Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dęby Gajowego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dęby Gajowego. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 października 2022

Mówcie mi "Mistrzu" ;-)

Wielkimi krokami zbliżają się Mistrzostwa Polski w nocnym BnO. Jak zwykle przed imprezami mistrzowskimi następuje wysyp imprez lokalnych – czy to treningowych, czy o statusie Mistrzostw Regionu. U nas pojawiły się Mistrzostwa Mazowsza w nocnym BnO. Jak nic trzeba wystartować, przypomnieć sobie jak to biega się w lesie po nocy, w zespół z dzikimi zwierzętami… 

Zawody „tuż pod domem” nawigacja pokazuje 16 minut dojazdu! Miejsce dwukrotnie odwiedzone – raz w czasie Nocnych Manewrów SKPB w 2017, gdzie na okolicznej wydmie długo i namiętnie szukaliśmy lampionu, a drugi raz w ramach Tras na Czasy Zarazy biegaliśmy samodzielnie po tej samej wydmie – choć za dnia. W każdym razie pamiętam z tego miejsca wielką wydmę otoczoną terenami niemiłymi dla przebiegania. 

Droga do startu

Sobota, okolice godziny 19-tej, ciemny las, skręcam z DW 631 w boczną drogą, gdzie roi się od światełek i bezładnie porzuconych samochodów. Porzucam swoje auto i idę w stronę największego światła – namiotu ze startem. Tras jest do wyboru 6. Jako że to Mistrzostwa Mazowsza, startuję w swojej kategorii wiekowej, czyli trasa NM3. Jak przystało na porządne zawody na trasie będzie punkt widokowy – gdzieś tu w okolicach startu, który ja mam potwierdzić dwa razy, a najdłuższe trasy aż 4 razy! Tylko kto będzie dopingował tych na punkcie widokowym, skoro wszyscy będą w lesie? 

Światełka koło startu

 
I sam namiot startowy

Wpraszam się na start – na moją trasę nie ma jakiś większych kolejek – mogę startować. Włączam zegarek, latarkę i ruszam. 

Najpierw drogą do lampionu START. Potem… dalej drogą aż skończą się chaszcze po lewej;-) Nie ma chaszczy – skręcam…. I za chwilę wpadam w chaszcze, takie których nie ma na mapie;-) Jest górka, za grzbietem ma być polanka z lampionem. Wiadomo, pierwszy punkt jest najtrudniejszy – trzeba „przyzwyczaić się” do mapy, terenu, biegania po nocy. I nauczyć znajdować lampiony. Mi idzie marnie, lampionu nie widać! Polanki są do wyboru i koloru, ale bezlampionowe. Po chwili bezładnego miotania się po poziomnicy decyduję się na zwrot w lewo (z prawej widać jakieś światełka zmierzające od drogi) i okazuje się to dobrą decyzją. Po chwili znajduję pierwszy PK. 

Ustawiam kompas na PK 2 i lecę. Rozpoznaję jakiś szczycik widoczny na mapie – znaczy jestem na dobrym kursie. Lampion świeci zresztą z daleka. Nie jest źle! 

Teraz wdrapuję się na szczyt wydmy, po którym biegnie jakaś grupa i zbiegam stromo w dół. Pamiętam ten teren z TNCZ jako wyjątkowo mało przebieżny. W nocy jest jeszcze bardziej nieprzebieżny. Taki nisko położony teren podmokły - trawy wysokie na człowieka, sporo chaszczy i bruzdy ukryte w tej trawie, głębokie co najmniej na pół metra. Spróbuj biegać po czymś takim! Ja nie próbuję – brnę przed siebie – starając się wybrać to, co jest równiejsze i mniej zakrzaczone. Zasadniczo szukam obniżenia niby na żółto, czyli niezarośniętego i zakładam, że z góry będzie lepiej widoczne. Z naprzeciwka światełka tych co szukają tego samego. Wiem, że jestem za bardzo w lewo, więc skręcam w prawo i po chwili widzę odblask lampionu! 

Uff, dalej znowu na azymut – ma być kolejny punkt na niebieskim, ale za drogą. Przez chwilę wraca normalny las i znowu zaczynają się bruzdy. Jeszcze głębsze. Na ich skraju powinien być lampion. „Biegniemy” grupą – przede mną szybkobiegacz, który pakuje się w te bruzdy i za chwilę grzęźnie w krzakach. Zerkam dokładniej na mapę i stwierdzam, że obejdę ten nieprzyjazny teren brzegiem, bo lampion ma być „na brzegu”. To dobra decyzja – prowadzę resztę grupy do punktu. 

