeczki, żeby tylko nie zejść na manowce. Tym razem oznaczenie było super, a zwodnicza droga wręcz odgrodzona taśmą.
Za Jawornikiem miał być ostatni punkt żywieniowy. Wypatrywałam go z utęsknieniem, bo od niego miało być jeszcze tylko coś koło 7 kilometrów do mety. I do tego w dół. Minęłam pipant, na którym na profilu trasy był zaznaczony punkt żywieniowy, a tu nic. Nawet pomyślałam sobie, że pewnie już go zwinęli nie czekając na mnie, ale okazało się, że był trochę dalej niż pierwotnie planowano. Na punkcie była co prawda już tylko sama woda, ale nic więcej nie potrzebowałam. A kiedy dowiedziałam się, że do mety jest jeszcze tylko 5 km, to jakby mi skrzydła urosły u ramion.
Kawałek dalej mój szacunek dla organizatorów wzrósł pod niebiosa. W samym środku lasu, przy ścieżce ustawili wielkie lustro, żeby każda kończąca bieg kobieta mogła doprowadzić się do porządku i na mecie wyglądać elegancko. Myślę, że i panowie nie omieszkali skorzystać z okazji, ale oni pewnie patrzyli czy są wystarczająco ubłoceni, żeby wzbudzać odpowiednie poważanie u kibiców.

Takie lustro powinno być na każdych zawodach!

Powoli wyglądało na to, że w limicie zmieszczę się z palcem w nosie, ale kiedy zaczęło się robić coraz bardziej stromo i - choć wydawało się, że to już niemożliwe - coraz bardziej błotniście, zaczęłam mieć wątpliwości. Błoto wymieszane z dużą ilością spływającej wody stało się jakby mniej przyczepne i musiałam znacząco zwolnić. O ile jeszcze kilkanaście kilometrów wcześniej starałam się omijać co głębsze dziury, teraz właziłam w nie po kolana nie przejmując się niczym. Bardziej mokra i brudna i tak już przecież nie mogłam być. No, chyba, że zaliczyłabym całościową glebę… W końcu dotarłam do miejsca, gdzie doszliśmy w czasie czwartkowego spaceru i już wiedziałam, że do mety naprawdę bliziutko. A kiedy wreszcie pod nogami poczułam asfalt, to jak by kto nowe siły wlał we mnie - pognałam przed siebie dopingowana przez rymanowskich spacerowiczów. Ekipa z naszego domu, w którym nocowaliśmy, z daleka zagrzewała mnie do efektownego finiszu wykrzykując chóralnie: Re-na-ta! Re-na-ta! Re-na-ta! Aż się chciało biec.

Uff, starczyło medali!

Dałam radę! Naprawdę dałam radę! Niby jak latam na pięćdziesiątki na orientację, to czterdziestka bez pilnowania mapy powinna być dla mnie pestką, ale... Na orientację są inne limity, jest więcej okazji do odpoczynku, często jest po płaskim (no, chyba, że górskie zawody) i jeszcze Tomek mnie wspiera, kiedy mam już wszystkiego dość. Ale podobało mi się to nowe doświadczenie. Za rok planuję dobiec z lepszym czasem!

środa, 23 maja 2018

Jaga-Kora na dwa głosy

Krzysztof namówił mnie na ultramaraton Jaga-Kora i oczywiście sam nie wystartował. No cóż, skoro się zapisałem to musiałem pobiec. Przygotowywałem się intensywnie, co tydzień startując na 50-tce na orientację. Może nie jakoś rekordowe przebiegi, ale zawsze -  szczególnie, że jedna 50-tka była górska i wyrypiasta.
Do Rymanowa pojechaliśmy w piątek. Daleko, korki wyjazdowe, dotarliśmy na późny wieczór. Na tyle późny, że kolacja i do łóżek. Spaliśmy w jakiejś agroturystyce na poddaszu, a na dole jakaś taka ekipa z wyglądu pasująca do ultramaratonu. Dobrze ich oceniliśmy, bo wybyli skoro świt na start trasy 70 km.
My się wyspaliśmy i po śniadanku udaliśmy się po odbiór mojego pakietu startowego, a przy okazji zaliczyć kawałek TRInO. Przy biurze zawodów ciężko było znaleźć miejsce do parkowania. Z samochodów wysypywał się tłum biegaczy i coraz więcej osób kręciło się z charakterystycznymi torbami z logiem Jagi-Kory. Z listy startowej wynikało, że większość to miejscowi biegacze, zaprawieni w podbiegach i zbiegach. Nic to – ważne by się wyrobić w limicie – ściganie się zostawmy innym;-)

