Pokazywanie postów oznaczonych etykietą noc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą noc. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 maja 2024

Nocna porażka czy MP Bliżyn

Nadeszła sobota i ruszyłem w Świętokrzyskie do Bliżyna. Wieczorem MP w nocnym BnO, ale wcześniej – oficjalny trening. Docieram do Bliżyna koło godziny 13-tej. Leśny parking, trochę zapakowanych samochodów, samotny stolik z mapami i piękny, przebieżny las widoczny z drogi. To lubię! 

Las zapowiadał się całkiem przyjemnie

Niestety nie ma pomiaru. Trochę słabo jak na „Oficjalny trening”. W porównaniu np. z WawelCup pod tym względem impreza przegrywa – tylko jedna trasa (ale w 2 skalach) i brak jakichkolwiek numerków na lampionach, o braku pomiaru czasu już pisałem. 

Na start daleko. W miarę dojścia las zaczyna być mniej przyjemny. Może i wzrok sięga daleko, ale grunt pokryty jagodami, wyraźnie nierówny i widać sporo „śmiecia” na podłożu. 

Na starcie las już nie wygląda tak dobrze

Docieram na start, „pikam” dla dodania sobie animuszu i ruszam… wpław przez pobliski strumyk. Po lesie biegać trudno z powodu podłoża (oczywiście nie przeszkadza to jakimś harpaganom z M21). Lampiony widoczne z daleka, aż miło. Tylko teren coraz bardziej „nierówny”, także i na drogach (koleiny, zaschłe błoto). Wreszcie docieram do kopczyków pogórniczych. Tu zasugerowany jakimś konkurentem zamiast na PK 6 idę na PK 9. Trafiam idealnie (w odróżnieniu od konkurencji), ale orientuję się, że to nie ten PK co miał być i zaczynam szukać PK 6. Szukam, szukam i nic. Po dłuższej chwili cofam się do drogi i namierzam się raz jeszcze - w to samo miejsce, gdzie byłem kilka razy. Chwila wpatrywania się w ślady na ziemi i odkrywam niepozorną gęstwinkę z kolejnym zestawem kopczyków i jest wreszcie lampion. Tak to jest z tym terenem – małe przeoczenie i od razu katastrofa.

Najpierw trafiłem na PK9, ale dalej to już katastrofa

Jeszcze przebieg PK 9-10-11 daje się we znaki – tylko na azymut, a teren wyjątkowo niezachęcający do przemieszczania się. Na końcówce podłączam się do jakichś szybkobiegaczy i dobiegam na metę. 

 

A to mapa treningowa

Do wieczora jeszcze sporo czasu. Postanawiam coś przetrącić i przy okazji zrobić TRInO w pobliskiej Sielpi. Google coś mówiło o 20 km, a tu nawigacja gogle pokazuje prawie 40! Ale skoro czas, to jadę. TRInO takie nudnawe – spacer wokół zalewu, ledwo co zrewitalizowanego (czyli „gołe” wyspy, kilka mostków i martwy poza sezonem turystyczny deptak z kramami. Gdy kończę TRInO zegarek odgrywa mi pochwałę za 10 tys. kroków. 

 

Martwy sezon w Sielpi Wielkiej

Powrót do Bliżyna, wmeldowanie się na nocleg na sali gimnastycznej (jak za dawnych dobrych czasów) i nierozważna wycieczka do biura zawodów po numer startowy. Nierozważna, bo do biura jest 1,6 km w jedną stronę. Czyli tam i z powrotem daje 3.2 km. Potem dojście na etap nocny: 1,6 km do biura + 1,3km na start, że o powrocie na nocleg nie wspomnę! W efekcie na starcie etapu nocnego zegarek pokazuje dobrze ponad 20 tys. kroków!!! Dobrze, że to nie zawody w Longu;-) 

Oznaczenia "Do Centrum Zawodów" całkiem porządne, tylko strasznie daleko

 Straty etapów nocnych są widowiskowe. Gdy wszyscy zapalają latarki, a grupa startujących jest duża, robi się w nocnym lesie jasno jak w dzień! 


Ja startuję w trzeciej fali – obejrzałem więc starty dwóch poprzednich grup. Wreszcie nadchodzi nasz pora: odliczanie i start. Najpierw biegnie się za wszystkimi. Przy lampionie start chwila zastanowienia i już w mniejszej grupce ruszam w kierunku PK 1. Najpierw biegniemy rządkiem, potem zaczynamy się rozpraszać. W efekcie na dość przeziernym lesie widać dziesiątki lub wręcz setki ludzi biegających w zasięgu wzroku w różne strony, każdy świeci przed siebie, każdy biegnie w innym kierunku i każdy szuka niepozornego stojaka z odblaskiem. 

W takim zgiełku, gdy wszystko w lesie błyska, odblasku oczywiście nie widać, chyba że o niego się potkniesz. Udaje mi się w miarę sprawnie zlokalizować pierwszy stojak z odblaskiem. Na pierwszym PK od razu następuje rozbicie na motylki. Specjalnie się nie spieszyłem, bo ciągle kuruję staw skokowy po kontuzji, więc grupa biegnących moim wariantem nie jest specjalnie liczna. I konkurenci wybierają inny wariant, więc można powiedzieć, że jestem sam w lesie. Po drodze do PK 3 zaczynam spotykać jakieś „obce” lampiony. W każdym razie idzie mi coraz lepiej - zaliczam jedno skrzydełko motylka, ruszam na drugie. PK 6 bez problemu. Na PK 7 łatwizna – ustawiam azymut i ruszam. Po pewnym czasie po lewej jakiś lampion nad mokradełkiem – sprawdzam – obcy. Ruszam dalej. Pojawiają się jakieś drogi (na mapie nie ma takowych), kilka bardzo charakterystycznych karp (na mapie także ich nie ma), co chwila w terenie jakieś gęstwinki (na mapie są całe dwie w okolicy). Kierując się gęstwinką szukam lampionu – kolejny obcy. Szukam coraz bardziej. Wszyscy biegają zdezorientowani i szukają czegoś tam. Nikt nie wie, gdzie jesteśmy. Przeszukuję wszystkie gęstwinki (mokradełko miało być tuż obok) znajduję kolejny lampion, a na końcu ciek wodny. Znaczy jestem za daleko. Kilka kolejnych prób szukania i wreszcie wracam w kierunku poprzedniego PK. Tak trafiam na lampion znany – punkt węzłowy PK1/5/8. Tu ustawiam uważnie azymut i wolno idąc znajduję właściwy lampion. Wszystko fajnie, tyle że zamiast 2 minuty, zajęło to prawie 22! 

Poszukiwania PK7 - to ten u dołu po prawej

PK 9 i 10 wchodzą dobrze. Doganiam, a nawet przeganiam jakąś konkurencję. PK 11 - kolejny punkt węzłowy. I tu uskrzydlony sukcesem przegonienia konkurencji ruszam nie na to skrzydełko co trzeba: zamiast na PK 12 lecę na PK 15! Przy powrocie na punkt węzłowy znowu mnie znosi i pozwalam się zbliżyć konkurencji. Przyspieszam i lecę na PK 18. I nie trafiam. Chwila szukania, ale nie 20-stominutowa;-) 

Na PK 20 droga prosta (na azymut). Przecinam drogę i wpadam w chaszcze. Tu dołącza się do mnie jakiś konkurent z innej kategorii – szuka innego kodu lampionu, ale także nad bagienkiem. Przedzieramy się przez krzaki. Chwilami jest mokrawo, widoczność w krzakach zerowa. Coś za długo to trwa. Wreszcie wypadam na porządną drogę. Chwila konsternacji – musiałem przebiec lampion. Znajduję charakterystyczne rozgałęzienie i na spokojnie kierując się azymutem znajduję dół z wodą. Teraz zostaje przebiec przez bagno obwiedzione gruba czarną linią (nie było wcale mokro), wdrapać się na górę i finiszować w świetle jupiterów. 

Dobieg do mety - w świetle jupiterów

Dumny idę sczytać chipa, a tu wynik świeci się na czerwono: NKL/MP. Przemek zerka na wydruk i mówi: brak 132 i 145. Chwila analizy mapy i rzeczywiście – nie przypominam sobie szukania tych kodów.
Ech, tyle biegania się zmarnowało – bo ja lubię biegać po nocy. Zniechęcony wracam na nocleg. Zegarek pokazuje ponad 31 tys. kroków – nieźle! 

Trochę się nadreptałem!

