Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jawornik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jawornik. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 10 sierpnia 2020
Jaga-Kora 2020 TV
Autor:
Tomasz Łaski
o
19:58
Brak komentarzy:
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
40 km,
70 km,
bieg,
Jaga-Kora,
Jaga-Kora 2020,
Jawornik,
Moszczaniec,
Polańska,
Rymanów Zdrój,
Ultramaraton Jaga-Kora
Lokalizacja:
38-481 Rymanów-Zdrój, Polska
wtorek, 4 sierpnia 2020
Jaga-Kora 2020
Jaga-Kora w tym roku wypadła nam dokładnie w 28 rocznicę ślubu. Nie stałyby się tak, gdyby nie wirus, bo normalnie bieg miał się odbyć w maju. I tak wszystkie inne imprezy poodwoływane albo poprzekładane i nie wiadomo czy nowy termin nam z czymś koliduje, czy nie, więc zapada decyzja - jedziemy. Pani Jola, u której wynajmujemy pokój, trzyma dla nas kwaterę i tak lawiruje swoimi innym gośćmi, żebyśmy mieli swój pokój w czasie imprezy. Przyjeżdżamy już w czwartek, żeby się zaaklimatyzować i zrelaksować. W piątek zaliczamy drobny spacer na Mogiłę, a po drodze spotykamy znajomego harcerza - Damiana, a potem Bartka z ekipą. Świat jest mały, bardzo mały.
Wieczorem idziemy odebrać nasze pakiety startowe. Zastanawiamy się co będzie tegorocznym gadżetem i ja stawiam na maseczkę z logo Jagi-Kory. W końcu w regulaminie co akapit przypominają gdzie i kiedy trzeba się zamaskować, a wiadomo, że niektórzy zapomną wziąć, albo uznają to za zbędne, więc w sumie powinniśmy otrzymać maseczki od organizatora. Dostajemy numery startowe, żel, napój i tajemnicze drewniane pudełko. Maseczka w szkatułce??? Niestety, rozczarowuję się bardzo, bo w pudelku tylko bransoletka jago-korowa i wizytówki-reklamy. Nie ma maseczki:-((( A ja już oczami wyobraźni widziałam jak śmigam w niej po Warszawie... I robię reklamę imprezie...
Jak przystało na stare małżeństwo rocznicę ślubu świętujemy razem, ale osobno - jak to w życiu:-) Tomek biegnie trasę 70 km, ja 40km. Ale przynajmniej na tej samej imprezie:-))
W sobotę Tomek startuje już o 7.30 więc w piątek idziemy wcześnie spać, zresztą nie ma co robić, bo nie ma się ani z kim integrować, ani wirus nie pozwala. Nie to co w zeszłym roku...
Rankiem odprowadzam Tomka na start, filmuję, robię zdjęcia, wreszcie ruszają, a ja wracam do pokoju. My mamy się zebrać dopiero o godzinie jedenastej.
Siedzę w pokoju (a właściwie to głównie w toalecie) i coraz bardziej popadam w nastrój: i po co mi to było, przecież nie dam rady, nie chcę, nigdzie nie pójdę, ja taka biedna samotna zostałam, nikt mnie nie kocha nikt mnie nie lubi, mamusiu zabierz mnie stąd! W międzyczasie szykuję plecak i wyposażenie. W końcu nadchodzi pora wyjścia i... wychodzę. Do autobusu, którym pojedziemy na start pakuje się tłum ludzi, ja jedna jak idiotka w maseczce. Po chwili podjeżdżają jeszcze dwa autobusy, ale już nie chce mi się przesiadać do luźniejszego. Odgradzam się mentalnie od tłumu, może pomoże. W Moszczańcu robię przegląd konkurencji - młode, zdrowe i piękne wszystko, no może kilku starszych facetów, ale facetów. Czyli jestem bez szans. Proszę stojącą najbliżej dziewczynę o zrobienie mi zdjęcia, ona stresuje się, że nie ma rękawiczek, ale faktycznie nie wiadomo co siedzi na moim telefonie, a ja nie wiem co siedzi na jej rękach. Jak mnie nie dobije wirus to zrobi to Polańska, więc mi w sumie wszystko jedno. Fotka dla potomności jest.
Stoję skromnie gdzieś pod koniec tłumu, bo luźniej, w końcu odliczanie, pada strzał i ruszamy. Powoli kolejne osoby mnie wyprzedzają, aż w końcu już nie ma kto. Nie próbuję gnać na siłę, bo wiem jak by się to skończyło. Za to bardzo długo, dłużej niż rok wcześniej, utrzymuję kontakt wzrokowy z oddalającą się grupą. Praktycznie widzę ich aż do wejścia w las. W lesie odpalam kijki. Niedawno dowiedziałam się, że te "rękawiczki" od nich wcale nie są na stałe zespolone z kijami i można je bardzo łatwo i szybko wpiąć i wypiąć. Jakież to jest ułatwienie! Ile ja w zeszłym roku walczyłam z kijami, kiedy potrzebowałam wolnej ręki... Poza tym wiem już co w ogóle robić z kijami i nie wkładam ich sobie co chwilę między szprychy. W ubiegłym roku przez pierwsze pół trasy raczej mi utrudniały, niż ułatwiały marsz - teraz pomagają od razu. W lesie pierwsza konstatacja - nie ma błota! Ale jak to nie ma błota?? Przecież obiecywali! Z drugiej strony, jak oni to błoto zwieźli na maj, na pierwszy planowany termin, to przecież do sierpnia im wyschło. A tu kasa na błoto wydana, nowego nie będzie:-)
Na Kanasiówkę wchodzi mi się dużo łatwiej niż w zeszłym roku, idę wolno, ale nie zatrzymując się co parę kroków. Udaje mi się wyprzedzić kilku setkowiczów. Może nie jest to żaden wyczyn, ale pomaga mi świadomość, że za mną jeszcze ktoś idzie. Wszystkie moje poranne wątpliwości, żale i lamenty rozpływają się, czuję moc i zadowolenie. Jest super! Wreszcie kończy się pod górę i lecę granicą już mniej więcej po równym. Można trochę przyspieszyć. Potem robi się w dół i zbiegam do Jasiela. Kończy się las i słonko mocno daje się we znaki. Dobrze, że powietrze nie stoi w miejscu i chwilami lekko zawiewa. Przy drodze mijam cokoły bez krzyża. Jest pięknie. Z naprzeciwka idą dwie starsze panie i proszę je o zrobienie mi fotki. Pierwsza łapie mój telefon i stwierdziwszy, że nic nie widzi, zmienia okulary na inne, potem na kolejne i znowu na te pierwsze. A czas płynie. W końcu oddaje sprzęt koleżance. Uff, cyknie i polecę dalej. Ale gdzie tam - druga pani okazuje się być specjalistką od ustawień w telefonie i coś mi tam w nim grzebie, żeby zdjęcie nie wyszło za ciemne. Protestuję, że rozjaśnię sobie potem w komputerze, ale gdzie tam. A czas płynie. Głupio mi wyrywać telefon i uciekać, więc cierpliwie czekam. W końcu jest po wszystkim, dziękuję i gnam dalej usiłując nadrobić stratę.
W tym roku pierwszy punkt odżywczy jest dopiero na 17-tym kilometrze, ale w sumie niczego mi wcześniej nie trzeba. Czekam na niego bardziej po to żeby łyknąć trochę izotoniku i wytrzepać śmieci z butów skoro i tak się na chwilkę zatrzymam. Przed wejściem na punkt dopadają mnie dyżurujące dzieci z butlą płynu dezynfekującego i psikają na ręce. Porządek i reżim sanitarny muszą być! :-)
Chwilę po mnie na punkt dociera ktoś z organizatorów (wtedy nie zwracam uwagi kto to) i raportuje:
- Na trasie jeszcze dwie osoby z siedemdziesiątki, jedna pani z czterdziestki (halo! już tu jestem!), kilka osób ze sto piątki i jedno zombie. Ledwo idzie, ale nie chce zejść z trasy.
Szybko zawiązuję buta, łykam napój i uciekam zanim i mnie zakwalifikują do kategorii: zombie:-))
Za 6 kilometrów w Woli Niżnej będzie kolejny punkt odżywczy oraz pomiar czasu. Tam muszę zdążyć w ciągu czterech godzin od startu. W ubiegłym roku dałam radę, chociaż z dość małym zapasem czasu. Wygląda na to, że i teraz nie powinno być problemu. Tylko ta niewielka górka między jednym, a drugim asfaltem... Jak ona mi poprzednio dała w kość! Sam asfalt też nie jest przyjemny. Po chwili czuję dyskomfort w stopach, ciepło bijące od czarnej nawierzchni też nie jest przyjemne. Nawet nie próbuję biec, ale z kijami idzie się dość szybko. Na asfalcie ucieka mi stopiątkowicz, z którym ścigałam się gdzieś od granicy. Raz ja z przodu, raz on, ale mimo, że on ma już za sobą 80 kilometrów, ostatecznie to ja muszę się poddać. Taki to ze mnie biegacz:-) Górka, której tak się bałam okazuje się w tym roku być jakoś mniejsza i wchodzę na nią bez przystanku, ale wiadomo - powolutku. Potem tylko zbieg do drogi, gdzie ruchem zawodników i samochodów kieruje straż pożarna i już wiata z posiłkiem i pomiar czasu. Z daleka słyszę głośny doping i choć nie mam sił, staram się dobiec, żeby to jakoś wyglądało. Wiem, że muszę coś zjeść bo od rana nic mi nie wchodziło i ścianki żołądka trawią już same siebie, ale udaje mi się wcisnąć tylko dwa kawałki pomarańczy.
Znowu czekają mnie kolejne kilometry asfaltem - do Polan Surowicznych, do ważnego dla mnie i Tomka miejsca - to tam się poznaliśmy, w Chałupie Elektryków. W tym roku tylko przejdziemy obok chałupy, bo z powodu wirusa zamknięta dla turystów. Szkoda.