Tomek sobie pobiegnie, wszyscy sobie pobiegną, a ja nieL Niby jest ta atmosfera zawodów, ale jako widza mnie nie dotyczy. Żeby dało się tak zrobić, żeby brać udział, ale nie męczyć się na trasie… Wtedy byłabym pierwsza na liście startowej. A tak… po trzech pięćdziesiątkach pod rząd ledwo powłóczę nogami i gdzie mi tam do biegania po górach. Żal.

Na start do Moszczańca pojechaliśmy samochodem. Ja miałem pobiec, Renata robić za obsługę medialną: filmować start, metę, a w międzyczasie przespacerować się do Chałupy Elektryków i zrobić materiał multimedialny ze środka trasy.
W Moszczańcu najpierw natknęliśmy się na zawodników trasy 70 km, którzy właśnie przebiegali przez punkt kontrolny z limitem czasu. Każdego przebiegającego staraliśmy się oklaskiwać i dopingować. Wkrótce dojechały autokary z uczestnikami trasy 40 km i dopingujących było coraz więcej.
Czekając na start marzliśmy – z zapowiadanych 18-20 stopni było chwilami o wiele mniej. W bieganiu to nie przeszkadza, ale w czekaniu jak najbardziej.

Większość biegaczy przyjechała na start porozbierana do rosołu i teraz mieli dwa wyjścia – marznąć, albo intensywnie się ruszać. Tomkowi proponowałam, żeby zrobił tradycyjną rozgrzewkę, czyli posiedział w ciepłym samochodzie. W przypadku Marcina zawsze się sprawdza, więc myślę, że to nie jest głupie rozwiązanie. Ale nic z tego – emocje tak Tomka nosiły, że o siedzeniu nie było mowy.

Wreszcie wybiła godzina 10:00 – odliczanie od 10 w dół i poszli w błysku fleszy i szumie kamer filmowych;-) Do startu ustawiłem się zgodnie z zaleceniami operatora kamery, czyli Renaty – po lewej stronie. Po chwili start zniknął z oczu i została moja walka z górami.

No dobra, obejrzałam frontowe i zadnie strony startujących, poczekałam aż kurz po nich opadnie i pojechałam na parking do Woli Niżnej. Na parkingu, obok mnie rozłożyła się ekipa supportująca któregoś z zawodników – szykowali żele, odżywki i nie wiem co tam jeszcze, bo głupio mi było zaglądać im przez ramię. A ja kurczę co? Mogłam Tomka wspierać najwyżej dobrym słowem, jak go na Polanach spotkam, bo żadnych wspomagaczy nie miałam. Kompletny brak profesjonalizmu! A mogliśmy wziąć chociażby drugi komplet kluczyków od samochodu i mógłby sobie coś zostawić, wziąć, wymienić, czy posiedzieć w autku po drodze, bo za parę godzin miał przebiegać przez ten parking.
fot. https://fotokreation.pl/
fot. https://fotokreation.pl/

