Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rymanów Zdrój. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rymanów Zdrój. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 czerwca 2024

Jaga-Kora po raz siódmy

Już od 7-ciu lat maj wiąże się u nas z Beskidem Niskim. Beskidem Niskim, Chałupą Elektryków i oczywiście Ultramaratonem Jaga-Kora. Ostatnio biega już tylko połowa naszej rodziny, a druga tylko hałasuje;-). No dobra, ostatnio to bieganie także mi nie wychodziło – kontuzje nie pozwalały ukończyć setki. Ale co tam na 60-te urodziny może wreszcie setkę przebiegnę;-) 

Na razie, doleczając skręcenie stawu skokowego i awarię rozcięgna, zdecydowałem się tylko na marne 42 km. Niby nie dużo, ale miesiące bez biegania dały zerową kondycję plus walka z czasem, by zaleczyć ten staw skokowy i dodatkowo obawa, by nie zejść w połowie z trasy z powodu bólu ostrogi piętowej… 

Do Rymanowa tradycyjnie przyjechaliśmy wcześniej. Zaaklimatyzować się i pomagać. Tradycyjnie już znakowaliśmy trasę, którą miałem potem biec. Potem następnego dnia w piątek jeszcze awaryjnie kolejny kawałek, którego nie miał kto oznakować. 

Znakujemy trasę zaczynając od Puław

Na skręcie w Darowie ludzie lubią biec w lewo zamiast w prawo więc trzeba dobrze oznaczyć skręt!

Atrakcja główna czyli Wisłok pokonywany w bród

W piątek to Renata już poszła do regularnej pracy w sekretariacie, a ja szwendałem się po okolicy i dałem się podpuścić reklamie. 

Numer startowy odebrany - bez tego nie da się wypożyczyć butów

A ścianka to typowe miejsce gdzie firmowa Pani Fotograf  Magdalena się uwija z aparatem;-)

Także się nadstawiłem do zdjęcia:-)

Od kilku lat już, na Jaga-Korze przed startem można wypożyczyć buty. Ot, taka akcja promocyjna firmy ASICS. I sporo ludzi kręciło się, przymierzało i wypożyczało buty na bieg. Za friko, czy właściwie za wypełnienie ankiety – czyli dalej za friko. Wreszcie podszedłem i ja. Niby 40 km da się i w trampkach przebiec (pierwsze buty biegowe kupiłem po… pół litra czyli 10-ciu pięćdziesiątkach, a tak trampki z Lidla dawały radę). Dali mi do ręki jakiś taki fikuśny model z 12-tką w nazwie ( o prawie dokładnie taki ). Przymierzyłem. Nie najlżejsze, ale od spodu „słonina” – może będzie lepiej na moją bolącą piętę? Zawsze mogłem w nich nie pobiec. 

W sobotni poranek pierwsza wstała Renata i poszła odpracowywać swoje w sekretariacie. Ja mogłem się powylegiwać chwilkę dłużej, aż wreszcie wstałem, zjadłem, włożyłem zdobyczne ASICSy na nogi i podreptałem na start. 

Na starcie większość osób nieznanych – 40stkę biegłem tylko raz 6 lat temu, a tak obstawiałem dłuższe dystanse. Gdzieś mi mignęła w tłumie znajoma twarz Gosi, którą widziałem na liście startowej. 

Start z mojej perspektywy

 

A tak to wyglądało od strony Renaty;-)

Chwila oczekiwania, odliczanie i ruszyliśmy. Ja spokojnie na szarym końcu, jakoś tak bez kondycji. Gdzieś mignęła mi Renata fotografująca mój start i pobiegliśmy. Jak zwykle na początku wszyscy wyrwali do przodu. Po kilometrze pierwsze osoby zaczęły przechodzić do marszu (początek jest bitą drogą leciutko pod górkę). Przed pierwszym podbiegiem pomachałem Gosi, którą wreszcie znalazłem w tłumie. Potem zaczęły się góry. Już na pierwszym podejściu poczułem ręce. W piątek pomagałem w sekretariacie i przeniosłem z tonę piwa bezalkoholowego dla wpadających na metę i niestety już tu zaczęły mnie boleć łokcie. Oj będzie ciężko! Zbiegi szły trochę lepiej, choć przez piętę i ten staw skokowy ciągle biegam asekuracyjnie- wiadomo, że w górach kluczem do sukcesu są zbiegi – myk polega na tym, by nie hamować zbiegu, bo wtedy poczujesz to w udach. Ja minimalnie hamowałem niestety. 

Od początku mijałem się z kilkoma osobami. Raz ja byłem szybszy, raz oni. Ale wiadomo – pogaduszki zaczynają się gdy jest ciężko, tak na 50-tym kilometrze, a nie na początku, gdy każdy biegnie ile fabryka daje.

 Zbieg do Puław

 Co do pogody, to raczej lipcowa niż majowa. Upał. Słońce. Typowi ultramaratończycy piszą po (lub przed) biegu na którym kilometrze wciągają jaki żel, czym popijają i inne takie sprawy. Ja bez wody daję radę biec do dwóch godzin. Akurat do Puław i pierwszego punktu żywieniowego. Tym razem było podobnie – do Puław wystarczyła mała butelka mocowana do szelek – to tak dla tych, co pasjonują się takimi rzeczami:-) 

Podeście za Puławami - dwa dni temu je znakowałem;-)

Od Puław zaczynał się odcinek, który znakowaliśmy w czwartek. Jak na razie wszystko dobrze. No, może poza rękami, które nie dają rady normalnie pracować z kijkami przy podejściach. A było nie nosić tego piwa! Wymyślam jakąś technikę popychania się kijkami bez zginania łokci. Nie daje to takiego wsparcia jak powinno przy podejściach, ale do mety niedaleko, bo zbliżam się do połowy trasy. 


 Zbieg do Darowa

Około 24-go kilometra zaczęła dokuczać mi pięta. Asfalt w Darowie. Pomimo, że droga w dół, to tempo takie, jakby biegła pod górę. Może to zmęczenie, a może to buty. Nie wiem. Biegnąc w tych ASICSach miałem wrażenie, że nie jestem w stanie się rozpędzić. Co do reszty, buty sprawują się dobrze. Słonina chyba swoje zrobiła, bo liczyłem, że piętę poczuję już po 10-ciu kilometrach. Jakiś obtarć na razie nie czuć. 

Na drodze wzdłuż potoku Surowicznego (przez 7 rzek) nawet nie próbuję podbiegać. Po prostu jakoś się nie daje, a ja czekam aż ibuprom zacznie działać i zapomnę troszkę o pięcie. 

 Tuż tuż przed Chałupą Elektryków

 
Ostatni zakręt uchwycony przez firmowego fotografa

Renata robi hałas

A ja wbiegam do Chałupy;-)


Chałupa – tu Renata robi hałas;-) Dobrze, że nie robi takiego hałasu w domu, ale dla biegnących to fajny doping – czujesz się doceniony wbiegając na punkt żywieniowy, gdy ktoś ciebie dopinguje.. Długo w Chałupie się nie zatrzymuję – „kociołek” by mi chlupał w brzuchu, nalewki nie pijam, arbuz jest trujący, żelek nie znalazłem (a podobno były i Renia nie podsunęła mi ich pod nos;-( ). 

Dobrze że "pracy" Żona nie przynosi do domu;-)

Tu Renata zapomina wskazać mi żelek;-)
 
Przede mną Polańska. Staram się szybko wdrapać na szczyt, ale ktoś mnie dogania. No niestety, to chyba PESEL daje znać o sobie. Owszem, przed chałupą wyprzedziłem kogoś z wyglądu wskazującego na moja kategorię wiekową, ale z młodością ciężko konkurować;-) 

Ostatni raz gry tędy biegłem (2 lata temu 70-tka) z Polańskiej tylko schodziłem – tu podbiegałem, choć zaczynam już czuć uda. Brak treningu i ta asekuracja przy zbiegach na początku dają o sobie znać. Ale wszystkie zbiegi zbiegam. Nawet nad Wisłoczkiem utrzymuję sensowne tempo (no tak, zwykle tu byłem już na 60-tym, a nie trzydziestym którymś kilometrze). 

