Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mostówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mostówka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2025

GPM Tour Mostówka, czyli wrzosowisko zimą.

Dzień po FalInO przenieśliśmy się w znacznie ciekawsze tereny, bo na wrzosowiska w Mostówce. W sierpniu jest tam przepięknie i aż byłam ciekawa, jak to będzie wyglądać zimą.
Trochę obawiałam się punktów na wrzosowisku, czyli na niczym, a jak zobaczyłam mapę, to bałam się jeszcze bardziej. Żegnaj nadziejo na dobry wynik - pomyślałam i wystartowałam.
 
Start.

Trochę pocieszające było to, że spadł śnieg i już od startu widać było wyraźne inostrady, czyli wydeptane ścieżki. Z jednej strony są bardzo pomocne, ale z drugiej potrafią zwieść na manowce i doprowadzić do punktu z innej trasy. Trzeba być czujnym i nie zaniedbywać kompasu.
 
Inostrada zapowiadała się dobrze.

Do pierwszego punktu inostrada we współpracy z kompasem doprowadziły mnie idealnie, ale do dwójki już nie poszło tak dobrze. W lesie nie było dobrze widać śladów, więc kierowałam się tylko kompasem i jak zwykle ściągnęło mnie nieco na prawo, aż wyszłam na ścieżkę. Miało to i tę dobrą stronę, że łatwo się zlokalizowałam i szybko znalazłam punkt.
Do trójki przez kawał wrzosowiska. Inostrady pojawiały się i znikały, ale szłam swoje. Na samej końcówce zniosło mnie (o dziwo!) w lewo, ale kiedy zobaczyłam przed sobą słup linii wysokiego napięcia, wiedziałam, że muszę odbić bardziej w prawo. Zadziałało. Czwórkę wzięłam wariantem ścieżkowym, więc poszło łatwo. Z kilkoma następnymi punktami też nie było problemów, choć trochę obawiałam się dużej ilości ścieżek, co to mnie zawsze mylą, bo mam problem z ich liczeniem, więc nie liczyłam i w ogóle udawałam, że ich tam nie ma - jestem tylko ja i mój kompas.
Problem pojawił się przy dziewiątce. Szłam sobie prawie azymutem i tak jakoś mi się wydawało, że strasznie długo to trwa i punkt powinien być tuż, tuż. Może dlatego, że szłam, a nie biegłam? Doszłam do poprzecznej drogi i z tego tuż, tuż byłam pewna, że jestem już przy kolejnej - tej ze skarpą, czyli, że przeszłam swój punkt.  No to zawróciłam grzbietem, ścieżką, choć mapa twierdziła, że lampion powinien być nieco na południe od ścieżki. Ale co mi tam mapa będzie mówiła jak mam żyć! Uszłam spory kawał kiedy spotkałam Jacentego (jak mnie pamięć nie myli), który uświadomił mnie, że punkt to jeszcze kawałek dalej. Po chwili dołączył do nas kolejny poszukiwacz zaginionych lampionów i wspólnym wysiłkiem, wespół w zespół znaleźliśmy co trzeba. Ale strasznie głupio mi było, że tak się machnęłam z tymi drogami.

Dziewiątka stawiała opór.

Dziesiątkę i jedenastkę ogarnęłam, choć przed dziesiątką miałam małe wahnięcie. Na szczęście w pobliżu było tak dużo innych zawodników, że wystarczyło lecieć za nimi. Za to z dwunastką to się z lekka rozminęłam. Tradycyjnie zniosło mnie w prawo, a że na wrzosowisku trudno zlokalizować się wzrokiem, bo wszystko jest takie samo, więc pojawił się problemik. Inostrady nie spełniały swojej roli, bo teren był dość zadeptany przez spacerowiczów, wiec ślady nie były wyznacznikiem. W końcu ogarnęłam, że muszę szukać bliżej wydmy i bardziej na wschód. Ale muszę przyznać, że choć długo nie błądziłam, to już mnie nicość ogarniała. Ale to chyba ze zmęczenia.

No i gdzie ta dwunastka?

Ostatnie dwa punkty już bez wtopy, szczególnie że z każdej strony ktoś nadbiegał, bo zbliżaliśmy się do mety. No, tylko mety nie znalazłam od razu, bo zmyliły mnie zaparkowane samochody i myślałam, że to tam jest asfalt z lampionem metowym. Nie byłam jedyna, która się na to nabrała, na szczęście organizator pokazywał którędy do mety właściwej:-)
Tomek spodziewał się, że nadbiegnę azymutem i czekał między ostatnim punktem a metą, a ja mu taki numer wycięłam. I przez to nie mam fotki na mecie. Ale mamy wspólną:

I po zawodach.