Początek drogą asfaltową lekko pod górę – peleton się rozciągał. Starałem się znaleźć swoje tempo. Co chwila jakieś przetasowania. Także szybko doganiamy tych z czerwonymi numerkami startowymi z trasy 70 km i ich przeganiamy. Bądź co bądź, oni mają już w nogach ponad 30 km. Zejście w las – stromiej pod górę. Stromiej i zaczyna się SBB (Słynne Beskidzkie Błoto). Trzy kroki do przodu, zjazd jeden krok w dół;-) No, może nie aż tak strasznie, ale wokół słychać „mlask, mlask”, glina próbuje mi zerwać buty z nóg, a chwilami nawet nie pomaga całkiem dobry bieżnik i nogi rozjeżdżają się na boki. Niezbyt szeroka ścieżka, stromo, raczej wszyscy maszerują niż biegną. Podklejam się pod jakąś grupkę wyraźnie się wspierającą. Tempo takie ciut szybsze niżbym sam sobie narzucił, ale da się wytrzymać. Postanawiam się ich trzymać. Podejście staje się mniej strome, zaczynamy podbiegać. Jest fajnie – szybciej niż myślałem. Przede mną śmigają jakieś zgrabne damskie łydki z numerem 21 – wpadam „w trans”, nie kombinuję, tylko staram się jak najmniejszym kosztem energetycznym trzymać się tych łydek. Tramwaj wyprzedza tych co zwalniają. Wreszcie dobiegamy do pasa granicznego i najwyższego wzniesienia. Szybciej niż myślałem! Tu niestety te damskie łydki włączają wyższy bieg i znikają w oddali. Ja się nie odważam zbiegać na łeb na szyję z góry.  Doczepiam się tym razem do męskich łydek w czerwonych skarpetkach i staram się ich trzymać. Niestety, po chwili właściciel tych łydek zaczyna zwalniać. Nawiązujemy rozmowę, okazuje się, że zwalnia bo tydzień temu był na jakimś ciężkim maratonie. No cóż, ja także byłem i tydzień temu i dwa i trzy… Jak to piszą ultrasi „czuję moc” i postanawiam pobiec szybciej – szczególnie, że jest lekko w dół. Udaje mi się kogoś wyprzedzić i wkrótce samotnie docieram do pierwszego puntu żywieniowego. Tu normalnie piknik. Ludzie zajadają się żurkiem (jak tu biec z chlupoczącą zupą w brzuchu?). Od różnorodności jedzenia i napojów (także wyskokowych) oczopląs. Szybki banan, garść żelek, kilka kubeczków picia i ruszam dalej. Teraz prawie 10 km w dół po drodze szutrowo-asfaltowej. Tu szybkobiegacze będą pewnie mnie wyprzedzali niczym rakiety. Przed sobą na horyzoncie widzę jakiegoś biegacza, za mną pustka. Biegnę i wkrótce doganiam poprzednika. Potem drugiego. Gdzieś w połowie drogi do Woli Niżnej „pod prąd” biegnie para, którą już widziałem na starcie, dzwoni dzwoneczkami i dopinguje. Ci to mają zdrowie biegać w tę i z powrotem;-)
Już niedaleko Woli Niżnej dopada mnie kryzys- skurcz w lewej łydce. Widać tempo pod górkę było ciut „za szybkie” – teraz nieostrożny ruch – wybicie z palców i łydka sztywnieje z pięknymi efektami bólowymi. Testuję – niestety o podbieganiu nawet pod minimalne wzniesieni muszę zapomnieć. Na płaskim także idzie ciężko. Na minimalnych podejściach musze przechodzić do marszu:-( W takiej sytuacji dopada mnie konkurencja z mojej kategorii wiekowej i wyprzedza:-(
Z problemami przebijam się przez grzbiet do parkingu i punktu pomiaru czasu. Nie jest źle – do dozwolonych 4 godzin mam  zapas co najmniej półtorej godziny! Mijam nasza Skodę i przebiegam przez drogę. Dyżurni zatrzymują ruch, by przepuścić biegaczy (znaczy mnie) – próbuję przyspieszyć i znowu skurcz. Wstyd. Przechodzę do marszu:-(

