Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TP50. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TP50. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 marca 2025

Prymulek 2025

Wiosna za płotem, więc czas na Prymulka. Niby taka kameralna impreza, ale w tym roku jakaś taka prawie o randze mistrzowskiej się zrobiła. Lista startujących całkiem imponująca. Na TP50 - Karol, Marcin, Tomek – tacy co spokojnie mogli by wygrać Mistrzostwa Polski, gdyby tylko chcieli. I to nie zwyczajowe 10 osób, ale dobrze ponad 20. Do tego na TP25 i TP10 to już cały tłum! 

Pogoda dopisała, gorzej z samopoczuciem. Cały tydzień męczył mnie kaszel i prawdę mówiąc w dniu zawodów dalej wypluwałem płuca. Oczywiście przez tydzień nie ruszałem się, to i nogi straciły swoją kondycję. 

Start w dowolnej minucie – to lubię. Bez pośpiechu, jesteś gotowy, to dostajesz mapę i ruszasz. Byle wyrobić się w 720 minut i zdążyć przed zamknięciem mety;-) 

Przyjechałem wcześnie (jak wjeżdżałem na parking widziałem już wybiegających pierwszych uczestników), by wyrobić się z powrotem przez zmrokiem. Szybkie formalności i start. Wybiegłem ze szkoły (by zrobić dobre wrażenie, wybiegłem szybko) i stanąłem, by popatrzeć na mapę. Wszystkie PK gdzieś na zachód od bazy. Rozsiane w miarę równomiernie po mapie, brak jednoznacznej pętelki do zatoczenia – trzeba będzie przemieszczać się zygzakami. Nie ma co dywagować, ruszam na najbliższy PK 11. Od razu wychodzi wiek mapy – na mapie ledwo widoczna polna ścieżka, w naturze porządna, szeroka asfaltowa droga z rondami. Ale staw tam gdzie być powinien, na nim pomost i pierwszy PK. 

Pierwszy PK11 zaliczony!

Do PK 5 i 6 droga najpierw przez łąkę, potem przeskakiwanie elektrycznych pastuchów, forsowanie starych ogrodzeń…. Aż trafiam na wielki ziemny wał. Rozjaśnienie pokazuje obiekt typu strzelnica. Zastanawiający jest opis „na dole schodów”. Szukam tych schodów z jednej strony wału, w budynku, potem z drugiej i znajduję – schody do tunelu pod strzelnica! Fajny PK! I kolejny tuż obok - PK6 oczywiście na szczycie najwyższego wału – przewyższenia muszą być:-)

PK 7 i PK 8 to typowe leśne punkty na szczytach okolicznych wydm. Dla utrudnienia w szałasach;-)

Logiczna dalsza marszruta to kierunek północ, do PK 15, a potem zygzak na południe. Ruszam w kierunku PK 15. Droga się kończy prawie tak, jak powinna. Bo powinna być tu ulica na zachód, prosto do PK 15. Ale jej nie ma. Wiadomo, domy rosną jak grzyby po deszczu i na pewno coś się Magdalenka rozbudowała – domy zajęły las lub jakieś lokalne ulice. Obiegam zabudowę od południa. Coś mi się dłuży to obieganie. Kończy się zabudowa, więc zbaczam w las. Ale coś mi się nie zgadza. Nie ma wydmy tam, gdzie być powinna. Po chwili wahania szukam bardziej na północ, bo tam teren ma jakąś wypukłość. Po chwili znajduję „dziurę w wydmie” i zmierzam do lampionu. Na czworaka pod stromą górę. Tyle że na górze brak lampionu. No cóż, organizatorzy wcześniej wieszając lampiony w tak cywilizowanych okolicach lubią je ukrywać- znajduję wreszcie lampion pod kupą gałęzi:-)

Dalej idzie normalnie dobrze. Pojawiają się zawodnicy biegający pod prąd lub z prądem. Ja wytrwale szukam dołów, rowów lub pomników. Pomimo że mapa jest dobrze nieaktualna, wszystko się udaje. W lesie w miarę się wszystko zgadza, to przy zabudowie widać jak domy wypierają kolejne połacie lasu. 

Za drogą DK 7 wracam na tereny mniej zurbanizowane. Mniej zurbanizowane, ale za to bardziej nasycone elementem dekoracyjnym, typowym dla dróg przebiegających przez las, a związanym z najstarszym zawodem świata…. 

Zygzakuję północ-południe zaliczając kolejne PK. Docieram do PK 35 - ambony. Na mapie ambona stoi nad jakimś ciekiem wodnym. Pora sucha, więc większość cieków jest tylko na mapie. Ale nie w tym przypadku. Za amboną w kierunku kolejnego PK 25 widać dobrze podmokłą łąkę. Rów z wodą okazuje się porządnym rowiszczem z wodą – do przepłynięcia raczej, a nie do przeskoczenia. Nie, nie będę się moczył – wracam po śladach i nadrabiam kilometry naokoło – suchą nogą. 

