Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawska Mila. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawska Mila. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 października 2024

Druga połówka czyli Nocna Mila

Nocna Mila jest dłuższa niż mila dzienna. Wniosek ten wynika z obserwacji, że Nocna ½ mili miała 4,3 km, a dzienna połówka poniżej 4 km. Ja tam lubię taką wersję, bo lubię biegać nocą. Sentyment taki mam od pierwszych zawodów na orientację, którymi były właśnie zawody nocne. 

Na Nocną Milę zapisało się znacząco mniej osób niż na wersję poranną. Lenie. Cieniasy;-) (Ci co się nie zapisali). 

Centrum zawodów nocą

Co do organizacji – meta i start w tym samym miejscu. Tylko znacząco mniej PK na mapie – w wersji dziennej miałem 16, a teraz tylko 8. Startowałem samotnie. Znowu pod górkę. Za górką przy lampionie startu sowa. Taka latarkowa świecąca w ciemności oczami. Zresztą cały dobieg obowiązkowy aż świecił od odblasków. Tylko jakby więcej gałęzi pod nogami. 

Pierwszy PK na tym samym azymucie co w wersji dziennej tylko… dwa razy dalej. Świadomy porannych doświadczeń i tego, że znosi mnie w lewo, dreptałem ostrożnie. Liczyłem ścieżki, wgłębienia… zdawało mi się, że jestem za daleko, ale nie było ciągle asfaltu i zbocze po prawej się nie kończyło. Wreszcie zaświecił mi odblask w górze – zgodnie z przewidywaniami znowu zboczyłem w lewo. Przy PK dogoniłem poprzedniczkę, która startowała minutę lub dwie wcześniej. 

PK 2 to znany rana PK 9. Świadomy jego usytuowania na końcu młodego lasu znalazłem przecinający ten las pas mniej zadrzewiony i na jego końcu skręciłem w prawo. Przede mną kilka osób niepewnie szukało lampionu w innym miejscu. 

PK 3 znowu daleki przebieg. Gdzieś tak przy granicy wrzosowisk. Mało punktów charakterystycznych po drodze. Nawet nie pomyślałem o obieganiu drogami. Może byłoby szybciej, ale nie byłoby przygody. Czułem, że znowu znosi mnie w lewo. Gdy wreszcie znalazłem lasek, po kilku krokach w głąb wiedziałem, że muszę skręcić w prawo. Dobrze, że lampion „świecił” z daleka. Z naprzeciwka (od drogi, którą można było obiec) kierunek na lampion wskazywała także grupa czołówek na głowach innych biegaczy. Ja dopadłem lampion pierwszy i pobiegłem dalej. Do drogi, kawałek drogą i dobieg do samego lampionu na azymut. Trafiłem idealnie. Przed samym lampionem przegonił mnie jakiś szybkobiegacz. 

Bieganie nocą po lesie jest genialne, gdy nie biegniesz w tramwaju. Gdy nawigujesz sam, a inne światełka są najwyżej gdzieś na granicy zasięgu wzroku. Do PK 5 biegłem znowu samotnie. Na azymut. Na końcu obieganie młodnika i idealne trafienie na punkt. Tuż obok piątki minąłem kogoś, kto wbiegł w las po zachodniej stronie gęstwinki z PK 5. Takie sytuacje są budujące, gdy widzisz, że ktoś szuka punktu nie tam, gdzie trzeba (ale wredny jestem;-). 

Do PK 6 drogą, nad łąkami. We mgle. Nad łąkami zaczęła pojawiać się mgła. Na razie niewielka. Sam PK znam z porannego poszukiwania PK 12;-) Teraz było łatwo trafić rozpoznając znajome dołki. A i lampion radośnie świecił z daleka! 

Kolej na PK 7 w tych dołkach, co rano szukałem PK 15. Teraz nie dałem się podpuścić budowniczemu trasy. Wybrałem bieg drogą, aż do charakterystycznego rozwidlenia jakieś 100 m od lampionu. Droga wiodła skrajem łąk i mgła gęstniała. Wkrótce widoczność nie przekraczała zasięgu własnego nosa;-) Na szczęście po wbiegnięciu w las mgła cudownie ustąpiła. 

Znalezienie dołka na azymut tym razem było pestką. Choć miałem już opracowaną całą strategię przeczesywania terenu, gdybym nie trafił za pierwszym razem, okazało się, że nie będzie trzeba jej użyć. 

Został dobieg do ostatniego PK i finisz do mety. Dobiegłem. Jako że startowałem pierwszy w swojej kategorii, musiałem czekać na wynik konkurenta. Niestety znowu mi dołożył, ale tym razem różnica była nieduża, tak w granicach przyzwoitości. Bez tego kataru pewno bym wygrał. Nic, odkuję się następnym razem.

 A same zawody – małe, kameralne, ale miłe. Las jaki lubię – do biegania, a nie do czołgania się. Tylko jak zwykle: mija już tydzień, a wyniki na stronę PZOS nie wgranie. Ciekawe czemu np. organizatorzy z zachodniopomorskiego wgrywają wyniki w terminie, a reszta kraju jakoś nie daje rady?