Z Woli Niżnej na Polany Surowiczne nie jest daleko, a czasu miałam dużo. Siłą woli opanowałam więc  chęć biegu i starałam się jak najwolniej stawiać jedną nogę przed drugą. Początkowo na trasie było pusto po horyzont. Z przodu i z tyłu. Co prawda akurat było sporo zakrętów, to i horyzontów nie miałam szerokich. Dużym zaskoczeniem było więc dla mnie nagłe i niezapowiedziane wyłonienie się zza zakrętu dwóch siedemdziesiątkowych napieraczy. Dobrze dawali, a było pod górę. Nie dałam się jednak porwać ich przykładowi i nadal kroczyłam dostojnie. 
Wyprzedzało mnie wszystko co się ruszało, ale w końcu dotarłam na Polany. Dla mnie i Tomka to wyjątkowe miejsce, bo tu się poznaliśmy. W sumie to niewiele się zmieniło przez te lata, tylko chałupa po remoncie. Siadłam, zjadłam, pogadałam, sfilmowałam , a w międzyczasie zaczęli pojawiać się pierwsi zawodnicy z trasy 40 km. Nie liczyłam na szybkie dotarcie Tomka, bo w czołówkę raczej nie mierzył, ale w końcu już nie mogłam wysiedzieć i pomyślałam, że wyjdę mu kawałek naprzeciw. Wyszłam jeden kawałek, potem drugi, trzeci i czwarty. Po drodze zagrzewałam do boju wszystkich napotkanych biegaczy. Już myślałam, że jak będą następne kawałki to w końcu dojdę z powrotem do samochodu, ale gdzieś w połowie drogi wreszcie dojrzałam Tomka. Żeby jakoś kwitnąco wyglądał, to nie powiem. I biec jakoś za bardzo nie chciał. Za to ja się w końcu wybiegałam filmując go z przodu, z tyłu, z prawej strony, z lewej strony, od góry i od dołu. Przy chałupie siadł tylko wytrzepać śmieci z buta, chwycił kawałek banana, garść żelków, zapił i… tyle go widziałam.

fot. Katarzyna Lalek

Na drodze przez Biskupi Łan wyprzedzają mnie ci, których wyprzedziłem na drodze do Woli Niżnej. Przy wierzchołu spotykam Renatę, która łapie za kamerę i mnie filmuje. Obiega mnie niczym satelita, wyprzedza by zrobić lepsze ujęcia;-) Dobiegamy do mostku na Potoku Surowicznym (za „moich czasów” to był pień przerzucony nad potokiem) i idziemy/podbiegamy w kierunku Chałupy. Tu znowu full wypas wyżywieniowy! Znowu błysk fleszy, wokół latają drony z kamerami. Szybko wysypuję jakiś kamień z buta i ruszam na Polańską. Prawie 300 m do podejścia. Biegu tu nie będzie. Widać kolorowe kropki, które mozolnie podchodzą pod górę. Dobrze, że tu nie ma SBB. Nade mną lata dron – macham i staram się udawać bieg.
Doganiam różową kropkę przede mną. Dziewczyna, która wyprzedziła mnie na Biskupim.  Pod górę mam lepsze tempo. Na szczyt Polańskiej dochodzimy razem. Tu zaczynają się karteczki typu „Uwaga, za 30 m Miś”. I rzeczywiście jest Miś. Pluszowy;-) Podobna karteczka o piwie i bananach. Wszystko się zgadza. Miejsca te można rozpoznać, bo słychać śmiechy poprzedników;-)
Dalej wąska ścieżka, lekko w dół. W dół daję radę biec i nie daję się wziąć „różowej” koleżance. Także podejście pod Jawornik lepiej mi idzie. Niestety,  dalej staje się mniej stromo i różowy kolor znika mi z oczu.
Tu muszę wspomnieć o kolarzu. Jest taki kolarz, który co chwilę pojawia się na trasie. Albo przemyka obok nas z piskiem opon na wirażach, albo podjeżdża pod górki, pod które ledwo się wdrapuję. Normalnie nas śledzi! Pewnie lotna kontrola uczestników, ale musiał się człowiek z tymi podjazdami namęczyć bardziej niż my,  bo rower jednak zawsze trochę waży!
Wreszcie szczyt Jawornika. Teraz z górki na pazurki. Patrzę pod nogi, by nie połamać nóg. Jakoś zaczyna mi brakować faworek, które znaczą trasę. Ale na drodze masa śladów „naszych”, więc pewno tu nie wieszali faworków, bo po co. Droga się kończy – mam wybór w lewo lub w prawo, a faworków nie ma. Coś nie tak. Staję, wyjmuję mapę i kompas. Sęk w tym, że nie patrzyłem uważnie i nie wiem czy właściwa trasa jest na lewo za grzbiecikiem czy na prawo. Tu na drodze szutrowej śladów nie widać;-( Wydaje mi się, że na lewo, troszkę tam idę, ale nie podoba mi się. Wyciągam telefon – nie mam wgranej trasy, ale mapa pozwoli określić w którą stronę iść. Tyle, że nie ma zasięgu internetu. Postanawiam wrócić do góry aż znajdę faworki. W najgorszym razie 200 m w pionie. Podszedłem może z 50 m w pionie, gdy spotykam kolejną grupę zbiegającą w dół. Pytam ich kiedy widzieli faworki. Potwierdzają, że jakoś zanikły i nie wiedzą kiedy. Konsternacja. Jeden z zawodników nagle zaczyna myśleć i przypomina sobie, że ma track w zegarku. Okazuje się, że jesteśmy o jakieś 100 m od trasy właściwej, która jest gdzieś w prawo. Jesteśmy uratowani – przebijamy się przez krzaki i mały jar do właściwej drogi!
Ostatni trawiasty grzbiet, malutki podbieg i będzie do mety. Po drodze jeszcze jeden punkt żywieniowy, o którym zapomniałem. Tu co chwila mijam się z kolegą z trasy 70 km, którego wyprzedzałem przed Wolą Niżną. On biega zrywami – idzie wolniutko, a potem dostaje nagłego przyspieszenia. Ja staram się utrzymać w miarę równe tempo (oczywiście pod górę podchodzę, a nie podbiegam). Wreszcie ostatni zbieg. Znowu spotykam kolarza, który tym razem chyba nie da rady podjechać pod górę. Z dołu słychać nagłośnienie z mety i doping dla dobiegających. Tyle, że droga prowadzi… w odwrotnym kierunku;-( Wreszcie jestem na dole. Asfalt – czyli zaraz będzie meta. Wyszło mi, że ostatnie 6 czy 7 km od punktu żywieniowego pokonałem gdzieś tak w 30 minut, a może mniej. Całkiem nieźle. Na końcówce wyprzedza mnie znajomy 70-stkowicz, ten co biega zrywami.