Za Wisłoczkiem koncertowo gubimy się. Tam gdzie za pierwszych edycji bywał punkt wodopojowy z ewentualnymi resztkami z pierwszych punktów, tam gdzie trasa schodzi z drogi bitej w las. Zabrakło kilku wstążek i człowiek przede mną pognał ścieżką obok. Szybko odkryłem brak znaczników, ale ze 300 metrów nadrobiłem. Nie tylko ja – przede mną chyba ze dwie osoby co zrobiły więcej i po mnie kolejne. W przyszłym roku chyba zgłoszę się do znakowania tego fragmentu trasy;-)

Meta - wiadomo, że biega się dla medalu;-)

Końcówka. W tym roku zabrakło lustra na trasie, więc nie mam pamiątkowego zdjęcia na 3 km przed metą. Na asfalcie do mety ścigałem się z dwoma chłopkami. Jednego łapały skurcze i wydawało się, że nie dobiegnie do mety. Drugi podbiegał i stawał. Ja truchtałem miarowo. Nie dawałem rady przyspieszyć. Na 70-tce zawsze schodziłem tu dobrze poniżej 6 min/km, praktycznie gdzieś tak do 5-ciu. Teraz nie szło. W efekcie obaj rywale na ostatnim odcinku mnie wyprzedzili :-( Ale oczywiście jest w kolekcji kolejny medal i satysfakcja z potruchtania po górach. 

Czekamy na ostatnich zawodników

Pierwotnie planowałem jeszcze spacerek do Chałupy, ale biegłem dłużej niż planowałem i łokcie wraz udami wybiły mi ten pomysł z głowy. 

Zbieranie oznaczeń z trasy to także fajna fucha - w tym roku była do tego kolejka chętnych;-)

 

W takich butach przybiegłem

Wracając do butów – sprawiły się znośnie. Ten brak prędkości – to wcale może nie być ich wina tylko moja;-) Gruba podeszwa na duży plus - dobrze izoluje od podłoża i jak na swoją grubość bardzo dobrze się zgina (zwykle używam butów z cieńsza podeszwą). Bieżnik – zadowalający – na wilgotnej glinie nie ślizga się, ale gdy mamy błoto, to but już jeździ koncertowo w każdym kierunku (tu nie ma porównania z budżetowym butem z Decathlonu, który na Słynnym Beskidzkim Błocie radzi sobie wyśmienicie). Jakiejś niewygody nie odczuwałem, ale miałem w bucie własne wkładki korekcyjne. Po zmianie buta na mojego inov-8 na powrót na kwaterę (w którym pierwotnie miałem biec) – spora różnica w cholewce (ASICS ma masywną, ciężką, ale nie trzyma on dobrze pięty i minimalne podrażnienie następnego dnia odkryłem na tylnej części pięty) i przestrzeni w bucie – Inov-8 daje więcej luzu środkowej części stopy na boki co jest istotne przy dłuższych biegach. Następnego dnia odkryłem jeszcze bąbel pod małym paznokciem – to może moje zaniedbanie z długością paznokcia albo raczej właściwość buta dająca mało luzu stopie w środku.
Z pozytywnych rzeczy o bucie – prosty patent z gumką i but nie rozwiązuje się w czasie biegu. W ramach podsumowania – jak macie okazję pobiegać gdzieś w ASICSu, to biegajcie. Nie bójcie się „wypożyczenia”. Na pewno wielu się to spodoba (starzy bywalcy brali w „ciemno” konkretny model w tej „wypożyczalni”) i na pewno w takich butach daje się dotrzeć na metę bez większych komplikacji.
Tylko lepiej nie pytajcie o cenę butów w których biegniecie…. 

A co do planów na przyszłość – za rok będę startował w kategorii 60+ - w tym roku nie było nikogo w tej kategorii, więc wreszcie będę miał szansę na pudło!!:-) 


 

sobota, 27 maja 2023

Jaga Kora czyli tłuczenie miski.

Już w grudniu zeszłego roku wiedziałam, że w Jadze Korze nie pobiegnę. Nie żebym miała jakieś objawienie, to raczej mój ortopeda je miał. Uznawszy więc, że zdrowe nogi będą mi potrzebne na Wawel Cup, Jagę odpuściłam. Tymczasem Tomek poszedł na całość i zapisał się na najdłuższą trasę - 100 km. Od razu sobie pomyślałam: Chłopie, przecież tego nie ukończysz!, ale co mu tam będę mówić - niech sobie pomarzy. W międzyczasie kombinowałam jak zagospodarować siebie podczas tych kilku dni w Rymanowie i w końcu wykoncypowałam - zgłoszę się jako wolontariuszka. Moja propozycja pomocy została przyjęta wręcz z entuzjazmem, więc i ja miałam widoki na swoją Jagę Korę. Do kompletu jeszcze zwerbowałam Anię, która przyjeżdżała z Barbarą (kolejna fanka setki), ale nie biegła żadnej trasy.
Najpierw Kamil wysondował stan mojego układu ruchu, po czym przydzielił znakowanie trasy w czwartek. Pełen entuzjazm, bo w czwartek i tak planowaliśmy połazić po okolicy. Kolejna propozycja to dyżur w biurze zawodów w piątek do północy. Jasne, że przyjdę! Za jakiś czas padło hasło: sobota od 5.30 - biuro, a potem Polany Surowiczne. Tu skakałam pod sufit z radości. Nie, nie na tę 5.30, tylko na Polany. Przez długi czas byłam pewna, że propozycja piątkowa i sobotnia są rozłączne, no bo kiedy spanie??? Zupełnie zapomniałam, że organizatorzy przecież nie sypiają... i pomagam zarówno w piątek, jak i w sobotę. No, ale spoko. Zaniepokoiłam się dopiero przy kociołku. Kociołkowy miał w tym roku nie dotrzeć i ktoś musiał tę zupę ugotować. Niby na Polanach już gotowałam na 60 osób, ale 30 lat temu i na piecu, a nie na ognisku. Aż mi oczy wyszły z orbit z przerażenia na tę propozycję, no ale co? Ja? Ja nie dam rady? Panie, nie takie rzeczy my ze szwagrem po pijaku... Na szczęście po kilku dniach okazało się, że kociołek jednak zostanie ogarnięty i mogłam odetchnąć z ulgą.
Do Rymanowa przyjechaliśmy we środę wieczorem. Pogoda była taka sobie, żeby nie powiedzieć wręcz. Zimno i mokro. Niby w czwartek miało się ciut przejaśnić po jedenastej, ale wiadomo jak to z prognozami. Wpół do jedenastej w czwartek spotkaliśmy się z Kamilem w Moszczańcu, skąd wywiózł nas do Puław, obdarował taśmami, sprejem, patyczkami i instrukcjami co i jak. A potem wziął i odjechał. 
Ruszyliśmy. 
 
Pełni entuzjazmu idziemy spełnić swoją powinność.
 