A potem nadchodzi najgorsze - Polańska. Boję się tej góry strasznie - ciągnie się i ciągnie, dla mnie jest stanowczo za wysoka, no i ten brak choćby skrawka cienia na długim podejściu. Zaczynam raźno, kijki pomagają, nawet na moment powiewa optymizmem, ale nie trwa to długo. Nogi przesuwają się coraz wolniej, coraz ciężej się oddycha, w głowie zaczyna pulsować. Najpierw mocno zwalniam, po chwili co kilka kroków muszę się zatrzymywać. Gdzieś tam wysoko nad sobą widzę kogoś z aparatem fotograficznym. Boszszsz, niech mi tylko nie robi zdjęć w tych dramatycznych pozach zwisu na kijkach! W końcu podchodzę bliżej. Szczerzę zęby w (jak mi się wydaje) uśmiechu, ale na zdjęciu pewnie będę wyglądała jak wściekły, warczący pies albo jakieś "ić stont". Ale wiadomo, że potem i tak każdy szuka swoich zdjęć we wszystkich dostępnych galeriach, więc nadstawiam tę umordowaną gębę. Będzie pamiątka, a może i przestroga w chwili decyzji o zapisywaniu się w przyszłym roku:-)
Mijam panią fotograf, która pociesza mnie, że już niedaleko i wspinam się dalej. W końcu nadchodzi moment, kiedy wiem, że nie zrobię już ani kroku więcej i muszę, absolutnie muszę usiąść na chwilę, a najlepiej się położyć. Tylko jak? W tym palącym słońcu? Przecież sobie zaszkodzę. No właśnie - gorzej umrzeć, czy sobie zaszkodzić? Wychodzi, że jednak gorzej sobie zaszkodzić i idę dalej, aż do skraju lasu gdzie jest cień. Wreszcie siadam w pierwszym centymetrze cienia, bo nie mam siły przesunąć się dalej. Pora taka trochę obiadowa, więc wyciągam co tam mam i co wiem, że nie wróci od razu i uzupełniam kalorie. I wtedy pojawia się ON - zamykający stawkę. W pierwszym odruchu cieszę się, że jeśli padnę na dalszym podejściu, to będzie miał kto przekazać moje szczątki rodzinie, ale zaraz przychodzi refleksja - zaraz, zaraz, to przecież oznacza, że jestem najostatniejsza ze swojej trasy i automatycznie staję się uczestnikiem specjalnej troski!
Zaczynamy gadać, Paweł sonduje jak trudno będzie miał ze mną. Ja wiem, że dojdę do mety z nim, czy bez niego, bo jestem zawzięta baba, ale nic nie mówię, bo zawsze może się zdarzyć ten pierwszy raz kiedy właśnie nie dojdę i wtedy chała. Jeszcze zanim ruszymy dalej, proszę o cyknięcie fotki z "bykiem", bo zawsze to dłużej odpoczynku. Sprytnie, co? :-)
W końcu ruszamy, bo czasu coraz mniej, a mi naprawdę zależy na zmieszczeniu się w limicie. Paweł najpierw opowiada o co oporniejszych przypadkach podupadłych zawodników z poprzednich edycji, potem omawiamy kwestie rowerowe (jego działka), imprezy na orientację (dla odmiany moja), rodzaje i sposoby przyjmowania leków na nadciśnienie (tu obydwoje jesteśmy specjalistami), koronawirusa (tu każdy jest ekspertem) i jeszcze zanim pakiet tematów się skończył, jesteśmy na szczycie Polańskiej. I proszę jak świetnie odwrócił moją uwagę od trudów wspinaczki:-) Kiedy robi się w dół składam kijki i biegnę, żeby prześcignąć czas. Paweł dyskretnie zostaje z tyłu i nie narzuca się ze swoją osobą, dając mi poczucie samodzielności, ale kiedy zaczyna się kolejne podejście - na Jawornik - znowu wspiera rozmową.
Wreszcie docieramy na ostatni punkt żywieniowy, gdzie jestem zainteresowana wyłącznie wodą i już prawie czuję się jak na mecie. Bo co to jest te 5 kilometrów jakie jeszcze zostały? Zwłaszcza, że już tylko w dół. Trochę rozczarowana jestem, że w tym roku organizatorzy nie postawili lustra przed metą i boję się, że na metę wbiegnę rozczochrana, albo co gorsza z rozmazanym makijażem:-))) Nie było też na trasie innych, tradycyjnych niespodzianek:-( No hallo! Wirus i tu wsadził swoje macki???
Kończy się stromy zbieg i zaczyna asfalt. Już naprawdę niedaleko. Niestety, po kilkuset metrach asfaltu muszę przejść do marszu, bo nie daję rady, a muszę zachować resztkę sił na finisz. Przecież nie mogę się wczołgać na metę! W końcu jest park zdrojowy, znowu przyspieszam i wreszcie widzę upragniony cel i Tomka czekającego z kamerką w garści. Jeszcze przyspieszam, nie zatrzymuję się po przekroczeni linii mety tylko pędzę do najbliższej ławki. Zdecydowanie muszę usiąść!
Na koniec jeszcze pamiątkowa fotka z moimi bohaterami:
Jestem szczęśliwa. Podejrzewam, że jestem dużo bardziej szczęśliwsza z samego faktu ukończenia biegu i zmieszczenia się w limicie niż zwycięzca mojej trasy z zajęcia pierwszego miejsca. Dla niego stawanie na podium to rutyna i żadne wielkie ceregiele, dla mnie to zwycięstwo ducha nad materią. Że już nie wspomnę o tym, że jak zapłaciłam za 7,5 godziny zabawy, to nie ma powodu, żeby kończyć już po trzech:-)
Wieczorem, po kąpieli, wreszcie idziemy do restauracji Piccolo uczcić naszą rocznicę. Najpierw wcinamy po porcji ciasta, a po chwili uprzytamniamy sobie, że ciepły posiłek, który dostaliśmy na mecie to już mamy całkiem strawiony i właściwie to jesteśmy głodni. Bierzemy więc zestawy obiadowe i uzupełniamy utracone kalorie. Na koniec jeszcze zastanawiam się nad kolejnym ciastkiem, ale to już by była przesada. Z szampana rezygnujemy, bo na mecie wypiliśmy po przydziałowym piwie i wciąż jeszcze kręci nam się w głowach. No, może bardziej z wysiłku, ale kręci się i to wystarczy.
Mimo całej frajdy z zawodów zastanawiam się, czy w przyszłym roku jednak nie pobiec już na krótszą trasę. No, chyba, że nastąpi jakiś cud kondycyjny. Albo zaćmienie umysłu przy zapisach. Zobaczymy... Ale pewne jest, że będziemy!
Dobrze zamieszkać tuż przy szlaku:-)
Wieczorem idziemy odebrać nasze pakiety startowe. Zastanawiamy się co będzie tegorocznym gadżetem i ja stawiam na maseczkę z logo Jagi-Kory. W końcu w regulaminie co akapit przypominają gdzie i kiedy trzeba się zamaskować, a wiadomo, że niektórzy zapomną wziąć, albo uznają to za zbędne, więc w sumie powinniśmy otrzymać maseczki od organizatora. Dostajemy numery startowe, żel, napój i tajemnicze drewniane pudełko. Maseczka w szkatułce??? Niestety, rozczarowuję się bardzo, bo w pudelku tylko bransoletka jago-korowa i wizytówki-reklamy. Nie ma maseczki:-((( A ja już oczami wyobraźni widziałam jak śmigam w niej po Warszawie... I robię reklamę imprezie...
Co my tu mamy?
Jak przystało na stare małżeństwo rocznicę ślubu świętujemy razem, ale osobno - jak to w życiu:-) Tomek biegnie trasę 70 km, ja 40km. Ale przynajmniej na tej samej imprezie:-))
W sobotę Tomek startuje już o 7.30 więc w piątek idziemy wcześnie spać, zresztą nie ma co robić, bo nie ma się ani z kim integrować, ani wirus nie pozwala. Nie to co w zeszłym roku...
Rankiem odprowadzam Tomka na start, filmuję, robię zdjęcia, wreszcie ruszają, a ja wracam do pokoju. My mamy się zebrać dopiero o godzinie jedenastej.
Siedzę w pokoju (a właściwie to głównie w toalecie) i coraz bardziej popadam w nastrój: i po co mi to było, przecież nie dam rady, nie chcę, nigdzie nie pójdę, ja taka biedna samotna zostałam, nikt mnie nie kocha nikt mnie nie lubi, mamusiu zabierz mnie stąd! W międzyczasie szykuję plecak i wyposażenie. W końcu nadchodzi pora wyjścia i... wychodzę. Do autobusu, którym pojedziemy na start pakuje się tłum ludzi, ja jedna jak idiotka w maseczce. Po chwili podjeżdżają jeszcze dwa autobusy, ale już nie chce mi się przesiadać do luźniejszego. Odgradzam się mentalnie od tłumu, może pomoże. W Moszczańcu robię przegląd konkurencji - młode, zdrowe i piękne wszystko, no może kilku starszych facetów, ale facetów. Czyli jestem bez szans. Proszę stojącą najbliżej dziewczynę o zrobienie mi zdjęcia, ona stresuje się, że nie ma rękawiczek, ale faktycznie nie wiadomo co siedzi na moim telefonie, a ja nie wiem co siedzi na jej rękach. Jak mnie nie dobije wirus to zrobi to Polańska, więc mi w sumie wszystko jedno. Fotka dla potomności jest.