Po „zakrzaczonym” PK 25 czas na najdalszy punkt – za stawami PK 24. Tyle że stawy okazują się ciężkie do sforsowania. Na wprost drogi – na mapie pokazane jest „wejście” na stawy – a tu jakaś posesja, bramy, ogrodzenia. Kieruję się na południe. Do przeskoczenia nieprzeskakiwalny rów z wodą. Dopiero gdy kończy się staw i zaczyna kolejna zabudowa, pojawia się szansa przekroczenia wody suchą nogą. Przemieszczam się wzdłuż ogrodzenia, pomiędzy murem a rowem z wodą. Płoszę jakiegoś bobra, który w popłochu wskakuje do wody. Po chwili przestrzeń pomiędzy rowem z wodą a murem kurczy się wartości zerowej. Pierwsza przeprawa przez wodę. Niewiele wyżej niż do kolan. Ale to nie koniec moczenia się – z drugiej strony stawy otacza kolejny rów z wodą. Ciut głębszy, ale udaje się przebyć go bez pływania. I teraz następuje szukanie PK 25. Na rozjaśnieniu są doły i tereny zakazane. Zakazany to zakazany. Znajduje tabliczki typu „teren prywatny stęp wzbroniony” „Obcy będą zastrzeleni bez ostrzeżenia”, a nawet jakieś biało-czerwone taśmy odgradzające teren zabroniony od reszty ludzkości. Teren niby podobny do tego z lidaru, ale nie do końca. Nie ma dołka z lampionem. A że skala rozjaśnienia nieznana, to nie ułatwia orientacji czego właściwie szukam. Błąkam się tak ze dwadzieścia minut, zanim wpadam na genialny pomysł, że należy szukać bardziej na południe, a teren zakazany to … zabudowa, ogrodzenie, coś rzeczywiście nie do przejścia! 

Zniechęcony ruszam dalej. Spada morale i od razu szwankuje tempo. Kolejna woda do przepłynięcia i mam PK 29 na grobli miedzy stawami. Teraz przebijam się przez teren zabudowany i mam PK 28 - miał być na szczerym polu, a jest w ternie zabudowanym).
W planie powrót za Utratę do PK 32. Tyle, że przy próbie sforsowania okazuje się, że rozlewiska rzeczki rozciągają się „po horyzont”. A za nimi zwarta zabudowa, nie wiadomo czy będzie przejście. Nie ryzykuję – postanawiam obiec od południa. Niby na mapie pusty teren, a w praktyce pełna zabudowa wzdłuż ulicy. Dopiero gdy zabudowa się kończy dostrzegam szansę przebicia się na drugą stronę wody. Tym razem woda tylko po kolana, „prawie” do przeskoczenia. 

Do PK 33 , chyba z jakiegoś zamroczenia, po raz kolejny i niepotrzebny forsuję Utratę. Tam i z powrotem bo PK jest po „mojej stronie” rzeczki. 

Od PK 30 do PK 31 na mapie jest pusto. W terenie – zabudowa, ulice, szeregi takich samych domków, taka typowa patodeveloperka. Zero skracania, wszystko jak należy naokoło ulicami. Na szczęście to ostatni PK po tej stronie DK 7. Powrót na właściwą stronę drogi w miejscu dozwolonym i…. wtopa. Nie wiem jak patrzyłem na mapę – może jest to spowodowane tym, że autor nie zaznaczył wszystkich terenów zabudowanych, tylko wybrane. Wzdłuż ulicy zwarta zabudowa (na mapie dopiero w pewnym oddaleniu) i zamiast przedrzeć się za szereg zabudowań i lecieć na PK 14 – szedłem wzdłuż DK 7 i zabudowa skończyła się dopiero w okolicach PK 22. W ten sposób zmieniłam planowaną kolejność i dodałem sobie kolejny kilometr do przebiegu. I tak zaliczałem kolejne PK na terenie zurbanizowanym – czyli mało zgodnym z mapą. Na szczęście bez większych wpadek. 

Na PK 13 kończy mi się woda. Do mety jeszcze jakieś 8 km, a tu ani kropelki. Na szczęście po chwili trafiam na JEDYNY na trasie sklep! Przy sklepie Kasia z Kokoskiem, a w sklepie….PICIE! Jestem uratowany!

Przy wyschniętych źródłach Perełki spotykam dzielną grupę Adama i Mariusza z TP25. Przez chwilę idziemy razem, ale mają za wolne tempo jak na mnie. 

Do mety ostatnie trzy lampiony. Wreszcie meta. 

Nie jestem zadowolony z czasu – 20 minut przy PK 24, brak kondycji zaczynający się koło 30 km…. Liczyłem na 8 godzin, a jest ponad 40 minut więcej. Ale jak się okazuje sporo uczestników odpuściło jakieś punkty! Karol, którego wszyscy typowali na zwycięzcę i to z czasem rzędu 5 godzin odpuścił połowę PK! Oczywiście wygrał Marcin deklasując rywali. Ja – cóż, przeżyłem i to się liczy;-) 

Dla tych co doczytali do końca - ruchome obrazki prosto z YouTube!