Deszcz, który miał ustać po jedenastej, chyba zapomniał obejrzeć prognozy pogody i wciąż padał - raz mocniej, raz słabiej. Wcale nas to nie zniechęcało. Po wejściu w las było trochę lepiej, oczywiście jeśli nie trąciło się gałęzi, bo wtedy zimny prysznic.
Zgodnie z prikazem gęsto wieszaliśmy taśmy, nawet tam, gdzie z jednej strony drogi był elektryczny pastuch, a z drugiej... też elektryczny pastuch. Ale bo to wiadomo, gdzie się komu zechce zboczyć z drogi:-)
Wszędzie tam, gdzie trasa zmieniała kierunek, zgodnie z zaleceniem Kamila, obwieszaliśmy okolicę jak choinkę bożonarodzeniową, dodatkowo szprejując strzałki na ziemi. Mam nadzieję, że wyszło dobrze i nikt nie miał problemów. W kilku miejscach z powodu zwalonych drzew wytyczyliśmy małe obejścia, a jeden to nawet duży.
 
Pasmo Bukowicy.
 
Tak sobie szliśmy, wieszaliśmy, podziwialiśmy okolicę i w końcu naszła mnie refleksja, że znakowanie trasy jest dużo, dużo lepsze od samego biegu - wreszcie jest czas żeby podelektować się pobytem w lesie, nawąchać czosnku niedźwiedziego, popatrzeć na widoczki, a jak się człowiek zmęczy, to i przysiąść można (no dobra - mokro, to nie można, ale teoretycznie).
 
Musieliśmy uważać na niedźwiedzie.
 
Kiedy dotarliśmy do Darowa i czekało nas forsowanie Wisłoka, byłam już dobrze zmarznięta i trochę obawiałam się tej przeprawy, choć z drugiej strony z niecierpliwością na nią czekałam. Woda w rzece była dość wysoka jak na bród, a mocny nurt nieco utrudniał utrzymanie równowagi. Za to wcale nie była taka lodowata jak się spodziewałam. 
 
Chwila ochłody.
 
W końcu pokonaliśmy wszystkie wodne przeszkody i niedługo potem wyszliśmy na asfalt w Moszczańcu. Jeszcze tylko dojście do samochodu i fajrant - można wracać grzać się i suszyć.

W piątek już przed dwudziestą stawiłyśmy się z Anią w biurze zawodów, a Tomek i Barbara zostali zbierać siły przed startem. Wcześniejsza ekipa przekazała nam swoje obowiązki, po czym oddaliła się i zostałyśmy same. Same jak same - obok rozsiadły się BYTYJANA, w razie gdyby ktoś boso zjawił się na biegu, a co jakiś czas pojawiali się biegacze po pakiety startowe. W sumie to nie miałyśmy dużo roboty, bo przecież kontakt z zawodnikami był przyjemnością, a nie pracą. 
 
Wydajemy pakiety startowe.
 
Przed północą zjawił się Tomek z Barbarą. Bardzo ich wypatrywałyśmy, głównie z tego powodu, że obydwoje mieli klucze od pokojów, a nie chciałyśmy spać  byle gdzie. Chociaż w sumie - ileż to tego spania nas czekało, jak o 5.30 miałyśmy być z powrotem.
Noc z piątku na sobotę rzeczywiście okazała się za krótka i rano (rano? w środku nocy!) wstałam w formie zombi. Czas miałam wyliczony niemal co do sekundy, a tu jak na złość nie umiałam wyłączyć alarmu w telefonie. Piszczał i piszczał, ja nerwowo naciskałam, przesuwałam, dotykałam i wszystko co tylko przyszło mi do głowy, a tu nic. Co gorsza - usłyszałam ruch za ścianą - znaczy się : obudziłam sąsiadów:-( Dopiero po dwóch minutach udało mi się uciszyć gadzinę. No, ale te dwie minuty byłam w plecy. Zagęściłam więc ruchy, żeby zdążyć wypić kawę, bo bez tego ani rusz i jakoś udało się, a nawet na dole byłam kilka sekund przed Anią. 
Teraz następowała gorsza część imprezy - jazda samochodem, co zawsze jest dla mnie stresem, kiedy występuję w roli kierowcy, a nie pasażera. Na szczęście o tak nieludzkiej porze większość ludzi śpi, więc drogi miałam puste. Przed wyjazdem na Polany Surowiczne jeszcze półtorej godziny wydawałyśmy pakiety i wypatrywały "naszych", którzy powinni lada moment zjawić się na przepaku. Kiedy w końcu dotarli, ku naszemu wielkiemu rozczarowaniu oznajmili, że schodzą z trasy, nóżki im się zepsuły i odpadły i w ogóle. To, że nie ukończą, to ja wiedziałam, ale że poddadzą się tak szybko??? I teraz co? Oni pójdą spać, a my jak głupie pojedziemy na Polany? W końcu krakowskim targiem ustaliliśmy, że jak odpoczną, to spacerkiem przyjdą do nas, a potem razem wrócimy. Tak uspokojone mogłyśmy już jechać.
Kiedy dotarłyśmy na miejsce część ekipy, która wyjechała wcześniej, uwijała się już przy stole, Tomek (nie nasz) przy ognisku szykował kociołek, a Bartek robił nastrój. Na zawodników natomiast  musieliśmy jeszcze trochę poczekać. 
Jako pierwsi pojawili się ci z najkrótszej trasy. Ku naszemu zawodowi cała czołówka ominęła punkt żywieniowy i od razu pognali na Polańską machając nam tylko z daleka. A my tak się staraliśmy:-( W końcu jednak znaleźli się tacy, którzy do nas zajrzeli i wreszcie mogliśmy się wykazać.
 
 W pełnej gotowości.
 
Ale zaraz, zaraz! Nasze wątłe oklaski (no bo ile hałasu zrobi kilka par rąk?) to trochę za mało na entuzjastyczne powitanie. Hałas! Potrzeba nam hałasu! Wpadłam do chałupy z okrzykiem: Gaaarneeek! I coś do walenia! Staszek (chatkowy) ze stoickim spokojem wskazał kuchnię, a tam od razu wypatrzyłam idealną miskę i nie mniej idealną (aczkolwiek z lekka nadgryzioną) chochelkę. Tak uzbrojona mogłam już witać przybywających. Waliłam w michę bez opamiętania i czułam, że właśnie odkrywam swoje powołanie życiowe. Znalazłam swoją małą niszę i zostałam miskową. Początkowo moje walenie w michę wzbudzało powszechny aplauz, jednak z czasem zauważyłam, że we wzroku niektórych osób z ekipy pojawia się coraz silniejsza żądza mordu. Tak dla bezpieczeństwa (własnego) oddalałam się z tym bębnieniem coraz dalej, ale też nie mogłam za daleko, żeby zdążyć dobiec do stołu z napojami, które pomagałam zawodnikom wlewać do butelek i bukłaków. 
Po jakimś czasie do chałupy dotarła żona jednego z zawodników zaopatrzona w dzieci, bębenek i duży dzwonek. O, jaki udawało nam się razem robić piękny hałas... Co tu dużo dyskutować - każdy jeden zawodnik zasługuje na oklaski, obębnienie i obdzwonienie i taka była nasza misja.
 
Full service.
 
Kiedy dotarł do nas Tomek z Barbarą byłam już mistrzem świata walenia w miskę, a ponieważ skądś wzięły się cztery mniejsze dzwonki, zatrudniłam Tomka jako dzwonkowego. 
 
 
 
Tak dla bezpieczeństwa ustawialiśmy się coraz dalej od centrum punktu (ta żądza mordu), w końcu przy samym ogrodzeniu, ale dzięki temu mogłam walić wbiegającym uczestnikom prosto w uszy. Chyba nikt nie może złożyć skargi, że był witany na punkcie bez należnego entuzjazmu. 
Jest natomiast od niektórych uczestników postulat rozszerzenia kadry o duchownego, bo były osoby, które wczołgując się na punkt błagały o ostatnie namaszczenie. Niestety, z rzeczy ostatecznych mieliśmy tylko cmentarz łemkowski po sąsiedzku. Jakoś nikt nie skorzystał.
Ogólnie na punkcie było bardzo wesoło. Część rozrywek organizowaliśmy sobie sami, część dostarczali uczestnicy, a część fotografowie, których w szczytowym momencie było w Polanach aż czworo (wliczając w to "naszą" Kasię). Teraz już wiem dlaczego za każdym razem w poprzednich latach, kiedy docierałam na Polany jako uczestnik wcale, ale to wcale nie chciałam ruszać dalej. Na Polanach jest po prostu najlepiej!
 