No to tak - wynik taki sobie (trzeci od końca), ale przeżycia  jak najbardziej pozytywne. Mostówka zimą też się sprawdza, więc polecam.

Mój przebieg.
 

czwartek, 31 października 2024

Druga połówka czyli Nocna Mila

Nocna Mila jest dłuższa niż mila dzienna. Wniosek ten wynika z obserwacji, że Nocna ½ mili miała 4,3 km, a dzienna połówka poniżej 4 km. Ja tam lubię taką wersję, bo lubię biegać nocą. Sentyment taki mam od pierwszych zawodów na orientację, którymi były właśnie zawody nocne. 

Na Nocną Milę zapisało się znacząco mniej osób niż na wersję poranną. Lenie. Cieniasy;-) (Ci co się nie zapisali). 

Centrum zawodów nocą

Co do organizacji – meta i start w tym samym miejscu. Tylko znacząco mniej PK na mapie – w wersji dziennej miałem 16, a teraz tylko 8. Startowałem samotnie. Znowu pod górkę. Za górką przy lampionie startu sowa. Taka latarkowa świecąca w ciemności oczami. Zresztą cały dobieg obowiązkowy aż świecił od odblasków. Tylko jakby więcej gałęzi pod nogami. 

Pierwszy PK na tym samym azymucie co w wersji dziennej tylko… dwa razy dalej. Świadomy porannych doświadczeń i tego, że znosi mnie w lewo, dreptałem ostrożnie. Liczyłem ścieżki, wgłębienia… zdawało mi się, że jestem za daleko, ale nie było ciągle asfaltu i zbocze po prawej się nie kończyło. Wreszcie zaświecił mi odblask w górze – zgodnie z przewidywaniami znowu zboczyłem w lewo. Przy PK dogoniłem poprzedniczkę, która startowała minutę lub dwie wcześniej. 

PK 2 to znany rana PK 9. Świadomy jego usytuowania na końcu młodego lasu znalazłem przecinający ten las pas mniej zadrzewiony i na jego końcu skręciłem w prawo. Przede mną kilka osób niepewnie szukało lampionu w innym miejscu. 

PK 3 znowu daleki przebieg. Gdzieś tak przy granicy wrzosowisk. Mało punktów charakterystycznych po drodze. Nawet nie pomyślałem o obieganiu drogami. Może byłoby szybciej, ale nie byłoby przygody. Czułem, że znowu znosi mnie w lewo. Gdy wreszcie znalazłem lasek, po kilku krokach w głąb wiedziałem, że muszę skręcić w prawo. Dobrze, że lampion „świecił” z daleka. Z naprzeciwka (od drogi, którą można było obiec) kierunek na lampion wskazywała także grupa czołówek na głowach innych biegaczy. Ja dopadłem lampion pierwszy i pobiegłem dalej. Do drogi, kawałek drogą i dobieg do samego lampionu na azymut. Trafiłem idealnie. Przed samym lampionem przegonił mnie jakiś szybkobiegacz. 

Bieganie nocą po lesie jest genialne, gdy nie biegniesz w tramwaju. Gdy nawigujesz sam, a inne światełka są najwyżej gdzieś na granicy zasięgu wzroku. Do PK 5 biegłem znowu samotnie. Na azymut. Na końcu obieganie młodnika i idealne trafienie na punkt. Tuż obok piątki minąłem kogoś, kto wbiegł w las po zachodniej stronie gęstwinki z PK 5. Takie sytuacje są budujące, gdy widzisz, że ktoś szuka punktu nie tam, gdzie trzeba (ale wredny jestem;-). 

Do PK 6 drogą, nad łąkami. We mgle. Nad łąkami zaczęła pojawiać się mgła. Na razie niewielka. Sam PK znam z porannego poszukiwania PK 12;-) Teraz było łatwo trafić rozpoznając znajome dołki. A i lampion radośnie świecił z daleka! 

Kolej na PK 7 w tych dołkach, co rano szukałem PK 15. Teraz nie dałem się podpuścić budowniczemu trasy. Wybrałem bieg drogą, aż do charakterystycznego rozwidlenia jakieś 100 m od lampionu. Droga wiodła skrajem łąk i mgła gęstniała. Wkrótce widoczność nie przekraczała zasięgu własnego nosa;-) Na szczęście po wbiegnięciu w las mgła cudownie ustąpiła. 