 

 

wtorek, 28 marca 2023

Prymulek w cieniu patodeveloperki

Prymulek to specyficzna impreza. Specyficzna formą i treścią. Jako dziecko Barbary jest odpowiedzią na brak w okolicy dobrych imprez typu TP50. Prymulek nie doczekał się jednak udziału w PMnO, choć technicznie na pewno zasługuje. Pomimo, że na mapie wszystko wygląda prosto i łatwo, na uczestników zawsze czekają jakieś niespodzianki. Raz to była źle wyskalowana mapa i z TP50 zrobiło się TP80, drugim razem trzeba było zabrać ze sobą peryskop… ale zawsze były jakieś zagwozdki nawigacyjne, czy optymalnego wyboru trasy. 

Tym razem Prymulek zawitał na zachodnio-północne obrzeża Warszawy. Jak to przy wielkim mieście - nieużytki, zabudowania, sporo "ekologicznych" PK w dołkach, gdzie zbierają się różne okruchy cywilizacji. 

Prymulek na pewno ma ciekawą formułę: baza czynna jest zwykle 13 godzin, startujesz kiedy chcesz i masz limit 12 godzin. Jesteś szybszy możesz wystartować później;-) Tym razem było mniej kameralnie. Ale tylko na trasie TP25, która wchodzi do nowego pucharu „połówek”. Na TP50 ciągle jest mniej niż 10 osób. 

Co w tym roku było fajnego? Na pewno "Mogiła żołnierza AK". Punkt występujący chyba na wszystkich trasach. Sęk w tym, że na mapie mieliśmy kropkę gdzieś w środku lasu. W lesie oczywiście było więcej dróg niż na mapie. A na drogach drogowskazy "Mogiła AK". Jak się okazało tych mogił było sporo w lesie, a tak ładnie oznaczona chyba tylko jedna. Dołożyli do tego zamieszania swoją cegiełkę lokalni biegacze spotykani w lesie, którzy w dobrej wierze odsyłali do coraz dalszych mogił… 

Kolejną specyfiką były płoty. Wiadomo, w okolicach wielkomiejskich płoty wyrastają jak grzyby po deszczu. Za dnia daje się jeszcze płot dostrzec i czasami ominąć. Gorzej po nocy. Gdzieś tam po zmroku przebijałem się przez las do drogi. Na azymucie zachodnim trafiam na płot. Wracam się do poprzecznej drogi i odbijam na północ. Droga kończy się na kolejnym płocie. Słowem wydostanie się ze skrawka lasu na drogę do następnego lasu trochę zajęło. Potem biegnąc drogą, do której chciałem dotrzeć widziałem, że te płoty miały przerwy, ale wypatrzenie ich w świetle latarki było co najmniej ciężkie. 

I oczywiście patodeveloperka. Droga z PK 29 na PK 31 prowadziła (na mapie) przez jakieś pola. W praktyce - przez nowo wybudowane osiedle domków jednorodzinnych. Ulice jeszcze niewykończone – krawężniki, szutr i trochę błota. Za domami las. I płot. Płot szczelnie otaczający całe osiedle! Jeden wjazd do setek domów. Wg folderów reklamowych developera – miasto-ogród, w zgodzie z naturą, las i takie hasła. Przy tej ilości domów i mieszkańców jeden wjazd to musi być koszmar. Podobno jest jedna furtka do lasu w otaczającym wszystko płocie, ale jej nie znalazłem. Wściekając się na tego patodevelopera nie dostrzegłem na rozjaśnieniu mapy sugestii, gdzie w płocie może być ta furtka. W efekcie powrót i obieganie naokoło - tak gdzieś z 6 dodatkowych kilometrów w nogach. 

Ale takie są uroki długodystansowych imprez na orientację: nieprzewidywalność i przygoda. 

Problem był w tym, że ciągle walczę z kontuzją. Liczyłem, że zgodnie z komunikatem technicznym zrobię 50 km, a może mniej i przetestuje jak sprawuje się rozcięgno przy dystansie dłuższym niż 5 km. Wyszło tych kilometrów ponad 60… 

Tu można pooglądać przebiegi na Liveloxie, a dla dociekliwych gorący jeszcze filmik na YouTubie


niedziela, 12 czerwca 2022

Tym razem pechowa 13-stka

Zawsze lubiłem Roztoczańską 13-stkę. Lubiłem bo: Roztocze, jary, rogaining, dzik i cegły… Niestety, tak samo jak zawsze, termin koliduje z rodzinnymi obchodami wszelakich urodzin. W tym roku akurat udało zgrać się z terminem, ale 13-stka się zmieniła. Właściwie zmieniła się już rok temu, ale wtedy nie miałem szansy jej odwiedzić. Z dziennej zmieniła się na nocną i zanikło to, co najfajniejsze czyli rogaining. W internecie brak było map z poprzedniej (także nocnej) edycji, jest tylko relacja Huberta jak to „tradycyjnie” dał ciała…
Dobra, trzeba jechać. Start o północy w piątek, czyli właściwie w sobotę. Miałem się wyspać w czwartek, ale jak zwykle (nie) wyszło: pobudka w piątek o 6:00 po dziwnie krótkiej nocy. Praca, powrót do domu i około 19:30 niespieszny wyjazd w kierunku Kraśnika. 