Bawimy się równie dobrze jak zawodnicy.
 
Wszystko co dobre szybko się kończy, nadszedł więc czas, kiedy na punkt dotarł ostatni zawodnik i nasz dalszy pobyt w tym cudownym miejscu nie był już niczym uzasadniony. Spakowaliśmy manatki, ogarnęli teren, żeby gospodarzom nie zostawiać syfu, pożegnaliśmy Staszka i ruszyliśmy w stronę Rymanowa.

Nawet taśmy z trasy już sprzątnięte.
 
Szkoda, że już po wszystkim. Choć kolejna edycja dopiero za rok, to już zaczynam zastanawiać się czy pobiec, czy jednak ponownie realizować się w tłuczeniu miski. Jak myślicie?

sobota, 28 maja 2022

Jaga-Kora 2022 TV

Jaga Kora po raz czwarty i na pewno nie ostatni.

W myśl zasady - mierz siły na zamiary, nie zamiar podług sił - w tym roku na Jagę Korę zapisałam się na najkrótszą trasę - 19 km. Pewnie, że trochę mi było szkoda trasy czterdziestki, ale nie chciałam trzeci raz z rzędu być uczestnikiem specjalnej troski, czyli wlec się na końcu w towarzystwie zamykającego stawkę. Aczkolwiek - nie powiem - moi "opiekunowie" byli za każdym razem przeuroczymi i pomocnymi osobnikami. Tomek w zeszłym roku poległ na setce, więc też ciut odpuścił i postanowił biec siedemdziesiątkę.
Tradycyjnie do Rymanowa Zdroju przyjechaliśmy dwa dni wcześniej, żeby się zaaklimatyzować, pozakładać obozy przejściowe, wynająć szerpów i ogarnąć te wszystkie organizacyjne sprawy.
W piątek postanowiliśmy przymierzyć się do naszych tras, wiec wybraliśmy się na wycieczkę na Przymiarki. Poszło szybko, sprawnie i niemal bez zmęczenia, więc uznaliśmy, że jest dobrze. 
 
Tomek na Przymiarkach.

I ja też.

Wieczorem odebraliśmy pakiety startowe i pozostało tylko przygotować plecaki i wyspać się. 
Tomek startował już o szóstej rano, mój autobus wywożący na start odjeżdżał 7.50. Startowałam z łąki w Moszczańcu, skąd do Chałupy na Polanach Surowicznych mieliśmy raptem pięć kilometrów z hakiem. Po drodze mieliśmy do pokonania Wisłok i Potok Surowiczny (kilka razy), ale ani jednej górki - tylko w dół lub po równym. Bardzo mi się to podobało, bo oznaczało, że wchodząc na Polańską będę jeszcze w pełni sił.
 
Przed startem.
 
Na dany znak, po odliczeniu od dziesięciu do zera, ruszyliśmy. Starałam się biec w środku grupy i pierwsze kilkaset metrów nawet mi się udało. Potem niepostrzeżenie zaczęłam przesuwać się na coraz dalszą pozycję, aż w końcu stawka ustabilizowała się i wciąż nie byłam na szarym końcu.

Ruszyliśmy.

Już przy pierwszej wodzie powstał zator, bo nikt nie chciał sobie zamoczyć bucików. Ja bym tam chętnie cała plasnęła w wodę, ale co się będę wyrywać przed szereg. Grzecznie ustawiłam się w kolejce i po kamykach pokonałam rzekę.

Tam na środku rzeki to ja.
 
Niechęć do wody może brała się stąd, że ta edycja była wyjątkowo sucha - deszcz nie padał od dawna, zero błota, strumyki płyciutkie, więc każdy zakodował sobie, że biegnie na sucho.
Te kilka kilometrów do Polan biegłam za bardzo wesołą grupką i dopóki dystans między nami się nie powiększał, wiedziałam, że nie jest źle. Zresztą, co to jest te pięć kilometrów. Nawet tak sobie kombinowałam, że może by nie wchodzić na punkt żywieniowy, tylko od razu lecieć na Polańską, ale przypomniałam sobie, że przecież muszę zaliczyć punkt pomiarowy, żeby nie wypaść z systemu.

Mijam pomiar czasu.
 
W Chałupie pierwszą osobą na jaką się natknęłam była Gosia, z którą nie widziałyśmy się już chyba ze dwa lata (jak nie lepiej).  Po powitaniach i złapaniu smakołyków ze stołu, zaordynowałam krótką sesję fotograficzną, łyknęłam kubek coli i nie tracąc więcej czasu ruszyłam na spotkanie Strasznej Góry.

Punkt żywieniowy na Polanach Surowicznych.
 
W sumie w Polańskiej najgorsze jest to w miarę łagodne podejście przed dojściem do lasu. Ono niby łagodne, ale ma taki wredny kąt nachylenia, że mi bardzo nie pasuje. Do tego kiedy przygrzewa słońce, nie ma się gdzie przed nim schować, człowiek się piecze, a wiadomo, że człowiek pieczony, to człowiek bardzo powolny. Szłam więc krok za krokiem, ale starałam się nie robić przystanków i tylko jak mantrę powtarzałam w myślach - niech spadnie deszcz, niech spadnie deszcz... W zeszłym roku właśnie dzięki odgórnemu chłodzeniu bezproblemowo i sprawnie weszłam na szczyt.
Gdzieś w połowie podejścia, jak zawsze, usadowił się fotograf. Usiłowałam już z daleka przybrać radosny wyraz twarzy, ale najwyraźniej z mizernym skutkiem, bo fotograf zawołał:
- Uśmiechnij się!
Robiłam co mogłam i któraś próba w końcu się udała (no, mniej więcej). Oto efekt:
 
Uśmiechnij się! - próba jedenasta.
 
Z kolei przy wejściu do lasu kazałam sobie trzasnąć tradycyjną fotkę z buhajem, bo robię co roku, więc w sumie to już taka nowa świecka tradycja.

"Proszę nie zbliżać się do stada - w stadzie znajduje się buhaj."

Przy buhaju zaczęło kropić. Moje prośby, z lekkim opóźnieniem, ale zostały wysłuchane. Im mocniej padało, tym szybciej szłam pod górę. Niestety, tak się skupiłam na prośbach o deszcz, że zupełnie zapomniałam o prośbach o jego zakończenie i niemal do samej mety padało mi na głowę - raz mocniej, raz słabiej. Na leśnym kawałku Polańskiej po raz pierwszy w życiu udało mi się kogoś wyprzedzić i to dodało mi skrzydeł. Tuż za Polańską wyprzedziłam kolejną grupkę, chociaż akurat ci zawodnicy, gdyby chcieli, polecieli by dużo szybciej. Na szczęście nie chcieli:-)
Na odkrytym odcinku za Jawornikiem znowu usiłowałam wdzięcznie szczerzyć się do aparatu i nawet pomachałam, żeby mnie fotograf nie zignorował. No i udało się - mam fotkę z trasy.

Coraz mniej pada - lasy zaczynają parować.

Jakieś cztery, pięć kilometrów przed metą organizatorzy jak co roku postawili w lesie duże lustro, żeby każdy mógł się doprowadzić do porządku, bo co im na metę będą wpadać jakieś rozczochrane, czy rozmazane i brudne osobniki.
 
 Pod koniec trasy to już byłam trochę niewyraźna.
 