Znalezienie dołka na azymut tym razem było pestką. Choć miałem już opracowaną całą strategię przeczesywania terenu, gdybym nie trafił za pierwszym razem, okazało się, że nie będzie trzeba jej użyć. 

Został dobieg do ostatniego PK i finisz do mety. Dobiegłem. Jako że startowałem pierwszy w swojej kategorii, musiałem czekać na wynik konkurenta. Niestety znowu mi dołożył, ale tym razem różnica była nieduża, tak w granicach przyzwoitości. Bez tego kataru pewno bym wygrał. Nic, odkuję się następnym razem.

 A same zawody – małe, kameralne, ale miłe. Las jaki lubię – do biegania, a nie do czołgania się. Tylko jak zwykle: mija już tydzień, a wyniki na stronę PZOS nie wgranie. Ciekawe czemu np. organizatorzy z zachodniopomorskiego wgrywają wyniki w terminie, a reszta kraju jakoś nie daje rady?



 

środa, 30 października 2024

Pierwsze pół Warszawskiej Mili

W czwartek miałem jechać na 360 wariantów, ale się nie wyrobiłem z pracą. Z przepracowania coś zaczęła mnie boleć głowa. Objawy te jakoś dziwnie szybko przeszły na Renatę, a mi ból głowy jakoś tak obsunął się w piątek na gardło. W sobotę Renata uleczyła się ponoć jakimś cudownym lekiem i pojechała sobie na drugi koniec Polski, a na mnie jakoś ten lek nie zadziałał. Doszedł kaszel, muzyka płynąca prosto z płuc i inne takie miłe akcenty. Nie zostało mi nic innego jak z rana (no dobra, bliżej południa) spróbować to wybiegać na Warszawskiej Mili. Wiadomo: bieg idealnie przewietrza charczące oskrzela;-)

Centrum zawodów połączone z metą

Warszawska Mila w Mostówce, na sławnych wrzosowiskach. Szkoda trochę, że wrzosy już przekwitły, ale pocieszam się, że kwitły całkiem niedawno. Dzień ciepły, wręcz upalny jak na tę porę roku. Las, mchy i mazowieckie sosny ślicznie podświetlone jesiennym słońcem. W lesie grzybiarze i spacerowicze. Nas - biegaczy – raczej kameralny zespół. Konkurencja w postaci Hały zabrała wielu potencjalnych uczestników. 

Szykuję się do startu

A tak wyglądało to z górki na którą zaraz wbiegniemy

Wchodzę do boksu i startuję. Pod górę. Nawigacja zaczyna się przy lampionie za niewielką górką. Przede mną dystans ½ Warszawskiej mili (druga połówka nocą). Znowu pod górę, gdzieś pod szczytem ma być dołek z pierwszym lampionem. Pomimo, że poruszam się jak wskazuje igła kompasu, nie trafiam tam, gdzie trzeba. Jestem za nisko. Widzę, że osoby startujące przede mną także mają podobne problemy. Co do samego biegania – szybko przekonuję się, że z objawami grypy (czy innego Covida) ciężko się biega. Zwłaszcza pod górę. A dzisiaj trasa po całkiem wysokiej wydmie: góra, dół – nawet na tabliczce znamionowej podano 80 m przewyższenia! 

Staram się biec, choć różnie bywa i nie zawsze nazwałbym tego biegiem. PK 2, 3, 4 wchodzą dobrze. PK 5 – na otwartym terenie – krzaki wyglądają ciut przesunięte, ale skoro kręcą się tam ludzie, musi być tam lampion! 

Problem pojawia się przy PK 6. To i owo omijam, kawałek za kimś biegnę, czołgając się pod górę kieruję się w kierunku szczytu, za którym powinien być lampion przy karpie. Zdobywam wierzchołek - jest karpa, lampion ciut za nią, tylko nie zgadza się kod. Chwila konsternacji, znajduję kod lampionu w opisach – jestem na PK 11 zamiast na PK 6! Czeka mnie powrót na właściwe tory… 

Kolejne PK są dość łatwe nawigacyjnie. Tu i ówdzie znajduję jakąś ścieżkę niezaznaczoną na mapie, z PK 8 na PK 9 biegnę przez młody las – tak jak pozwalają nieprzecięte jeszcze rzędy drzew. Niby kompas wskazuje dobrze, ale ląduję wyraźnie daleko od PK 9 (prawie przy PK 10) i muszę korygować. 