Na miejscu już kilku niecierpliwców przebiera nogami. Znaczy smaruje stopy sudokremem i inne takie tradycyjne rytuały. Stali bywalcy, w tym Hubert. Frekwencja raczej kameralna. Jeszcze trochę osób dotrze przed północą, ale nie jest to tłum jak za starych dobrych czasów.

Przedstartowe rytuały

W pakiecie startowym dostajemy rozjaśnienia. Czemu tak wcześnie? Bo to jest wydruk w większości ortofotomapy w … czarnobieli. Idealne rozjaśnienie na noc;-)

Takie rozświetlenia na noc...

Dodam, że kółek z PK nie widać na tych orto w ogóle – jest jeden ciut lepszy „czarnobiały wydruk wzorcowy” - wisi w biurze zawodów i można sobie zaznaczyć na swojej kartce o co chodzi. To zaznaczanie niedużo daje na jednolitej czarnej powierzchni… 

Przed północą docierają pozostali chętni do startu. Odprawa – dostaniemy dwie mapy, PK 5 nie ma, bo potem trzeba by przechodzić w „niedozwolonym” miejscu przez obwodnicę (której nie ma na mapie – zamiast niej na mapie są tory), ale i tak czeka nas przejście przez tę drogę i dyrdanie jej poboczem kilka kilometrów. PK 1 – na skrzyżowaniu ma być na jakiejś polance/parkingu – sami zobaczymy, ogólnie lampiony mają być ukryte tak, by ich nie było widać, choć mają mieć element odblaskowy i ubezpieczenie czerwono-białą taśmą… Same sprzeczności;-) Aaa… i mamy nie brać 11-stki bo będzie za długa trasa.

Dorysowywanie na rozjaśnieniach kółek z wzorcówki

Kilka minut przed północą dostajemy mapy. Wygląda, że wszystko dostępne drogami. Ponoć mapa stara, ale to normalne.

Wybija północ, większość ślepi w mapy i rysuje na nich marszrutę – ja rzucam się jako pierwszy do bramy. Bloki-garaże-jakieś płoty-lasek-rów przy drodze-droga-lasek i jestem koło PK 1. Nie widać za mną żadnych światełek – jestem genialnie szybki, albo wszyscy pobiegli w inną stronę. Sprawdzam odległość – jest skrzyżowanie, nie ma lampionu. Obchodzę wszystkie potencjalne drzewa gdzie powiesiłbym lampion – nie ma. Przypominam sobie odprawę i coś o polance – idę dalej w bok – jest lampion. Zapowiada się dobra zabawa! 

Jak połączyć obie mapy?

Kierunek: PK 2 – trzeba ominąć jakąś fabrykę. Mierzę odległość – powinna być droga w prawo. Nie ma. Idę na azymut przez niezłe krzale. Trafiam na płot zakładu. Zniosło mnie? Analiza śladu mówi, że źle musiałem zmierzyć odległość na mapie i za wcześnie skręciłem. Grunt, że wiem gdzie jestem, ale tempo spada, bo przebieżność lasu nie jest zachwycająca. Namierzam się na PK 2: w opisie „dół”, na mapie – pojedynczy dół, na rozświetleniu środek jednolicie ciemnego lasu. Jedyny charakterystyczny element na orto to droga z zakrętem gdzieś za punktem (z zakrętu można ostatecznie wyznaczyć azymut, ale nie odległość, bo skala nieznana). W lesie widzę jakieś pofałdowanie - ciut na prawo. Górka, a za nią dół. Bardziej rów. Niestety lampionu nie ma. Wiem, że lampiony mają być schowane, czeszę wszystko. Dalej lampionu brak. Wychodzę z rowu. Jest drugi w inną stronę. Jest i trzeci. Widoczność na metr, krzale, zwalone drzewa i to rowy, a nie doły. Idę szukać drogi z orto. W lesie zaczynają się pojawiać światełka – to tyle było mojej przewagi;-( Już w towarzystwie namierzam się od drogi - jeden dół (czy bardziej rów) bez lampionu, kolejny z lampionem. I tu zastanawiam się jaki jest sens dawania opisu „dół”, mapy z jednym dołem, orto z czarną plamą, gdy można było dać odwzorowanie terenu lub choć słownie opisać ile jest tych dołów czy rowów i o który chodzi. Taki punkt – szczególnie w nocy jest loterią.