 

środa, 30 października 2024

Pierwsze pół Warszawskiej Mili

W czwartek miałem jechać na 360 wariantów, ale się nie wyrobiłem z pracą. Z przepracowania coś zaczęła mnie boleć głowa. Objawy te jakoś dziwnie szybko przeszły na Renatę, a mi ból głowy jakoś tak obsunął się w piątek na gardło. W sobotę Renata uleczyła się ponoć jakimś cudownym lekiem i pojechała sobie na drugi koniec Polski, a na mnie jakoś ten lek nie zadziałał. Doszedł kaszel, muzyka płynąca prosto z płuc i inne takie miłe akcenty. Nie zostało mi nic innego jak z rana (no dobra, bliżej południa) spróbować to wybiegać na Warszawskiej Mili. Wiadomo: bieg idealnie przewietrza charczące oskrzela;-)

Centrum zawodów połączone z metą

Warszawska Mila w Mostówce, na sławnych wrzosowiskach. Szkoda trochę, że wrzosy już przekwitły, ale pocieszam się, że kwitły całkiem niedawno. Dzień ciepły, wręcz upalny jak na tę porę roku. Las, mchy i mazowieckie sosny ślicznie podświetlone jesiennym słońcem. W lesie grzybiarze i spacerowicze. Nas - biegaczy – raczej kameralny zespół. Konkurencja w postaci Hały zabrała wielu potencjalnych uczestników. 

Szykuję się do startu

A tak wyglądało to z górki na którą zaraz wbiegniemy

Wchodzę do boksu i startuję. Pod górę. Nawigacja zaczyna się przy lampionie za niewielką górką. Przede mną dystans ½ Warszawskiej mili (druga połówka nocą). Znowu pod górę, gdzieś pod szczytem ma być dołek z pierwszym lampionem. Pomimo, że poruszam się jak wskazuje igła kompasu, nie trafiam tam, gdzie trzeba. Jestem za nisko. Widzę, że osoby startujące przede mną także mają podobne problemy. Co do samego biegania – szybko przekonuję się, że z objawami grypy (czy innego Covida) ciężko się biega. Zwłaszcza pod górę. A dzisiaj trasa po całkiem wysokiej wydmie: góra, dół – nawet na tabliczce znamionowej podano 80 m przewyższenia! 

Staram się biec, choć różnie bywa i nie zawsze nazwałbym tego biegiem. PK 2, 3, 4 wchodzą dobrze. PK 5 – na otwartym terenie – krzaki wyglądają ciut przesunięte, ale skoro kręcą się tam ludzie, musi być tam lampion! 

Problem pojawia się przy PK 6. To i owo omijam, kawałek za kimś biegnę, czołgając się pod górę kieruję się w kierunku szczytu, za którym powinien być lampion przy karpie. Zdobywam wierzchołek - jest karpa, lampion ciut za nią, tylko nie zgadza się kod. Chwila konsternacji, znajduję kod lampionu w opisach – jestem na PK 11 zamiast na PK 6! Czeka mnie powrót na właściwe tory… 

Kolejne PK są dość łatwe nawigacyjnie. Tu i ówdzie znajduję jakąś ścieżkę niezaznaczoną na mapie, z PK 8 na PK 9 biegnę przez młody las – tak jak pozwalają nieprzecięte jeszcze rzędy drzew. Niby kompas wskazuje dobrze, ale ląduję wyraźnie daleko od PK 9 (prawie przy PK 10) i muszę korygować. 

Na PK 11 już byłem, więc to łatwizna. PK 12 znowu mnie znosi. Znajduję lampion (zresztą w większej grupie), którego nie mam na mapie. Poznajemy wszystkie okoliczne muldy (co przyda się w nocy), zanim znajdziemy właściwe zagłębienie z lampionem;-) 

Dobieg do PK 13




Zabawa orientacyjna zaczyna się przy PK 15. Niby prościzna – czysty las, w nim całe stada wielkich czołgowych dołów, a w jednym z nich lampion. Zawierzam kompasowi – trafiam ma skrzyżowanie dróg i dalej brnę azymutem. Jakoś tak , dopiero teraz dostrzegam, że na mapie są dwa skrzyżowania. Ten działający od początku „znos w lewo”, minimalnie zła lokalizacja karpy z PK14 (była niżej niż wynikało to z mapy) i przeoczenie tej drugiej drogi kumulują się. Jestem pewien, że jestem na dobrym azymucie i zasuwam do przodu. Mam okop, więc ten z lampionem powinien być drugi lub trzeci w kolejce. Nie jest. Jak wół jest widoczna droga północ południe, ale nie ma tej wschód zachód. Do szukających dołącza Mateusz – w ten sposób czeszemy coraz większy obszar, Matusz wreszcie rzuca odkrywcze „to ma być przy górce” i rzeczywiście jest. Ale co się naszukaliśmy…. Teraz analizując mapę i dane lidarowe – na mapie jest źle zaznaczony dół z lampionem - czyli dobrze znalazłem właściwą dziurę, a budowniczy lampion postawił jeden dołek dalej! 