Wyglądam... profesjonalnie:-))))
Stoję skromnie gdzieś pod koniec tłumu, bo luźniej, w końcu odliczanie, pada strzał i ruszamy. Powoli kolejne osoby mnie wyprzedzają, aż w końcu już nie ma kto. Nie próbuję gnać na siłę, bo wiem jak by się to skończyło. Za to bardzo długo, dłużej niż rok wcześniej, utrzymuję kontakt wzrokowy z oddalającą się grupą. Praktycznie widzę ich aż do wejścia w las. W lesie odpalam kijki. Niedawno dowiedziałam się, że te "rękawiczki" od nich wcale nie są na stałe zespolone z kijami i można je bardzo łatwo i szybko wpiąć i wypiąć. Jakież to jest ułatwienie! Ile ja w zeszłym roku walczyłam z kijami, kiedy potrzebowałam wolnej ręki... Poza tym wiem już co w ogóle robić z kijami i nie wkładam ich sobie co chwilę między szprychy. W ubiegłym roku przez pierwsze pół trasy raczej mi utrudniały, niż ułatwiały marsz - teraz pomagają od razu. W lesie pierwsza konstatacja - nie ma błota! Ale jak to nie ma błota?? Przecież obiecywali! Z drugiej strony, jak oni to błoto zwieźli na maj, na pierwszy planowany termin, to przecież do sierpnia im wyschło. A tu kasa na błoto wydana, nowego nie będzie:-)
Na Kanasiówkę wchodzi mi się dużo łatwiej niż w zeszłym roku, idę wolno, ale nie zatrzymując się co parę kroków. Udaje mi się wyprzedzić kilku setkowiczów. Może nie jest to żaden wyczyn, ale pomaga mi świadomość, że za mną jeszcze ktoś idzie. Wszystkie moje poranne wątpliwości, żale i lamenty rozpływają się, czuję moc i zadowolenie. Jest super! Wreszcie kończy się pod górę i lecę granicą już mniej więcej po równym. Można trochę przyspieszyć. Potem robi się w dół i zbiegam do Jasiela. Kończy się las i słonko mocno daje się we znaki. Dobrze, że powietrze nie stoi w miejscu i chwilami lekko zawiewa. Przy drodze mijam cokoły bez krzyża. Jest pięknie. Z naprzeciwka idą dwie starsze panie i proszę je o zrobienie mi fotki. Pierwsza łapie mój telefon i stwierdziwszy, że nic nie widzi, zmienia okulary na inne, potem na kolejne i znowu na te pierwsze. A czas płynie. W końcu oddaje sprzęt koleżance. Uff, cyknie i polecę dalej. Ale gdzie tam - druga pani okazuje się być specjalistką od ustawień w telefonie i coś mi tam w nim grzebie, żeby zdjęcie nie wyszło za ciemne. Protestuję, że rozjaśnię sobie potem w komputerze, ale gdzie tam. A czas płynie. Głupio mi wyrywać telefon i uciekać, więc cierpliwie czekam. W końcu jest po wszystkim, dziękuję i gnam dalej usiłując nadrobić stratę.
Tyle starań, a ręka i tak ucięta:-)))
W tym roku pierwszy punkt odżywczy jest dopiero na 17-tym kilometrze, ale w sumie niczego mi wcześniej nie trzeba. Czekam na niego bardziej po to żeby łyknąć trochę izotoniku i wytrzepać śmieci z butów skoro i tak się na chwilkę zatrzymam. Przed wejściem na punkt dopadają mnie dyżurujące dzieci z butlą płynu dezynfekującego i psikają na ręce. Porządek i reżim sanitarny muszą być! :-)
Chwilę po mnie na punkt dociera ktoś z organizatorów (wtedy nie zwracam uwagi kto to) i raportuje:
- Na trasie jeszcze dwie osoby z siedemdziesiątki, jedna pani z czterdziestki (halo! już tu jestem!), kilka osób ze sto piątki i jedno zombie. Ledwo idzie, ale nie chce zejść z trasy.
Szybko zawiązuję buta, łykam napój i uciekam zanim i mnie zakwalifikują do kategorii: zombie:-))
Pierwszy punkt odżywczy.
Za 6 kilometrów w Woli Niżnej będzie kolejny punkt odżywczy oraz pomiar czasu. Tam muszę zdążyć w ciągu czterech godzin od startu. W ubiegłym roku dałam radę, chociaż z dość małym zapasem czasu. Wygląda na to, że i teraz nie powinno być problemu. Tylko ta niewielka górka między jednym, a drugim asfaltem... Jak ona mi poprzednio dała w kość! Sam asfalt też nie jest przyjemny. Po chwili czuję dyskomfort w stopach, ciepło bijące od czarnej nawierzchni też nie jest przyjemne. Nawet nie próbuję biec, ale z kijami idzie się dość szybko. Na asfalcie ucieka mi stopiątkowicz, z którym ścigałam się gdzieś od granicy. Raz ja z przodu, raz on, ale mimo, że on ma już za sobą 80 kilometrów, ostatecznie to ja muszę się poddać. Taki to ze mnie biegacz:-) Górka, której tak się bałam okazuje się w tym roku być jakoś mniejsza i wchodzę na nią bez przystanku, ale wiadomo - powolutku. Potem tylko zbieg do drogi, gdzie ruchem zawodników i samochodów kieruje straż pożarna i już wiata z posiłkiem i pomiar czasu. Z daleka słyszę głośny doping i choć nie mam sił, staram się dobiec, żeby to jakoś wyglądało. Wiem, że muszę coś zjeść bo od rana nic mi nie wchodziło i ścianki żołądka trawią już same siebie, ale udaje mi się wcisnąć tylko dwa kawałki pomarańczy.
Tyle pyszności przygotowane, a żołądek nie chce przyjąć:-(
Znowu czekają mnie kolejne kilometry asfaltem - do Polan Surowicznych, do ważnego dla mnie i Tomka miejsca - to tam się poznaliśmy, w Chałupie Elektryków. W tym roku tylko przejdziemy obok chałupy, bo z powodu wirusa zamknięta dla turystów. Szkoda.
A potem nadchodzi najgorsze - Polańska. Boję się tej góry strasznie - ciągnie się i ciągnie, dla mnie jest stanowczo za wysoka, no i ten brak choćby skrawka cienia na długim podejściu. Zaczynam raźno, kijki pomagają, nawet na moment powiewa optymizmem, ale nie trwa to długo. Nogi przesuwają się coraz wolniej, coraz ciężej się oddycha, w głowie zaczyna pulsować. Najpierw mocno zwalniam, po chwili co kilka kroków muszę się zatrzymywać. Gdzieś tam wysoko nad sobą widzę kogoś z aparatem fotograficznym. Boszszsz, niech mi tylko nie robi zdjęć w tych dramatycznych pozach zwisu na kijkach! W końcu podchodzę bliżej. Szczerzę zęby w (jak mi się wydaje) uśmiechu, ale na zdjęciu pewnie będę wyglądała jak wściekły, warczący pies albo jakieś "ić stont". Ale wiadomo, że potem i tak każdy szuka swoich zdjęć we wszystkich dostępnych galeriach, więc nadstawiam tę umordowaną gębę. Będzie pamiątka, a może i przestroga w chwili decyzji o zapisywaniu się w przyszłym roku:-)
Jak będzie zdjęcie Pani Basi, to dołożę.
Mijam panią fotograf, która pociesza mnie, że już niedaleko i wspinam się dalej. W końcu nadchodzi moment, kiedy wiem, że nie zrobię już ani kroku więcej i muszę, absolutnie muszę usiąść na chwilę, a najlepiej się położyć. Tylko jak? W tym palącym słońcu? Przecież sobie zaszkodzę. No właśnie - gorzej umrzeć, czy sobie zaszkodzić? Wychodzi, że jednak gorzej sobie zaszkodzić i idę dalej, aż do skraju lasu gdzie jest cień. Wreszcie siadam w pierwszym centymetrze cienia, bo nie mam siły przesunąć się dalej. Pora taka trochę obiadowa, więc wyciągam co tam mam i co wiem, że nie wróci od razu i uzupełniam kalorie. I wtedy pojawia się ON - zamykający stawkę. W pierwszym odruchu cieszę się, że jeśli padnę na dalszym podejściu, to będzie miał kto przekazać moje szczątki rodzinie, ale zaraz przychodzi refleksja - zaraz, zaraz, to przecież oznacza, że jestem najostatniejsza ze swojej trasy i automatycznie staję się uczestnikiem specjalnej troski!
Zaczynamy gadać, Paweł sonduje jak trudno będzie miał ze mną. Ja wiem, że dojdę do mety z nim, czy bez niego, bo jestem zawzięta baba, ale nic nie mówię, bo zawsze może się zdarzyć ten pierwszy raz kiedy właśnie nie dojdę i wtedy chała. Jeszcze zanim ruszymy dalej, proszę o cyknięcie fotki z "bykiem", bo zawsze to dłużej odpoczynku. Sprytnie, co? :-)
Buhaj w czasie zawodów był nieczynny.
W końcu ruszamy, bo czasu coraz mniej, a mi naprawdę zależy na zmieszczeniu się w limicie. Paweł najpierw opowiada o co oporniejszych przypadkach podupadłych zawodników z poprzednich edycji, potem omawiamy kwestie rowerowe (jego działka), imprezy na orientację (dla odmiany moja), rodzaje i sposoby przyjmowania leków na nadciśnienie (tu obydwoje jesteśmy specjalistami), koronawirusa (tu każdy jest ekspertem) i jeszcze zanim pakiet tematów się skończył, jesteśmy na szczycie Polańskiej. I proszę jak świetnie odwrócił moją uwagę od trudów wspinaczki:-) Kiedy robi się w dół składam kijki i biegnę, żeby prześcignąć czas. Paweł dyskretnie zostaje z tyłu i nie narzuca się ze swoją osobą, dając mi poczucie samodzielności, ale kiedy zaczyna się kolejne podejście - na Jawornik - znowu wspiera rozmową.