Na polanach w okolicach Wołtuszowej dostałam takiego przyspieszenia, że chyba pobiłam swój rekord życiowy. W sumie to tak trochę przez przypadek, bo jak się rozpędziłam z górki, to już za nic nie mogłam wyhamować i tak leciałam z obłędem w oczach modląc się, żeby się tylko nie potknąć i wyhamować nie na drzewie i najlepiej w jednym kawałku. Udało się, a przy okazji przegoniłam kilka osób, które bały się biec tak szaleńczo w dół. Dodatkowo o mało nie stratowałam fotografa, który usiłował mi cyknąć fotkę, ale najprawdopodobniej wyszłam w formie rozmazanej plamy.
Został mi jeszcze ostatni stromy zbieg w dół w lesie, gdzie usłużni spacerowicze przestrzegali mnie, że ślisko i żeby uważać, potem ostry zawijas i zaraz asfalt prowadzący już na metę. Ponieważ miałam trochę nadrobione tymi zbiegami, nie spieszyłam się zbytnio, to znaczy biegłam, ale nie do wyplucia płuc. Co jakiś czas przeganiali mnie zawodnicy z innych tras (tak, tych dłuższych i dużo dłuższych), więc odwracałam się słysząc tupot. Kiedy meta była już w zasięgu wzroku, znowu zerknęłam do tyłu i ze zgrozą zauważyłam dziewczynę z mojej trasy, którą na zbiegu zostawiłam daleko w tyle. O, nie! Łatwo skóry nie oddam!  Zerwałam się jakby mnie kto w tyłek dźgnął żywym ogniem, niestety - ona też. Widzowie zaczęli nas dopingować, bo pewnie jeszcze nie widzieli tak zażartej walki o jedno z ostatnich miejsc. Kilka kroków przed metą, kiedy każdy zaczyna hamować widząc przed sobą kibiców tuż za linią mety, ja jeszcze przyspieszyłam nie przejmując się czy kogoś rozdepczę i tym sposobem wygrałam o SEKUNDĘ. A może po prostu koleżanka widząc moją determinację pozwoliła mi wygrać? Grunt, że zabawa była przednia.
Po odebraniu medalu (każdy dostawał) i przydziałowych napojów szukałam miejsca gdzie by usiąść, bo po tym finiszu ledwo stałam, a tu nagle koło mnie pojawił się Paweł - zamykający stawkę sprzed dwóch edycji, dzięki któremu nie umarłam wtedy na Polańskiej. Widać nasza wędrówka była już znana wśród jego znajomych, bo towarzyszącej mu koleżance przedstawił mnie slowami:
- To ta pani, co ci opowiadałem ...
Fajnie zakończyć trasę miłym spotkaniem.
Na pozowanej fotce, po chwili odpoczynku, wyszłam lepiej niż na autentycznym wręczaniu medalu, to lepiej patrzcie na tę:

Na mecie.
 
Na mecie byłam już przed dwunastą, więc do powrotu Tomka miałam jeszcze masę czasu. Zjadłam przydziałowe pierogi i wróciłam na kwaterę wypięknić się na powrót męża. W Internecie śledziłam gdzie w danej chwili przebywa, ponieważ uczestnicy jego trasy byli wyposażeni w trackery. Na metę ruszyłam, kiedy dotarł do Wołtuszowej. Jakoś wydawało mi się, że szybko myknie ten ostatni kawałek, a czekałam i czekałam na niego. O, tak się stęskniłam:
 
Wrócił cały i żywy!
 
Wybór najkrótszej trasy w tym roku był dobrym posunięciem. Co prawda na widok uczestników z innych tras (zwłaszcza czterdziestki) trochę mi było żal, ale wiem, że nie dałabym rady dobiec inaczej, jak z obstawą, a i to nie takie pewne. 
Teraz mam dylemat - ostro trenować do czterdziestki za rok, czy ostro trenować, żeby poprawić wynik na dziewiętnastce? Jedno jest pewne - ostro trenować!
A za dwa lata już na pewno będę na pudle, bez względu na wybór trasy - w tym roku na mojej trasie była jedna weteranka, a na czterdziestce nie było żadnej. I w tym upatruję swoją szansę:-))))

poniedziałek, 7 czerwca 2021

Jaga-Kora - uczestnik specjalnej troski.

Nie samym bieganiem czlowiek żyje i stąd te opóźnienia. Zresztą miałam już nic nie pisać o Jadze, bo Tomek taki fajny film zrobił, że wszystko wiadomo, ale napiszę dla przestrogi. Dla samej siebie. Bo jak za rok będziemy się zapisywać, to sobie poczytam jak było:-)))
Już w tym roku miałam iść na trasę siedemnastokilometrową, ale organizatorzy zmienili trasy i okazało się, że czterdziestka pobiegnie inaczej niż dotychczas. W sumie niespecjalnie mnie to wzruszało, ale Tomek tak zachwalał tę nową trasę i w końcu mnie przekonał, że absolutnie koniecznie muszę ją zobaczyć. Muszę, to muszę. Zapisałam się na czterdziestkę, a w zasadzie na 42 km z hakiem. Tomek zaszalał jeszcze bardziej i zapisał się na najdłuższą trasę - 105 km.
Tradycyjnie do Rymanowa Zdroju przyjechaliśmy kilka dni wcześniej usiłując jeszcze po drodze coś pozwiedzać, z marnym skutkiem, bo covid:

 Czynne tylko w soboty i niedziele, a my byliśmy we środę:-(

Za to po drodze, w Rymanowie, odebraliśmy nasze pakiety startowe z pięknymi koszulkami i buffami i od razu zrobiliśmy sobie w nich sesję zdjęciową, niczym modele.

Ładne, ale białe chyba sprzed dwóch lat były ładniejsze.

We czwartek postanowiliśmy wybrać się na Polany Surowiczne - tak z sentymentu oraz żeby posprawdzać niektóre fragmenty trasy. Oczywiście obowiązkowym punktem programu była dzwonnica - pięknie odnowiona, z kopułą i dzwonem.
 
Stara nowa dzwonnica.
 
W piątek już tylko odpoczywaliśmy relaksując się w parku zdrojowym i zbierając siły na sobotę. Ponieważ Tomek startował o pierwszej w nocy, a wyjazd do Jaślisk (gdzie był start) był planowany jeszcze wcześniej, więc już wczesnym wieczorem położyliśmy się do łóżka usiłując złapać trochę snu. Oczywiście wcale nie zasnęłam, potem musiałam wstać zamknąć dom po wyjściu Tomka, a potem to już czekałam kiedy będzie rano. O dziwo, rano wcale nie czułam się jakoś szczególnie zmęczona, widocznie samo leżenie też dało radę:-)
Moja trasa startowała z ul. Potockich, dość daleko od naszego miejsca zamieszkania i pod górkę, więc jak już tam doszłam, to w zasadzie miałam dość. A gdzie reszta trasy?? Przed startem zrobiłam sobie "pożegnalną" fotkę. Taką - wiecie - w razie gdybym nie wróciła, to rodzina ma na pamiątkę.

 Ostatnie chwile przed startem.