Na PK 11 już byłem, więc to łatwizna. PK 12 znowu mnie znosi. Znajduję lampion (zresztą w większej grupie), którego nie mam na mapie. Poznajemy wszystkie okoliczne muldy (co przyda się w nocy), zanim znajdziemy właściwe zagłębienie z lampionem;-) 

Dobieg do PK 13




Zabawa orientacyjna zaczyna się przy PK 15. Niby prościzna – czysty las, w nim całe stada wielkich czołgowych dołów, a w jednym z nich lampion. Zawierzam kompasowi – trafiam ma skrzyżowanie dróg i dalej brnę azymutem. Jakoś tak , dopiero teraz dostrzegam, że na mapie są dwa skrzyżowania. Ten działający od początku „znos w lewo”, minimalnie zła lokalizacja karpy z PK14 (była niżej niż wynikało to z mapy) i przeoczenie tej drugiej drogi kumulują się. Jestem pewien, że jestem na dobrym azymucie i zasuwam do przodu. Mam okop, więc ten z lampionem powinien być drugi lub trzeci w kolejce. Nie jest. Jak wół jest widoczna droga północ południe, ale nie ma tej wschód zachód. Do szukających dołącza Mateusz – w ten sposób czeszemy coraz większy obszar, Matusz wreszcie rzuca odkrywcze „to ma być przy górce” i rzeczywiście jest. Ale co się naszukaliśmy…. Teraz analizując mapę i dane lidarowe – na mapie jest źle zaznaczony dół z lampionem - czyli dobrze znalazłem właściwą dziurę, a budowniczy lampion postawił jeden dołek dalej! 

Coś tu mapa nie nie wyszła kartografowi w tym miejscu....

Jeszcze ostatni PK i meta. Nie było to mistrzowskie bieganie – jednak choroba odbiera siłę i koncentrację. Przybiegam na metę drugi – w ostatecznym rozrachunku trzeci. Niby podium, ale liczyłem na więcej, bo stawka była wyrównana. 

W nocy drugie podejście – teraz czas pojechać do domciu, łyknąć jakiegoś gripexa – może ból głowy trochę odpuści.

 


piątek, 18 lutego 2022

NKL-ka na żądanie.

Im słabiej wychodzi mi bieganie, tym dłuższe trasy wybieram na zawodach. Zamiast więc w niedzielę pobiec lajtowo, znowu wzięłam ambitne ponad 6 km. Ale za to przelicznik czasu spędzonego w lesie w stosunku do opłaty startowej mam chyba najlepszy ze wszystkich!
Tym razem biegaliśmy po wydmie w Mostówce, tam gdzie są te słynne wrzosowiska. Już dojeżdżając na miejsce zauważyliśmy, że w lesie leży masa pościnanych drzew i gałęzi. Trochę niefajnie, bo ciężko po tym biegać, a uszkodzić się łatwo.

  
 
Przed startem

Już za chwilę, za momencik...

Już przed pierwszym punktem zaczęło mnie ściągać w prawo. Po ukształtowaniu widziałam, że powinnam biec niżej zbocza, a nie gramolić się na szczyt, ale kompas uparcie wołał: w górę! w górę! W efekcie krakowskim targiem pobiegłam tam, gdzie większość innych biegaczy, czyli do punktu. 
Do dwójki znowu miałam wrażenie, że mnie ściąga, więc dla równowagi naginałam ciut w lewo, żeby wyrównać i jakoś poszło. Do trójki prowadziła wygodna droga. Niestety, kiedy tylko ją opuściłam, mój kompas znowu usiłował wyprowadzić mnie w nieznane i zamiast prowadzić mnie na wschód, on wolał na południe. Dobrze, że natrafiłam na ścieżkę, którą udało mi się zlokalizować na mapie i wiedziałam jak się dalej namierzyć.
Czwórka była w tak charakterystycznym miejscu, że nawet nie patrzyłam na kompas, podobnie było z piątką. Potem miałam dylemat - biec do szóstki lasem, czy drogą? Drogą ciut naokoło, ale wygodnie, lasem - znów trzeba pertraktować z kompasem, który najwyraźniej w tej okolicy coś się gubił. Oczywiście pobiegłam lasem i nawet trafiłam bezproblemowo. Na ósemce (to też moja jedynka) spotkałam Tomka i chyba to spotkanie musiało mnie zdekoncentrować, bo od razu zaczęły się kłopoty.
 