Wreszcie docieramy na ostatni punkt żywieniowy, gdzie jestem zainteresowana wyłącznie wodą i już prawie czuję się jak na mecie. Bo co to jest te 5 kilometrów jakie jeszcze zostały? Zwłaszcza, że już tylko w dół. Trochę rozczarowana jestem, że w tym roku organizatorzy nie postawili lustra przed metą i boję się, że na metę wbiegnę rozczochrana, albo co gorsza z rozmazanym makijażem:-))) Nie było też na trasie innych, tradycyjnych niespodzianek:-( No hallo! Wirus i tu wsadził swoje macki???
Kończy się stromy zbieg i zaczyna asfalt. Już naprawdę niedaleko. Niestety, po kilkuset metrach asfaltu muszę przejść do marszu, bo nie daję rady, a muszę zachować resztkę sił na finisz. Przecież nie mogę się wczołgać na metę! W końcu jest park zdrojowy, znowu przyspieszam i wreszcie widzę upragniony cel i Tomka czekającego z kamerką w garści. Jeszcze przyspieszam, nie zatrzymuję się po przekroczeni linii mety tylko pędzę do najbliższej ławki. Zdecydowanie muszę usiąść!
Meta!!!! (Zdjęcie z galerii Stefanki)
Dopiero po chwili odpoczynku idę odebrać swój medal. Dostaję do rąk drewniany prostopadłościan i usiłuję go otworzyć, no bo w środku medal. A tu niespodzianka - nic się nie otwiera, a to co trzymamw ręku jest właśnie medalem. Za to podobno idealnie się mieści do szkatułki, którą dostaliśmy w pakiecie startowym - taki komplet.
Nietypowy medal.
Na koniec jeszcze pamiątkowa fotka z moimi bohaterami:
Tomek, ja i Paweł.
Jestem szczęśliwa. Podejrzewam, że jestem dużo bardziej szczęśliwsza z samego faktu ukończenia biegu i zmieszczenia się w limicie niż zwycięzca mojej trasy z zajęcia pierwszego miejsca. Dla niego stawanie na podium to rutyna i żadne wielkie ceregiele, dla mnie to zwycięstwo ducha nad materią. Że już nie wspomnę o tym, że jak zapłaciłam za 7,5 godziny zabawy, to nie ma powodu, żeby kończyć już po trzech:-)
Wieczorem, po kąpieli, wreszcie idziemy do restauracji Piccolo uczcić naszą rocznicę. Najpierw wcinamy po porcji ciasta, a po chwili uprzytamniamy sobie, że ciepły posiłek, który dostaliśmy na mecie to już mamy całkiem strawiony i właściwie to jesteśmy głodni. Bierzemy więc zestawy obiadowe i uzupełniamy utracone kalorie. Na koniec jeszcze zastanawiam się nad kolejnym ciastkiem, ale to już by była przesada. Z szampana rezygnujemy, bo na mecie wypiliśmy po przydziałowym piwie i wciąż jeszcze kręci nam się w głowach. No, może bardziej z wysiłku, ale kręci się i to wystarczy.
Może mało wykwintne danie jak na obiad rocznicowy, ale braliśmy co było.
Mimo całej frajdy z zawodów zastanawiam się, czy w przyszłym roku jednak nie pobiec już na krótszą trasę. No, chyba, że nastąpi jakiś cud kondycyjny. Albo zaćmienie umysłu przy zapisach. Zobaczymy... Ale pewne jest, że będziemy!
wtorek, 4 czerwca 2019
Co mi tam Ultra;-)
Jak trenować do ultramaratonu? Normalnie – robiąc co tydzień na Parkrunie 5 km;-) No dobra, zdarzyło mi się po Parkrunie pobiec jakąś dychę, czy inne BnO o bliżej nieokreślonej długości. Ale gdy dowiedziałem się, że moi rywale na Jadze Korze biegają przed pracą kilka godzin po górach, albo do pracy naście kilometrów…. Tyle, że to było na dzień przed startem i nie fason było się już wycofać;-)
Przypomnę, że na Jagę-Korę rok temu namówił mnie Krzysztof Ł. Namówił, zachwalał… a sam nie wystartował. Ani rok temu, ani w tym roku. A ja (my) daliśmy się wkręcić… Tak to już jest z namawiaczami;-)
Rok temu była trasa 40km, to teraz (wiadomo, musi być progres) 70 km. Niby tylko 30 km dłużej. Niby niedużo dłużej, ale… limity. Pierwszy po 28 czy 29 km - 4,5 h. Na płaskim byłaby to pestka, ale to góry. Niby nieduże, bo Beskid Niski, ale na tym odcinku coś ponad kilometr w górę – przeliczając na płaskie - 10 km dodatkowych. Piątkę regularnie biegam w 24 minuty (lub mniej), więc prosta matematyka: 10 km w godzinę, 30 km w trzy godziny, dodatkowe niecałe 10 km w max cztery godziny. Do zrobienia. Wszystkie kalkulacje nie uwzględniały SBB (SBB= Słynne Beskidzie Błoto). Jeśli ktoś nie zna SBB, to słów kilka wyjaśnienia – gdy kilka dni popada, to twarde drogi zmieniają się w rodzaj pułapki, która próbuje zdjęć ci buty, albo i gorzej. Pamiętam taki obóz w Beskidzie Niskim, gdzie ze trzy, czy cztery osoby straciły na takim błocie podeszwy od traperek. Tzn. udało się je odzyskać, ale trzymały się potem tylko na drutach i sznurkach znajdowanych na jakiś śmietnikach. Oprócz właściwości przyklejających, SBB potrafi (gdy jest odpowiednio rzadkie) brudzić, wlewać się, oblepiać buty, tak, że każdy waży po kilka kilogramów, a dodatkowo głębsza, twardsza warstwa SBB robi za ślizgawkę i przy podejściach daje się dwa kroki w górę, a zjeżdża co najmniej o jeden w dół. Na taka pogodę trafiliśmy w tym roku na Jadze-Korze.
Dwa dni przed startem organizator coś tam przebąkiwał o zwiększeniu limitów ze względu na trudne warunki, jednak na odprawie w przeddzień startu stanowczo zadecydował, że limity na 40-tce i 70-tce są bez zmian, co najwyżej zastanowi się nad trasą 105 km, bo jest to nowa trasa i nie ma jeszcze wyczucia, czy limit jest dobry.
Godzina 7: 30 start. Niemrawy wystrzał, ciche odliczanie i ruszyliśmy. Najpierw kawałek po bitej drodze, lekko pod górę. Tu dawało się biec.
Potem skręt w lewo i pod górę. Chlup, mlask, cmok i peleton gwałtownie zwolnił. Większości zaczęły rozjeżdżać się nogi na śliskim błocie. Mi raczej kleiło się do butów, ale przy podejściach trochę zjeżdżałem. Tu usłyszałem opinię, że bez kijków to nie da rady i tylko prawdziwi profesjonaliści na trasę bez takowych wyruszyli. Poczułem się dumny, bo kijków nie mam. Pierwsza górka i zbieg w dół. Tu okazało się, że moje buty owszem ślizgają się przy podejściach, ale przy zbiegu – miodzio. Zero poślizgów! Mogłem wreszcie wyprzedzać innych radośnie mlaskając w błotku. Najfajniej było biec po najgłębszym błocie – miękko, radośnie z pięknym donośnym mlaskiem i rozbryzgiem błota wokoło;-)
Zasadniczo lubię biegać za kimś. Bo wtedy mam motywację – nie gorzej niż ten ktoś przede mną. Najlepiej biega mi się za dziewczynami – bo bieg za mężczyzną to zawsze rywalizacja – coraz ostrzej, coraz szybciej i nagle okazuje się że nie ma sił, by wykonać następny krok. A za dziewczyną jest inaczej: mają one oddzielną klasyfikację, zresztą skoro dziewczyna daje radę, to ja nie dam? Zupełnie inny aspekt rywalizacji! Tu natrafiłem na trzy dziewczyny poruszające się podobnym tempem co ja– jedna szybko odpadła i została w tyle, druga w spódniczce biegowej miała parę w nogach i zyskiwała na podejściach, ale na zbiegach wyraźnie się ślizgała i zostawała w tyle i trzecia (jak za nią biegłem to puszczała do mnie oczka;-), która bardzo szybko zbiegała i miała ogólnie tempo idealne dla mnie.
Razem dotarliśmy gdzieś do 20 km i mnie ścięło. Okazało się, że przy takim terenie, gdzie każde odklejenie podeszwy od podłoża wymaga masy energii, wysiadły mi uda. Skurcz i zwolnienie. Obie towarzyszki wysforowały się do przodu, a ja nie byłem w stanie ich dogonić. Musiałem walczyć ze skurczami. Stanowczo za wcześnie!
Wreszcie punkt odżywczy – to już blisko pierwszego punktu z limitem czasu - dam rade. Niestety, bieganie po płaskim (nie mówiąc o bieganiu nawet pod lekką górę) już nie wchodziło w rachubę. Co najwyżej szybki marsz. Próbowałem zreanimować uda przy przekraczaniu rzeczki Moszczaniec (mocząc w zimnej wodzie), potem farmakologicznie stosując magnez, ale bez spektakularnych efektów. 100m biegu i nogi zamieniły się w bolące kołki.