Po prysznicu w lodowato zimnej wodzie – śledzę wyniki live na komórce. Czas mija, a w lesie dwóch znajomych Piotrek i Bartek. Mija czas zamknięcia mety – Piotrek wrócił, ale Bartka nie ma. Sprawdzam jeszcze po północy - Bartek ciągle biega w/g wyników. Ale nagle Bartek pojawia się w drzwiach witany okrzykami radości przez cały Team360 – chyba spisali go już na straty! Jak się później okazało Bartek zdążył na metę w ostatniej chwili – do limitu czasu (150 minut) zostało mu 8 sekund! Zresztą fajne wyniki są M 50 – pierwszy Marcin, ostatni Bartek – bracia. Czas Marcina 50 minut, Bartka prawie 2,5 godziny! 

No cóż, pora spać - jutro kolejny bieg – muszę bardziej uważać by nie mieć MP.

 


sobota, 4 maja 2024

Nocka z dwiema Niewiadomymi

Zaczyna się majówka –zaczyna się maraton z InO. Na pierwszy ogień Nocka z Niewiadomą. Na kilkanaście godzin przed pierwszym etapem KOSowej majówki kolejny nocny trening. 

Upalnie, komary i meszki. Sucho (słowem kurzy się w lesie). Przyjeżdżam pierwszy na start. Powoli idę na start (prawie kilometr). Budowniczy mówił, że teren się pozmieniał, jest wiele wycinek niezaznaczonych na mapie, więc trzeba uważać. A jeden z punktów węzłowych (5/9) wypadł na takiej wycince i jest powieszony specjalnie wysoko, by go łatwiej znaleźć w nocy. 

Start na wycince której brak na mapie;-)

Odczekuję ze startem do 20:01 i powoli ruszam w las. PK 1 na górce – taka oczywista oczywistość nawet za ostatnich promieni słonka, gdy punkt nie świeci się z daleka. PK 2 to ma być paśnik. Nic trudnego. Dobiegam do mokrawiska nad którym paśnik powinien stać. Obok wyręb, którego nie ma na mapie. Zapalam latarkę, bo już ciemnawo. A paśnika jak nie było, tak nie ma. Przedzieram się przez krzaki, chodzę w tę i we w tę chyba już godzinę. Wreszcie odkrywam, że chyba mapę mam przekręconą o 180 stopni i szukam nie po tej stronie mokrawiska. Oczywiście, jak wynika z postanalizy, błąkałem się prawie 10 minut, a nie godzinę, choć subiektywnie to trwało i trwało. Taki prosty błąd… wrrrr 

Pierwsza niewiadoma czyli jak szukałem paśnika odwrotnie trzymając mapę;-)

Na szczęście kolejne PK wchodzą lepiej. Znacząco lepiej. Biegnę na azymut i trafiam na lampion. Pierwsze obce światełko spotykam koło węzłowego PK 5. Tego na wycince. Wyprzedza mnie jakiś szybkobiegacz. Widzę jeszcze jego światełko na PK 9 (ten sam co PK 5), ale potem niknie mi w ciemności. Znowu jestem ja , las i niewiadoma;-) Wszystko idzie idealnie – azymut i po chwili zaczyna przede mną błyskać odblask kolejnego lampionu. Tak lubię. 

Do PK 13 daleko, więc wybieram wariant drogowy- ciut dalej, ale wygodnie. 

Ustawiam azymut i ruszam na PK 14. Przecinam drogę, zaczynają się dołki, powinno przede mną być wzniesienie z jakimiś polankami i gęstwinkami. Jakoś wokoło tego nie widać. Skręcam w prawo - powinna być tam porządna droga północ-południe, od której się namierzę. Droga jest. To cofam się na południe, by znaleźć drogę poprzeczną, przez którą przebiegałem i tam zaraz będzie mój lampion. Pojawia się górka, polanki - zbaczam z drogi wyglądając lampionu. Lampionu brak. Co gorzej, brak drogi którą powinienem przeciąć. Wracam na tę drogę północ-południe i znajduję bezpośrednio przy niej dołki. Patrzę na mapę i wiem gdzie jestem – dobre 300 m na południe od właściwego skrzyżowania. Nie mam pojęcia jak się tu znalazłem, ale przynajmniej wiem co robić dalej. Teraz to wiem co się stało – taka ledwo zaznaczona na mapie ścieżynka w terenie okazała się całkiem porządną drogą – nie sprawdzałem dokładnie jej azymutu, a odległościowo można było się nabrać. Na śladzie widać że biegłem prawie przy drodze, ale w nocy jej nie dojrzałem. W każdym razie co najmniej 6 minut w plecy. 

Druga niewiadoma czyli poszukiwanie PK 14

PK 14, 15 - tu zaczęły pojawiać się dzieci z krótkich tras. Jeszcze przebieg PK 18-19 pełen krzaków i finisz. Czas hmm przemilczmy, jednak 15-20 minut błędów to stanowczo za dużo. Miejmy nadzieję, że kolejne treningi i właściwy start w MP pójdzie lepiej, bez "niewiadomych";-)



czwartek, 2 maja 2024

Nocna WATAHA

Trzy dni po nocnych przygodach z ZAZU TOUR kolejne nocne bieganie, tym razem z WATAHĄ w Białobrzegach. Las znany, ale lubiany. Znając Karola na pewno będą lampiony „stowarzyszone”, więc dokładnie trzeba sprawdzać numerki na stacjach SI. 

Czekając na noc

Do startu kawałek dojścia, a mapy „nietypowo” dostajemy dopiero na starcie, jak w porządnych zawodach, a nie na treningu. I mamy limit czasu 75 minut, co przy trasie Chojrak 6.6km jest pewnym wyzwaniem. ZAZU TOUR o podobnej długości zajął mi 86 minut! 

Clear, Check i Start

Nie ma taryfy ulgowej – strat w pełnej ciemności. Początek idzie dobrze. Na przebiegach widać, że biegnę dokładnie po kresce, jakbym miał ją wyrysowaną w terenie. Lekkie zawahanie na PK 3, ale bez porównania z tym PK 3 z poprzedniego biegu;-) 

Dopiero na PK 7 niewielka pomyłka – zdezorientował mnie tabun latarek i szukałem lampionu na sąsiedniej przerwie pomiędzy gęstwinkami. Ale to straty rzędu minuty, a nie dziesięciu;-) 

Ten PK 7 musiał mnie rozkojarzyć, bo następny - PK 8 to znowu pomyłka. Jak widać na przebiegu biegłem po kresce i przed samym lampionem skręciłem w lewo. Znowu te błędne ogniki – nie sugeruj się w nocy tym co świeci, a tylko własnym kompasem! 

Co tu dużo mówić – bieg nudny do opisywania, bo biegło mi się bardzo dobrze! Starczyło sił by doczłapać na metę w czasie, poza tymi drobiazgami żadnej większej wtopy, przebiegi na azymut „idealnie po kresce”. Ale za to ten bieg podbudował moje ego i może w MP nie będę na szarym końcu;-) 

Tu można oglądać moje bieganie po kresce;-)

 

środa, 1 maja 2024

Nocny Marek z ZAZU TOUR

Zapisałem się na Mistrzostwa Polski w nocnym BnO. Wcale nie miałem się zapisywać, ale w ramach treningów do Jagi-Kory coś tam zacząłem biegać i jakoś poszło - co ma się marnować licencja zawodnika BnO;-) Ale przed startem w imprezie tej rangi przydałby się trening. Nocny. I właśnie nastał wysyp nocnych treningów, bo jak widać nie tylko ja mam zaległości w nocnym bieganiu;-) 

ZAZU TOUR NOCĄ R2 - „prawie pod domem” bo w Markach na Horowej Górze – wstyd było nie iść. Oczywiście zjawiłem się na starcie. Mapa niewielka, 6,8 km, 17 PK czyli nie tak mało. Na mapie wydma, trochę poziomnic i sporo zielonego. 

Do startu gotowy!

Wystartowałem przy ostatnich promieniach słońca - pod górę i po piachu. PK 1 daleko - na drugim końcu mapy. W lesie już ciemno. A las… niedawno był to młodnik, teraz jest ciut wyższy, ale jeszcze nie zaznał trzebieży. W nocy daje to efekt bardzo ograniczonej widoczności. Co chwila jakieś ścieżynki jak to przy zamieszkałych terenach. Leciałem na czuja – „mniej więcej w kierunku” i kurczowo trzymałem się poziomnicy. Tak jej się trzymałem, że trafiłem wpierw na PK 4, ale dzięki temu do PK 1 było niedaleko. 