PK 2 brutalne zderzenie teorii z rzeczywistością;-)

Nie ma co marudzić, biegnę dalej. Odrabiam to, co straciłem na PK 2 (ze 20 minut), wyprzedzam, jednych drugich… Na PK 4 jestem chyba jako lider. Dalej droga, która jest zawalona ściętymi gałęziami… Na PK 3 trafiam już w zupełnych ciemnościach, nikogo za mną nie widać. Do PK 6 wąwozem, potem drogą co jest na mapie, potem drogą, której na mapie nie ma. Do obwodnicy – czyli torów na mapie;-) Obwodnica to zwykła droga. Nowa. W nocy totalnie pusta. Nieogrodzona, co najwyżej ciut głębszy nowy rów. Po bokach drogi techniczne. Przeprawiam się przez tę obwodnicę i biegnę drogą techniczną uważnie mierząc dystans. Oczywiście mapa ma niewiele wspólnego z rzeczywistością, więc wierzę tylko dystansowi. Droga techniczna kończy się jakieś 500 -700m za wcześnie. Kolejne rozjaśnienie PK 6 to oczywiście orto. Jakieś szare plamy. Dobra, przedzieram się dalej rowem, bo po prawej płot – powinno być to, jak się płot skończy. Tyle, że płot się nie kończy. Znowu musiałem coś pochrzanić i jestem prawie kilometr za punktem. Wracam ten kilometr, ale wygodnie obwodnicą – i tak nic nie jeździ. Przy PK znowu światełka – tyle było mojej przewagi (2km). 

Kolejny PK 12 w mieście. Nad ruinami domu. Coś tam było na odprawie, by brać PK od góry, bo od dołu się nie za bardzo da. Ciut za dużym łukiem, ale znajduję lampion. Teraz przez miasto – na drugi koniec. Ciut nieoptymalnie, ale uciekam konkurencji. Zaczyna świtać. Znowu obwodnica, tym razem wiadukt - ja przebiegam dołem. PK 14 - charakterystyczny punkt to „wygasłe ogniska”. Trafiam na czuja, bo na mapie nic charakterystycznego nie widać. Ot, idealny przykład jak nie powinno się stawiać punktów kontrolnych. Z mapy powinno wynikać czego szukamy, opis tylko naprowadza na lampion, jeśli nie wisi idealnie na obiekcie.

Świt w drodze na PK 14

Jestem już na drugiej mapie. Kierunek PK 15. Las, skrzyżowanie dróg. Jest las, są drogi, jest skrzyżowanie, nie ma lampionu. Wprawdzie droga wydaje się ciut za blisko, ale wszystko wcześniej się zgadzało, wszystkie zakręty itp. Idę na wszelki wypadek dalej – jest kolejna droga i ona lepiej odległościowo pasuje. Tyle, że lampionu brak. Krążę w tą i w tamtą, wreszcie przez przypadek dostrzegam w oddali faworek. Faworki miały ubezpieczać PK. Tyle, że ten faworek jest ze 40 metrów od drogi, w lesie. Idę do niego, ale lampionu nie ma. O, jest! - ukryty tak, że można stać od niego o 2 metry i nie widzieć. Na pewno nie jest na skrzyżowaniu, tylko dobrze obok. Post analiza wykazała, że drogi trochę pozmieniały przebieg – ze strony, z której szedłem, drogi krzyżowały się w innym miejscu niż jej przedłużenie z drugiej strony. Ci co szli od drugiej strony mieli szansę trafić na lampion, ja nie. Gdyby był dokładnie na skrzyżowaniu to bym go szybko znalazł, a tak kolejne 20 minut w plecy. 

Lecę dalej. Pierwsi konkurenci idący z naprzeciwka. Po chwili Leszek. Niby jestem przed połową PK, ale na liczniku ponad 30 km. Zapowiada się duży naddatek dystansu! Leszek także zdziwiony długością trasy. 

Wychodzę z lasu, przez nieuwagę nadrabiam trochę dystansu, w oddali kolejna konkurencja z naprzeciwka. Znajduję wąwóz z „drogą” i lecę nim do skrzyżowania, gdzie ma być PK 16. Długi kawałek. Jest skrzyżowanie, odległość pi razy drzwi dobra. Szukam lampionu. Lipa. Tym bardziej, że ma być to PK z wodą, więc trudno go przeoczyć. Po 20 minutach czesania bliższej i dalszej okolicy dogania mnie konkurencja 2PJ+1. Czeszemy razem. Wreszcie próbujemy iść dalej i po dłuższej chwili udaje znaleźć się PK. W terenie przybyła dodatkowa droga, a stara – ta z mapy - zanikła. Opis „skrzyżowanie dróg” powinien brzmieć „skrzyżowanie ścieżek” lub wręcz „ skrzyżowanie pozostałości po ścieżkach”. A tak ponad 30 minut w plecy;-( 

Próbuje się oderwać konkurencji, ale zaczyna brakować sił. PK 13 „jedyna tak brzoza” – okazuje się że jedynych jest więcej;-) Za dnia daje się je łatwo ogarnąć, ale nocą….