Do punktu kontrolnego dotarłem 20 minut przed limitem i wyraźnie nie byłem ostatni. Z Moszczańca miała startować trasa JK 40, a w niej Renata, ale autokarów jeszcze nie było, tylko rozgrzewające się niedobitki, które dotarły na start własnym transportem. Potem okazało się, że organizator jednak przedłużył dla nas limit na pierwszym punkcie kontrolnym, tyle że nas o tym nie poinformował. Tzn. poinformował wpisem na FB jak już wystartowaliśmy. Nie ma co - tu wykazał się wyraźnie jakąś wyższą inteligencją, której nie ogarniam. Mając do dyspozycji dodatkowe 30 minut zwolniłbym na początku i nie musiał ponad 40 km iść i walczyć ze skurczami, zamiast radośnie podbiegać. Ci, którzy przybiegli po pierwotnym limicie w ten sposób wygrali i sporo z nich mnie wyprzedziło, choć powinni być zdjęci z trasy;-( Pozostałe punkty z limitem czasu były stanowczo mniej wymagające – idąc po płaskim w tempie ok. 7km/h i najwyżej zbiegając niezbyt szybko tam, gdzie było wyraźnie w dół spokojnie zmieściłem się w limitach, a nawet je wyprzedzałem.
Po Moszczańcu trasa już znana sprzed roku. Stanowczo mniej błotnista, sporo dróg bitych, łagodne podejście na Kanasiówkę, punkt odżywczy w Jasielu (i znowu wpadka organizatora - zabrakło już dla nas ciepłego posiłku). Na podejściu na Kanasiówkę zaczęła mnie wyprzedzać czołówka trasy JK40. Co chwila oglądałem się do tyłu i miałem nadzieję, że i Renata mnie dogoni i może mnie to zdopinguje. Niestety, nigdzie jej nie dojrzałem.
Kolejny punkt z limitem czasu w Woli Niżnej – tu już zyskiwałem ponad 40 minut do limitu! Wyraźnie lepiej maszeruję niż biegam! Telefon do Renaty gdzie jest – jakieś 20 minut za mną – nie dogoni jednak.
Znowu mozolny marsz na Polany Surowiczne. Rok temu tu podbiegałem – teraz nie dawałem rady;-(
Wreszcie Chałupa – myślałem, że spotkam kogoś znajomego, ale w środku pusto. Na drodze do Chałupy widziałem samochody ze Stykami, ale tylko przemknęły i nawet nie było się jak przywitać ze znajomymi.
Na 57 kilometrze podejście pod Polańską daje popalić. W zeszłym roku nikt nie miał siły skonsumować wiszącego na podejściu piwa – liczyłem, że może tym razem mi się uda, niestety – zostało tylko tanie wino i kabanosy, na które nie było amatorów. O dziwo, uda pozwalały na całkiem sprawne podchodzenie – tu udało mi się kilka osób prześcignąć albo dogonić. Z Polańskiej chciałem zbiec… do pierwszego potknięcia – na szczęście udało mi się czegoś złapać, bo efektem ubocznym potknięcia był mega skurcz w obu nogach. Dalej schodziłem ostrożnie – szybkim marszem – bez podbiegania. Tu poskutkowało obycie w 50-tkach na orientację – udawało mi się utrzymać dobre tempo i to raczej ja wyprzedzałem niż mnie wyprzedzano;-)
Gdzieś pod Jawornikiem zostałem na trasie sam na sam z kolejną dziewczyną - Agnieszką. Szła bardzo podobnym tempem do mojego, nie biegała z powodu jakiejś kontuzji. Do Jawornika mam uraz, bo w zeszłym roku zgubiłem się na zejściu z tej góry. We dwoje było raźniej – widomo dwie pary oczu mają większą szansę wypatrzeć wiszące na drzewach znakowania trasy. W każdym razie udało się nie zgubić drogi.
Do mety zostało z 10 km. Cały ten dystans pokonałem z Agnieszką wzajemnie dopingując się do szybkiego marszu, a co chwila wyprzedzał nas (lub my jego) podbiegający konkurent z numerkiem 151 – ostatecznie na mecie dałem mu się wyprzedzić (głupio było mi się wpychać przed towarzyszkę, która dotrzymywała mi towarzystwa).
Gdy już było słychać z dołu dochodzący głos spikera witającego na mecie kolejnych uczestników, gdy już prześwitywała łąka, z której było ostatnie zejście - zaczęło się. Błoto. Super błoto. Może nawet miejscami po kolana. Środkiem drogi ciurkał mini strumyk, błoto płynęło wesoło w wąwozie wyżłobionym przez drogę. Stromo. Odjazd! Nie zostało nic innego niż puścić się wesołym biegiem rozchlapując wokoło strumienie błota. Inni próbowali schodzić ostrożnie – tyłem, bokiem, ale tylko bieg szybszy niż ześlizg zapewniał stabilność. Udało się, ale przeżycie niezapomniane;-) W takim błocie to nawet zmaltretowane mięśnie nóg przestają boleć i sztywnieć;-)
Na metę dotarłem ponad godzinę przed limitem. Dwóch naszych sąsiadów (spotykałem się z nimi na trasie gdzieś tak koło 30 km), starzy ultrawyjadacze, dotarli niecałe 15 minut wcześniej – czyli nie jest tak źle! Renata także dotarła w limicie. W ten sposób zostałem pełnoprawnym ultramaratończykiem – poprzedni start, rok temu, na 40 km to było tak gdzieś „na styk”, bo ultra to powyżej dystansu maratońskiego (niby kilometr w górę to jak 10 km po płaskim).
Przypomnę, że na Jagę-Korę rok temu namówił mnie Krzysztof Ł. Namówił, zachwalał… a sam nie wystartował. Ani rok temu, ani w tym roku. A ja (my) daliśmy się wkręcić… Tak to już jest z namawiaczami;-)
Rok temu była trasa 40km, to teraz (wiadomo, musi być progres) 70 km. Niby tylko 30 km dłużej. Niby niedużo dłużej, ale… limity. Pierwszy po 28 czy 29 km - 4,5 h. Na płaskim byłaby to pestka, ale to góry. Niby nieduże, bo Beskid Niski, ale na tym odcinku coś ponad kilometr w górę – przeliczając na płaskie - 10 km dodatkowych. Piątkę regularnie biegam w 24 minuty (lub mniej), więc prosta matematyka: 10 km w godzinę, 30 km w trzy godziny, dodatkowe niecałe 10 km w max cztery godziny. Do zrobienia. Wszystkie kalkulacje nie uwzględniały SBB (SBB= Słynne Beskidzie Błoto). Jeśli ktoś nie zna SBB, to słów kilka wyjaśnienia – gdy kilka dni popada, to twarde drogi zmieniają się w rodzaj pułapki, która próbuje zdjęć ci buty, albo i gorzej. Pamiętam taki obóz w Beskidzie Niskim, gdzie ze trzy, czy cztery osoby straciły na takim błocie podeszwy od traperek. Tzn. udało się je odzyskać, ale trzymały się potem tylko na drutach i sznurkach znajdowanych na jakiś śmietnikach. Oprócz właściwości przyklejających, SBB potrafi (gdy jest odpowiednio rzadkie) brudzić, wlewać się, oblepiać buty, tak, że każdy waży po kilka kilogramów, a dodatkowo głębsza, twardsza warstwa SBB robi za ślizgawkę i przy podejściach daje się dwa kroki w górę, a zjeżdża co najmniej o jeden w dół. Na taka pogodę trafiliśmy w tym roku na Jadze-Korze.
Dwa dni przed startem organizator coś tam przebąkiwał o zwiększeniu limitów ze względu na trudne warunki, jednak na odprawie w przeddzień startu stanowczo zadecydował, że limity na 40-tce i 70-tce są bez zmian, co najwyżej zastanowi się nad trasą 105 km, bo jest to nowa trasa i nie ma jeszcze wyczucia, czy limit jest dobry.
Godzina 7: 30 start. Niemrawy wystrzał, ciche odliczanie i ruszyliśmy. Najpierw kawałek po bitej drodze, lekko pod górę. Tu dawało się biec.
![]() |
| Początek trasy wygodną drogą bez błota;-) |
Zasadniczo lubię biegać za kimś. Bo wtedy mam motywację – nie gorzej niż ten ktoś przede mną. Najlepiej biega mi się za dziewczynami – bo bieg za mężczyzną to zawsze rywalizacja – coraz ostrzej, coraz szybciej i nagle okazuje się że nie ma sił, by wykonać następny krok. A za dziewczyną jest inaczej: mają one oddzielną klasyfikację, zresztą skoro dziewczyna daje radę, to ja nie dam? Zupełnie inny aspekt rywalizacji! Tu natrafiłem na trzy dziewczyny poruszające się podobnym tempem co ja– jedna szybko odpadła i została w tyle, druga w spódniczce biegowej miała parę w nogach i zyskiwała na podejściach, ale na zbiegach wyraźnie się ślizgała i zostawała w tyle i trzecia (jak za nią biegłem to puszczała do mnie oczka;-), która bardzo szybko zbiegała i miała ogólnie tempo idealne dla mnie.
![]() |
| Tu właśnie doczepiam się do dziewczyn na pierwsze 20 km |
Wreszcie punkt odżywczy – to już blisko pierwszego punktu z limitem czasu - dam rade. Niestety, bieganie po płaskim (nie mówiąc o bieganiu nawet pod lekką górę) już nie wchodziło w rachubę. Co najwyżej szybki marsz. Próbowałem zreanimować uda przy przekraczaniu rzeczki Moszczaniec (mocząc w zimnej wodzie), potem farmakologicznie stosując magnez, ale bez spektakularnych efektów. 100m biegu i nogi zamieniły się w bolące kołki.
