Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraśnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraśnik. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 czerwca 2022

Tym razem pechowa 13-stka

Zawsze lubiłem Roztoczańską 13-stkę. Lubiłem bo: Roztocze, jary, rogaining, dzik i cegły… Niestety, tak samo jak zawsze, termin koliduje z rodzinnymi obchodami wszelakich urodzin. W tym roku akurat udało zgrać się z terminem, ale 13-stka się zmieniła. Właściwie zmieniła się już rok temu, ale wtedy nie miałem szansy jej odwiedzić. Z dziennej zmieniła się na nocną i zanikło to, co najfajniejsze czyli rogaining. W internecie brak było map z poprzedniej (także nocnej) edycji, jest tylko relacja Huberta jak to „tradycyjnie” dał ciała
Dobra, trzeba jechać. Start o północy w piątek, czyli właściwie w sobotę. Miałem się wyspać w czwartek, ale jak zwykle (nie) wyszło: pobudka w piątek o 6:00 po dziwnie krótkiej nocy. Praca, powrót do domu i około 19:30 niespieszny wyjazd w kierunku Kraśnika. 

Na miejscu już kilku niecierpliwców przebiera nogami. Znaczy smaruje stopy sudokremem i inne takie tradycyjne rytuały. Stali bywalcy, w tym Hubert. Frekwencja raczej kameralna. Jeszcze trochę osób dotrze przed północą, ale nie jest to tłum jak za starych dobrych czasów.

Przedstartowe rytuały

W pakiecie startowym dostajemy rozjaśnienia. Czemu tak wcześnie? Bo to jest wydruk w większości ortofotomapy w … czarnobieli. Idealne rozjaśnienie na noc;-)

Takie rozświetlenia na noc...

Dodam, że kółek z PK nie widać na tych orto w ogóle – jest jeden ciut lepszy „czarnobiały wydruk wzorcowy” - wisi w biurze zawodów i można sobie zaznaczyć na swojej kartce o co chodzi. To zaznaczanie niedużo daje na jednolitej czarnej powierzchni… 

Przed północą docierają pozostali chętni do startu. Odprawa – dostaniemy dwie mapy, PK 5 nie ma, bo potem trzeba by przechodzić w „niedozwolonym” miejscu przez obwodnicę (której nie ma na mapie – zamiast niej na mapie są tory), ale i tak czeka nas przejście przez tę drogę i dyrdanie jej poboczem kilka kilometrów. PK 1 – na skrzyżowaniu ma być na jakiejś polance/parkingu – sami zobaczymy, ogólnie lampiony mają być ukryte tak, by ich nie było widać, choć mają mieć element odblaskowy i ubezpieczenie czerwono-białą taśmą… Same sprzeczności;-) Aaa… i mamy nie brać 11-stki bo będzie za długa trasa.

Dorysowywanie na rozjaśnieniach kółek z wzorcówki

Kilka minut przed północą dostajemy mapy. Wygląda, że wszystko dostępne drogami. Ponoć mapa stara, ale to normalne.

Wybija północ, większość ślepi w mapy i rysuje na nich marszrutę – ja rzucam się jako pierwszy do bramy. Bloki-garaże-jakieś płoty-lasek-rów przy drodze-droga-lasek i jestem koło PK 1. Nie widać za mną żadnych światełek – jestem genialnie szybki, albo wszyscy pobiegli w inną stronę. Sprawdzam odległość – jest skrzyżowanie, nie ma lampionu. Obchodzę wszystkie potencjalne drzewa gdzie powiesiłbym lampion – nie ma. Przypominam sobie odprawę i coś o polance – idę dalej w bok – jest lampion. Zapowiada się dobra zabawa! 

Jak połączyć obie mapy?