PK 2 wydawał się prosty - wokół bagienka, ścieżką, na niewielką górkę i gdzieś w dole powinien być lampion. To „gdzieś w dole” było mocno zdradliwe: teren poorany rowami, zwalone gałęzie, i szukaj wiatru – znaczy lampionu w takich warunkach. Wreszcie znalazłem, ale po dłuższej chwili. 

Na PK 3 ruszyłem na azymut. Po chwili zobaczyłem pierwsze „obce światło” w lesie. Jak się okazało był to zagubiony Piotrek, który szukał … PK 1!
Szczęśliwy, że nie zrobiłem takiej wtopy, ruszyłem dalej. Minąłem jakąś ścieżkę poprzeczną, dobiegłem do następnej (jej kierunek się zgadza), więc chwilę wcześniej powinien być lampion. Wracam się, szukam, nic. Powoli pojawiają się latarki. Jakaś dziewczyna szuka tego samego lampionu. Niby się wszystko w terenie zgadza, ale nie do końca. Przebiegają jacyś biegacze i wreszcie Janka wybiegając z lasu rzuca: „33 jest tam” i wskazuje gdzieś na zachód. Lecimy w tamtym kierunku. Okazało się, że w terenie była „ścieżka” nieuwzględniona na mapie i szukaliśmy ponad 100 metrów za wcześnie. 

Dalej biegłem już ostrożnie do PK 4, drogę z PK 4 na PK 5/1 miałem już wcześniej obieganą i potem na PK 6 – znów na drugi koniec mapy. W pewnym momencie zacząłem poznawać teren, który mapowałem do którejś tam Niepoślipki. Wokół coraz więcej światełek biegających we wszystkie strony. Na ostatnich metrach do PK 6 znosi mnie i bezradnie miotam się szukając krótkiego wału. 

Kolejne punkty idą dobrze, choć coraz wolniej, bo sił zaczyna brakować. Przemek dobrze zbudował trasę – sporo mało przebieżnych elementów (szczególnie w nocy), a co pewien czas dłuuugi przebieg – kolejny z PK 11 na PK 2/12. Tym razem używam ścieżki, która mnie zmyliła przy poszukiwaniu PK 3 i rów z lampionem znajduję może ciut naokoło, ale w sposób całkiem bezpieczny. 

Bieganie nocą ma swój urok

Kolejne przebiegi – „odwrotne” do tych, co robiłem na początku. Znany las (biegnąc na PK 1 na niego narzekałem, ale teraz wydaje mi się łatwy i przebieżny), choć sił coraz mniej. Wreszcie wpadam na metę. Czas nie jest najlepszy – szczególnie przez ten PK 3. Ale przez MP jest planowane jeszcze kilka nocnych treningów – czas by się poprawić!


 

niedziela, 16 października 2022

Nocna Mielecka Masakra

Jeżdżąc przez Mielec, a konkretnie jego obwodnicą, zawsze podziwiałem sosnowe lasy rosnące za dźwiękochłonnym płotem. Wreszcie się doczekałem: Mistrzostwa Polski w nocnym BnO zawitały właśnie do tych lasów. Start w sobotnią noc, więc należy jakoś zagospodarować czas przed startem i się zaaklimatyzować. Organizator wzorem innych nie zapewnił „model Event”, więc zrobiłem sobie coś takiego samodzielnie: postanowiłem pobiegać na sławetnym ZPK Białkówka. O rzut beretem od miejsca zawodów, więc zakładałem, że teren i mapy podobne.
Jadąc do Białkówki zwiedziłem po drodze całkiem ciekawe miejsca: Mazury, a nawet Zielonkę;-) 

Ja i ZPK na Białkówce

Jaki ten świat jest zakręcony;-) Na ZPK wystartowałem w samo południe. Niby to nie noc, ale co tam! Najpierw jakąś ścieżką przez krzaki do PK 1. Krzaki całkiem niezłe! A i dołków do wyboru sporo. Naokoło trafiłem. Do PK 2 miała być ścieżka przy asfalcie, ale nie było – pobiegłem drogą asfaltową. PK 3 - banalny dołek przy rowie.

PK 4 - kolejny dołek w zielonym na jakimś wypukłym pofałdowniu terenu. Jest zielone, jest pofałdowanie, są grzybiarze… a dołka nie ma! Szukam, czeszę, namierzam się od dołka przy drodze… i nic. Takie miotanie się w kółko zajęło mi prawie 10 minut. Wreszcie znajduję słupek – stoi w niepozornej gęstwince, koło której przechodziłem już kilka razu. Gdyby to był lampion wypatrzyłbym go;-( Taki to urok ZPK-ów. I kiepski prognostyk przed nocą. Dalej idzie ciut lepiej. Lekkie zacięcie przy PK 7, bo mapa trochę nie zgadza się z terenem.
Za to PK 9 w krzakach i to podmokłych. Gdybym wiedział, wybrałbym inną trasę;-) 

Wkurzony znowu mam wtopę na PK 10 – szukam lampionu za wcześnie – zmyliły mnie ogrodzenia mrowisk, których zabrakło na mapie. Ogólnie idzie mi słabo: zieloności na mapie nie pasują mi do tego co widzę w terenie, azymuty jakieś zboczone… na PK 10, 11, 13, 15 problemy;-( Za PK 15 idzie lepiej – można się rozpędzić, punkty daje się łatwo namierzyć. 

Rozluźniony ruszam z PK 22 na PK 23. Na azymut. Ma być trochę krzaków, potem mniejsze krzaki, kawałek czystego lasu i zielone kępki ze ścieżką. Niby wszystko jest, jest i ścieżka… tyle że ani widu, ani słychu słupka! I tak mija kolejne 10 minut. A wszystko przez ścieżkę nienaniesioną na mapę, a udającą tę właściwą;-) 

Moja nierówna walka z PK 23

Kończę ZPK-a – nominalne 7,4 km zajęło mi…12 km i 2 godziny. Wstyd! 

A to cały przebieg

 Czas udać się na właściwe zawody. Najpierw obiad i szkoła, gdzie mają być noclegi. Jestem pierwszy i rezerwuję sobie jeden z nielicznych materacy gimnastycznych. Znów na stare lata zaczynam sypiać „w warunkach turystycznych”. 

Nie ma co robić, jadę do bazy zawodów „pod chmurką”. Nie jestem pierwszy – na parkingu czeka już Andrzej z ekipą z Warszawy. Ogólne wrażenia organizacyjne ambiwalentne: komunikacja organizatorów z uczestnikami w internecie bardzo uboga – istotne informacje na ostatnią chwilę, ale to co istotne jest publikowane. Organizacyjnie – chwilami brakuje organizatorów na miejscu, ale z drugiej strony wszystko jest. Ot, choćby brak model eventu – duża część terenu zawodów pozostała niewykorzystana, aż prosiło zrobić się trening na tym terenie. Brakowało stałego dyżuru organizatorów w szkole, rozdzielenia biura obsługi SI od biura zawodów (trzeba było dochodzić korytarzem dla zawodników do biura) – takie drobiazgi. 

Baza w Mielcu za dnia

Wreszcie zachodzi słońce i czas rozpocząć zawody. Mam 73 minutę startową, więc można powiedzieć startuję „w drugiej zmianie”. Przed moim wyjściem na start na metę wpadają już pierwsi zawodnicy. Czas mają znacząco dłuższy niż przewidywany czas zwycięzcy – zatem szykuje się trudna trasa. 

A tak wygląda to po nocy. Czekamy na dobieg pierwszego zawodnika

Na starcie okazuje się, że jest cieplej niż myślałem. Niestety numer startowy, agrafki zniechęcają mnie do rozbierania się. Najwyżej nie zmarznę ;-) Wchodzę do boksu startowego, odliczanie, inaczej niż zwykle mapę wyciągamy z kieszonki dopiero na sygnał startu. Dobieg do startu właściwego dość długi. Start jakoś tak „ w środku niczego”. Wszyscy biegną dalej, na azymut, w kierunku mojego PK 1. Na początek taki przebieg „na azymut” kilometrowy. Fajnie. Teoretycznie można by od lampionu startu się wrócić i pobiec drogami, ale skoro wszyscy na azymut, a w lesie wydeptana już inostrada? Może marnej jakości ta inostrada – pełno zwalonych drzew, dziur, więc biegnę raczej zachowawczo, by sobie jakiejś nogi nie urwać.
Niby wszystko idzie dobre, światełka konkurencji w zasięgu wzroku, teren się zgadza, wkraczam w okolice PK 1. Mapa nieczytelna, pokreskowana drogami, warstwicami, a w naturze las niewiele starszy od młodnika, z leżącymi po przycinaniu drzewkami. Szukaj tu po ciemku dołka! Okazuje się, że mnie zniosło na ostatnich metrach i chwilę trwa zanim znajduję co trzeba. Dogania mnie następny z mojej kategorii;-( 

PK 2 znowu w krzakach. Taki teren normalnie podmokły – teraz przeczesywany przez wiele latarek w poszukiwaniu niepozornego lampionu na rozwidleniu ledwo widocznych dróżek (coś jak PK 23 na Białkówce). Chyba udaje mi się i pierwszy z całej grupy znajduję lampion! 