Do punktu kontrolnego dotarłem 20 minut przed limitem i wyraźnie nie byłem ostatni. Z Moszczańca miała startować trasa JK 40, a w niej Renata, ale autokarów jeszcze nie było, tylko rozgrzewające się niedobitki, które dotarły na start własnym transportem. Potem okazało się, że organizator jednak przedłużył dla nas limit na pierwszym punkcie kontrolnym, tyle że nas o tym nie poinformował. Tzn. poinformował wpisem na FB jak już wystartowaliśmy. Nie ma co - tu wykazał się wyraźnie jakąś wyższą inteligencją, której nie ogarniam. Mając do dyspozycji dodatkowe 30 minut zwolniłbym na początku i nie musiał ponad 40 km iść i walczyć ze skurczami, zamiast radośnie podbiegać. Ci, którzy przybiegli po pierwotnym limicie w ten sposób wygrali i sporo z nich mnie wyprzedziło, choć powinni być zdjęci z trasy;-( Pozostałe punkty z limitem czasu były stanowczo mniej wymagające – idąc po płaskim w tempie ok. 7km/h i najwyżej zbiegając niezbyt szybko tam, gdzie było wyraźnie w dół spokojnie zmieściłem się w limitach, a nawet je wyprzedzałem.
Po Moszczańcu trasa już znana sprzed roku. Stanowczo mniej błotnista, sporo dróg bitych, łagodne podejście na Kanasiówkę, punkt odżywczy w Jasielu (i znowu wpadka organizatora - zabrakło już dla nas ciepłego posiłku). Na podejściu na Kanasiówkę zaczęła mnie wyprzedzać czołówka trasy JK40. Co chwila oglądałem się do tyłu i miałem nadzieję, że i Renata mnie dogoni i może mnie to zdopinguje. Niestety, nigdzie jej nie dojrzałem.
![]() |
| Zbieg do Woli Niżnej - mlask mlask po błotku |
Znowu mozolny marsz na Polany Surowiczne. Rok temu tu podbiegałem – teraz nie dawałem rady;-(
Wreszcie Chałupa – myślałem, że spotkam kogoś znajomego, ale w środku pusto. Na drodze do Chałupy widziałem samochody ze Stykami, ale tylko przemknęły i nawet nie było się jak przywitać ze znajomymi.
![]() |
| Chałupa Elektryków - selfie być musi! |
Gdzieś pod Jawornikiem zostałem na trasie sam na sam z kolejną dziewczyną - Agnieszką. Szła bardzo podobnym tempem do mojego, nie biegała z powodu jakiejś kontuzji. Do Jawornika mam uraz, bo w zeszłym roku zgubiłem się na zejściu z tej góry. We dwoje było raźniej – widomo dwie pary oczu mają większą szansę wypatrzeć wiszące na drzewach znakowania trasy. W każdym razie udało się nie zgubić drogi.
Do mety zostało z 10 km. Cały ten dystans pokonałem z Agnieszką wzajemnie dopingując się do szybkiego marszu, a co chwila wyprzedzał nas (lub my jego) podbiegający konkurent z numerkiem 151 – ostatecznie na mecie dałem mu się wyprzedzić (głupio było mi się wpychać przed towarzyszkę, która dotrzymywała mi towarzystwa).
Gdy już było słychać z dołu dochodzący głos spikera witającego na mecie kolejnych uczestników, gdy już prześwitywała łąka, z której było ostatnie zejście - zaczęło się. Błoto. Super błoto. Może nawet miejscami po kolana. Środkiem drogi ciurkał mini strumyk, błoto płynęło wesoło w wąwozie wyżłobionym przez drogę. Stromo. Odjazd! Nie zostało nic innego niż puścić się wesołym biegiem rozchlapując wokoło strumienie błota. Inni próbowali schodzić ostrożnie – tyłem, bokiem, ale tylko bieg szybszy niż ześlizg zapewniał stabilność. Udało się, ale przeżycie niezapomniane;-) W takim błocie to nawet zmaltretowane mięśnie nóg przestają boleć i sztywnieć;-)
![]() |
| Wreszcie na mecie;-) |
Autor:
Tomasz Łaski
o
22:32
Brak komentarzy:
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
Beskid Niski,
Chałupa Elektryków,
Jaga-Kora,
Jawornik,
Polańska,
Rymanów Zdrój,
trasa kurierska
Lokalizacja:
38-480 Rymanów-Zdrój, Polska
wtorek, 28 maja 2019
Jaga-Kora 40
Wiecie jak to jest, kiedy człowiek zapisuje się na imprezę pół roku wcześniej - z takiej perspektywy czasowej pomysł wydaje genialny, nie widać żadnych przeszkód czy przeciwwskazań, a wszystko wydaje się proste i łatwe. No, to tak właśnie zapisałam się na Jagę-Korę. Refleksja przyszła znacznie później, nawet później niż przypuszczałam, bo jakiś tydzień przed startem. Ale trudno - zapłacone, pokój zarezerwowany, urlop podpisany - trzeba jechać.
Zawody miały odbyć się w sobotę, my pojechaliśmy już we środę, żeby się zaaklimatyzować i założyć obozy przejściowe. W końcu prawie kilometr podejścia (na mojej trasie) to nie przelewki:-)
Od dłuższego czasu pogoda szykowała nam zdradliwą niespodziankę - po wcześniejszym okresie suszy deszcz starał się nadrobić wszystkie zaniedbania i lało, lało, lało, lało.
We środę pojechaliśmy zobaczyć miejsce mojego startu i przejść się kawałek trasą, którą Tomek pamiętał z ubiegłego roku. Jak przystało na prawdziwych orientantów, trochę się pogubiliśmy, ale spacer (mimo, że w deszczu) był całkiem przyjemny.
Kolejnego dnia sprawdziliśmy jak wygląda zbieg z ostatniej górki i wyglądał... błotniście, co oczywiście nie było żadnym zaskoczeniem. Ponadto nadleśnictwo usiłowało zniechęcić nas do górskich wędrówek stawiając takie tablice. Nam po RDS-ie niedźwiedzie już niestraszne, a zresztą co poza ślimakami wylezie w taką pogodę.
Ogólnie staraliśmy się nie nadwyrężać sił, więc nasze wycieczki nie były ani długie, ani forsowne, wieczory spędzaliśmy na basenie, a pozostały wolny czas na deptaku. W piątek odebraliśmy pakiety startowe, a na kwaterę przyjechali pozostali współlokatorzy - oczywiście wszyscy jago-korowcy.
W piątek przestało padać, a na sobotę prognozowano wręcz słońce i skok temperatury. Od razu powstał dylemat: co na siebie włożyć??? Coś nowego, coś starego, coś pożyczonego.... A, zaraz - to nie ślub. Wiadomo jednak, że żadnej kobiecie coś nowego nie zaszkodzi, więc nabyłam sobie krótkie gacie, czapeczkę z daszkiem i kurtkę przeciwdeszczową. Gacie na tyłek, czapka w plecak, a kurtka została na kwaterze. W każdym razie starałam się wyglądać najbardziej profesjonalnie, jak tylko się dało, żeby nikt się nie zorientował, że jestem totalnym amatorem.
Przed samym startem dopadł mnie atak fizjologii (a było tyle nie pić), a tu wszystkie przystartowe krzaki okazały się być już pozajmowane przez panów. Trochę niezręczna sytuacja, więc tylko ścisnęłam zwieracze i ustawiłam się na linii startu. W tym roku nie było żadnego odliczania, ani nawet ostrzeżenia, że to już - coś głośniej pyknęło, ludzie ze zdziwieniem popatrzyli po sobie i co odważniejsi ruszyli, a za nimi reszta.
Jak ja wystartowałam.... Przez kilkadziesiąt metrów utrzymywałam się gdzieś tak w połowie grupy, ale z czasem przesuwałam się coraz bardziej do tyłu, aż w końcu tylko jakieś pojedyncze jednostki zostały za mną. Kontakt wzrokowy z czołówką miałam jednak wciąż nawiązany, do czasu kiedy musiałam odwiedzić przydrożne krzaki:-)
Początkowo biegliśmy asfaltem o stosunkowo niewielkim nachyleniu, wiec było OK. Kije, które na imprezę pożyczyłam od córki, przezornie niosłam w ręku, żeby się o nie nie potknąć, bo jak na razie wszystkie dotychczasowe próby nordic walkingowania kończyły się poobijanymi przez kijki piszczelami i łydkami. No, ale jak się chce fajnie wyglądać, to kije trzeba mieć:-)
Wszystko co dobre szybko się kończy i w końcu musieliśmy zejść z wygodnej drogi i wejść w las, gdzie było błotniście i pod górę. Zaczęliśmy mozolną wspinaczkę na Kanasiówkę. Tak dokładnie to ja zaczęłam mozolną, bo inni rączo pobiegli i tyle ich widziałam. Szłam więc sobie początkowo nawet dość żwawo, usiłując przy tym nie potknąć się na kijach, które w końcu postanowiłam przetestować. Powiedzmy - przeszkadzały mniej niż przypuszczałam.
Do pierwszego punktu odżywczego było od startu 13 km. Niby niedaleko, ale po chwili zaczęło mi się nudzić. Żywej duszy dokoła, trasy specjalnie pilnować nie trzeba, planować drogi też nie, przyspieszyć ciężko, bo pod górę i po błocku. Z tych nudów zaczęłam sobie przypominać wszystkie filmiki instruktażowe do kijów i testować te dziwne ruchy wleczenia ich za sobą. Faktycznie, jak się wlecze, to nie obijają nóg.
Kanasiówka ciągnęła się w nieskończoność, ale w końcu zaczęło się wypłaszczać, pojawiła się granica, wzdłuż której mieliśmy iść kawałek (na szczęście już lekko w dół) i na koniec jeszcze ciut pod górę i wreszcie żarełko. Po drodze wydawało mi się, że jak dopadnę smakołyków, to siekierą mnie będą odrąbywać od stołu, a tymczasem wmusiłam w siebie kawałeczek banana, jednego biszkopta i kostkę czekolady. Zapiłam wodą i najedzona byłam po kokardę.