Kierunek: PK 2 – trzeba ominąć jakąś fabrykę. Mierzę odległość – powinna być droga w prawo. Nie ma. Idę na azymut przez niezłe krzale. Trafiam na płot zakładu. Zniosło mnie? Analiza śladu mówi, że źle musiałem zmierzyć odległość na mapie i za wcześnie skręciłem. Grunt, że wiem gdzie jestem, ale tempo spada, bo przebieżność lasu nie jest zachwycająca. Namierzam się na PK 2: w opisie „dół”, na mapie – pojedynczy dół, na rozświetleniu środek jednolicie ciemnego lasu. Jedyny charakterystyczny element na orto to droga z zakrętem gdzieś za punktem (z zakrętu można ostatecznie wyznaczyć azymut, ale nie odległość, bo skala nieznana). W lesie widzę jakieś pofałdowanie - ciut na prawo. Górka, a za nią dół. Bardziej rów. Niestety lampionu nie ma. Wiem, że lampiony mają być schowane, czeszę wszystko. Dalej lampionu brak. Wychodzę z rowu. Jest drugi w inną stronę. Jest i trzeci. Widoczność na metr, krzale, zwalone drzewa i to rowy, a nie doły. Idę szukać drogi z orto. W lesie zaczynają się pojawiać światełka – to tyle było mojej przewagi;-( Już w towarzystwie namierzam się od drogi - jeden dół (czy bardziej rów) bez lampionu, kolejny z lampionem. I tu zastanawiam się jaki jest sens dawania opisu „dół”, mapy z jednym dołem, orto z czarną plamą, gdy można było dać odwzorowanie terenu lub choć słownie opisać ile jest tych dołów czy rowów i o który chodzi. Taki punkt – szczególnie w nocy jest loterią.

PK 2 brutalne zderzenie teorii z rzeczywistością;-)

Nie ma co marudzić, biegnę dalej. Odrabiam to, co straciłem na PK 2 (ze 20 minut), wyprzedzam, jednych drugich… Na PK 4 jestem chyba jako lider. Dalej droga, która jest zawalona ściętymi gałęziami… Na PK 3 trafiam już w zupełnych ciemnościach, nikogo za mną nie widać. Do PK 6 wąwozem, potem drogą co jest na mapie, potem drogą, której na mapie nie ma. Do obwodnicy – czyli torów na mapie;-) Obwodnica to zwykła droga. Nowa. W nocy totalnie pusta. Nieogrodzona, co najwyżej ciut głębszy nowy rów. Po bokach drogi techniczne. Przeprawiam się przez tę obwodnicę i biegnę drogą techniczną uważnie mierząc dystans. Oczywiście mapa ma niewiele wspólnego z rzeczywistością, więc wierzę tylko dystansowi. Droga techniczna kończy się jakieś 500 -700m za wcześnie. Kolejne rozjaśnienie PK 6 to oczywiście orto. Jakieś szare plamy. Dobra, przedzieram się dalej rowem, bo po prawej płot – powinno być to, jak się płot skończy. Tyle, że płot się nie kończy. Znowu musiałem coś pochrzanić i jestem prawie kilometr za punktem. Wracam ten kilometr, ale wygodnie obwodnicą – i tak nic nie jeździ. Przy PK znowu światełka – tyle było mojej przewagi (2km). 

Kolejny PK 12 w mieście. Nad ruinami domu. Coś tam było na odprawie, by brać PK od góry, bo od dołu się nie za bardzo da. Ciut za dużym łukiem, ale znajduję lampion. Teraz przez miasto – na drugi koniec. Ciut nieoptymalnie, ale uciekam konkurencji. Zaczyna świtać. Znowu obwodnica, tym razem wiadukt - ja przebiegam dołem. PK 14 - charakterystyczny punkt to „wygasłe ogniska”. Trafiam na czuja, bo na mapie nic charakterystycznego nie widać. Ot, idealny przykład jak nie powinno się stawiać punktów kontrolnych. Z mapy powinno wynikać czego szukamy, opis tylko naprowadza na lampion, jeśli nie wisi idealnie na obiekcie.

Świt w drodze na PK 14

Jestem już na drugiej mapie. Kierunek PK 15. Las, skrzyżowanie dróg. Jest las, są drogi, jest skrzyżowanie, nie ma lampionu. Wprawdzie droga wydaje się ciut za blisko, ale wszystko wcześniej się zgadzało, wszystkie zakręty itp. Idę na wszelki wypadek dalej – jest kolejna droga i ona lepiej odległościowo pasuje. Tyle, że lampionu brak. Krążę w tą i w tamtą, wreszcie przez przypadek dostrzegam w oddali faworek. Faworki miały ubezpieczać PK. Tyle, że ten faworek jest ze 40 metrów od drogi, w lesie. Idę do niego, ale lampionu nie ma. O, jest! - ukryty tak, że można stać od niego o 2 metry i nie widzieć. Na pewno nie jest na skrzyżowaniu, tylko dobrze obok. Post analiza wykazała, że drogi trochę pozmieniały przebieg – ze strony, z której szedłem, drogi krzyżowały się w innym miejscu niż jej przedłużenie z drugiej strony. Ci co szli od drugiej strony mieli szansę trafić na lampion, ja nie. Gdyby był dokładnie na skrzyżowaniu to bym go szybko znalazł, a tak kolejne 20 minut w plecy. 