Organizatorzy najpierw pisali, że kto przyjdzie na start, ma od razu lecieć na trasę, ale na miejscu  okazało się, że jednak będzie start wspólny. A już miałam nadzieję, że wyrwę zaraz na początku i przez chwilę nie będę ostatnia... Tymczasem ustawiłam się tak trochę pod koniec stawki, żeby ci szybsi nie musieli się ze mną przepychać na wąskiej ścieżce, bo w sumie i tak byłam bez szans. Kiedy wreszcie wybiegliśmy ze ścieżki na asfalt, pierwsze co zobaczyłam, to Tomek. Że też mu się tak udało wycyrklować z dotarciem z Jaślisk do Rymanowa... Biegliśmy chwilę razem, ale po jakimś czasie Tomek co rusz usiłował wysforować się do przodu. Tymczasem ci zawodnicy, którzy jeszcze przypadkiem znaleźli się za mną, po kolei przeganiali mnie, aż w końcu okazało się że stałam się uczestnikiem specjalnej troski i razem ze mną biegnie tylko zamykający trasę. W tym roku był to Grzegorz. Grzegorz okazał się człowiekiem podstępnie brutalnym, bo tak niby nic, a co chwilę przymuszał mnie do przyspieszania. Tym sposobem kilkakrotnie dogoniliśmy Tomka nad którym miałam przewagę przy zbiegach, bo na podejściach to wiadomo - umieram.
Początkowa część trasy niby różniła się od zeszłorocznej, ale ja tam widziałam to samo - las, drzewa i tylko brak błota pod nogami stanowił różnicę.
W Puławach, na 16-tym kilometrze mieliśmy pierwszy punkt odżywczy. Kilka zawodniczek miało tu niezłą przygodę - mimo dużych, pomarańczowych strzałek namalowanych na asfalcie i tak pobiegły nie tam gdzie trzeba i kiedy ja zbierałam się do dalszego biegu, one właśnie podjechały samochodem, który udało im się zatrzymać, kiedy już zorientowały się, że nie są na trasie. Tak troszkę to mnie to nawet ucieszyło, bo już nie byłam taka ostatniusienka, ale szansa, że dotrzymam im kroku była marna. Oczywiście po chwili już były daleko przede mną i jakież było moje zdziwienie, kiedy nagle postanowiły zrezygnować i wracać do Rymanowa. Grzegorz natychmiast postanowił im to wyperswadować, co zajęło mu dłuższą chwilę, a efekt nie był stuprocentowy. Ja w tym czasie parłam przed siebie, żeby nie tracić cennego czasu i przez chwilę mieć wrażenie samodzielności, bo tak ciągle iść pod opieką zamykającego nie jest do końca komfortowe.
Drugi raz urwałam się Grzegorzowi kawałek przed Darowem i znowu zawdzięczam to jednej z zawodniczek, która była tak miła, że zgubiła się na amen i Grzegorz musiał jej szukać po lasach i kniejach:-) Ja w tym czasie zaczęłam przemyśliwać nas sensem wchodzenia na Polańską i wkrótce doszłam do wniosku, że w Polanach Surowicznych, na punkcie pomiaru czasu składam broń i poddaję się. Nie dość, że byłam już wykończona, to jeszcze pogoda zrobiła się wredna - wiatr i deszcz dawały mi się we znaki i umacniały w podjętej decyzji. Kiedy tak sobie marzyłam o powrocie na kwaterę, nagle przed sobą zobaczyłam znajomą postać. Czyżby Tomek? Ale dopiero tu? Przyspieszyłam i to rzeczywiście był Tomek. Okazało się, że wlecze się powoli, bo coś go kolano boli i w ogóle to postanowił zrezygnować. Kiedy już uzgodniliśmy, że oboje schodzimy z trasy, Tomek zadzwonił do organizatorów dowiedzieć się jak to ma się odbyć. I co się okazało? Z Polan nie zwożą, a on ma iść do Moszczańca na swój punkt pomiarowy i dopiero stamtąd może wrócić. No to ładnie. I co tu teraz robić? W zasadzie nie było wyjścia - musiałam iść dalej. Stwierdziłam, że przecież nawet jeśli umrę na Polańskiej to i tak będą coś musieli zrobić z moim truchłem.
Kawałek za mostem na Wisłoku ja poszłam w prawo na Polany, Tomek w lewo w stronę Moszczańca i zostałam sama w deszczu. Akurat odcinek od mostu do Polan był mi znany od lat, przyjemny, bo po płaskim i nawet kilkukrotne przekraczanie po drodze potoku sprawiałom i frajdę. Na Polany dotarłam przemoczona i odgórnie i oddolnie. A Grzegorza jak nie było, tak nie było. Coś mu się dobrze ta zawodniczka musiała zgubić. Przy punkcie żywieniowym spotkałam za to dwie koleżanki, co to chciały w Puławach rezygnować, ale jednak poszły. Byłam pewna, że są już dużo dalej. Postanowiłyśmy dalej iść razem, choć ja tam znałam swoje możliwości, więc nie nastawiałam się na długotrwałą współpracę:-)

Chwila oddechu w Polanach Surowicznych.

Przed dalszą trasą przebrałyśmy w co tam która miała suchego, żeby choć przez minutę poczuć komfort i ruszyłyśmy. Wielkie było moje zdziwienie kiedy szłam pod górę i wcale, ale to wcale nie męczyłam się tak, jak w ubiegłych latach. Nawet na chwilkę się nie zatrzymywałam, podczas gdy do tej pory musiałam wręcz kłaść się, albo przynajmniej siadać. W tym roku Polańską zdobyłam jednym cięgiem, bez zatrzymywania się, sapiąc w normie i dotrzymując kroku koleżankom. Normalnie cud nad Wisłokiem! Najwyraźniej to nie sama Polańska stanowi dla mnie problem, tylko pogoda podczas której  wspinam się. Przy upale (jak w poprzednich latach) umieram po całości, a w deszczu i zimnie śmigam bezproblemowo.
Grzegorz dogonił nas jakoś tuż za Polańską, razem ze zgubą i jej mamą, co to razem sobie biegły. W takim kilkuosobowym zestawie poruszaliśmy się już do końca, chociaż ja coraz bardziej zostawałam w tyle. Tym niemniej na metę udało mi się dotrzeć w limicie i nawet medali nie brakło:-) Oczywiście na miejscu czekał już Tomek, którego dowieźli na metę dużo wcześniej, ale ponieważ to ja miałam klucz od kwatery, więc nie miał wyjścia - musiał mnie wypatrywać.


I znowu się udało!

 

A teraz przestroga dla mnie samej za rok: 

NIE ZAPISUJ SIĘ NA TRASĘ CZTERDZIESTOKILOMETROWĄ! CHOĆBY NIE WIEM CO!!!!!

wtorek, 4 sierpnia 2020

Jaga-Kora 2020

Jaga-Kora w tym roku wypadła nam dokładnie w 28 rocznicę ślubu. Nie stałyby się tak, gdyby nie wirus, bo normalnie bieg miał się odbyć w maju. I tak wszystkie inne imprezy poodwoływane albo poprzekładane i nie wiadomo czy nowy termin nam z czymś koliduje, czy nie, więc zapada decyzja - jedziemy. Pani Jola, u której wynajmujemy pokój, trzyma dla nas kwaterę i tak lawiruje swoimi innym gośćmi, żebyśmy mieli swój pokój w czasie imprezy. Przyjeżdżamy już w czwartek, żeby się zaaklimatyzować i zrelaksować. W piątek zaliczamy drobny spacer na Mogiłę, a po drodze spotykamy znajomego harcerza - Damiana, a potem Bartka z ekipą. Świat jest mały, bardzo mały.

Dobrze zamieszkać tuż przy szlaku:-)

Wieczorem idziemy odebrać nasze pakiety startowe. Zastanawiamy się co będzie tegorocznym gadżetem i ja stawiam na maseczkę z logo Jagi-Kory. W końcu w regulaminie co akapit przypominają gdzie i kiedy trzeba się zamaskować, a wiadomo, że niektórzy zapomną wziąć, albo uznają to za zbędne, więc w sumie powinniśmy otrzymać maseczki od organizatora. Dostajemy numery startowe, żel, napój i tajemnicze drewniane pudełko. Maseczka w szkatułce??? Niestety, rozczarowuję się bardzo, bo w pudelku tylko bransoletka  jago-korowa i wizytówki-reklamy. Nie ma maseczki:-((( A ja już oczami wyobraźni widziałam jak śmigam w niej po Warszawie... I robię reklamę imprezie...