PK 3 oczywiście w młodniku. Na mapie sporo zielonego, a zielone w nocy oznacza widoczność na 50 cm i losowość w znajdowaniu lampionów;-( 

PK 4 to majstersztyk. Drugi koniec młodnika (400m), a konkretnie jakaś ostra granica polanki z innym kolorem zielonego - żadnego sensownego obejścia – wszędzie zielono. Na szczęście przez te krzaki biegnie mokry rów, a wzdłuż niego inostrada. Dzisiaj już się sporo nakrzalowałem, więc wbrew pozorom dobrze mi idzie. Może są i szybsi, ale potrafią pobiec nie wiadomo z jakiej przyczyny gdzieś w bok, zamiast trzymać się wydeptanego traktu, rowu i azymutu. W efekcie mam na tym odcinku jedne z moich najlepszych czasów w etapie. 

Nie lubię biegać w tramwaju – niestety krótkie interwały i mapa z punktami losowymi naturalnie takie tramwaje tworzy. Po PK 4 źle ustawiam kompas, sugeruję się jakąś inostradą i mnie znosi na płot. Biegnąc w grupie nie patrzę dokładnie na kompas, jestem pewien, że jestem na innym boku płotu i w efekcie skręcam w lewo, zamiast biec w prawo. Wybiegam z gęstwiny, chwilkę się lokalizuję i znajduję lampion drogą naokoło, ale niestety po raz drugi tracę czas. W imprezach mistrzowskich takie wpadki wykluczają osiągnięcie dobrego rezultatu – tu poziom jest bardzo wyrównany. 

Zniesmaczony krzakami do PK 6 biegnę drogami i to chyba dobry wybór. PK 7 tuż obok, PK 8 także. Tyle że na PK 8 nie trafiam. Niby nie dużo rozmijam się z lampionem;-(. Znowu strata 2 minut – razem mam jakieś 6-7 minut w plecy;-( 

Dzięki temu manewrowi na PK 8 znowu jestem sam w lesie. Trochę drogami, trochę na azymut biegnę dalej. Przed PK 11 dopędza mnie jakiś tramwaj. Tramwaj szuka PK ciut za wcześnie, a ja jak głupi skręcam w ich kierunku zamiast biec swoje. Dalej biegnę za powoli oddalającym się tramwajem. 

Kolejny majstersztyk budowniczego trasy - PK 14. Jedyny sensowny przebieg to na krechę przez zielone, zielonkawe i bardziej zielone. Właściwie żadnych jednoznacznych punktów orientacyjnych, bo użycie odcieni zielonego przez autora mapy dla mnie i większości biegających pozostaje tajemnicą. Szczególnie w terenie biegu nocnego. Odczucie było raczej takie, że jasnozielone jest gęściejsze niż ciemnozielone… Gdzieś koło PK doganiam zdezorientowany tramwaj czeszący teren. Tramwaj nie ma pojęcia gdzie jest, choć na pytanie czy widzieli gdzieś wysokie drzewa wskazują na północ. Dla mnie jest wszystko jasne – przy wysokich drzewach mam mieć lampion. I mam. Reszta tramwaju swojego szuka (wiem, że niektórzy mieli przy ambonie, a nie jak ja, na rogu tego przebieżnego fragmenciku lasu. 

Urywam się tłumowi i przez młodnik (zaznaczony jako zielone kropki na żółtym polu) lecę na przedostatni i ostatni punkt. Jeszcze imponujący finisz i meta. Wynik już nie jest tak imponujący – na wydruku jestem 6-ty na 10-ciu. W podsumowaniu spadłem na miejsce 11. Stanowczo poniżej oczekiwań;-( 

Na pewno w zawodach zabrakło mi rozbić. Zawodnicy łączyli się w tramwaje, albo na zasadzie „wożenia się za kimś” albo „pełnej współpracy”, a rzadziej na zasadzie „na chwilę, bo tak wyszło”. Na zawodach klasy mistrzowskiej raczej tego być nie powinno. Każdy „losowy punkt” wymagający czesania czegoś w krzakach, lub dłuuugi przebieg przez zielone generuje tramwaj, gdy następni doganiają tych z przodu. Takie same przebiegi dla różnych kategorii taki tramwaj utrzymują. Mój przebieg PK 9-13 był taki sam dla kategorii M60, M45, M40, M20 i prawie taki sam dla M35 i M16 (jeden PK więcej po drodze, na kresce). Podobnie z PK 1. Interwał 5 minut może by pomógł. Ale w nocy bez rozbić naprawdę jest trudno uniknąć gromadzenia się ludzi w grupy, szczególnie przy punktach ciężkich do znalezienia. Światło widać z daleka. 

I jeszcze mapa gdzie nie wiadomo było jak to, co jest zielone interpretować. 

Z pozytywów to mapa w skali 1:7500 szczególnie w nocy to dobre rozwiązanie. I dobrze widoczne kolory i duże kółka z PK – to było czytelne. 


 

piątek, 7 października 2022

Po nocy z Watahą

Kolejna noc w lesie. Tym razem z Watahą. Okolice Beniaminowa i obsada prawie międzynarodowa: Na trening zajechali zawodnicy ze Szczecina, Wrocławia… normalnie cała orientacyjna śmietanka!



Dojeżdżając do miejsca zbiórki z daleka widziałem ustawione przy drodze błyskające pomarańczowe światła i stojące na poboczu auta. Wypadek? Nie – to tylko „oddolna inicjatywa” bezpiecznego oznakowania miejsca zgrupowania chętnych. Oddolna, bo organizatora ani widu ani słychu. Znaczy ktoś tam słyszał (lub się słusznie domyślał), że organizator jak zwykle lata po lesie i wiesza lampiony;-) 

Tam po prawej widać te migające światełka. Pomysł wart propagowania!

Umówiona godzina startu mija, a organizator dalej w lesie. Wreszcie widać migające światełko w lesie. Przebiega w naszych okolicach i biegnie gdzieś w okolice zakrętu drogi przy forcie. Pewno to już ostatnie punkty. Mamy rację - za chwilę wyłania się organizator i niewinnie stwierdzająco pyta: „Chyba zdążyłem?” 

Rzucamy się po mapy (fot A. Krochmal)

Jeszcze rozstawić stolik i wydawanie map. Start po drugiej stronie ulicy. Biegniemy we trzy osoby. Jest droga w bok i po chwili lampion. Tyle, że to stacja „check” – gdzie zginął „clear”? Ponoć stoi na skraju lasu… Wstyd się tak zgubić przed startem;-) 

Mapa jest w wersji „mini”. Moja trasa „Chojrak” 5,9 km/21 PK mieści się na kartce A5. Wręcz na kawałku kartki bo jest tu także tabelka z opisami PK! 

Odbijam start i ruszam w krzaki. PK 1 bezbłędnie, PK 2 dobrze, choć może nie optymalnie, do PK 3 przez mocno zielone – za wcześnie wbiegam na wydmę (przy PK 16), ale nie jest źle. Biegnę do PK 4 i… skucha. Szukam końca wydmy z karpą – tyle, że trafiam nie na ten koniec. Przebiegam za daleko – muszę się wracać. Dwie minuty w plecy;-( 

Do PK 5 obiegam drogami, bo mam już dość zielonego. Kolejne punkty wchodzą dobrze – na tej mapie kompas dobrze wskazuje kierunek, dobrze naniesione zieloności i mikrorzeźba pozwalają korygować ewentualne odchylenia w biegu. Po prostu dobra mapa. 

Problem pojawia się przy PK 9 - dołek ukryty w młodniku na górce. Młodnik nie trudno znaleźć, ale światełka zdezorientowanej konkurencji rozpraszają. Błąd trafienia rzędu 20m nie pozwala dostrzec właściwego dołka z lampionem i zwiedziony błędnymi światłami szukam najpierw ze złej strony. A teren trudno przechodni (o przebieżności zapomnijmy), więc dobra minuta straty.