Można odetchnąć, teraz przez wydmą powrót do punktu widokowego. Obiegam kolejne podmokłe obniżenie drogą (słyszę jak ktoś przebija się po kresce przez największy gąszcz), skręcam w prawo w pozostałość ścieżki i idealnie znajduję dołek z lampionem. Szybkobiegacz, który mnie wyprzedzał pobiegł gdzieś w bok – albo szuka innego lampionu, albo się zamotał w lesie. Chwilę przed lampionem widzę, że coś w lesie świeci – trochę nie na azymucie i jakoś tak podwójnie. Po chwili światło latarki oświetla śpiącą sarnę ze zdziwieniem patrzącą, co to się w lesie wyprawia. 

Wspinam się mozolnie na wydmę – idzie łatwo, bo charakterystyczna rzeźba znowu prowadzi mnie idealnie na lampion. 

Teraz w dół, potem pod górkę i mam PK nr 7. Coś podejrzanie dobrze mi idzie! 

PK 8 koło startu – najłatwiej dobiec tam drogą. Minimalnie przebiegam dołek z lampionem. Teraz punkt widokowy – najpierw znajduję metę, którą omijam szerokim łukiem i za chwilę mam punkt węzłowy. Czas na drugą stronę lasu. Nie ma tu jakiś spektakularnych wydm, ale jest za to zielono. A zielone na mapie w nocy oznacza niezłą zabawę - nie ma punktów charakterystycznych takich jak rzeźba terenu i każde zboczenie z azymutu może zakończyć się katastrofą. 

Próbuję biec ścieżką wypatrzoną na mapie, ale ścieżka po chwili zanika. Brnę przez zielone aż znajduję kolejna ścieżkę wyglądającą znacznie porządniej. Nawigując ścieżkami docieram w okolice 10-tki. Do samego lampionu 100m na azymut przez gęste krzaki. Widzę kilka osób szukających punktu. Rzut oka na mapę i wiem gdzie szukać dołka, wybawiam ich z opresji;-) 

11-stka na mapie tuż obok, w terenie wydaje mi się to znacznie dalej niż na mapie. 

Las trochę się przerzedza. PK 12, 13, 14 - ścigam się z kimś z innej trasy. PK 15 dość daleko – wybieram wariant „drogowy”. Odliczam odległość i z drogi skręcam w gęstwinę. Trafiam wkrótce na dołek. Nie jestem pewien na który i wybieram „gorszy wariant” – w efekcie nadrabiam ze 20 m po krzakach.

PK 16 na zielonym, można powiedzieć „na niczym”. W nocy przy widoczności w gęstwinie rządu 2-3 metrów znalezienie wzniesienia o wysokości 1 metra i średnicy kilku metrów jest nie lada sztuką. Jakiś młodzieniec rusza ze mną, ale biegnie szybciej i widać jego kompas wskazuje inny kierunek niż mój. Po drodze trafiam na dołek pośrodku przebiegi wiem gdzie jestem, wreszcie trafiam na teren który się ciut podnosi i po prawej (bo ostatnio coś znosi mnie na lewo) wypatruję odblasku. Jest! 16-stka podbita! 

Zostały dwa punkty do mety. PK 17 to polanka zaraz za drogą. Jest droga, widzę światełko po lewej kogoś kto stoi w krzakach, a raczej na polance wśród krzaków. To pewno tam – myślę i odbijam w lewo. Owszem jest polanka, ale bez lampionu. Według mapy nie powinno być tu żadnych innych polanek! Jako, że ostatnio znosi mnie w lewo, decyduję się szukać lampionu po prawej. Wędrując ciągiem „nieistniejących” polanek docieram do lampionu - oczywiście umieszczonego w największych chaszczach! 

Uff, teraz wybiec z lasu i na metę! Koniec! Prawie godzina na 4,5 km. Rakietą to ja nie jestem. 

Odbieram wydruk i widzę, że jestem pierwszy!. Wyprzedziłem głównego konkurenta - Krzysztofa! To już drugi raz na Nocnych Mistrzostwach Mazowsza mi się zdarza - wtedy gdy trasa jest odpowiednio ciężka nawigacyjnie. 