Lecę dalej. Pierwsi konkurenci idący z naprzeciwka. Po chwili Leszek. Niby jestem przed połową PK, ale na liczniku ponad 30 km. Zapowiada się duży naddatek dystansu! Leszek także zdziwiony długością trasy. 

Wychodzę z lasu, przez nieuwagę nadrabiam trochę dystansu, w oddali kolejna konkurencja z naprzeciwka. Znajduję wąwóz z „drogą” i lecę nim do skrzyżowania, gdzie ma być PK 16. Długi kawałek. Jest skrzyżowanie, odległość pi razy drzwi dobra. Szukam lampionu. Lipa. Tym bardziej, że ma być to PK z wodą, więc trudno go przeoczyć. Po 20 minutach czesania bliższej i dalszej okolicy dogania mnie konkurencja 2PJ+1. Czeszemy razem. Wreszcie próbujemy iść dalej i po dłuższej chwili udaje znaleźć się PK. W terenie przybyła dodatkowa droga, a stara – ta z mapy - zanikła. Opis „skrzyżowanie dróg” powinien brzmieć „skrzyżowanie ścieżek” lub wręcz „ skrzyżowanie pozostałości po ścieżkach”. A tak ponad 30 minut w plecy;-( 

Próbuje się oderwać konkurencji, ale zaczyna brakować sił. PK 13 „jedyna tak brzoza” – okazuje się że jedynych jest więcej;-) Za dnia daje się je łatwo ogarnąć, ale nocą….

Jedyna taka brzoza po prawej, po lewej i gdzieś tam w oddali

Znowu obwodnica i wracamy na pierwszą mapę. PK 8 - skarpa, tu rozjaśnienie w postaci mapy topograficznej - od razu lepiej. Pojawiają się rowerzyści i jakieś grupy pościgowe. 

Do PK 7 pusty przelot. Dobrze ponad 4 km. Co ciekawe, przebiegamy tuż obok PK 11… co za sens było go „wyrzucać” z trasy? 

Nie mam ochoty już biegać. Zaczynam czuć podeszwy stóp na drodze utwardzanej szutrem, pełnej leżących kamyków dających tym podeszwom do wiwatu. I czuję mięśnie brzucha po czwartkowym treningu (na przyszłość – nie biegać długich dystansów po deskach;-) Konkurencja (2PJ) mnie dogania i wyprzedza;-( 

Zarośla przy drodze - te po lewej

PK 7 – opis: zarośla przy drodze. Z mapy wynika, że powinien być to brzeg jaru, ale tego nie zauważam - tylko rząd krzaków przy drodze wyraźnie czesany przez poprzedników na długości 50-100m. A wystarczyło dać PK w jarze, byłoby jednoznacznie

Zbiegam do cywilizacji. Asfalt. Sklep i ratujące życie zimne Frugo;-) I znowu pod górę do PK 10. Okazuje się, że to cmentarz, a właściwie las za cmentarzem, którego płot trzeba sforsować. Na szczęście jest „dziura w płocie”. Znowu „dół” w opisie i pojedynczy dół na mapie, a w praktyce dwa doły. Lampion oczywiście w tym drugim. Za dnia to pestka, ale w nocy…. 

Został ostatni PK 9 - bagienko. Liczę skrzyżowania, wreszcie skręcam w dół. Znowu ma pomóc rozjaśnienie orto. Coś na nim widać – jakieś pole, chałupa, droga i coś jak ślepa droga/pusty teren. Jest chałupa, jest bagienko z opisu, jest jakaś taka ślepa droga. Jest napis „teren prywatny”. Próbuję przez krzaki, ale jakoś mokro – miało być dojście suchą nogą. Wracam, próbuję przez ten „teren prywatny”. Ale coś nie tak. Nie ma żadnych śladów naszych, łapię się tylko na jakąś fotopułąpkę. 

Zniechęcony oglądam mapę na wszystkie strony. Chyba jednak coś pochrzaniłem i jestem za wcześnie o 500m – przy źródełkach. Idę więc dalej. I trafiam. Ale na własne życzenie kolejne 25 minut w plecy:-(

Ostatni PK 9

Człapię do bazy (oczywiście znowu lekko błądzę). Wbiegam na metę. Wynik – lepie nie mówić. Lekko mówiąc 1,5 godziny straty na własne życzenie lub przez te genialne opisy/rozjaśnienia. Bez tych wpadek wylądowałbym na tradycyjnym 4-tym (a może 3-cim) miejscu. Miałbym mniejszy kilometraż i na pewno żwawiej bym pokonał końcówkę.