 PK 10, 11.. żeby tak wchodziły PK na Mistrzostwach Polski! 

PK 12 - znosi mnie lekko, gdy widzę jakąś konkurencję, trafiam na poziomnicę i biegnę według rzeźby do punktu… Niestety, to nie ta poziomnica i znowu kolejna strata. Niby nie jakaś wielka, ale kolejne 2 minuty w plecy. 

Za to 13-stka nie jest wcale pechowa – tu pojawiają się jacyś szybkobiegacze za którymi można biec, a wiadomo tacy raczej nawigują dobrze. 

Koło PK 15 dogania mnie Mateusz. Staram się go gonić, ale za PK 16 znika mi z oczu. 

PK 19 to chyba ten, co ostatni stawiał organizator, gdy spóźniał się na otwarcie startu. Nie doczytuję w opisach i szukam go na kupie kamieni, a nie na górce. 

Przedostatni PK 20 ma być na mocno zielonym. Pamiętam, że jak były jakieś zawody na tej mapie w tych okolicach i zawsze miałem problemy nawigacyjne. Tu także jakoś nie idzie mi znalezienie drogi, za którą ma być dołek. Wreszcie ją znajduję i widzę w krzakach buszujące światełka. Wydaje mi się, że odległościowo jest OK, więc także wpadam w krzaki. Chodzimy tyralierą w tę i we wtę, a lampionu brak. Okazuje się, że cześć ludzi szuka PK 2, a część PK 20. Niby zero to nic, ale jednak robi pewną różnicę. Wśród szukających jest także Mateusz, który mi wcześniej uciekł. Po dłuższej chwili udaje się namierzyć w najgęstszych krzakach dołek z lampionem. Teraz grupowo biegniemy w kierunku ostatniego PK 21 - ten jest na szczęście widoczny z daleka. Dobieg do mety – za innymi – byle nie zostawać w tyle;-) Na przebiegu widać, że mało optymalnie;-) 

Trening zaliczony - te kilka błędów powoduje, że nie jestem w czołówce, ale pamiętajmy że to tylko trening. Właściwe bieganie ma być w weekend - oby tam było mniej błędów:-) Choć z drugiej strony na zawodach sporo uczestników robi większe błędy ze stresu! Zobaczymy jak wyjdzie tym razem;-) 


 

poniedziałek, 3 października 2022

Mówcie mi "Mistrzu" ;-)

Wielkimi krokami zbliżają się Mistrzostwa Polski w nocnym BnO. Jak zwykle przed imprezami mistrzowskimi następuje wysyp imprez lokalnych – czy to treningowych, czy o statusie Mistrzostw Regionu. U nas pojawiły się Mistrzostwa Mazowsza w nocnym BnO. Jak nic trzeba wystartować, przypomnieć sobie jak to biega się w lesie po nocy, w zespół z dzikimi zwierzętami… 

Zawody „tuż pod domem” nawigacja pokazuje 16 minut dojazdu! Miejsce dwukrotnie odwiedzone – raz w czasie Nocnych Manewrów SKPB w 2017, gdzie na okolicznej wydmie długo i namiętnie szukaliśmy lampionu, a drugi raz w ramach Tras na Czasy Zarazy biegaliśmy samodzielnie po tej samej wydmie – choć za dnia. W każdym razie pamiętam z tego miejsca wielką wydmę otoczoną terenami niemiłymi dla przebiegania. 

Droga do startu

Sobota, okolice godziny 19-tej, ciemny las, skręcam z DW 631 w boczną drogą, gdzie roi się od światełek i bezładnie porzuconych samochodów. Porzucam swoje auto i idę w stronę największego światła – namiotu ze startem. Tras jest do wyboru 6. Jako że to Mistrzostwa Mazowsza, startuję w swojej kategorii wiekowej, czyli trasa NM3. Jak przystało na porządne zawody na trasie będzie punkt widokowy – gdzieś tu w okolicach startu, który ja mam potwierdzić dwa razy, a najdłuższe trasy aż 4 razy! Tylko kto będzie dopingował tych na punkcie widokowym, skoro wszyscy będą w lesie? 

Światełka koło startu

 
I sam namiot startowy

Wpraszam się na start – na moją trasę nie ma jakiś większych kolejek – mogę startować. Włączam zegarek, latarkę i ruszam. 

Najpierw drogą do lampionu START. Potem… dalej drogą aż skończą się chaszcze po lewej;-) Nie ma chaszczy – skręcam…. I za chwilę wpadam w chaszcze, takie których nie ma na mapie;-) Jest górka, za grzbietem ma być polanka z lampionem. Wiadomo, pierwszy punkt jest najtrudniejszy – trzeba „przyzwyczaić się” do mapy, terenu, biegania po nocy. I nauczyć znajdować lampiony. Mi idzie marnie, lampionu nie widać! Polanki są do wyboru i koloru, ale bezlampionowe. Po chwili bezładnego miotania się po poziomnicy decyduję się na zwrot w lewo (z prawej widać jakieś światełka zmierzające od drogi) i okazuje się to dobrą decyzją. Po chwili znajduję pierwszy PK. 

Ustawiam kompas na PK 2 i lecę. Rozpoznaję jakiś szczycik widoczny na mapie – znaczy jestem na dobrym kursie. Lampion świeci zresztą z daleka. Nie jest źle! 

Teraz wdrapuję się na szczyt wydmy, po którym biegnie jakaś grupa i zbiegam stromo w dół. Pamiętam ten teren z TNCZ jako wyjątkowo mało przebieżny. W nocy jest jeszcze bardziej nieprzebieżny. Taki nisko położony teren podmokły - trawy wysokie na człowieka, sporo chaszczy i bruzdy ukryte w tej trawie, głębokie co najmniej na pół metra. Spróbuj biegać po czymś takim! Ja nie próbuję – brnę przed siebie – starając się wybrać to, co jest równiejsze i mniej zakrzaczone. Zasadniczo szukam obniżenia niby na żółto, czyli niezarośniętego i zakładam, że z góry będzie lepiej widoczne. Z naprzeciwka światełka tych co szukają tego samego. Wiem, że jestem za bardzo w lewo, więc skręcam w prawo i po chwili widzę odblask lampionu! 

Uff, dalej znowu na azymut – ma być kolejny punkt na niebieskim, ale za drogą. Przez chwilę wraca normalny las i znowu zaczynają się bruzdy. Jeszcze głębsze. Na ich skraju powinien być lampion. „Biegniemy” grupą – przede mną szybkobiegacz, który pakuje się w te bruzdy i za chwilę grzęźnie w krzakach. Zerkam dokładniej na mapę i stwierdzam, że obejdę ten nieprzyjazny teren brzegiem, bo lampion ma być „na brzegu”. To dobra decyzja – prowadzę resztę grupy do punktu. 

Można odetchnąć, teraz przez wydmą powrót do punktu widokowego. Obiegam kolejne podmokłe obniżenie drogą (słyszę jak ktoś przebija się po kresce przez największy gąszcz), skręcam w prawo w pozostałość ścieżki i idealnie znajduję dołek z lampionem. Szybkobiegacz, który mnie wyprzedzał pobiegł gdzieś w bok – albo szuka innego lampionu, albo się zamotał w lesie. Chwilę przed lampionem widzę, że coś w lesie świeci – trochę nie na azymucie i jakoś tak podwójnie. Po chwili światło latarki oświetla śpiącą sarnę ze zdziwieniem patrzącą, co to się w lesie wyprawia. 

Wspinam się mozolnie na wydmę – idzie łatwo, bo charakterystyczna rzeźba znowu prowadzi mnie idealnie na lampion. 

Teraz w dół, potem pod górkę i mam PK nr 7. Coś podejrzanie dobrze mi idzie! 

PK 8 koło startu – najłatwiej dobiec tam drogą. Minimalnie przebiegam dołek z lampionem. Teraz punkt widokowy – najpierw znajduję metę, którą omijam szerokim łukiem i za chwilę mam punkt węzłowy. Czas na drugą stronę lasu. Nie ma tu jakiś spektakularnych wydm, ale jest za to zielono. A zielone na mapie w nocy oznacza niezłą zabawę - nie ma punktów charakterystycznych takich jak rzeźba terenu i każde zboczenie z azymutu może zakończyć się katastrofą. 

Próbuję biec ścieżką wypatrzoną na mapie, ale ścieżka po chwili zanika. Brnę przez zielone aż znajduję kolejna ścieżkę wyglądającą znacznie porządniej. Nawigując ścieżkami docieram w okolice 10-tki. Do samego lampionu 100m na azymut przez gęste krzaki. Widzę kilka osób szukających punktu. Rzut oka na mapę i wiem gdzie szukać dołka, wybawiam ich z opresji;-) 

11-stka na mapie tuż obok, w terenie wydaje mi się to znacznie dalej niż na mapie. 