W Woli Niżnej musiałam stawić się najpóźniej cztery godziny po starcie żeby zmieścić się w limicie, ale pomimo, że wlokłam się w ogonie, wyglądało, że się spokojnie wyrobię. Szczególnie, że teraz miało być już tylko w dół. Już zbiegając z Kanasiówki przetestowałam, że moje buty dość dobrze trzymają się błota i poza ich ciężarem nic nie stało na przeszkodzie żeby rozwinąć jakąś przyzwoitą prędkość. Udało mi się przegonić jakichś setkowiczów, a w zasięgu wzroku pojawili się też inni zawodnicy. Od Jasiela biegliśmy już po asfalcie, to znaczy ja biegłam tylko jak było po równym lub w dół, żeby oszczędzać siły na dalszą trasę. Tuż przed punktem limitowym zeszliśmy z asfaltu, żeby przez niewielkie wzgórze dojść do drogi 897. Górka była niby mała, ale tak dała mi w kość, że już myślałam, że nie wlezę na nią. Wszyscy, których wcześniej wyprzedziłam, po paru metrach podejścia byli przede mną, łącznie z setkowiczami, którzy mieli już w nogach dobrze ponad 80 km. Tomek telefonicznie zameldował mi się ze swojej trasy i okazało się, że kiedy ja zaczynałam podejście, on mijał właśnie punkt limitowy. Niby blisko, ale wiedziałam, że go nie dogonię.
Drogę przez Biskupi Łan znałam dobrze, więc mentalnie byłam przygotowana na stosunkowo lekkie podejście (po asfalcie) i zbieg, przy czym podejście wcale nie okazało się takie lekkie. W zeszłym roku, jako kibic, wbiegłam tam bezproblemowo, ale teraz miałam w nogach ponad 20 km w ciężkich warunkach. No i jestem rok starsza, więc sami rozumiecie... W końcu jednak dotarłam do chałupy.
Woda, cola, dopalacz, orzeszki i... żołądek w gardle. Nie da się jeść i pić przy zmęczeniu. Miałam dość. Już się nawet zastanawiałam czy nie zostać w chałupie na zawsze, a przynajmniej do rana, ale nie wzięłam szczoteczki do zębów, lakieru do włosów i zestawu do makijażu, więc rozumie się, że nie mogłam przenocować. Jak bym wyglądała rano?? :-)
Momentu ruszenia w dalszą trasę nie dało się odwlekać w nieskończoność, szczególnie że limity czasowe, jak na moje potrzeby, były ciut krótkie. Jak to dobrze, że na Polańską ostatnio wchodziłam kilkadziesiąt lat temu i nie pamiętałam jak ona wygląda. Gdybym miała przed oczami to, co zobaczyłam kilkanaście minut później, to na pewno odmówiłabym dalszej współpracy. Zaraz, gdzie tam dalszej - ja i wcześniejszej bym odmówiła:-)
W każdym razie na podejściu wyprzedały mnie mrówki i ślimaki, a przebiegający setkowicze zatrzymywali się i z troską pytali, czy u mnie wszystko w porządku. W zasadzie - w porządku. U mnie czołganie się pod górę to raczej norma. Szłam więc sobie dwa kroczki, chwila odpoczynku, krok, odpoczynek, woda, otarcie potu z czoła, znowu krok, chwila zastanowienia - rzygać już, czy dopiero za 5 metrów, znowu krok. A czas sobie mijał i mijał. Ale jak to mówią: "wszystko przemija, nawet najdłuższa żmija", tak więc i Polańska kiedyś musiała się skończyć. Z Polańskiej płynnie przeszłam na Jawornik, nawet nie zauważając tego faktu, bo las i błoto wyglądały tak samo. Powiem Wam - to, że na trasę biegu organizatorzy zwieźli błoto z całego Podkarpacia, jakoś łyknęłam, zdarza się, jak organizator chce dogodzić uczestnikom, ale że jakieś 70% tej ilości chciało im się wnieść na odcinek od Polańskiej do mety, to już mi zaimponowało. W sumie błoto po imprezach na orientację specjalnie mnie nie rusza, ale w takiej masie musiało zrobić wrażenie.
W tamtym roku Tomek i jeszcze kilka osób zgubili się przy zejściu z Jawornika, więc pilnowałam każdej wstążeczki, żeby tylko nie zejść na manowce. Tym razem oznaczenie było super, a zwodnicza droga wręcz odgrodzona taśmą.
Za Jawornikiem miał być ostatni punkt żywieniowy. Wypatrywałam go z utęsknieniem, bo od niego miało być jeszcze tylko coś koło 7 kilometrów do mety. I do tego w dół. Minęłam pipant, na którym na profilu trasy był zaznaczony punkt żywieniowy, a tu nic. Nawet pomyślałam sobie, że pewnie już go zwinęli nie czekając na mnie, ale okazało się, że był trochę dalej niż pierwotnie planowano. Na punkcie była co prawda już tylko sama woda, ale nic więcej nie potrzebowałam. A kiedy dowiedziałam się, że do mety jest jeszcze tylko 5 km, to jakby mi skrzydła urosły u ramion.
Kawałek dalej mój szacunek dla organizatorów wzrósł pod niebiosa. W samym środku lasu, przy ścieżce ustawili wielkie lustro, żeby każda kończąca bieg kobieta mogła doprowadzić się do porządku i na mecie wyglądać elegancko. Myślę, że i panowie nie omieszkali skorzystać z okazji, ale oni pewnie patrzyli czy są wystarczająco ubłoceni, żeby wzbudzać odpowiednie poważanie u kibiców.
Powoli wyglądało na to, że w limicie zmieszczę się z palcem w nosie, ale kiedy zaczęło się robić coraz bardziej stromo i - choć wydawało się, że to już niemożliwe - coraz bardziej błotniście, zaczęłam mieć wątpliwości. Błoto wymieszane z dużą ilością spływającej wody stało się jakby mniej przyczepne i musiałam znacząco zwolnić. O ile jeszcze kilkanaście kilometrów wcześniej starałam się omijać co głębsze dziury, teraz właziłam w nie po kolana nie przejmując się niczym. Bardziej mokra i brudna i tak już przecież nie mogłam być. No, chyba, że zaliczyłabym całościową glebę… W końcu dotarłam do miejsca, gdzie doszliśmy w czasie czwartkowego spaceru i już wiedziałam, że do mety naprawdę bliziutko. A kiedy wreszcie pod nogami poczułam asfalt, to jak by kto nowe siły wlał we mnie - pognałam przed siebie dopingowana przez rymanowskich spacerowiczów. Ekipa z naszego domu, w którym nocowaliśmy, z daleka zagrzewała mnie do efektownego finiszu wykrzykując chóralnie: Re-na-ta! Re-na-ta! Re-na-ta! Aż się chciało biec.
Dałam radę! Naprawdę dałam radę! Niby jak latam na pięćdziesiątki na orientację, to czterdziestka bez pilnowania mapy powinna być dla mnie pestką, ale... Na orientację są inne limity, jest więcej okazji do odpoczynku, często jest po płaskim (no, chyba, że górskie zawody) i jeszcze Tomek mnie wspiera, kiedy mam już wszystkiego dość. Ale podobało mi się to nowe doświadczenie. Za rok planuję dobiec z lepszym czasem!
Zawody miały odbyć się w sobotę, my pojechaliśmy już we środę, żeby się zaaklimatyzować i założyć obozy przejściowe. W końcu prawie kilometr podejścia (na mojej trasie) to nie przelewki:-)
Od dłuższego czasu pogoda szykowała nam zdradliwą niespodziankę - po wcześniejszym okresie suszy deszcz starał się nadrobić wszystkie zaniedbania i lało, lało, lało, lało.
We środę pojechaliśmy zobaczyć miejsce mojego startu i przejść się kawałek trasą, którą Tomek pamiętał z ubiegłego roku. Jak przystało na prawdziwych orientantów, trochę się pogubiliśmy, ale spacer (mimo, że w deszczu) był całkiem przyjemny.
Na drodze tylko woda, ślimaki i my.
Kolejnego dnia sprawdziliśmy jak wygląda zbieg z ostatniej górki i wyglądał... błotniście, co oczywiście nie było żadnym zaskoczeniem. Ponadto nadleśnictwo usiłowało zniechęcić nas do górskich wędrówek stawiając takie tablice. Nam po RDS-ie niedźwiedzie już niestraszne, a zresztą co poza ślimakami wylezie w taką pogodę.
Proszę Państwa - oto miś...
Ogólnie staraliśmy się nie nadwyrężać sił, więc nasze wycieczki nie były ani długie, ani forsowne, wieczory spędzaliśmy na basenie, a pozostały wolny czas na deptaku. W piątek odebraliśmy pakiety startowe, a na kwaterę przyjechali pozostali współlokatorzy - oczywiście wszyscy jago-korowcy.
Sprawdzam czy zmieszczę się na mecie:-)
W piątek przestało padać, a na sobotę prognozowano wręcz słońce i skok temperatury. Od razu powstał dylemat: co na siebie włożyć??? Coś nowego, coś starego, coś pożyczonego.... A, zaraz - to nie ślub. Wiadomo jednak, że żadnej kobiecie coś nowego nie zaszkodzi, więc nabyłam sobie krótkie gacie, czapeczkę z daszkiem i kurtkę przeciwdeszczową. Gacie na tyłek, czapka w plecak, a kurtka została na kwaterze. W każdym razie starałam się wyglądać najbardziej profesjonalnie, jak tylko się dało, żeby nikt się nie zorientował, że jestem totalnym amatorem.
Wyglądam jak ultras?
Przed samym startem dopadł mnie atak fizjologii (a było tyle nie pić), a tu wszystkie przystartowe krzaki okazały się być już pozajmowane przez panów. Trochę niezręczna sytuacja, więc tylko ścisnęłam zwieracze i ustawiłam się na linii startu. W tym roku nie było żadnego odliczania, ani nawet ostrzeżenia, że to już - coś głośniej pyknęło, ludzie ze zdziwieniem popatrzyli po sobie i co odważniejsi ruszyli, a za nimi reszta.