Wreszcie meta
Na mecie jest już Hubert. Miał wygrać, ale na PK 9 podobnie jak ja się zgubił i spadł na 6-tą pozycję. Jak widać ostatnio coraz częściej wzoruję się na Hubercie;-)

Co do samej imprezy – widać wyraźny spadek jakości organizacji. Szczególnie opisów/map czy doboru punktów kontrolnych. PK 16 był podchwytliwy, ale można było ciut opisem nakierować na właściwe skrzyżowanie. Ukrywanie lampionów, szczególnie w nocy to nieporozumienie. PK 2 i PK 10 to żenada - dyskwalifikacja budowniczego;-( Orientacja nie polega na szukaniu kawałka papieru tylko miejsca charakterystycznego. Taka jest definicja i jej się trzymajmy!

Przebiegi na Liveloxie

Na deser - ruchome obrazki:-)

 


wtorek, 5 czerwca 2018

Jak na Roztoczańskiej 13 nie zajęłam drugiego miejsca

Ponieważ piątek oboje mieliśmy wolne, więc do Kraśnika wyjechaliśmy dużo za wcześnie, ale ostatecznie wzywała nas przygoda i nie mogliśmy się oprzeć temu wezwaniu. Za to mieliśmy czas żeby już na miejscu zrobić na spokojnie zakupy oraz spotkać się z niepoślipkowym kuzynostwem.

Wytrzeszczaki to kuzyni Niepoślipki :-)

W bazie oprócz organizatorów powitali nas jedynie dzik i lis, ale do wieczora parę osób przyjechało, łącznie z Chrumkającą Ciemnością. Warunki do spania byłyby luksusowe, bo na sali gimnastycznej mogliśmy skorzystać z mięciutkich materacy, niestety - upał panował nieziemski i ciężko było zasnąć w takich warunkach.

Powitała nas taka ekipa.

W sobotę rano w bazie zrobiło się tłoczno, bo przybyła cała reszta uczestników. O ósmej dostaliśmy mapy, a pół godziny później wywieziono nas autokarem w siną dal i porzucono w lesie.

 Na starcie.

Mój optymizm co do tych zawodów był mocno ujemny. Strasznie nie pasowała mi pogoda. Przy panujących temperaturach to ja umieram nawet siedząc i gdzie mi tam do szybkiego marszu, czy biegania? Tymczasem Tomek początkowo hurraoptymistycznie wybrał do zaliczenia punkty oddalające nas od mety, czyli 92, 68, 93, 58 itd. Na szczęście jeszcze przed wymarszem przyszło opamiętanie i stanęło na tym, że 92 i 68 odpuszczamy. Postanowiliśmy zacząć od 58, podobnie jak wielu innych uczestników. Początkowo ruszyliśmy za wszystkimi (biegiem!), ale przecież nie będziemy tak latać kupą, więc jak najszybciej się dało, skręciliśmy w boczną drogę. I to okazało się naszym błędem, wielkim błędem. Oczywistym jest, że ścieżki na mapie niezupełnie zgadzały się z aktualnymi, w związku z czym rowu zaczęliśmy szukać nie w tym miejscu co trzeba. Co gorsza w okolicy były różne rowy i czuliśmy się zobowiązani do przeczesania każdego z nich. Podczas tej czynności dogoniła nas Chrumkajaca Ciemność (chodzą, nie biegają), która również w pewnym momencie postanowiła iść na skróty i podobnie jak my wylądowała nie wiadomo gdzie. Na wspólnym szukaniu rowu spędziliśmy 30 minut!

Może tam?

Rozstaliśmy się z Chrumkajacymi i pobiegliśmy (!) dalej, na 93. Początkowo szło nieźle, nawet wyszliśmy na skrzyżowanie, tylko lampionu nigdzie nie było. Rozświetlenie podpowiedziało nam, że skrzyżowanie będzie w sąsiedztwie jakiejś sporej dziury w ziemi i nie powiem - wyczailiśmy dziurę, obok ścieżkę, tylko dla odmiany ścieżka nie chciała się z niczym skrzyżować w rozsądnej odległości od dziury. Znowu dogoniła nas Chrumkająca Ciemność, podobnie jak my bezskutecznie przeczesująca teren. Na kolejnym wspólnym szukaniu punktu spędziliśmy znowu pół godziny.
Tym sposobem mieliśmy już godzinę w plecy, a zaliczone raptem dwa punkty. Pożegnaliśmy Chrumkających gorzko-ironicznym "do zobaczenia na następnym punkcie" i pobiegliśmy dalej.