Las trochę się przerzedza. PK 12, 13, 14 - ścigam się z kimś z innej trasy. PK 15 dość daleko – wybieram wariant „drogowy”. Odliczam odległość i z drogi skręcam w gęstwinę. Trafiam wkrótce na dołek. Nie jestem pewien na który i wybieram „gorszy wariant” – w efekcie nadrabiam ze 20 m po krzakach.

PK 16 na zielonym, można powiedzieć „na niczym”. W nocy przy widoczności w gęstwinie rządu 2-3 metrów znalezienie wzniesienia o wysokości 1 metra i średnicy kilku metrów jest nie lada sztuką. Jakiś młodzieniec rusza ze mną, ale biegnie szybciej i widać jego kompas wskazuje inny kierunek niż mój. Po drodze trafiam na dołek pośrodku przebiegi wiem gdzie jestem, wreszcie trafiam na teren który się ciut podnosi i po prawej (bo ostatnio coś znosi mnie na lewo) wypatruję odblasku. Jest! 16-stka podbita! 

Zostały dwa punkty do mety. PK 17 to polanka zaraz za drogą. Jest droga, widzę światełko po lewej kogoś kto stoi w krzakach, a raczej na polance wśród krzaków. To pewno tam – myślę i odbijam w lewo. Owszem jest polanka, ale bez lampionu. Według mapy nie powinno być tu żadnych innych polanek! Jako, że ostatnio znosi mnie w lewo, decyduję się szukać lampionu po prawej. Wędrując ciągiem „nieistniejących” polanek docieram do lampionu - oczywiście umieszczonego w największych chaszczach! 

Uff, teraz wybiec z lasu i na metę! Koniec! Prawie godzina na 4,5 km. Rakietą to ja nie jestem. 

Odbieram wydruk i widzę, że jestem pierwszy!. Wyprzedziłem głównego konkurenta - Krzysztofa! To już drugi raz na Nocnych Mistrzostwach Mazowsza mi się zdarza - wtedy gdy trasa jest odpowiednio ciężka nawigacyjnie. 

Dobra nie ma co szukać przyczyny – grunt, że jestem pierwszy! A tak w ogóle to możecie do mnie mówić „Mistrzu” :-) 

I na deser - Livelox
 

wtorek, 27 września 2022

Góra Nocą

Zbliżają się wielkimi krokami Mistrzostwa Polski w Nocnym Biegu na Orientację. Kiedy to ja ostatnio biegałem nocą po lesie? Na pewno dawno, dawno temu (chyba dokładnie rok temu)… Rok temu przed mistrzostwami była seria treningów – np. sławne UNTSowe robione przez Fryderyka. W tym roku rzutem na taśmę pojawiły się dwie inicjatywy – pierwsza to Rozbiegana Góra Nocą – jak łatwo domyśleć się w Górze Kalwarii. 

Do wyboru był 5-cio kilometrowy nocny cross i BnO. Dawało się wystartować w obu i do końca nie byłem zdecydowany, czy czasem nie zrobić 2-in-one. Troszkę odstraszała długość BnO dla kategorii C, wynosząca nominalnie ponad 7 km, czyli realnie po nocy jakieś 10+. W końcu zdecydowałem się tylko na BnO 

Dojazd do Góry Kalwarii w piątkowy wieczór to małe wyzwanie – szczególnie, gdy remontowany jest most na Wiśle w pobliżu Góry. Nawigacja poprowadziła mnie egzotyczną drogą i udało się dojechać na czas, a nawet przed czasem. 

W bazie jeszcze pustki, za chwilę dojeżdża Przemek. Oczywiście rowerem;-) Za chwilę wpadają biegacze z crossu – zmęczeni, spoceni, ale wyraźnie zadowoleni. Start BnO za obwodnicą – trzeba dojść kawałek obok MacDonalda, gdzie kręcą jakiś film. Start w środku lasu. Czekają już przygotowane linie startowe i mapy na ziemi. Tłum umiarkowany, ale zawsze start masowy po nocy robi wrażenie. 

Mapy czekają na nas w dwuszeregu

Przed startem od czołówek robi się jasno...

Coraz jaśniej od czołówek, odliczanie ostatnich sekund i lecimy. Dobra lecimy, ale gdzie ten start na mapie? Odwieczny problem biegaczy BnO:-). 

Po dłuższej chwili lokalizuję trójkąt startu, ustawiam azymut i ruszam. Widzę, że większość biegnie bardziej w prawo, ale mają być rozbicia, więc biegną swoje. Dopiero po chwili dociera do mnie, że bywalcy po prostu omijają wały strzelnicy! Ja tam nie jestem cienias i nie wymiękam, biegnę swoje! 

W świetle czołówki ukazuje się wał strzelnicy. Prawie pionowy! Znajduję jakieś zagięcie wału i wspinam się grzęznąc w jakiś jeżynach. Ale udaje się. Zbiegam z wału i za chwilę wczołguję się na następny. Tu górą widzie droga, więc biegnę nią w kierunku końca strzelnicy. Tam ma być dróżka na pierwszy PK. Zauważam koniec strzelnicy i orientuję się, że jeszcze nie przebiegłem strzelnicy w poprzek. Były dwa wały, ale to był tylko jakiś „przydupnik” strzelnicy właściwej! Zbiegam w dół i lecę do następnego wału. Ten jest już ekstremalnie stromy! Na czworaka, krok do przodu i zjeżdżam z ziemią dwa kroki! Zwiększam kadencję i tym sposobem udaje mi się wdrapać na szczyt! 

Znajduję ścieżkę i lecę do PK 1. W lesie widać ostatki świecących czołówek – moja trasa była wyraźnie nieoptymalna. Skręcam w las w poszukiwaniu dołu z lampionem. Patrzę na mapę – dołek ma być w obszarze otoczonym warstwicą. Wszystko malutkie na tej mapie i wychodzi mi, że to obniżenie. Szukam obniżenia. Tyle, że w nim ani śladu dołka! Dłuższa chwila błądzenia, chwilami po dość gęstym podszyciu, aż wreszcie dostrzegam na mapie, że to powinno być na górce, tuż obok drogi – wracam więc do drogi i lokalizuję lampion bez problemu. Obok tylko jedna, czy dwie ostatnie czołówki, w tym jedna Uli. 

Wiadomo - pierwszy PK to zawsze problem (dla mnie). Teraz idzie już znacznie lepiej. Ustawiam azymut i lecę gdzie trzeba. 

Przy PK 3 las ożywa – kręci się tu kilka osób, bo to punkt węzłowy. Z tego co mówił budowniczy przy starcie, trasa C ma aż 13 wariantów! 

Na PK 4 staram się ile się da, biec ścieżką. Zresztą spory kawałem za aktualną Mistrzynią Świata! Widać mamy ten sam przebieg i PK 4 szukamy w pierwszym odruchu nie na tej muldzie co trzeba. 

Wszystko idzie dobrze aż do PK 8 – węzłowego (tego samego co PK 3). Lecę na azymut, ale jak potem się okazuje, odmierzam się od złego miejsca. W efekcie znosi mnie w lewo, trafiam w jakieś krzaki i ostatecznie odmierzam się od ścieżki za punktem. 

Teraz długi przebieg do PK 9. Długi, ale prosty. Potem PK 10 na górce i długi powrót do PK 11 tożsamym z PK 1 – tym razem znalezionym bez problemu. 

Do mety już niedaleko – biegnąc na PK 11 widziałem grupę światełek biegnących do ostatniego punktu w lesie PK 15. PK 12 – tożsamy z PK 8, tym razem trafiam bez problemu. Czas na PK 13. Niecałe 200 m do jakiegoś młodnika i szukanie dołu przy rowie. Jest granica kultur, wbiegam w las, jest jakaś namiastka ścieżki…. Nie ma dołka. Ciut dalej jest rów, ale coś nie ten kierunek. Głupieję. Szukam więc wału, który miał być dalej – nie ma…. Wracam się, szukam… nie ma. Wychodzę na brzeg młodnika, znowu szukam, znowu nie ma. Kolejna próba – do drogi na północ od PK i od skrzyżowania na azymut…. Nie ma dołka;-( Teren nie zgadza mi się z mapą – nie ma tych wałów tylko jakieś rowy. Znowu wracam się do skrzyżowania i wreszcie… SUKCES. Patrząc na wydruk, przebieg PK 12-PK 13 czyli 165m zajęło mi prawie 20 minut, czyli jakoś tak 120 minut/km;-) 

Feralna 13-stka i moje błądzenie

Na mapie jest wał i rów. W terenie... same rowy to było mylące;-)

Dalej już prosto. Przy PK 15 po raz kolejny spotykam Ulę. Wiadukt, róg płotu, potem słabo widoczną ścieżką do furtki na stadion. Próbuję coś skrócić, ale krzaki, więc wracam. Finisz na stadionie. 