Coś tu mapa nie nie wyszła kartografowi w tym miejscu....

Jeszcze ostatni PK i meta. Nie było to mistrzowskie bieganie – jednak choroba odbiera siłę i koncentrację. Przybiegam na metę drugi – w ostatecznym rozrachunku trzeci. Niby podium, ale liczyłem na więcej, bo stawka była wyrównana. 

W nocy drugie podejście – teraz czas pojechać do domciu, łyknąć jakiegoś gripexa – może ból głowy trochę odpuści.

 


piątek, 30 kwietnia 2021

Warszawska Mila 2, czyli pełna kompromitacja.

Niedzielny etap był ostatnią szansą na osiągnięcie przyzwoitego wyniku w Warszawskiej Mili. Blisko domu (zawsze mi się wydaje, że jak blisko, to łatwo), w dzień, z dobrym samopoczuciem - musiało się udać! Jak to zwykle bywa, życie zweryfikowało moje plany i nadzieje. Jeszcze w blokach startowych ukradkiem obejrzałam mapę, stwierdziłam, że spoko i ruszyłam pełna optymizmu.

Wyrwałam do przodu.

Ustawiłam azymut i w krzaki. Punkt miał być blisko, w sporym zagłębieniu, wydawało się, że raczej nie do przeoczenia. A jednak... Kawałek przed punktem zaczęło znosić mnie w prawo, właściwe miejsce minęłam i poszłam dalej. Dalej wydawało mi się już za daleko, więc zaczęłam okrążać teren przeszukując wszystkie obniżenia. Obniżeń było do wyboru, do koloru, a w co drugim lampion, tylko żaden nie chciał być mój. O żesz kurka wodna! Niezły początek:-( W akcie desperacji postanowiłam wrócić w okolice mety i namierzyć się od nowa od czegoś charakterystycznego. To była bardzo dobra decyzja, bo w drodze powrotnej od razu natknęłam się na właściwy lampion.

 
Wtopa na pierwszym punkcie.

Przy dwójce już się skupiłam na maksa i znalazłam ją bez problemu, ale najwyraźniej plan losu był taki, że co drugi punkt miał mi dostarczać wrażeń. Padło więc na trójkę. Odległość między dwójką, a trójką była spora, więc utrzymanie azymutu nie było łatwe.O ile przy jedynce zniosło mnie w prawo, to przy trójce dla odmiany odbiłam w lewo i ominęłam ją wielkim łukiem. Potem natrafiłam na czwórkę, ale nie przyszło mi do głowy sprawdzić czy kod z lampionu nie jest czasem kodem jakiegoś mojego punktu i w ten sposób zaprzepaściłam szansę szybkiego zlokalizowania się. W końcu dotarłam do drogi. Pobiegłam nią w prawo, potem w lewo i prawdę mówiąc nie jestem w stanie przypomnieć sobie czego na tej drodze szukałam. Zupełnie nie pamiętam też w jaki sposób trafiłam w końcu na trójkę z tego stanu totalnego zagubienia. Nie wykluczam, że ktoś wskazał mi kierunek.

PK 3

Czwórkę bezproblemowo odwiedziłam po raz wtóry, a przy zdobywaniu kolejnych punktów dużym ułatwieniem była obecność w pobliżu Małgosi i drugiej zawodniczki, która najwyraźniej biegła tę samą trasę. Co jakiś czas pojawiały mi się w polu widzenia, co odwodziło mnie od podejmowania wariantów autorskich, które najwyraźniej tego dnia mi coś nie wychodziły. Gdzieś kolo dziesiątki obie zniknęły mi z oczu, ale tam to już było z górki. Co prawda z jedenastki na dwunastkę był bardzo, bardzo długi przebieg, ale najpierw do skrzyżowania linii energetycznych (a tego już nie da się przegapić), a potem niemal pod punkt ścieżkami. Końcówka była już łatwa, a może to ja się w końcu rozkręciłam:-) Na mecie cierpliwie czekał Tomek, więc żeby dobrze wypaść na filmie, na dobiegu dałam z siebie wszystko, aż za metą musiałam na chwilkę przysiąść.

Dynamicznie na mecie.

Na mecie rozglądałam się za Małgosią, która powinna była dotrzeć chwilę po mnie, ale coś jej długo nie było. Okazało się, że najwyraźniej ja pozbyłam się mojego pecha metodą przekazania go dalej, bo teraz dla odmiany to ona zaliczyła przygody nawigacyjne. Jak to w przyrodzie nic nie ginie...

I tu pobiegłam w przeciwnym kierunku...

Ponieważ tym razem Tomek startował dobrze ponad godzinę po mnie, miałam więc czas trochę odpocząć, a potem odprowadzić go na start i nakamerować.
Tak startuje...