 Jak podpisać? Jedynka czy ósemka? :-)
 
Biegnąc (czy raczej już bardziej idąc) dokładnie według wskazań kompasu dotarłam do punktu. Już miałam go podbić, ale z nawyku sprawdziłam kod i... to wcale nie był mój punkt. Mój miał mieć kod 40, a ten miał 39. Niby niewiele mniej, ale jednak. W okolicy kręciło się kilka osób i w końcu okazało się, że wszyscy szukamy tego samego lampionu. Szukających osób przybywało, ale byli i tacy, co podbijali punkt i biegli dalej. Postanowiłam zaczaić się na nich, żeby mi pokazali na mapie, gdzie mają to kółeczko zaznaczone, ale jak na złość nikt się nie pojawiał. Obeszłam okolicę n-ty raz, ponownie bez skutku. Niby wszystko mi się zgadzało - blisko szczytu, obok ścieżki prowadzącej do asfaltu, we wgłębieniu i tylko ten kod... Rozszerzyłam zakres poszukiwać i po jakimś czasie trafiłam na inny lampion. To była moja dziesiątka. Super! Teraz to się można dokładnie namierzyć. Tak zrobiłam i... ponownie wylądowałam przy stojaku z kodem 39. Kurna, może organizator coś źle postawił? - pomyślałam. Ponieważ pomysły na znalezienie właściwego punktu już mi się zupełnie wyczerpały, a nie planowałam reszty życia spędzić na wydmie mostowieckiej, postanowiłam olać punkt, przyjąć z godnością nkl-kę, a dalszą część trasy zrobić dla przyjemności i własnej satysfakcji.
 

Ze śladu nie wynika żebym na dziesiątce była dwukrotnie, ale tak było - nie zmyślam.
 
Tyle razy okręciłam się przy tym niezidentyfikowanym punkcie po powrocie z dziesiątki, że już nie byłam w stanie przypomnieć sobie jak do niej trafić z powrotem. Ustawiłam więc azymut z PK 9 na PK 10, ale miałam świadomość, że tak dokładnie to przecież nie wiadomo gdzie jestem. Liczyłam na to, że po drodze spotkam kogoś i przekonsultuję swoje położenie. Tak też się stało, ale o dziwo - mój azymut okazał się prawidłowy i do dziesiątki dotarłam. Jakim cudem idąc z innego punktu??? Przy okazji - mapa zupełnie nie oddawała ukształtowania terenu i mijane po drodze rowy i wąwoziki wcale nie były zaznaczone.
Po wyrwaniu się z tego Trójkąta Bermudzkiego przez chwilę było całkiem normalnie i PK 12, 13, 14 i 15 poszły po kresce. Przed szesnastką gwałtownie zniosło mnie w prawo, ale  spotkanie w drogą uświadomiło mi szybko ten fakt i mogłam skorygować trasę. W drodze na siedemnastkę tak gorliwie pilnowałam tego znoszenia w prawo, że dla odmiany zniosło mnie ciut w lewo, ale przede wszystkim to minęłam punkt, przechodząc dość blisko niego. Na szczęście zawołała mnie dziewczyna, z którą szukałyśmy tej nieszczęsnej dziewiątki, a potem ciągle się spotykałyśmy na trasie. Osiemnastka była daleko, ale łatwa i częściowo drogami, a między osiemnastką a dziewiętnastka rozciągały się wrzosowiska. Oczywiście o tej porze roku nie mieliśmy z nich  żadnej radochy. Przez wrzosowiska to już tylko szłam, bo byłam tak zmęczona, że potykałam się o własne nogi. Koleżanka z trasy też się specjalnie nie spieszyła, więc mogłyśmy pogadać. Okazało się, że ona znalazła tę nieszczęsną dziewiątkę, jak ja już się ewakuowałam. Jeszcze wołała wtedy za mną, ale byłam za daleko i nie słyszałam. Trudno.
Dwudziestka dwójka, będąca jednocześnie nieszczęsną, nigdy nie odnalezioną dziewiątką, od innej strony okazała się całkiem łatwa do namierzenia, aczkolwiek trudna do podejścia z powodu pościnanych młodych drzewek, a ja oczywiście nie bawiłam się w ich obchodzenie. Na odejściu od punktu po raz kolejny spotkałam Tomka. Zgadnijcie z jakim punktem miał problem? Dokładnie z tym, który ja za każdym razem znajdowałam szukając swojej dziewiątki. Tam chyba musiała być jakaś kosmiczna anomalia, skoro nic się nie dawało znaleźć.
Przy dojściu do PK 23 spotkałam Zuzę, która szła sobie spokojnie, więc lazłyśmy noga za nogą konwersując o braku formy. Tuż przed samą metą postanowiłyśmy jednak podbiec, żeby to jakoś wyglądało, ale też bez przesady.
No szkoda, trochę szkoda tej dziewiątki, ale cóż - bywa.


 Cała trasa