Czas nie jest rewelacyjny – prze tę feralną 13-stkę, gdzie straciłem co najmniej 15 minut. Jakby zsumować pozostałe dwa większe błędy, jak nic wyszłoby 20 minut krócej – czyli wynik jakiego oczekiwałem. Jak nic, do MP trzeba wyeliminować takie duże błędy i trochę tych małych, a będzie znośnie;-) Kolejne nocne biegnie już za kilka dni w ramach Mistrzostw Mazowsza.


 

sobota, 1 maja 2021

Pokonać Leszka

Renata do Aleksandrowa nie dała się wyciągnąć. Chyba go jakoś niezbyt lubi- szczególnie po nocy! 

I gdzie jest ten organizator???
 

Jak zwykle sprawca treningu wpadł na miejsce zbiórki pędem, w ostatniej chwili. Rozdał… koszulki na mapy (map nie) i ruszył w stronę startu. 

Komu koszulkę???
 

700 metrowy dobieg na start, który okazał się dobiegiem kilometrowym, pozwolił większości uczestników wyzionąć ducha.


 

Na odprawie dowiedzieliśmy się, że „wszystkie chwyty dozwolone” – będzie obracanie mapy i one-man-relay z rozbiciami, klasyczne motylki i teren ze sporą ilością „niezbyt wysokiej roślinności” jak na najbliższych MP. Fajnie. Mapy pod nogę (tu wynikł problem trasy B, która niby była dostępna w zapisach, ale jako omyłka i ci zapisani na nią dostali mapę A, czyli ponad 7 km). Odliczanie i start. Co ciekawe, sprawca-organizator nie został na miejscu, tylko pobiegł gdzieś z czołówką wydając jakieś głośne okrzyki. Pomyślałem sobie, że pewno chce przepłoszyć dziki. Niedaleko miejsca zbiórki pasło się stadko tych zwierząt, a miejscowa młodzież przyglądała się temu stadku z miną zdziwiono-zaniepokojoną. 


 

PK 1 był tuż obok startu – w młodniku. Za punkty służą odblaskowe znaczniki wbite gdzieś pod poziomem gruntu – tak, pod poziomem, bo większość PK w dołkach;-) 

Nie byłem nastawiony na jakieś bardzo szybkie bieganie, więc do PK nie musiałem się tłoczyć jak inni. Do PK 2 już trochę dalej – peleton się rozciąga – ja statecznie, dbając o swoje stawy skokowe, powoli pogrążam się w ciemności. Jest dołek z PK 2 – skręt w lewo i kierunek… kolejny młodnik! Akurat nie dołek tylko mulda, więc znacznik widoczny z daleka. Przynamniej dla mnie – spotykam po chwili tu Leszka, który jakoś ma mniej szczęścia i kieruję go we właściwą stronę. Dla ścisłości nie jest to zwykły młodnik, tylko taki specjalnie spreparowany przez leśników (ścięte gałęzie i drzewka) - metoda rzucania kłód pod nogi biegającym;-). 

PK 4 na drugim końcu tego samego młodnika w dołku. Przedzieram się – są dołki. Ale coś nie widać świecącego znacznika. Krążę dłuższa chwilę nim wreszcie go znajduję z grupa dziewczyn, która chodzi, a nie biega… 

Na szczęście PK 5 już nie w młodniku (ale najpierw trzeba z młodnika wyjść) i łatwo go znaleźć. Rozochocony biegnę na PK 6. Biegnę, biegnę i nagle droga, której tu być nie miało. Znaczy przebiegłem i na dodatek zboczyłem z kierunku. Chwila zastanowienia i wracam po punkt. Znowu pojawia się ta grupa dziewczyn co na PK 4 (one szły, ja biegłem i na jedno wyszło. Wrrr). 

PK 7, 8, 9 – idzie mi ciut lepiej, trochę mnie znosi, a i teren nie jest szybki i ciągle czuję damski oddech na karku… 

Po PK 9 odrywam się od konkurencji – wyraźnie biegnę po kresce, dobiegam do zakrętu górki – na zboczu ma być dołek ze znacznikiem i…. dołka brak. Zajumali! Krążę, szukam, zjawiają się inni poszukiwacze. Wreszcie dołek się znajduje – musiałem na samym początku przejść dwa metry od niego nie zauważywszy znacznika (i dołka). Wkurzony biegną na PK 11. Znowu krzale. Wreszcie droga. Coś mnie zniosło – ale nic, pobiegnę drogą. Tyle że coś źle policzyłem drogi i to obieganie nic nie daje. Znowu słychać damskie głosy. Pierwszy wypatruję dołek z PK 11 i ruszam dalej na azymut do PK 12 w… młodniku! Czy te MP mają być tylko po młodnikach? Ile można! 

Obrót mapy. 

PK 13 jest tożsamy z PK 4 i podobnie nie mogę znaleźć znacznika. Jakieś feralne miejsce:-) Za to kolejne trzy punkty wchodzą jak powinny. Wreszcie jestem sam na sam z nocą w lesie! 

PK 17 ukryty w kolejnym młodniku – chwilę do niego się przedzieram (liczyłem na lepszą widoczność znacznika ze ścieżki, wiec go ciut przebiegłem). Na osiemnastce już byłem (PK 11) i znowu chwilę go szukam, bo coś kompas zawodzi i mnie znosi. PK 19 tradycyjnie … w młodniku, ale nauczony doświadczeniem, nie daje się nabrać i go szybko znajduję (bo tak naprawdę już tu byłem – PK 5). 

PK 20 to punkt węzłowy motylków. Biegnę do niego bezpiecznie drogą, może ciut naokoło, ale teren poza drogami szybki nie jest – szczególnie w nocy. 

Przy PK 21 znowu spotykam Leszka. Jest ciut przede mną, ale pewno go przegonię. Na PK 22 jest ciągle pierwszy. Powrót na punkt węzłowy PK 23/PK 20. I strzelam babola. Znosi mnie w lewo i dłuższą chwilę szukam znacznika. Światełko Leszka znika w oddali. PK 24, przedzieram się w kierunku PK 25. Dobiegam do drogi – wygląda, że mnie zniosło. Postanawiam odszukać charakterystyczne oczko na ścieżce. Jako że mnie znosiło ostatnio w lewo, biegnę w prawo. Oczka nie widać, tylko rozwidlenie ścieżki. Rzut oka na mapę – muszę zawrócić. Po chwili – chyba jest oczko – skręcam w prawo. Szukam. Nie ma znacznika. Wracam na drogę i znowu szukam oczka. Jest. Teraz już znajduję 25 i węzłowy 26. Światełka Leszka już od dawna nie widać. Żadnych innych światełek także.

Tak gubić się nie należy...

 Wreszcie meta i kilometr do auta. Oprócz mojego stoi jeszcze jeden samochód i świeci światłami, ale chyba nie Leszek tylko organizator kontrolował czy wszyscy wrócą. Więc jak by się dopytywał – wróciłem. I udało mi się pokonać samego Mistrza Leszka w długości czasu spędzonego w lesie;-)

wtorek, 13 października 2020

Na ślepo - czyli Warsaw Orient Race E7

Czy nosisz okulary? Czy biegałeś w okularach w deszczu po ciemku? Właściwie to w BnO po nocy, szczególnie w deszczu, powinien być stosowany handicap. Przykładowo – wszyscy zakładają okulary (jak nie masz wady to zerówki) i start;-). Ciekawe jakie wtedy byłyby wyniki;-) 

Pamiętam Wawel Cup krakowski, gdzie gwałtowna burza tak zalała mi okulary, że po prostu się zgubiłem. Dzisiaj było podobnie. Może nie burza, ale ciągłe opady i noc. 