A tak finiszuje:

A tak wyglądają całe moje wyczyny na drugim etapie:



poniedziałek, 26 kwietnia 2021

Warszawska Mila - etap 1

Warszawska Mila nadeszła znienacka. Niby pamiętałam, że jesteśmy zapisani, ale to miało być kiedyś tam, a nagle okazało się, że to już. Nie wiem, czy to stres, czy może piątkowe sushi poprawione kremem czekoladowym, ale w sobotę od rana dręczył mnie żołądek. Do biegania nadawałam się średnio, ale siedzieć w domu nie zamierzałam. Widok niebieskich budek w bazie zawodów bardzo pozytywnie wpłynął na moje nastawienie.

Kojący widok:-)

Przyjechaliśmy na tyle wcześnie, że zdążyłam zwiedzić budki, podjąć decyzję co na siebie włożyć, a co jednak zdjąć, no i oczywiście zaliczyć pamiątkową fotkę pod największym lampionem.

 
Żeby to w lesie były takie lampiony...

Moja trasa na szczęście miała być krótka - raptem 2 km. Startowałam jakieś pół godziny przed Tomkiem, więc miał czas żeby uwiecznić moje pierwsze kroki na trasie.

I 
I poooszłaaa.

Pierwszy punkt miał być na górce, niedaleko, więc spoko - trafiłam bez problemu. Do drugiego jeszcze bliżej, tuż przy ścieżce, wyglądał na czystą formalność. Zbiegłam z górki, minęłam ścieżkę i tak mnie coś zastanowiło - skąd ścieżka? Może nie narysowali na mapie, albo co.... Pobiegłam dalej. Jakaś kolejna górka, ale nie duża, chociaż górki żadnej nie powinno być... Kawałek dalej zabudowania... Moment! Ktoś mnie tu robi w konia! Co jak co, ale zabudowań to na pewno nie powinno być! Jedyne zabudowania na azymucie odnalazłam na mapie bez trudu, tyle że leżały kawał za dwójką. Niemożliwe - aż tak daleko poleciałam??? Do dwójki wróciłam porządnie droga, stanęłam tuż przy niej, rozejrzałam się i... wcale jeszcze nie zauważyłam lampionu. Stał tuż przy stercie gałęzi, którą tylko z lekka omiotłam wzrokiem zakładając od razu, że to nie tam. To totalne zaćmienie umysłu kosztowało mnie kilka minut, a przy sprincie to już jest przepaść.

W poszukiwaniu dwójki.

Do trójki to już zapobiegawczo pobiegłam ścieżkami dokąd się tylko dało, a na końcówce uważnie patrzyłam i w kompas i na to, co widzę dookoła. Ponieważ żołądek trochę mnie jednak ćmił, więc truchtałam sobie raczej spokojnie, ale za to bardziej skupiłam się na tym gdzie truchtam. Było to o tyle istotne, że w lesie kłębił się spory tłum zawodników, a każdy biegł w innym kierunku. I nie daj Boże pobiec z rozpędu za niewłaściwą osobą. To już można zejść całkiem na manowce. Na szczęście udało mi się nie popełnić już żadnych błędów i kolejne punkty zaliczałam bezproblemowo. Najbardziej spieszyłam się od ostatniego punktu do mety i przynajmniej ten odcinek wygrałam, oczywiście w swojej kategorii:-)) Bo tak ogólnie to oczywiście doleciałam ostatnia, nie licząc Beci, która zgubiła jeden punkt i ma nkl-kę. 
Niby bieg był krótki i w moim wykonaniu wolny, ale ponieważ ogólnie nie czułam się dobrze, to nawet nie czekałam na Tomka, tylko od razu ruszyłam do samochodu, żeby sobie wygodnie usiąść. No, może nie tak od razu, bo ze mnie taka orientalistka, że nie bardzo wiedziałam w która stronę iść i gdzie szukać upragnionego pojazdu.
A tak w ogóle, to fajnie było zobaczyć w lesie prawdziwe lampiony i użyć czipa, bo bieganie z telefonem i na faworkach już mnie trochę zaczęło irytować.
A tak wyglądała moja króciutka trasa:



czwartek, 30 lipca 2020

Warszawska Mila - kiedy dojściówka jest tej samej długości co trasa....

Ponieważ Warszawska Mila to zawody dwudniowe, to w niedzielę nie było to czy tamto, boli, nie boli, zmęczenie czy nie - jechać na zawody trzeba. W niedzielę było chyba jeszcze cieplej niż poprzedniego dnia, umierałam nawet leżąc i sama myśl o wykonywaniu jakichkolwiek ruchów, nie mówiąc już o bieganiu, wywoływała u mnie palpitacje serca. No, ale z drugiej strony głupio nie pojechać. Oprócz upału organizatorzy zafundowali nam dwukilometrowe dojście na start, czyli prawie tyle, ile miała mieć moja trasa. No ludzie, po takiej dojściówce to przecież nie będę w stanie nawet wyczołgać się na trasę. Ponieważ Tomek miał startować coś ponad czterdzieści minut po mnie, wykombinowałam, że w drodze na zawody podrzuci mnie na start samochodem, a sam pojedzie do bazy i zaliczy sobie to dojście. Kombinowałam, kombinowałam i przekombinowałam - z domu wyszliśmy godzinę za wcześnie, bo źle popatrzyłam na zegarek i w efekcie nie było sensu wysadzać mnie przy starcie. Trudno - albo przeżyję, albo nie. O dziwo, dojściówkę przeżyłam. Co prawda na starcie słaniałam się na nogach i po dojściu musiałam na chwilę usiąść, ale mogło być gorzej. Komary znowu żarły i znowu czas oczekiwania na swoją kolej spędziliśmy wykonując dziwne ruchy rękami.