Do Rymanowa dotarłam szybko, bo z Polan do Woli Niżnej prawie cały czas biegłam (no, poza największymi podbiegami, na których oszczędzałam na nogi na niedzielną imprezę), potem raz, dwa samochodem, zaparkować udało się bez problemu (co prawda na nielegalu) i już mogłam wypatrywać seledynowej koszulki zbliżającej się do mety. A koszulka zbliżała się i zbliżała i zbliżała, tylko wciąż była bardzo daleko, tak że jej nie było widać. Głodna byłam nieziemsko, ale bałam się zejść z posterunku, no bo nuż akurat wtedy przybiegnie i co? Wreszcie po prawie dwóch godzinach wypatrywania – jest! Nooo, wprawy we wpadaniu na metę to on jeszcze nie ma. Ludzie wycinali hołubce, skakali, fikali, tańczyli, krzyczeli, a ten ledwie ręce trochę podniósł i już – koniec entuzjazmu. Zdecydowanie musimy nad tym popracować.
fot. Piotr Cisek

fot. Piotr Cisek
Na mecie już z daleka spiker wita zawodnika w seledynowej koszulce. Niczym helikopter telewizyjny krąży wokół mnie Renata. Oklaski, medal i uff koniec biegu Nie mam jeszcze odruchu jak rasowy biegacz, by na mecie sięgać do zegarka i zatrzymać stoper.  Bo cóż znaczy te kilka minut wobec tych 40 km? I tak zostałem Ultarsem zdobywając 2 punkciki do rankingu ITRA.
Teraz jeść (normalnie obcięli mi kawałek numeru startowego, który okazał się jednocześnie talonami na jedzenie i picie), przybicie piątki koledze, co mnie wyprzedził na ostatnich metrach, prysznic, dokończenie TRInA i czas ruszyć na kolejną imprezę, która zacznie się w niedzielę rano w Bochotnicy. Tym razem tylko 25-30km i dłuższy limit;-)

Poniżej - efekt latania z kamerką Renaty ;-)