Jedyna taka brzoza po prawej, po lewej i gdzieś tam w oddali

Znowu obwodnica i wracamy na pierwszą mapę. PK 8 - skarpa, tu rozjaśnienie w postaci mapy topograficznej - od razu lepiej. Pojawiają się rowerzyści i jakieś grupy pościgowe. 

Do PK 7 pusty przelot. Dobrze ponad 4 km. Co ciekawe, przebiegamy tuż obok PK 11… co za sens było go „wyrzucać” z trasy? 

Nie mam ochoty już biegać. Zaczynam czuć podeszwy stóp na drodze utwardzanej szutrem, pełnej leżących kamyków dających tym podeszwom do wiwatu. I czuję mięśnie brzucha po czwartkowym treningu (na przyszłość – nie biegać długich dystansów po deskach;-) Konkurencja (2PJ) mnie dogania i wyprzedza;-( 

Zarośla przy drodze - te po lewej

PK 7 – opis: zarośla przy drodze. Z mapy wynika, że powinien być to brzeg jaru, ale tego nie zauważam - tylko rząd krzaków przy drodze wyraźnie czesany przez poprzedników na długości 50-100m. A wystarczyło dać PK w jarze, byłoby jednoznacznie

Zbiegam do cywilizacji. Asfalt. Sklep i ratujące życie zimne Frugo;-) I znowu pod górę do PK 10. Okazuje się, że to cmentarz, a właściwie las za cmentarzem, którego płot trzeba sforsować. Na szczęście jest „dziura w płocie”. Znowu „dół” w opisie i pojedynczy dół na mapie, a w praktyce dwa doły. Lampion oczywiście w tym drugim. Za dnia to pestka, ale w nocy…. 

Został ostatni PK 9 - bagienko. Liczę skrzyżowania, wreszcie skręcam w dół. Znowu ma pomóc rozjaśnienie orto. Coś na nim widać – jakieś pole, chałupa, droga i coś jak ślepa droga/pusty teren. Jest chałupa, jest bagienko z opisu, jest jakaś taka ślepa droga. Jest napis „teren prywatny”. Próbuję przez krzaki, ale jakoś mokro – miało być dojście suchą nogą. Wracam, próbuję przez ten „teren prywatny”. Ale coś nie tak. Nie ma żadnych śladów naszych, łapię się tylko na jakąś fotopułąpkę. 

Zniechęcony oglądam mapę na wszystkie strony. Chyba jednak coś pochrzaniłem i jestem za wcześnie o 500m – przy źródełkach. Idę więc dalej. I trafiam. Ale na własne życzenie kolejne 25 minut w plecy:-(

Ostatni PK 9

Człapię do bazy (oczywiście znowu lekko błądzę). Wbiegam na metę. Wynik – lepie nie mówić. Lekko mówiąc 1,5 godziny straty na własne życzenie lub przez te genialne opisy/rozjaśnienia. Bez tych wpadek wylądowałbym na tradycyjnym 4-tym (a może 3-cim) miejscu. Miałbym mniejszy kilometraż i na pewno żwawiej bym pokonał końcówkę.

Wreszcie meta
Na mecie jest już Hubert. Miał wygrać, ale na PK 9 podobnie jak ja się zgubił i spadł na 6-tą pozycję. Jak widać ostatnio coraz częściej wzoruję się na Hubercie;-)

Co do samej imprezy – widać wyraźny spadek jakości organizacji. Szczególnie opisów/map czy doboru punktów kontrolnych. PK 16 był podchwytliwy, ale można było ciut opisem nakierować na właściwe skrzyżowanie. Ukrywanie lampionów, szczególnie w nocy to nieporozumienie. PK 2 i PK 10 to żenada - dyskwalifikacja budowniczego;-( Orientacja nie polega na szukaniu kawałka papieru tylko miejsca charakterystycznego. Taka jest definicja i jej się trzymajmy!

Przebiegi na Liveloxie

Na deser - ruchome obrazki:-)

 


niedziela, 7 marca 2021

Prymulek 2021 (Pięćdziesiątka sponsorowana przez 80 km)

 Ostatni raz na 50-tce byliśmy we wrześniu 2020. Czyli prawie pół roku temu! Od tego czasu znany wszystkim wichrzyciel w koronie utrudnia organizację na tyle, że zostają tylko jakieś imprezy lokalne – w szczególności rogainingi, na które jedzie się bez noclegu. Tyle, że żadnych w okolicy jakoś nie było, aż wreszcie Barbara zirytowana brakiem imprez coś wymyśliła. Lobbowałem by zrobiła Prymulka tuż za moim płotem, ale się nie udało i musiałem jechać na drugi koniec miasta – gdzieś tam do Zalesia Górnego. Jak widomo, w czasach pandemii imprez na orientację jest nadurodzaj: w sobotę oprócz Prymulka były jeszcze dwie, a w niedzielę ostatni w tym cyklu trening ZZK. Renata z Agatą obstawiły sobotnie WesolInO, a na niedzielę planowaliśmy razem pobiec na ZZK. 