Na dojściówce przez  drogę byliśmy przeprowadzani przez organizatorów i straż pożarną.

Tym razem organizatorzy dopracowali start i każdy dokładnie wiedział kiedy ruszyć. Mi to nawet Konrad pokazał palcem na mapie gdzie jest trójkąt, bo ślepota nie mogłam znaleźć. Taka byłam nieogarnięta na tym starcie, że zapomniałam włączyć zapisywanie trasy i nie zobaczycie co wyczyniałam przed punktem pierwszym.

Numerek musi się zgadzać.

Tradycyjnie bezsensownie ruszyłam na azymut zamiast najpierw ścieżką, a potem rowem. Uszłam już kawał drogi (teren zdecydowanie nie pozwalał na bieganie) kiedy nagle ubzdurałam sobie, że na starcie ustawiłam kompas odwrotnie (czyli północ na południe) i teraz maszeruję w złym kierunku. Spanikowana wróciłam prawie na start, ustawiłam kompas od nowa i... ruszyłam dokładnie w tę samą stronę. Oczywiście, że od początku miałam wszystko w porządku. Mimo powtórnej penetracji lasu, jedynki nie mogłam znaleźć. Mapa nijak nie odwzorowywała chaosu dołków, rowków, obniżeń, kopców, ewentualnie ja inaczej interpretowałam znaki na mapie. W pewnym momencie zauważyłam, że jakaś dziewczyna ewidentnie zmierza do mnie, więc ruszyłam jej na spotkanie w nadziei na zdobycie jakichś wskazówek. Ona miała dokładnie tę samą nadzieję. Powiedziała, że kawałek dalej stoi lampion o kodzie 31 i czy mogę jej pokazać na mapie gdzie to jest. Akurat mogłam, bo to była moja dwójka. Nooo, nieźle mnie zniosło. Pokazywałam palcem na mapie który to punkt i w pewnym momencie jak się obie zerwałyśmy do biegu, każda w innym kierunku, byle dalej, niemal na oślep. Bo widzicie, w lesie nie można było zatrzymywać się ani na sekundę. Groziło to pożarciem żywcem przez stada wygłodniałym komarów, które ogromną chmarą od razu pokryły nasze ciała. Dobrze, że zdążyłam jeszcze ustawić sobie azymut i jakoś doleciałam do tej jedynki. Do dwójki wcale nie wracałam po śladach, bo przecież leciałam z niej w panice nie patrząc na otoczenie i musiałam namierzać się kompasem. Po dwójce miałam już dość tego etapu i marzyłam o powrocie do domu. Do trójki namierzałam się z dwójki dwa razy zanim ją znalazłam, a do czwórki poszłam za tłumem, który nagle się pojawił. Teren po którym łaziliśmy był wyjątkowo nieprzyjazny, jak dla mnie wręcz obrzydliwy. Brrrrr... nigdy więcej nie chcę tam trafić! Jeszcze piątka i szóstka stały w tych niesprzyjających okolicznościach przyrody, a potem las stawał się coraz bardziej przebieżny. Do siódemki musiałam przejść przez wydmę, potem z powrotem, do kolejnego punktu, wdrapać się na tę samą wydmę, ale w jej najwyższym miejscu i w tym momencie byłam już nieżywa. A do mety kawał drogi. W drugiej części trasy nie miałam problemów nawigacyjnych, ale ledwo trzymałam się na nogach i szłam głównie siłą woli. Od dziesiątki odeszłam w głupią stronę, bo zamiast do drogi, to ja oczywiście po krzakach prosto na głęboki rów przy asfalcie. Upał chyba do cna wyżarł mi mózg.

PK 10

Oprzytomniałam przy jedenastce i już nie pchałam się w ciemnozielone, tylko mocno naokoło drogami poszłam do dwunastki. Tak prawdę mówiąc to od azymutu powstrzymało mnie nie tyle to ciemnozielone, ile komary wylatujące chmarą z każdego potrąconego krzaka. Na drogach nie ma tego problemu.
W końcu zaliczyłam ostatni punkt i został jeszcze tylko dobieg do mety. Na ogół w tym momencie wracają mi siły i lecę ile fabryka dała, ale tym razem człapałam sobie powoli pod górkę, a nawet kiedy było już w dół, nie rozpędzałam się. W końcu musiałam zostawić sobie trochę sił na powrót do bazy. W bazie jeszcze dałam radę się sczytać i dojść do samochodu, po czym zaległam w nim w formie trupa i było mi wszystko jedno. W takim stanie znalazł mnie Tomek i czym prędzej odwiózł do domu. Dobrze, że mieliśmy blisko. Dopiero zimna kąpiel i porządny obiad postawiły mnie z powrotem na nogi.
Ale oczywiście, że to były super zawody i bardzo dobrze się bawiłam. Nawet jeśli z relacji nie bardzo wynika:-))) I za rok chcę to koniecznie powtórzyć!