PK 93

Punkt 81 na szczęście nie zatrzymał nas na dłużej, bo inaczej chyba byśmy się już załamali. Zgodnie z obietnicą stał przy ogrodzeniu i nie było problemu ze znalezieniem go. Nabraliśmy nadziei, że nie spotkamy się kolejny raz z Chrumkającą Ciemnością:-) I nie dlatego, że coś do nich mamy!
Do 77 wiodła prosta, elegancka droga, co niestety było równoznaczne z tym, że musimy pokonać ją biegiem. Tymczasem robiło się coraz bardziej gorąco, duszno i parno. Biegłam sapiąc jak mała lokomotywa i czułam, że nic dobrego z tego nie będzie.

PK 77 zaliczony!

 Jeszcze walczyłam, jeszcze się nie poddawałam i na hasło: biegniemy? zerwałam się do lotu. I to był mój ostatni taki spontaniczny zryw, bo mi się woda w chłodnicy zagotowała (wiem już, co czuje samochód w takiej sytuacji), gęba zrobiła się czerwona jak burak, łapałam oddech jak ryba wyciągnięta z wody, a nogi przestały nieść.
- Dość! Więcej nie biegnę, bo się przegrzałam - zakomunikowałam i zwolniłam do marszu. Najchętniej padłabym na pysk w jakąś kałużę, tyle, że pod nogami był tylko suchy jak pieprz piach. Mimo kryzysu punkt 94 udało się zdobyć.

Punkt na skrzyżowaniu.

 Po dziewięćdziesiątce czwórce zaczęliśmy zbliżać się do cywilizacji i przed nami pojawiły się pierwsze zabudowania.  Od razu się ożywiłam, bo to oznaczało studnię lub szlauf i możliwość zmoczenia czapeczki. Moczenie czapeczki przybiera w moim przypadku różną postać, czasem dość egzotyczną, ale tym razem tylko wpadłam na podwórko z okrzykiem: wooody!!!, pognałam za gospodynią do budynku gospodarczego, nalałam do czapki wody po brzeg i nałożyłam na głowę. Ufff, co za ulga! Jaki miły chłodek!
- A co tu tak co chwilę ktoś biegnie z plecakiem i papierami w garści? - odpytała gospodyni, więc krótko jeszcze musiałam zeznać, co to jest ta cała orientacja i że wbrew pozorom, to wcale nie wariaci biegają, tylko chwilami całkiem normalni i poważni ludzie.
Po ochłodzeniu się od razu nabrałam animuszu i ostro ruszyłam dalej. Nawet biegiem. Niestety, już dobiegając do skraju lasu, na jakiejś bruździe coś mi pyknęło w kostce i przy każdym kroku czułam jakby szpilka wbijała mi się w staw. Popsikałam nogę ketonalem w spraju, ale najwyraźniej moja wiara w jego skuteczność jest zbyt mała, bo nie poczułam większej różnicy. Iść się niby dało, truchtać trochę też, ale nie wiadomo jak długo.

Odpadnie mi ta noga, czy nie odpadnie?

W sumie to i tak nie miałam innego wyjścia jak iść dalej, bo do bazy jakoś wrócić musiałam.
PK 57 dostarczył nam (i pozostałym uczestnikom) mnóstwa raczej negatywnych wrażeń. W miejscu, gdzie spodziewaliśmy się lampionu zastaliśmy Grzegorza z Małgosią czeszących las listek po listku, a po chwili z krzaków powyłazili też inni poszukiwacze.

 Gdzie jest ten jar???