Co my tu mamy?

Jak przystało na stare małżeństwo rocznicę ślubu świętujemy razem, ale osobno - jak to w życiu:-) Tomek biegnie trasę 70 km, ja 40km. Ale przynajmniej na tej samej imprezie:-))
W sobotę Tomek startuje już o 7.30 więc w piątek idziemy wcześnie spać, zresztą nie ma co robić, bo nie ma się ani z kim integrować, ani wirus nie pozwala. Nie to co w zeszłym roku...
Rankiem odprowadzam Tomka na start, filmuję, robię zdjęcia, wreszcie ruszają, a ja wracam do pokoju. My mamy się zebrać dopiero o godzinie jedenastej.
Siedzę w pokoju (a właściwie to głównie w toalecie) i coraz bardziej popadam w nastrój: i po co mi to było, przecież nie dam rady, nie chcę, nigdzie nie pójdę, ja taka biedna samotna zostałam, nikt mnie nie kocha nikt mnie nie lubi, mamusiu zabierz mnie stąd! W międzyczasie szykuję plecak i wyposażenie. W końcu nadchodzi pora wyjścia i... wychodzę. Do autobusu, którym pojedziemy na start pakuje się tłum ludzi, ja jedna jak idiotka w maseczce. Po chwili podjeżdżają jeszcze dwa autobusy, ale już nie chce mi się przesiadać do luźniejszego. Odgradzam się mentalnie od tłumu, może pomoże. W Moszczańcu robię przegląd konkurencji - młode, zdrowe i piękne wszystko, no może kilku starszych facetów, ale facetów. Czyli jestem bez szans. Proszę stojącą najbliżej dziewczynę o zrobienie mi zdjęcia, ona stresuje się, że nie ma rękawiczek, ale faktycznie nie wiadomo co siedzi na moim telefonie, a ja nie wiem co siedzi na jej rękach. Jak mnie nie dobije wirus to zrobi to Polańska, więc mi w sumie wszystko jedno. Fotka dla potomności jest.

Wyglądam... profesjonalnie:-))))

Stoję skromnie gdzieś pod koniec tłumu, bo luźniej, w końcu odliczanie, pada strzał i ruszamy. Powoli kolejne osoby mnie wyprzedzają, aż w końcu już nie ma kto. Nie próbuję gnać na siłę, bo wiem jak by się to skończyło. Za to bardzo długo, dłużej niż rok wcześniej, utrzymuję kontakt wzrokowy z oddalającą się grupą. Praktycznie widzę ich aż do wejścia w las. W lesie odpalam kijki. Niedawno dowiedziałam się, że te "rękawiczki" od nich wcale nie są na stałe zespolone z kijami i można je bardzo łatwo i szybko wpiąć i wypiąć. Jakież to jest ułatwienie! Ile ja w zeszłym roku walczyłam z kijami, kiedy potrzebowałam wolnej ręki... Poza tym wiem już co w ogóle robić z kijami i nie wkładam ich sobie co chwilę między szprychy. W ubiegłym roku przez pierwsze pół trasy raczej mi utrudniały, niż ułatwiały marsz - teraz pomagają od razu. W lesie pierwsza konstatacja - nie ma błota! Ale jak to nie ma błota?? Przecież obiecywali! Z drugiej strony, jak oni to błoto zwieźli na maj, na pierwszy planowany termin, to przecież do sierpnia im wyschło. A tu kasa na błoto wydana, nowego nie będzie:-)
Na Kanasiówkę wchodzi mi się dużo łatwiej niż w zeszłym roku, idę wolno, ale nie zatrzymując się co parę kroków. Udaje mi się wyprzedzić kilku setkowiczów. Może nie jest to żaden wyczyn, ale pomaga mi świadomość, że za mną jeszcze ktoś idzie. Wszystkie moje poranne wątpliwości, żale i lamenty rozpływają się, czuję moc i zadowolenie. Jest super! Wreszcie kończy się pod górę i lecę granicą już mniej więcej po równym. Można trochę przyspieszyć. Potem robi się w dół i zbiegam do Jasiela. Kończy się las i słonko mocno daje się we znaki. Dobrze, że powietrze nie stoi w miejscu i chwilami lekko zawiewa. Przy drodze mijam cokoły bez krzyża. Jest pięknie. Z naprzeciwka idą dwie starsze panie i proszę je o zrobienie mi fotki. Pierwsza łapie mój telefon i stwierdziwszy, że nic nie widzi, zmienia okulary na inne, potem na kolejne i znowu na te pierwsze. A czas płynie. W końcu oddaje sprzęt koleżance. Uff, cyknie i polecę dalej. Ale gdzie tam - druga pani okazuje się być specjalistką od ustawień w telefonie i coś mi tam w nim grzebie, żeby zdjęcie nie wyszło za ciemne. Protestuję, że rozjaśnię sobie potem w komputerze, ale gdzie tam. A czas płynie. Głupio mi wyrywać telefon i uciekać, więc cierpliwie czekam. W końcu jest po wszystkim, dziękuję i gnam dalej usiłując nadrobić stratę.
Tyle starań, a ręka i tak ucięta:-)))

W tym roku pierwszy punkt odżywczy jest dopiero na 17-tym kilometrze, ale w sumie niczego mi wcześniej nie trzeba. Czekam na niego bardziej po to żeby łyknąć trochę izotoniku i wytrzepać śmieci z butów skoro i tak się na chwilkę zatrzymam. Przed wejściem na punkt dopadają mnie dyżurujące dzieci z butlą płynu dezynfekującego i psikają na ręce. Porządek i reżim sanitarny muszą być! :-)
Chwilę po mnie na punkt dociera ktoś z organizatorów (wtedy nie zwracam uwagi kto to) i raportuje:
- Na trasie jeszcze dwie osoby z siedemdziesiątki, jedna pani z czterdziestki (halo! już tu jestem!), kilka osób ze sto piątki i jedno zombie. Ledwo idzie, ale nie chce zejść z trasy.
Szybko zawiązuję buta, łykam napój i uciekam zanim i mnie zakwalifikują do kategorii: zombie:-))

Pierwszy punkt odżywczy.

Za 6 kilometrów w Woli Niżnej będzie kolejny punkt odżywczy oraz pomiar czasu. Tam muszę zdążyć w ciągu czterech godzin od startu. W ubiegłym roku dałam radę, chociaż z dość małym zapasem czasu. Wygląda na to, że i teraz nie powinno być problemu. Tylko ta niewielka górka między jednym, a drugim asfaltem... Jak ona mi poprzednio dała w kość! Sam asfalt też nie jest przyjemny. Po chwili czuję dyskomfort w stopach, ciepło bijące od czarnej nawierzchni też nie jest przyjemne. Nawet nie próbuję biec, ale z kijami idzie się dość szybko. Na asfalcie ucieka mi stopiątkowicz, z którym ścigałam się gdzieś od granicy. Raz ja z przodu, raz on, ale mimo, że on ma już za sobą 80 kilometrów, ostatecznie to ja muszę się poddać. Taki to ze mnie biegacz:-) Górka, której tak się bałam okazuje się w tym roku być jakoś mniejsza i wchodzę na nią bez przystanku, ale wiadomo - powolutku. Potem tylko zbieg do drogi, gdzie ruchem zawodników i samochodów kieruje straż pożarna i już wiata z posiłkiem i pomiar czasu. Z daleka słyszę głośny doping i choć nie mam sił, staram się dobiec, żeby to jakoś wyglądało. Wiem, że muszę coś zjeść bo od rana nic mi nie wchodziło i ścianki żołądka trawią już same siebie, ale udaje mi się wcisnąć tylko dwa kawałki pomarańczy.