Mapa mojej kategorii.

Warszawska Mila - kiedy robisz za pokarm dla komarów.

Na Warszawskiej Mili jeszcze dotąd nigdy nie byliśmy - zawsze nam z czymś kolidowało i mimo, że dużo dobrego słyszeliśmy o imprezie, jakoś nie udało się wziąć udziału. Kiedy w sobotę przyjechaliśmy do bazy zawodów byłam zdumiona ilością uczestników praktycznie z całego kraju - taki Wawel Cup w miniaturze. Ja myślałam, że to będzie niewielka imprezka, w jakich co tydzień bierzemy udział w okolicy, a tu proszę - balanga na całego. A to pewnie i tak był tylko ułamek normalnych możliwości, no bo epidemia i wszystko jest trochę inaczej niż zazwyczaj.
Po zaliczeniu wszystkich atrakcji w bazie, z szukaniem skrawka łąki do zaparkowania na czele, udaliśmy się na start oddalony spory kawałek od bazy.

  Za parkowanie się płaci.

Już z daleka zauważyliśmy jakiś dziwny zbiorowy taniec wykonywany przez zawodników. Tradycja Warszawskiej Mili? Kiedy doszliśmy na miejsce wszystko stało się jasne - komary cięły na potęgę i każdy opędzał się jak mógł. Żadne pryskania nie pomagały, żarły równo. Nie mogłam doczekać się startu żeby wreszcie od nich uciec. W końcu weszłam do boksu - clear, check, mapa w dłoń i... nie wiadomo - biec, czy jeszcze nie. Jeden współstartujący wołał, że nie, dopiero jak zapipczy, organizator stwierdził, że już wystartowaliśmy, więc zerwałam się do biegu, ale dosięgło mnie wołanie, że jednak nie. Wołał organizator, więc wróciłam do boksu. W końcu pipnęło i ruszyliśmy. Jak się potem okazało przetrzymano nas w boksie całą minutę po oficjalnym starcie.

Wreszcie wybiegamy.

Już na pierwszy punkt pobiegłam kretyńsko - zamiast wygodnie ścieżką, wiele nie nadkładając, oczywiście nie wiedząc dlaczego ruszyłam na azymut. To znaczy wiedząc dlaczego - azymut mam już po prostu we krwi. Wbiegłam (a raczej weszłam) w las, a tam bruzdy po uszy. Po kilkunastu krokach już zaliczyłam glebę. Pozbierałam się szybko, ale już wiedziałam, że biegania to raczej nie będzie. Zresztą na bieganie i tak było za gorąco. Do dwójki też leciałam na azymut, ale tu się już inaczej nie dało, za to trójkę zaliczyłam niemal wyłącznie ścieżkami. Kolejna ścieżka doprowadziła mnie niemal pod samą czwórkę, tylko końcówkę trzeba było sobie wybruzdować. Do piątki znowu na azymut i jak pokazuje mój ślad gps biegłam (szłam) niemal idealnie po kresce. I jak tu nie kochać azymuta? :-) Gdzieś w okolicach piątki spotkałam Małgosię K. i tak niby razem, niby osobno szłyśmy aż do siódemki. Startowałyśmy w innych kategoriach, ale mapy miałyśmy chyba identyczne. Ósemka i dziewiątka weszły gładko.
Z dziewiątki na dziesiątkę można było ciąć na azymut albo obiec drogami - dalej, ale wygodniej. Miałam już dość lasu i komarów, więc wybrałam drogi. Najpierw kawałek na zachód, potem wzdłuż asfaltu na północ do poprzecznej drogi. Już miałam w nią skręcić, a tam sunie po niej wielka maszyna - taka, co to przodem pożera drzewa, a z tyłu wypluwa stoły, szafy, a może trociny (nie wiem, bo była przodem do mnie). Potwór olbrzymi i przemieszcza się w moim kierunku. Co było robić - czmychnęłam na zbocze do równoległej ścieżki biegnącej grzbietem. Nagle kątem oka zauważyłam, że piekielna machina zmienia kierunek i podobnie jak ja wspina się na zbocze. Jak nic chce mnie dogonić i przemielić! Aaaaaaa!!!!! Ratunku!!!! Końcówka trasy, więc sił już miałam mało, ale wydobyłam z siebie ich resztkę i przyspieszyłam. Ufff, udało się uciec.
Jedenastka była przy dużym leśnym dukcie, bez żadnego nawigowania i 120 metrów dobiegu do mety. Do tej mety to już sobie planowałam dotruchtać, ale tyle osób mnie przeganiało, że spięłam się w sobie i poleciałam co sił w nogach. No i pokarało mnie. Podbiłam metę i nagle nie wiedziałam - od razu umrzeć, czy najpierw sobie rzygnąć? Siadłam na ziemi i usiłowałam podjąć decyzję, a raz mi było bliżej do jednego, raz do drugiego. W końcu jakoś się pozbierałam i powolutku poszłam do bazy. Jeszcze tylko sczytanie czipa, rozciągnięcie nóg i można było usiąść i spokojnie czekać na Tomka. A on nie wracał i nie wracał. Wyszłam mu nawet kawałek naprzeciw w stronę mety, ale od razu dowiedziały się o tym komary i musiałam się szybko ewakuować. W bazie komary były już najedzone i nie atakowały. W końcu Tomek wrócił i mogliśmy jechać do domu na obiad.