Niestety, było tak, jak w Kubusiu Puchatku - im bardziej zaglądaliśmy, tym bardziej punktu nie było. Straciliśmy tam kolejne pół godziny, żeby dowiedzieć się, że punkt stoi chyba z pół kilometra dalej niż mówi mapa. Kierując się wskazówkami szczęśliwców, którzy dotarli tam przed nami, w końcu znaleźliśmy lampion.
Ponieważ i moja noga i moja wydolność były z lekka podupadłe, postanowiliśmy rozdzielić się - Tomek miał pójść trasą ambitniejszą, ja jak najkrótszą. Ostatnim punktem, który zdobyliśmy razem był PK 82, czyli grab. Żadne z nas nie miało pojęcia jak wygląda grab, ale łudziliśmy się, że przynajmniej będzie albo jakoś bardzo inny w wyglądzie, albo chociaż w rozmiarze. Tymczasem okazało się, że lampion wisiał na najzwyklejszym, niczym nie wyróżniającym się drzewku.

 Ja grab, ja grab. Wisła, jak mnie słyszysz?

Na punkcie 82 nakręciliśmy ostatni wspólny filmik, Tomek pomachał mi i poooszedł. Chyba na PK 76. Ja tymczasem wróciłam na skraj lasu i tym skrajem podążałam do Marynopola. Teoretycznie brzegiem lasu wiodła ścieżka, ale praktycznie był to pas pokrzyw sięgających do pasa. Po chwili nogi piekły mnie jak przypalane na ruszcie, ale tłumaczyłam sobie, że to tak dla zdrowotności. Już po kilkunastu metrach okazało się, że pokrzywy to mały pikuś - zaczęło grzmieć i straszyć burzą. Burzy to ja akurat trochę się boję, szczególnie sama i do tego mając do wyboru tylko schronienie się w lesie albo na pagórku, przez który musiałam przejść. Nerwowo zaczęłam rozglądać się za jakimś zagłębieniem terenu, gdzie mogłabym paść w razie piorunobicia, przypominałam sobie wszelkie znane zasady, mity i zabobony dotyczące zachowania się w czasie burzy i usiłowałam wydłubać z nich jakieś rozsądne rozwiązanie. Najrozsądniejsze wydało mi się szybkie dotarcie do wsi i w najgorszym przypadku wdarcie się komuś do domu. Mimo braku tchu przyspieszyłam i gnałam przed siebie. Burza jakoś rozeszła się po kościach, a ja dotarłszy do asfaltu musiałam przysiąść na moment na przystanku autobusowym żeby opanować zadyszkę i roztrzęsienie. Przy okazji zjadłam batona, zapiłam izotonikiem i świat od razu wydał mi się przyjaźniejszy. Punkt 69 miał stać w lasku. Jak zobaczyłam ten lasek, to od razu przypomniał mi się kawał:
- Józek, podobno wczoraj napadli cię w lesie i pobili?
- Oj, taki tam las - trzy drzewa na krzyż!
No, to tu też były trzy drzewa na krzyż, ale przynajmniej lampionu nie trzeba było szukać. Wychodząc z lasku spotkałam Grzegorza i Małgosię i korzystając z obecności istot ludzkich, poprosiłam o cyknięcie fotki - w końcu dokumentacja musi być.

 Z drugiej strony lasek też się tak szybko kończył.

Kolejnym z moich zaplanowanych punktów był 65 - łatwiutki, bo przy samym asfalcie. Zresztą z daleka widać było porzucone przy drodze rowery, więc ich właściciele musieli buszować gdzieś w pobliżu. Tak z  połowę drogi do punktu to nawet przebiegłam, bo niespodziewanie okazało się, że moja kostka woli trucht niż szybki marsz i jakoś mniej wtedy kłuje.

 Punkt w wyrobisku.

Do PK 46 można było iść dalej asfaltem albo polną drogą, co odległościowo było porównywalne (może asfalt miał lekką przewagę), ale ja miałam już tak dość twardego pod stopami, że wolałam "drogą pylistą, drogą polną..." Niespecjalnie spieszyłam się, bo mnie ciężkie powietrze zatykało i kiedy ponownie wyszłam na asfalt, w oddali zobaczyłam plecy Grzegorza i Małgosi, którzy idąc asfaltem wyprzedzili mnie. Dogoniłam ich na skraju lasku i razem szukaliśmy skrzyżowania ścieżek.
Potem należało podjąć ważką decyzję - iść na 33, czy na 74. Do ostatniego rozwidlenia miałam dylemat, na który punkt iść, ale w końcu zdecydowałam się na 74. Jakoś wydawało mi się, że tym wariantem będzie bliżej do mety, a jak najszybsza meta była moim upragnionym celem.
Zaczął dopadać mnie lekki kryzys, zwolniłam więc trochę. Zresztą punkt na skraju lasu wydawał się łatwiutki, toteż zakładałam, że nie stracę tam dużo czasu.