Tyle pyszności przygotowane, a żołądek nie chce przyjąć:-(

 Znowu czekają mnie kolejne kilometry asfaltem - do Polan Surowicznych, do ważnego dla mnie i Tomka miejsca - to tam się poznaliśmy, w Chałupie Elektryków. W tym roku tylko przejdziemy obok chałupy, bo z powodu wirusa zamknięta dla turystów. Szkoda.
A potem nadchodzi najgorsze - Polańska. Boję się tej góry strasznie - ciągnie się i ciągnie, dla mnie jest stanowczo za wysoka, no i ten brak choćby skrawka cienia na długim podejściu. Zaczynam raźno, kijki pomagają, nawet na moment powiewa optymizmem, ale nie trwa to długo. Nogi przesuwają się coraz wolniej, coraz ciężej się oddycha, w głowie zaczyna pulsować. Najpierw mocno zwalniam, po chwili co kilka kroków muszę się zatrzymywać. Gdzieś tam wysoko nad sobą widzę kogoś z aparatem fotograficznym. Boszszsz, niech mi tylko nie robi zdjęć w tych dramatycznych pozach zwisu na kijkach! W końcu podchodzę bliżej. Szczerzę zęby w (jak mi się wydaje) uśmiechu, ale na zdjęciu pewnie będę wyglądała jak wściekły, warczący pies albo jakieś "ić stont". Ale wiadomo, że potem i tak każdy szuka swoich zdjęć we wszystkich dostępnych galeriach, więc nadstawiam tę umordowaną gębę. Będzie pamiątka, a może i przestroga w chwili decyzji o zapisywaniu się w przyszłym roku:-)

Jak będzie zdjęcie Pani Basi, to dołożę.

Mijam panią fotograf, która pociesza mnie, że już niedaleko i wspinam się dalej. W końcu nadchodzi moment, kiedy wiem, że nie zrobię już ani kroku więcej i muszę, absolutnie muszę usiąść na chwilę, a najlepiej się położyć. Tylko jak? W tym palącym słońcu? Przecież sobie zaszkodzę. No właśnie - gorzej umrzeć, czy sobie zaszkodzić? Wychodzi, że jednak gorzej sobie zaszkodzić i idę dalej, aż do skraju lasu gdzie jest cień. Wreszcie siadam w pierwszym centymetrze cienia, bo nie mam siły przesunąć się dalej. Pora taka trochę obiadowa, więc wyciągam co tam mam i co wiem, że nie wróci od razu i uzupełniam kalorie. I wtedy pojawia się ON - zamykający stawkę. W pierwszym odruchu cieszę się, że jeśli padnę na dalszym podejściu, to będzie miał kto przekazać moje szczątki rodzinie, ale zaraz przychodzi refleksja - zaraz, zaraz, to przecież oznacza, że jestem najostatniejsza ze swojej trasy i automatycznie staję się uczestnikiem specjalnej troski!
Zaczynamy gadać, Paweł sonduje jak trudno będzie miał ze mną. Ja wiem, że dojdę do mety z nim, czy bez niego, bo jestem zawzięta baba, ale nic nie mówię, bo zawsze może się zdarzyć ten pierwszy raz kiedy właśnie nie dojdę i wtedy chała. Jeszcze zanim ruszymy dalej, proszę o cyknięcie fotki z "bykiem", bo zawsze to dłużej odpoczynku. Sprytnie, co? :-)

Buhaj w czasie zawodów był nieczynny.

W końcu ruszamy, bo czasu coraz mniej, a mi naprawdę zależy na zmieszczeniu się w limicie. Paweł najpierw opowiada o co oporniejszych przypadkach podupadłych zawodników z poprzednich edycji, potem omawiamy kwestie rowerowe (jego działka), imprezy na orientację (dla odmiany moja), rodzaje i sposoby przyjmowania leków na nadciśnienie (tu obydwoje jesteśmy specjalistami), koronawirusa (tu każdy jest ekspertem) i jeszcze zanim pakiet tematów się skończył, jesteśmy na szczycie Polańskiej. I proszę jak świetnie odwrócił moją uwagę od trudów wspinaczki:-) Kiedy robi się w dół składam kijki i biegnę, żeby prześcignąć czas. Paweł dyskretnie zostaje z tyłu i nie narzuca się ze swoją osobą, dając mi poczucie samodzielności, ale kiedy zaczyna się kolejne podejście - na Jawornik - znowu wspiera rozmową.
Wreszcie docieramy na ostatni punkt żywieniowy, gdzie jestem zainteresowana wyłącznie wodą i już prawie czuję się jak na mecie. Bo co to jest te 5 kilometrów jakie jeszcze zostały? Zwłaszcza, że już tylko w dół. Trochę rozczarowana jestem, że w tym roku organizatorzy nie postawili lustra przed metą i boję się, że na metę wbiegnę rozczochrana, albo co gorsza z rozmazanym makijażem:-))) Nie było też na trasie innych, tradycyjnych niespodzianek:-( No hallo! Wirus i tu wsadził swoje macki???
Kończy się stromy zbieg i zaczyna asfalt. Już naprawdę niedaleko. Niestety, po kilkuset metrach asfaltu muszę przejść do marszu, bo nie daję rady, a muszę zachować resztkę sił na finisz. Przecież nie mogę się wczołgać na metę! W końcu jest park zdrojowy, znowu przyspieszam i wreszcie widzę upragniony cel i Tomka czekającego z kamerką w garści. Jeszcze przyspieszam, nie zatrzymuję się po przekroczeni linii mety tylko pędzę do najbliższej ławki. Zdecydowanie muszę usiąść!

Meta!!!! (Zdjęcie z galerii Stefanki)

 Dopiero po chwili odpoczynku idę odebrać swój medal. Dostaję do rąk drewniany prostopadłościan i usiłuję go otworzyć, no bo w środku medal. A tu niespodzianka - nic się nie otwiera, a to co trzymamw ręku jest właśnie medalem. Za to podobno idealnie się mieści do szkatułki, którą dostaliśmy w pakiecie startowym - taki komplet.

Nietypowy medal.

Na koniec jeszcze pamiątkowa fotka z moimi bohaterami:

Tomek, ja i Paweł.

Jestem szczęśliwa. Podejrzewam, że jestem dużo bardziej szczęśliwsza z samego faktu ukończenia biegu i zmieszczenia się w limicie niż zwycięzca mojej trasy z zajęcia pierwszego miejsca. Dla niego stawanie na podium to rutyna i żadne wielkie ceregiele, dla mnie to zwycięstwo ducha nad materią. Że już nie wspomnę o tym, że jak zapłaciłam za 7,5 godziny zabawy, to nie ma powodu, żeby kończyć już po trzech:-)
Wieczorem, po kąpieli, wreszcie idziemy do restauracji Piccolo uczcić naszą rocznicę. Najpierw wcinamy po porcji ciasta, a po chwili uprzytamniamy sobie, że ciepły posiłek, który dostaliśmy na mecie to już mamy całkiem strawiony i właściwie to jesteśmy głodni. Bierzemy więc zestawy obiadowe i uzupełniamy utracone kalorie. Na koniec jeszcze zastanawiam się nad kolejnym ciastkiem, ale to już by była przesada. Z szampana rezygnujemy, bo na mecie wypiliśmy po przydziałowym piwie i wciąż jeszcze kręci nam się w głowach. No, może bardziej z wysiłku, ale kręci się i to wystarczy.

Może mało wykwintne danie jak na obiad rocznicowy, ale braliśmy co było.

Mimo całej frajdy z zawodów zastanawiam się, czy w przyszłym roku jednak nie pobiec już na krótszą trasę. No, chyba, że nastąpi jakiś cud kondycyjny. Albo zaćmienie umysłu przy zapisach. Zobaczymy... Ale pewne jest, że będziemy!