Dobra nie ma co szukać przyczyny – grunt, że jestem pierwszy! A tak w ogóle to możecie do mnie mówić „Mistrzu” :-) 

I na deser - Livelox
 

piątek, 15 maja 2020

Długie Dęby Gajowego

W niedzielę postanowiliśmy zaliczyć normalną trasę, do której dodatek zrobiliśmy w sobotę, czyli pojechaliśmy w to samo miejsce.  Po krótkich perturbacjach żołądkowych trwających miedzy parkingiem, a startem (stres???) ruszyliśmy. Już na pierwszy punkt każde z nas wybrało inny wariant dobiegu - ja naokoło drogami, Tomek na azymut przez las. Widziałam go jak pomykał między drzewami i nie mogłam wyjść ze zdziwienia po co najpierw leci na dziesiątkę. On też nie mógł podobno, jak już się zorientował gdzie jest. Dogonił mnie przy dwójce, więc zrobiliśmy sobie wzajemnie fotki na pamiątkę pobytu na PK 2:-)

 Dobieg do punktu.
 
 Tomek "podbija" punkt.

Ponieważ do dwójki szło się przez okropne bruzdy, to już na kolejny punkt postanowiłam lecieć przecinkami, trochę naokoło, ale na pewno szybciej. Tomek wolał męczyć się wśród bagiennej roślinności, którą miał na azymucie. Co kto lubi.
Do piątki każdy kolejny punkt był w coraz większej odległości i trochę się bałam, czy się nie pogubię, ale na szczęście dużo dało się biec drogami. Fakt - naokoło, ale biorąc pod uwagę podłoże (a to bruzdy, a to pościnane gałęzie) i górki na azymucie, to chyba nie najgorzej wyszłam na tym obieganiu. Szczególnie, że trafiałam bezproblemowo.
Szóstka była już po drugiej stronie drogi przy której parkowaliśmy, za to nie było nawet najmarniejszej ścieżki i trzeba się było przedzierać przez zielone. Siódemka znowu daleko i gdzie się dało korzystałam z przecinek. To najwyraźniej nie był dzień na azymuty:-) Do ósemki zniosło mnie - o dziwo! - w lewo i aż musiałam wyjść na drogę za punktem, żeby zorientować się gdzie jestem. Tomek też miał problemy z ósemką, ale jego - dla odmiany - zniosło w prawo. Dziewiątka była bliziutko i bez problemu, a na dziesiątkę autor trasy zrobił rekordowy przebieg - przez 3/4 mapy. Aż mnie nicość ogarnęła jak to zobaczyłam. Oczywiście znowu skorzystałam z przecinek, a dobiegając do drogi, przy której parkowaliśmy tak się łudziłam, że może Tomek już jest przy samochodzie i da mi łyk wody. Niestety, autko było zamknięte, więc z bólem serca poleciałam dalej. Od drogi na dziesiątkę można było skrótem przez górkę, ale nie chciało mi się i wybrałam wariant naokolny, za to skuteczny. PK 11, 12 i 13 weszły bezproblemowo, wreszcie na azymut, niemal po kresce. Ale już bez biegania.
Ponieważ meta była w miejscu sobotniego startu, więc byłam pewna, że trafię bezproblemowo i nawet nie ustawiałam azymutu, tylko poleciałam przed siebie. Wszystko było tak jak w sobotę, tylko mety nie było. W końcu przypomniało mi się, że i w sobotę mieliśmy problem z jej znalezieniem i najlepiej to przeczesać okoliczne zagłębienia, aż do skutku. Pomogło. Odhaczyłam metę i teraz już całkiem na spokojnie mogłam wrócić do samochodu. Ufff. Znowu się udało:-)

 Powrót z mety. Biegiem - dla fasonu.

Na koniec obowiązkowe rozciąganie!

 A tak nam to wyszło na trasie - moje czerwone, Tomka niebieskie:

 

sobota, 9 maja 2020

Mikro czy jak to zwał

Czas zarazy, to czas biegania. Ostatnio zrobiła się mała przerwa, bo jak to biegać w deszczu? My biegamy dla przyjemności! Gdyby to były jakieś zawody….