 Na skraju lasku - brzmiał opis kolejnego punktu.

Dobrze powiedziane - na skraju, ale osobiście wolałabym żeby była podpowiedź: na wschodnim skraju, na północno-zachodnim skraju itd. Oczywiście, że poszukiwania rozpoczęłam od dokładnie przeciwległego skraju niż ten z lampionem. Mało tego - przeszłam obok lampionu o jakieś pięć metrów i nie zauważyłam go i dopiero drugi obchód wszystkich skrajów lasu (już w towarzystwie tłumu przybyłych w międzyczasie poszukiwaczy) przyniósł oczekiwany rezultat.
Na PK 79 pobiegliśmy sporą grupą pieszo-rowerową.  To znaczy rowerzyści pojechali, bo co mieli biec. Punkt opisany był: skrzyżowanie u góry i faktycznie trzeba się było wdrapać na skarpę.

Wspinaczka.

Po podbiciu punktu grupa podzieliła się na idących na 63 oraz idących na 78. Ja zgodnie z wcześniejszymi założeniami ruszyłam w kierunku 78. Uszłam kawałek, nie spodobał mi się kierunek drogi, wróciłam, weszłam w drugą drogę, ale ta nie spodobała mi się jeszcze bardziej. Podobnie nie spodobała się dwóm innym zawodnikom, bo gdy ja w nią wchodziłam, oni już zawracali.  Problem z wyborem ścieżki był dobrym pretekstem do nawiązania nici porozumienia i wspólnie ustaliliśmy, że idziemy moją pierwotną ścieżką i albo doprowadzi nas na 63, albo na 78 - innej opcji nie braliśmy pod uwagę. Po chwili droga nabrała pożądanego przez nas kierunku i doprowadziła w okolice PK 78, co to miał się znajdować nad wykrotem. Ze zdziwieniem skonstatowałam, że jedyna w grupie wiem co to wykrot, ale może w ich środowiskach wykrot nie jest nadużywany. U nas na Mazowszu jak wszędzie jest płasko i nudno, to wykroty są miłym urozmaiceniem tras. Znaleźć ten wykrot nie było wcale tak łatwo. To znaczy wykrotów to ja znalazłam ze trzy, ale żaden nie był ozdobiony lampionem. Do poszukiwań dołączały kolejne osoby - piesi i rowerzyści. Z takim tłumem wykrot nie miał żadnych szans.
Po wykrocie poszliśmy na czereśnie. Nie - nie na opędy, tylko punkt miał być na czereśni. Poszliśmy w liczbie mnogiej, bo już gdzieś od PK 74 co chwilę mijaliśmy się z kolegą X (no, nie zapytałam jak ma na imię - kolego! - przyznaj się!), aż w końcu zaczęliśmy iść razem.

Świeżo zawiązany zespół idzie na czereśnie:-)

Drzew czereśniowych było do wyboru, do koloru, a co jedno to w większych chaszczach i pokrzywach. Każde szukało według własnego planu, ja oczywiście nie poszłam na łatwiznę i wlazłam tam, gdzie rosły największe zarośla. Poszukiwane drzewo było, co łatwo przewidzieć, najlepiej dostępne z drogi. Kolega X, który wcześniej znalazł lampion pomaszerował dalej, uznając mnie najwyraźniej za zaginioną w akcji.
Już w trakcie mojego buszowania w pokrzywach zaczął padać deszcz, zagrzmiało, błysnęło, a kiedy wyszłam w końcu na drogę zaczęła się porządna ulewa. Jakie to było odświeżające! Jakie przyjemne! Na myśli mam oczywiście deszcz, a nie błyskawice i grzmoty, bo za tymi nie przepadam. Po chwili byłam kompletnie przemoczona, ale czułam, że wstępują we mnie nowe siły. Przyspieszyłam i wkrótce dogoniłam mojego towarzysza niedoli.

Droga bardzo szybko zamieniła się w rzekę.

Punkt 61 był łatwy i szybko go załatwiliśmy, za to ja byłam już tak zakręcona, że na karcie startowej zamiast wpisać kod z lampionu zaczęłam wpisywać numer punktu. Poza tym moja karta startowa chciwie chłonęła wodę, równie spragniona ochłody jak ja.

To już przedostatni punkt.