Rozciąganie - obowiązkowe!

A tak wygląda mój przebieg:

Prawda, że całkiem przyzwoicie?

wtorek, 30 czerwca 2020

Zagubiona w Zolskim Bagnie.

Chyba muszę zacząć mówić, że ostatnio na wszystkich zawodach to gubię się specjalnie, żeby mieć o czym pisać, bo mi czytelnictwo spada. Bo już naprawdę mi głupio wciąż przyznawać się do totalnej ignorancji w nawigacji. Im więcej doświadczenia, tym gorzej idzie? No, coś nie tak. Słusznie podejrzewacie - Warszawską Milę skopałam aż miło.


Pamiątkowa przedstartowa fotka.

Pogoda na bieganie zapowiadała się taka sobie, a jak już byliśmy gotowi do startu, to zaczęło padać. Mieliśmy dylemat - lecieć czy przeczekiwać? Ale bo to wiadomo, czy nie będzie jeszcze gorzej? Postanowiliśmy wystartować mimo deszczu.
Ponieważ Tomek ma ostatnio jedną nóżkę bardziej, więc wyjątkowo zrezygnował z najdłuższej trasy i obydwoje wybraliśmy średnią. Tradycyjnie ja ruszyłam pierwsza, bo mi zawsze dłużej schodzi.

Start (jak widać).

Plan na jedynkę miałam taki: polecieć ścieżką do skrzyżowania pierwszego albo drugiego (bez znaczenia),  od skrzyżowania namierzyć się na azymut, pobiec, podbić i gotowe. Ruszyłam. Im dalej biegłam, tym bardziej nie było widać żadnych skrzyżowań. No dobra, musiałam przegapić, ale przecież nie będę wracać na start. W końcu jakieś zobaczyłam, ale które to z kolei? Na pewno nie pierwsze sądząc z pokonanej odległości, drugie też raczej nie. Trzecie? Czwarte? Piąte? Które by nie było, trzeba skręcić na wschód. Miałam nadzieję, że może gdzieś wypatrzę Tomka, który miał startować zaraz po mnie i śledząc go trafię na punkt. Dookoła co prawda widziałam nawet sporo osób, ale każdy biegł w inną stronę i miałam poczucie jakiegoś kosmicznego chaosu. To chyba przez to, że jedynka (znajdująca się niewątpliwie gdzieś w pobliżu) była punktem potrójnym. Tak sobie biegłam, biegłam, biegłam, trochę szłam i wydawało mi się, że to już stanowczo za długo trwa, ale nie miałam pomysłu co zrobić. W końcu gdzieś w oddali zamigotało mi coś pomarańczowego. Lampion! Rzuciłam się do niego pędem. Od razu sprawdziłam kod i zgodnie z moimi podejrzeniami nie była to jedynka, tylko szóstka. Ale przynajmniej wiedziałam wreszcie gdzie jestem. Z szóstki udało mi się bezproblemowo dotrzeć do jedynki i wreszcie miałam zaliczony pierwszy punkt. Zajęła mi ta cała operacja prawie 12 minut. Niezły początek!

Jedynkę ominęłam łukiem.


Dwójka miała być za bagienkiem. Bałam się, że po deszczach mogą być trudności z przejściem na krechę, ale okazało się, że nie jest tak źle. Źle było tylko z moim kierunkiem, bo tradycyjnie zaczęło ściągać mnie w prawo. Oczywiście dowiedziałam się o tym dopiero kiedy dotarłam do ścieżki, której wcale nie powinno być przed punktem. Ponieważ w zasięgu wzroku miałam skrzyżowanie, więc mogłam się zlokalizować i namierzyć. Poszło. Trójka, o dziwo, weszła bezproblemowo - może dlatego, że była blisko i nie zdążyło mnie nigdzie znieść. Czwórkę oczywiście przestrzeliłam i znowu pomocne było skrzyżowanie oraz przechodząca obok zawodniczka, która upewniła mnie, że jestem tam, gdzie myślę, że jestem. Ale za to na piątkę poszłam jak po sznurku. Aż do dziesiątki miałam dobrą passę, trafiałam bezproblemowo, nigdzie mnie na boki nie znosiło i już się nawet zaczęłam cieszyć z lekka, że tak dobrze idzie. I znowu stało się jak w Bajeczkach Babci Pimpusiowej:

Latał sobie z radarem pewien gacek młody
I po drodze omijał przeróżne przeszkody,
Lecz właśnie gdy się cieszył, że je tak omija,
Wpadłszy na jedną z przeszkód rozbił sobie ryja.