Zimne Doły – miejsce znane nam dwóch czy trzech imprez – w tym chyba pierwszej edycji EsKaPeBol InO kilka lat temu. Udało się trafić bez trudu i nawet nie urywając zawieszenia. Bez zbędnego zwlekania dostałem mapę, nawet jej nie zdążyłem spakować w torebkę gdy dostałem sygnał do startu. No cóż spakuje ją w drodze. Ruszyłem do najbliższego punktu. Skala ludzka, niewiele gorzej niż 1:25000 i od razu po wybiegu na główną drogę znalazłem miejsce gdzie wbiec w las, by znaleźć lampion. Rozpędzony wpadam w zarośla i nagle mnie zastopowało. Można powiedzieć, że „zawisłem” powbijany w gąszcz królujących w tym terenie jeżyn, czy innych kolczastych roślin. Właśnie przypomniałem sobie czemu to nie lubię tych okolic!

Udało się jakoś wyszarpać z pułapki i ostrożnie ruszyłem na poszukiwanie lampionu. Patrzę na lidarowe rozświetlenie i widzę dziwne czerwone strumienie zalewające mapę. Chwila strachu i zdziwienia, macam siebie dokładnie, oglądam zakrwawione ręce i wreszcie mam – jeżyna rozorała mi wargę, która krwawi i wszystko zabarwia na czerwono! Chwila na doprowadzenie siebie do porządku i znajduję lampion. Zastanawiam się jak wytłumaczę Renacie, że to naprawdę jeżyna, a nie że ktoś mnie pogryzł….
Powoli wydostaję się z krzaków i drogą ruszam na kolejny punkt. Jakoś daleko do skrzyżowania – wyraźnie odwykłem od 50-tek. Ale jest kolejny punkt – miejsce gdzie właśnie na EsKaPeBol InO był punkt;-)

Nauczony bolesnym doświadczenie, twardo trzymając się dróg, lecę na PK 3. Znowu jakoś tak czas się dłuży. Podobnie na PK 4. Przy PK 4 spotykam konkurencję, przedzieram się brzegiem rowu z wodą po ściętych gałęziach do lampionu. Ciężki teren;-( Na szczęście dalej kawałek porządnej asfaltowej drogi. Z naprzeciwka widzę przebiegającego Krzyśka Lisaka (ciekawe czy zaliczy wszystko w 5 godzin, bo biegnie całkiem żwawo), potem spotykam Marusza „Dzidka”, który stara się gonić Krzysztofa.

Na PK 5 tracę trochę czasu, bo lampionu szukam na innym szczyciku. Wkurzony ruszam na PK 7. Okolica znajoma, chyba także w tym rowie był punkt na jakiś zawodach. Tyle, że wtedy rów był suchy. Jest jakaś ścieżka, trochę za wcześnie i za blisko górki, ale skręcam, najwyżej przejdę przez krzaki troszkę dalej. Spotykam tu człowieka szukającego punktu. Tyle, że szuka na górce zamiast na rowie. Wskazuję kierunek i idziemy. Jest rów, szeroki, pełen wody i pokryty cienkim lodem. Czytam, że lampion ma być po drugiej stronie rowu. Ktoś przedziera się po drugiej stronie rowu. Idziemy szukać zakrętu z lampionem. Woda zaczyna się rozlewać (na mapie także ma się rozlewać), ale zakrętu ani śladu. Ktoś w oddali skacze z wysepki na wysepkę, starając się za bardzo nie wpaść w wodę. Robię odwrót do głównej drogi i zaczynam szukać po drugiej stronie rowu z wodą. Lampionu nie ma. Grupa szukających robi całkiem pokaźna i chlupocząc bada zalane tereny. Patrzę dokładniej na mapę – ten rów powinien być znacznie dalej od górki! Czyli przeczesujemy rów, którego wcale nie ma na mapie! Po cichu oddalam się w upatrzonym kierunku i znajduję właściwy rów (na szczęście do przeskoczenia) i lampion. Uff. Tylko że 20 minut w plecy! 

Przekroczenie DK 79 to wyzwanie – aby znaleźć przerwę w sznurze pojazdów trzeba czekać kilka minut. Lecę wesoło na PK 9. Znowu jakoś tak daleko. Ale liczę przecinki i wreszcie docieram w pobliże punktu. Znowu rów, znowu jeżyny, znowu krzaki i przeskakiwanie cieku. Ile można???