Żeby dojść z PK 61 na PK 41 najrozsądniej było dojść do asfaltu, ale wtedy trzeba by się kawałek wracać. Nie chciało nam się i postanowiliśmy iść dalej przed siebie. W końcu każda droga gdzieś prowadzi. Nie powiem - nawet doprowadziła nas do miasta, ale w którym miejscu wyszliśmy - żadne z nas nie wiedziało. Na rozświetleniu wypatrzyłam coś, co dla mnie ewidentnie wyglądało jak amfiteatr, a kiedy po odpytaniu tubylców okazało się, że owszem, mają amfiteatr na stanie - byliśmy już w domu. Od amfiteatru do kółeczka z punktem na rozświetleniu był rzut beretem. Oczywiście to wcale nie znaczy, że znalezienie pniaka było łatwe. To znaczy pniaków znalazłam ze dwadzieścia, kolega pewnie drugie tyle, bo szukaliśmy każde po swojej stronie ścieżki, a lampionu ani jednego. W pewnym momencie teren przeszukiwało chyba z kilkanaście osób, a kto znalazł? Dzieciak, który wszedł na pierwszą z brzegu skarpę, a mapy pewnie nawet na oczy nie oglądał. Gdzie tu sprawiedliwość na tym świecie? Oczywiście wszyscy skorzystali z radosnego okrzyku: tu wisi lampion!
Czas skurczył nam się dość niebezpiecznie, a do mety było jeszcze ze trzy kilometry. Wszyscy rzucili się biegiem, nerwowo spoglądając na zegarki. Gdyby nie zmęczenie, to te trzy kilometry w moment by się zrobiło, ale jak człowiek już wraca na rezerwie... To była prawdziwa droga przez mękę. Bardzo chciałam zmieścić się w limicie, ale coraz bardziej zostawałam w tyle za wszystkimi. Zabrakło mi jakieś pół minuty i dwa punkty poszły się paść. Trudno.

Wreszcie można usiąść.

W bazie nie zdążyłam się nawet umyć, a już zaczęli wołać na obiad. Tradycyjnego na tej imprezie dzika nie mogłam odpuścić, szczególnie, że żyję już ponad pół wieku na tym świecie, a jakoś nie miałam okazji spróbować dziczyzny. Nooo, nie powiem - dobre było, ale i tak pierogi ruskie były najlepsze - po prostu rewelacja.

 Dzik wszamany, my szczęśliwi.

Do szczęście brakowało mi tylko piwa, a okazało się, że sklep jest tuż za płotem. Nie omieszkałam skorzystać. W bazie tymczasem zaczęła się dekoracja zwycięzców. Tomek kręcił filmiki do swojej relacji, ja zaszyłam się z puszką w końcu sali. Z moim marnym wynikiem na nic nie liczyłam. Zdziwiłam się więc ogromnie kiedy Tomek i organizatorzy zaczęli mnie wołać, a potem obdarowywać cegłą, że niby zajęłam drugie miejsce. Próbowałam protestować, ale kto by mnie tam słuchał. Poza tym w życiu wyznaję zasadę - dają, to biorę, biją, to uciekam. Dopiero kiedy po całym zakończeniu poszliśmy do organizatora żeby sfotografować sobie na pamiątkę nasze karty startowe, wyjaśniło się skąd ta moja cegła. Organizator przyjął założenie, że szłam razem z Tomkiem i mamy taką samą ilość punktów. Po przeliczeniu moich zdobyczy punktowych, okazało się, że należy mi się czwarte miejsce i cegłę mam nielegalnie. Na szczęście nie zażądano zwrotu cegły, bo mieli nadmiarowe i tym sposobem mam miłą pamiątkę, a miejsce sobie przerobię na czwarte. 
Natomiast mam apel do legalnej zajmowczyni drugiego miejsca - u mnie znajdują się przynależne Ci fanty - płyta "Tadek- Niewygodna prawda", biały kubeczek z czerwonym napisem "Kraśnicki malinowy powiat", krem błyskawicznie odmładzający (ale tylko facetów) oraz dwie puszki napoju dającego poweru i odblaski. W jaki sposób mogę Ci je przekazać? A jeśli nie jesteś zainteresowana przekazaniem, to kremem wysmaruję Tomka, do kubeczka naleję mu napoju, włączę płytę i niech się chłop relaksuje:-)

Moja nielegalna cegła. Kiedyś zapracuję sobie na legalną:-)

Jeśli doczytała(e)ś do końca - pochwal się tym w komentarzu. Dla wytrwałych przewidziana nagroda - okruszek cegły:-)