Renata oczywiście zdezerterowała. Bo mokro, ciemno i nieprzyjemnie. Właściwie to ją rozumiem…Ja się nie dałem. Na start poszliśmy razem z Michałem (Agnieszka poszła w ślady Renaty, tyle, że została z laptopem w aucie na parkingu i Michał miał motywację, by szybko z biegu wrócić;-) Wiadomo jak to jest, gdy kobieta czeka w zaparowanym samochodzie, a mąż spóźnia się biegając gdzieś po deszczu;-) A jak jeszcze bateria w laptopie padnie… 

Biuro zawodów - wszyscy grzecznie w maseczkach

Wracając do rzeczy, znaczy do biegu, tak troszkę poetycko: „targani huraganowymi porywami wiatru i smagani zimnymi strumieniami deszczu udaliśmy się na strat”. Bardziej banalnie: „brodząc po kostki w kałużach i klnąc pod nosem przeszliśmy te 20 m na start”. Kolejki dużej nie było. Michał ruszył od razu, ja przepuściłem jednego „rozebranego” do krótkich spodenek i krótkiej koszulki (bo by bardziej zmarzł na starcie) i ruszyłem na trasę. Tak bez rozgrzewki. 

Kolejek na starcie nie było...
Jedynka dość daleko, ale teren znajomy z ostatniego Street-O, więc jakoś szło. Dwójka, trójka, czwórka. W miarę dawało się biec, a deszcz nie zapadał całkiem okularów, to nawet wiedziałem gdzie biegnę;-) PK 5 był podchwytliwy – na górze schodów i dodatkowo schowany za PK 21, ale nie dałem się nabrać;-) Ale na PK 6 dałem się nabrać i obiegłem wszystko naokoło;-( 

Po PK 8 przegonił mnie Mateusz – ale on ma prawo mnie przeganiać (uprzedzając fakty zajął trzecie miejsce) – starałem się dotrzymywać mu kroku (czyli nie tracić z zasięgu wzroku). 

Na przebiegu do PK 12 przechodnie (wyraźnie zorientowani o co chodzi w BnO) dopingowali , a nawet wskazywali drogę. Koło PK 13 dopadłem Michała. Kolejne punkty przeplataliśmy się aż do PK 17, gdzie byłem przed nim. Niestety, deszcz padał coraz bardziej. W efekcie widoczność przez zapadane okulary na metr, a i mapę ciężko dojrzeć. Zakręciło mnie i pobiegłem na PK 18 w złą stronę. Minuta w plecy;-( I niestety cały dalszy bieg już w zwolnionym tempie. Ciężko biegać, gdy nie widzisz co jest pod nogami;-( I tu właśnie przydałby się ten handicap. 

Już po sczytaniu chipa rozpadało się na całego, a wiatr chciał porwać namiot obsługi i zawodników

 Co tu dużo mówić – powinno być ze dwie minuty szybciej, a tak.. wyszło jak zwykle;-) 


 

sobota, 25 lipca 2020

8 Grillowanie Kosmatych InOków - noc druga: A niech to piorun!

Po samotnym etapie Tomek wrócił zmarnowany zarówno fizycznie i psychicznie i nawet przez moment miałam nadzieję, że nie będzie chciał iść na nocny, ale gdzie tam. Jego nic nie zmoże. Na szczęście ja zdążyłam wypocząć, wyspać się na zapas, nabrać wigoru i w sumie to nawet ten nocny spacer nie wydawał mi się jakoś bardzo odrażający. A nawet wręcz.
Postanowiliśmy wystartować jak tylko zaczną puszczać na trasę, bo im szybciej zaczniemy, tym szybciej skończymy. Przynajmniej teoretycznie. Gdybyśmy wrócili o przyzwoitej porze, organizatorzy nie spali by jeszcze i można by się wedrzeć do łazienki w ich domku i wykąpać się. Taki chytry plan mieliśmy.
 Po pobraniu map i oficjalnym wystartowaniu oddaliliśmy się na ławeczkę pod latarnią i oddaliśmy się ulubionemu zajęciu - wycinankom łowickim.

 Te różowe pioruny dały nam w kość.

W sumie to tylko dwa wycinki były do dopasowania, ale wyjątkowo oporne. Wreszcie po chyba kilkunastu minutach udało mi się jeden dopasować, ale z drugim za nic nie mogliśmy sobie poradzić. W międzyczasie przy naszej ławeczce pojawili się Asia z Jackiem. Odruchowo sprzedaliśmy im umiejscowienie pierwszego wycinka, bo co prawda konkurencja, ale przecież o złote gacie się nie ścigaliśmy. Drugi wycinek usiłowaliśmy rozpracować już we czwórkę, ale gdzie tam. Nawet zaczęłam podejrzewać, że albo łączy się białym polem, albo jest z zupełnie innej bajki i na mapie znalazł się przypadkiem. W końcu postanowiliśmy ruszyć na trasę, bo na tej ławeczce moglibyśmy chyba spędzić resztę życia i nic nie dopasować.
Zaczęliśmy od PK 141, a potem ruszyliśmy na 142. Na mapie wyglądało to banalnie. Niestety - ścieżki narysowane na mapie miały się nijak do tych w terenie i punkt wzięliśmy tak na oko - jedyny jaki był w okolicy. Pozostałe ekipy, które licznie pojawiły się w okolicy też miały wątpliwości, czy to ten, czy nie. 143 przynajmniej weszło gładko i tu nikt nie wątpił, że to właściwy lampion. Przez całą drogę usiłowaliśmy dopasować ten drugi wycinek. We trójkę - ja, Asia i Tomek wyrywaliśmy sobie w rąk skraweczek mapy, gapiliśmy się na niego, przytykali do mapy głównej w różnych, coraz to dziwniejszych miejscach i... nic. Nawet wydarłam sobie z drugiej mapy kolejny wycinek, bo pierwszym zawładnęła Asia, a im więcej osób kombinuje, tym większa szansa na sukces. Ale nic.
Po zaliczeniu PK 143 ruszyliśmy na pierwszy wycinek mając nadzieję, że dopasowałam go w dobrym miejscu. Od 143 poszliśmy ścieżką, która prowadziła w dobrym kierunku, ale czy była to ta, na która patrzyliśmy na mapie - nie wiadomo. Po jakimś czasie uznaliśmy, że pora zejść z niej i kierować się na północ. Z ilości osób podążających w tę samą stronę wnioskowaliśmy, że idziemy dobrze, tyle tylko, że lampionu nie mogliśmy znaleźć. Rozsypaliśmy się w szeroką tyralierę i każdy szukał gdzie mógł. W tym zamieszaniu Asia z Jackiem odłączyli się od nas i najpierw zaliczyli PK 155 na górce, a potem poszukiwany 156, my zaś w odwrotnej kolejności. Ponieważ nasze losy najwyraźniej na ten etap były ze sobą połączone, w drodze na kolejny punkt znowu się spotkaliśmy.
Szliśmy dalej na dość oczywiste 157, 145, 146, 158 cały czas nerwowo usiłując znaleźć miejsce dla drugiego wycinka. Po niektóre lampiony szybki wypad robili Tomek z Jackiem, a my z Asią kombinowałyśmy z mapą. I wciąż nic. Kompletnie nic.
Odległości między kolejnymi punktami robiły się coraz dłuższe, ale za to drogami, a mi najbardziej podobało się przejście wzdłuż ogromnego ogrodzonego pola. Na tych długich przebiegach zaczęłam robić się senna i tak trochę oklapłam. Już tylko szłam za wszystkimi i nawet nie oglądałam kultowego wycinka, co to się o niego prawie na początku biliśmy. I wtedy nastąpił cud - Tomek oznajmił, że dopasował. Ponieważ takie hasło padało już kilkakrotnie i jakoś nie miało pokrycia w rzeczywistości, więc specjalnie się nie przejęłam. A jednak. Tym razem chyba się udało. Co prawda drogi z wycinka i z mapy głównej niespecjalnie się pokrywały, ale jakby wyrzucić część z nich... wtedy - owszem. Uznaliśmy, że autorka etapu tak właśnie postąpiła. O dziwo, w przewidywanych miejscach wycinka wisiały lampiony, więc faktycznie tak musiało być. Wydaje mi się, że do tej pory standardem było informowanie o wycięciu dróg, ale teraz może jest inaczej. Co, skąd i kiedy jeszcze po drodze braliśmy - nie pamiętam.
Od ostatniego punktu zrobiliśmy sobie wyścig do mety z Asią i Jackiem, ale oni okazali się szybsi. Chyba motywowało ich to, że goniły ich ciężkie minuty. My w ciężkich byliśmy od dawna po uszy i jedna w tę czy w tamtą nie robiła na nas wrażenia. Najważniejsze, że szczęśliwie dotarliśmy do mety, a pora pozwalała jeszcze na kąpiel w cudzej łazience.