Jak ja wystartowałam.... Przez kilkadziesiąt metrów utrzymywałam się gdzieś tak w połowie grupy, ale z czasem przesuwałam się coraz bardziej do tyłu, aż w końcu tylko jakieś pojedyncze jednostki zostały za mną. Kontakt wzrokowy z czołówką miałam jednak wciąż nawiązany, do czasu kiedy musiałam odwiedzić przydrożne krzaki:-)
Start - ostatnie chwile, kiedy mieszczę się w stawce:-)
Początkowo biegliśmy asfaltem o stosunkowo niewielkim nachyleniu, wiec było OK. Kije, które na imprezę pożyczyłam od córki, przezornie niosłam w ręku, żeby się o nie nie potknąć, bo jak na razie wszystkie dotychczasowe próby nordic walkingowania kończyły się poobijanymi przez kijki piszczelami i łydkami. No, ale jak się chce fajnie wyglądać, to kije trzeba mieć:-)
Wszystko co dobre szybko się kończy i w końcu musieliśmy zejść z wygodnej drogi i wejść w las, gdzie było błotniście i pod górę. Zaczęliśmy mozolną wspinaczkę na Kanasiówkę. Tak dokładnie to ja zaczęłam mozolną, bo inni rączo pobiegli i tyle ich widziałam. Szłam więc sobie początkowo nawet dość żwawo, usiłując przy tym nie potknąć się na kijach, które w końcu postanowiłam przetestować. Powiedzmy - przeszkadzały mniej niż przypuszczałam.
Do pierwszego punktu odżywczego było od startu 13 km. Niby niedaleko, ale po chwili zaczęło mi się nudzić. Żywej duszy dokoła, trasy specjalnie pilnować nie trzeba, planować drogi też nie, przyspieszyć ciężko, bo pod górę i po błocku. Z tych nudów zaczęłam sobie przypominać wszystkie filmiki instruktażowe do kijów i testować te dziwne ruchy wleczenia ich za sobą. Faktycznie, jak się wlecze, to nie obijają nóg.
Kanasiówka ciągnęła się w nieskończoność, ale w końcu zaczęło się wypłaszczać, pojawiła się granica, wzdłuż której mieliśmy iść kawałek (na szczęście już lekko w dół) i na koniec jeszcze ciut pod górę i wreszcie żarełko. Po drodze wydawało mi się, że jak dopadnę smakołyków, to siekierą mnie będą odrąbywać od stołu, a tymczasem wmusiłam w siebie kawałeczek banana, jednego biszkopta i kostkę czekolady. Zapiłam wodą i najedzona byłam po kokardę.
W Woli Niżnej musiałam stawić się najpóźniej cztery godziny po starcie żeby zmieścić się w limicie, ale pomimo, że wlokłam się w ogonie, wyglądało, że się spokojnie wyrobię. Szczególnie, że teraz miało być już tylko w dół. Już zbiegając z Kanasiówki przetestowałam, że moje buty dość dobrze trzymają się błota i poza ich ciężarem nic nie stało na przeszkodzie żeby rozwinąć jakąś przyzwoitą prędkość. Udało mi się przegonić jakichś setkowiczów, a w zasięgu wzroku pojawili się też inni zawodnicy. Od Jasiela biegliśmy już po asfalcie, to znaczy ja biegłam tylko jak było po równym lub w dół, żeby oszczędzać siły na dalszą trasę. Tuż przed punktem limitowym zeszliśmy z asfaltu, żeby przez niewielkie wzgórze dojść do drogi 897. Górka była niby mała, ale tak dała mi w kość, że już myślałam, że nie wlezę na nią. Wszyscy, których wcześniej wyprzedziłam, po paru metrach podejścia byli przede mną, łącznie z setkowiczami, którzy mieli już w nogach dobrze ponad 80 km. Tomek telefonicznie zameldował mi się ze swojej trasy i okazało się, że kiedy ja zaczynałam podejście, on mijał właśnie punkt limitowy. Niby blisko, ale wiedziałam, że go nie dogonię.
Drogę przez Biskupi Łan znałam dobrze, więc mentalnie byłam przygotowana na stosunkowo lekkie podejście (po asfalcie) i zbieg, przy czym podejście wcale nie okazało się takie lekkie. W zeszłym roku, jako kibic, wbiegłam tam bezproblemowo, ale teraz miałam w nogach ponad 20 km w ciężkich warunkach. No i jestem rok starsza, więc sami rozumiecie... W końcu jednak dotarłam do chałupy.
Drugi punkt odżywczy, a tak prywatnie - miejsce poznania Tomka (28 lat temu).
Woda, cola, dopalacz, orzeszki i... żołądek w gardle. Nie da się jeść i pić przy zmęczeniu. Miałam dość. Już się nawet zastanawiałam czy nie zostać w chałupie na zawsze, a przynajmniej do rana, ale nie wzięłam szczoteczki do zębów, lakieru do włosów i zestawu do makijażu, więc rozumie się, że nie mogłam przenocować. Jak bym wyglądała rano?? :-)
Momentu ruszenia w dalszą trasę nie dało się odwlekać w nieskończoność, szczególnie że limity czasowe, jak na moje potrzeby, były ciut krótkie. Jak to dobrze, że na Polańską ostatnio wchodziłam kilkadziesiąt lat temu i nie pamiętałam jak ona wygląda. Gdybym miała przed oczami to, co zobaczyłam kilkanaście minut później, to na pewno odmówiłabym dalszej współpracy. Zaraz, gdzie tam dalszej - ja i wcześniejszej bym odmówiła:-)
W każdym razie na podejściu wyprzedały mnie mrówki i ślimaki, a przebiegający setkowicze zatrzymywali się i z troską pytali, czy u mnie wszystko w porządku. W zasadzie - w porządku. U mnie czołganie się pod górę to raczej norma. Szłam więc sobie dwa kroczki, chwila odpoczynku, krok, odpoczynek, woda, otarcie potu z czoła, znowu krok, chwila zastanowienia - rzygać już, czy dopiero za 5 metrów, znowu krok. A czas sobie mijał i mijał. Ale jak to mówią: "wszystko przemija, nawet najdłuższa żmija", tak więc i Polańska kiedyś musiała się skończyć. Z Polańskiej płynnie przeszłam na Jawornik, nawet nie zauważając tego faktu, bo las i błoto wyglądały tak samo. Powiem Wam - to, że na trasę biegu organizatorzy zwieźli błoto z całego Podkarpacia, jakoś łyknęłam, zdarza się, jak organizator chce dogodzić uczestnikom, ale że jakieś 70% tej ilości chciało im się wnieść na odcinek od Polańskiej do mety, to już mi zaimponowało. W sumie błoto po imprezach na orientację specjalnie mnie nie rusza, ale w takiej masie musiało zrobić wrażenie.
Między Polańską a Jawornikiem.
Za Jawornikiem miał być ostatni punkt żywieniowy. Wypatrywałam go z utęsknieniem, bo od niego miało być jeszcze tylko coś koło 7 kilometrów do mety. I do tego w dół. Minęłam pipant, na którym na profilu trasy był zaznaczony punkt żywieniowy, a tu nic. Nawet pomyślałam sobie, że pewnie już go zwinęli nie czekając na mnie, ale okazało się, że był trochę dalej niż pierwotnie planowano. Na punkcie była co prawda już tylko sama woda, ale nic więcej nie potrzebowałam. A kiedy dowiedziałam się, że do mety jest jeszcze tylko 5 km, to jakby mi skrzydła urosły u ramion.
Kawałek dalej mój szacunek dla organizatorów wzrósł pod niebiosa. W samym środku lasu, przy ścieżce ustawili wielkie lustro, żeby każda kończąca bieg kobieta mogła doprowadzić się do porządku i na mecie wyglądać elegancko. Myślę, że i panowie nie omieszkali skorzystać z okazji, ale oni pewnie patrzyli czy są wystarczająco ubłoceni, żeby wzbudzać odpowiednie poważanie u kibiców.
Takie lustro powinno być na każdych zawodach!
Powoli wyglądało na to, że w limicie zmieszczę się z palcem w nosie, ale kiedy zaczęło się robić coraz bardziej stromo i - choć wydawało się, że to już niemożliwe - coraz bardziej błotniście, zaczęłam mieć wątpliwości. Błoto wymieszane z dużą ilością spływającej wody stało się jakby mniej przyczepne i musiałam znacząco zwolnić. O ile jeszcze kilkanaście kilometrów wcześniej starałam się omijać co głębsze dziury, teraz właziłam w nie po kolana nie przejmując się niczym. Bardziej mokra i brudna i tak już przecież nie mogłam być. No, chyba, że zaliczyłabym całościową glebę… W końcu dotarłam do miejsca, gdzie doszliśmy w czasie czwartkowego spaceru i już wiedziałam, że do mety naprawdę bliziutko. A kiedy wreszcie pod nogami poczułam asfalt, to jak by kto nowe siły wlał we mnie - pognałam przed siebie dopingowana przez rymanowskich spacerowiczów. Ekipa z naszego domu, w którym nocowaliśmy, z daleka zagrzewała mnie do efektownego finiszu wykrzykując chóralnie: Re-na-ta! Re-na-ta! Re-na-ta! Aż się chciało biec.
Uff, starczyło medali!
Dałam radę! Naprawdę dałam radę! Niby jak latam na pięćdziesiątki na orientację, to czterdziestka bez pilnowania mapy powinna być dla mnie pestką, ale... Na orientację są inne limity, jest więcej okazji do odpoczynku, często jest po płaskim (no, chyba, że górskie zawody) i jeszcze Tomek mnie wspiera, kiedy mam już wszystkiego dość. Ale podobało mi się to nowe doświadczenie. Za rok planuję dobiec z lepszym czasem!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