Do PK 11 trzeba przebiec przez treny cywilizowane. Maska pod ręką, ale nikogo na horyzoncie nie widać. Dopiero koło lampionu tłum dzieciaków – wyglądają na zuchy bawiące się w jakąś grę terenową. PK 10 tuż obok, na tym samym rozjaśnieniu. Tu pojawia się tłum – dotarli chyba ci, którzy pluskali się w rozlewiskach przy PK 7.
Kierunek: prawy górny róg mapy. Gdzieś po drodze dopada mnie SMS od Renaty chwalącej się ukończeniem WesolInO. Zerkam na zegarek i na mapę - 18 km, zaliczone 9 z 30 punktów. Prosta matematyka – trasa będzie miała tak z 60 km. Dam radę – myślę.

PK 25 znany z jakiś Stowarzyszonych zawodów. Znajduje się szybko. Powrót na skuśkę z ominięciem rezerwatu – fajnie, że znakują granice rezerwatu na drzewach (podpatrzyłem to kiedyś w Ostrówku). I znowu jakiś zbyt długi przebieg w kierunki PK 19. Kończy się rezerwat – w/g mapy na zachód do pierwszej przecinki  max 200 m i w lewo prawie do punktu. Skręcam na zachód - 200, 300 m i przecinki ani śladu. Teren mało przebieżny, więc wracam do drogi. Po chwili kolejna możliwość skrętu na zachód, znowu próbuję i znowu nie znajduję przecinki na południe! Zniechęcony wracam na główną drogę i gdy widzę skraj lasu wyznaczam azymut i idę szukać lampionu. Lampionu nie ma, teren coś mało się zgadza. Wreszcie dostrzegam konkurencję, która mnie dogoniła gdy bezskutecznie szukałem lampionu. Mówią, że jest jeszcze 200 m dalej! I że skala mapy jest inna. Aż sprawdzam. 1km - 28mm, czyli zgadza się - 1:28000! Chwilka! Na odwrót To wychodzi nie 1:28000 tylko jakieś 1:40000! Teraz zaczyna się zgadzać i wiem czemu coś mi nie pasowało z odległościami. I jeszcze jedno - typowa 40-tka ma mapę formatu A4 lub mniejszą, a tu przy podobnej skali mamy dobrze wypełnioną kartkę A3! Przyglądam się mapie, liczę kratki siatki kilometrowej i wychodzi mi tak ze 45 km do mety, a  na liczniku mam już 25! Chyba nie jestem gotowy na 70-75km!

Zniechęcony ruszam dalej. Przy PK 21 ktoś szuka lampionu koło zabudowań (stanowczo za wcześnie). PK 30 – 30 km. PK 20 bardzo widowiskowy, ale na otwartej przestrzeni i zimny wiatr powoduje, że kostnieję i zastanawiam się czy nie wyjąć softhella. No, niby mamy jeszcze kalendarzową zimę.

PK 29 – granica kultur nad szerokim rowem z wodą. Na zachód w kierunku następnego PK bagna i ten rów do przebycia. Niby bliżej obejść  od północy, ale po 100 metrach wzdłuż rowu teren się  obniża i mapa mówi, że mają być poprzeczne rowy z wodą. Zawracam i idę naokoło od południa.  Dodatkowe kilometry. Tu dogania mnie uczestnik, którego widuję często na 50-tkach. Tuptamy dalej razem. Wariantem bezpiecznym –asfaltowym do PK 26. Potem do PK 27 – tu spotykamy Łapki z trasy TP25. Postanawiam się oszczędzać by mieć siły na jutrzejsze biegi i daję się wyprzedzić.  Znowu spotykam Mariusza „Dzidka”. Rozmawiamy o długości trasy – nie jest pewien czy da radę zrobić wszystko w limicie.

PK 13 zdobywam samotnie, ale potem sprytnym manewrem skracającym drogę wyprzedzam całą grupę. Spotykamy się na zamkniętym przejeździe kolejowym w Ustanówku.
Dalej idziemy w grupie. Przed PK 16, dokładnie na 44 kilometrze trasy  spotykamy Leszka idącego z naprzeciwka. Pyta się ile mamy na liczniku, bo jest lekko zdziwiony odległością, jaką już pokonał. PK 16, potem PK 15. Tu dołącza kolejna ekipa z TP25 - Pinky&Brian. Tym zespołem przeplatając się na punktach idziemy w kierunku mety przez PK 14, PK 12 i PK 1. Odpuszczam PK 8 oraz sześć pozostałych punktów. Na metę docieramy po zmroku  Dzięki temu robię „tylko” 57 km. I dobrze, bo trzeba mieć siłę, by jutro pobiegać na wydmach;-)

Na przyszłość będę uważniej sprawdzał skalę mapy przed wyruszeniem na trasę i zapamiętam, że jak kilometr na mapie ma 2,5cm to skala wynosi 1:40000, a nie 1:25000;-)  - takie ćwiczenia matematyczne polecam także budowniczym tras i twórcom map;-)

piątek, 19 października 2018