W każdym razie od czwartku zaczęliśmy znowu biegać. Na rozgrzewkę jakieś marne 10 km, potem w piątek miało być ciut więcej. Postanowiliśmy zobaczyć sławetne Mosty Kalińskie. Całkiem znośnym tempem dobiegliśmy do Ossowa i ruszyliśmy na wschód w stronę rezerwatu. Wkrótce pojawiły się czerwone tablice informacyjne, tyle, że nie mając mapy na czuja biegliśmy szukając drogi w prawo, by zawrócić do Zielonki. Dla ścisłości do Ossowa było 6 km, a tu biegniemy dwa kilometry oddalając się od domu i nic. Na szczęście gdy już gotowi byliśmy zawrócić, pojawiła się droga w prawo. Co tu dużo mówić – bez mapy, trochę na około zrobiliśmy dobrze ponad 16 km. Po kilkudniowej przerwie od biegania! W następstwie tego mając w sobotę do wyboru kilka tras TNCZ wybraliśmy taki krótki mikro sprint po Dębach Gajowego. Okolice owych Dębów Gajowego swego czasu zwiedzaliśmy nocą na Nocnych Manewrach SKPB, więc można powiedzieć, teren dosyć dziewiczy dla nas.

Popołudniem pojechaliśmy w stronę Nieporętu. Miejsce startu znane, obok baru na górce. Właściwie to miejsce mety, bo start był kilometr od mety. Wyszliśmy z auta i powlekliśmy się na start. Po drodze wielkie piaszczyste góry, lasy w odróżnieniu od Górek Radzymińskich suche, piaszczyste, pełne uschłych gałęzi po przecinkach. Po chwili poszukiwania znaleźliśmy wielki dół ze startem. Renacie pierwszej odpikał telefon, więc ruszyła na trasę. Ja jeszcze chwilę powalczyłem ze swoim telefonem i ruszyłem za nią. Dopadłem ją przy PK 1 i wyprzedziłem biegnąc do PK 2. Teraz zwrot w lewo ku kolejnemu wyschniętemu mokradłu. Droga, a za nią powinno być to mokradło. Niby coś jest, ale takie mało mokre. Dopiero po chwili załapałem, że zniosło mnie w lewo. W efekcie Renata na PK 3 była pierwsza. Na PK 4 ja byłem pierwszy. Przy PK 5 nie widziałem jej za sobą – dobra nasza! PK 6 na kopczyku, ale w terenie tych kopczyków było znacząco więcej. Grunt że telefon odpikał! Do PK 7 znowu zniosło mnie w lewo, ale skorygowałem, bo wpadłem na drogę, od której mogłem się namierzyć. PK 8 zaraz niedaleko, za gęstwinką, w dołku. Jest gęstwinka, jest dołek. Wprawdzie w gęstwince, ale wiadomo - gęstwinki po deszczu się rozrastają. Jeden dołek, drugi, rów i nic nie pika, ani nie ma wstążeczki. Patrzę na mapę i wyraźnie chodzi o dołek poza gęstwinką. W oddali na górce miga mi biała koszulka Renaty. Ona już jest na PK 8? Biegnę tam - jest dołek ze wstążką i telefon pika. Jak pokazał później ślad – niecałe 100m biegłem ponad 4 minuty. Nieźle!

Zniechęcony biegnę dalej. Przy PK 9 znowu doganiam Renatę. Do PK 10 pod górkę, więc znowu zdobywam przewagę. Teraz do PK 11 - najdłuższy przebieg. Zamiast grzbietem biegną na azymut i znowu ląduję na lewo od PK. Chwilę szukam go nie na tej górce co trzeba. Coś mi dzisiaj nie idzie;-(

PK 12 i PK 13 w obniżeniu, gdzie biegać się nie da. Teraz pod największą górę. Tu już nie da się biec, trzeba mozolnie piąć się w górę zakładając obozy pośrednie;-) PK 14 zdobywam idealnie. Ostatni PK 15 – decyduję się zbiec lepszą drogą i ciut nadłożyć kosztem przedzierania się przez kolejne wzniesienie. I jeszcze dobieg do mety, który brutalnie przerywa wał ułożony ze ściętych gałęzi. Oj, w takim terenie to żadne bieganie;-( 

W efekcie z nominalnych 2,7 km zrobiłem 4 km. Jak pokazują wynik + 52% dystansu. Ciekawe ile mi wyjdzie jutro jak pobiegniemy na trasę długą…. Może od razu ustawić sobie za wyzwanie "półmaraton" w Stravie?
Meta!!!!