 
Ja rozbiłam sobie ryja na jedenastce. Na dziesiątce ustawiłam azymut, który leciał skrajem terenu podmokłego i ruszyłam. Szło się ciężko, bo las był w bruzdach i trzeba było dobrze uważać żeby nóg nie połamać. Nie miałam pojęcia jak znaleźć wykrot jeśli nie wejdę na niego idealnie, bo teren był idealnie cały jednakowy, zarośnięty wysokim poszyciem. Po chwili nie miałam pojęcia gdzie jestem, bo kompasowi to tak do końca nie wierzyłam. I słusznie zresztą, bo znowu sprowadził mnie na prawo. W końcu zdecydowałam, że nie ma sensu kręcić się po krzakach, trzeba wyjść do drogi i od niej się namierzać. Przy skrzyżowaniu spotkałam Piotrka, który też się stamtąd namierzał, ale na coś innego, a szkoda, bo bym się podpięła na bezczelnego:-) Szłam, szłam i szłam, a wykrotu ani śladu. Tym niemniej chyba byłam już blisko, bo najpierw spotkałam młodego chłopaczka, a potem dorosłego zawodnika i obydwaj szukali tego co i ja. Przez dłuższą chwilę nawet we trójkę nie mogliśmy znaleźć, w końcu szczęście uśmiechnęło się do mnie. Zawołałam całe towarzystwo, bo taka świnia to nie jestem, żeby podbić w konspiracji i zwiać.

Jedenastka zatrzymała mnie aż na 17 minut!

Dwunastkę znalazłam z lekkimi oporami, ale potem było już tylko lepiej. Nagle poprawiło mi się bieganie na azymut i przestało mnie znosić i na kolejne punkty wchodziłam bezbłędnie. Zupełnie tego nie rozumiem - dlaczego raz tak bardzo ściąga mnie na prawo, a za chwilę wszystko idzie idealnie. Przecież za każdym razem postępuję dokładnie tak samo.
Tomek mimo nóżki bardziej dotarł na metę dużo, dużo wcześniej niż ja i był już z lekka zaniepokojony moją przedłużającą się nieobecnością.

Meta!
Jak widać, w końcu się doczekał:-)
Do wyników to aż się bałam zaglądać, bo to jednak przykre zobaczyć swoje nazwisko na szarym końcu i faktycznie byłam w  ścisłym ogonie, tuż przed panami Chachurskimi, którzy - podejrzewam - szli sobie szkoleniowo ze względu na młodszego. Cóż, trzeba jakoś przełknąć tę żabę....


A to wszystkie moje wyczyny.

niedziela, 31 maja 2020

Warszawaska Mila - trening w Rejentówce

Przez cały tydzień obijaliśmy się biegowo, bo zbieraliśmy siłę na weekendowe imprezy. Zawsze to lepiej brzmi niż przyznanie się, że nam się nie chciało:-)
Sobota - Warszawska Mila Tour, czyli trening w Rejentówce. Tym razem trochę spuściłam z tonu i nie zapisywałam się na najdłuższą trasę, bo w końcu są jakieś granice i ja właśnie do nich się zbliżyłam. Chyba się przetrenowałam i nie daję rady. Wybrałam więc skromne 5,1 km i jak o poranku wyjrzałam za okno, to stwierdziłam, że na taką pogodę to i tak za dużo. Było pochmurno, wietrznie, a deszcz był tylko kwestią czasu. I faktycznie dopadł nas w drodze i straszył już na miejscu. Ale skoro już przyjechaliśmy, to trzeba było iść na trasę. Pobraliśmy mapy i pomaszerowali na start. Deszcz się  jednak nad nami zlitował i dał sobie na wstrzymanie.

Start (jak widać). Fot. A. Krochmal

Jedynka była dość daleko od startu, bez żadnych dróg, które można by wykorzystać i trzeba było lecieć na azymut. Zaczęłam dobrze, a obok mnie pomykał Tomek, który miał punkt nieco bliżej, ale na zbliżonym azymucie. W pewnym momencie Tomek skręcił w prawo, choć punkt miał z lewej, a mnie aż przystopowało ze zdziwienia. Po chwili zawrócił, a ja zamiast na mapę i kompas, patrzyłam na te jego dziwne poczynania. W efekcie zamiast biec po prostej, coraz bardziej zbaczałam w prawo oddalając się od punktu. Kiedy dobiegłam do ścieżki, której nie powinno być, wiedziałam, że coś nie gra. Zawróciłam i czesząc krzaki wróciłam do drogi, którą wcześniej przecinałam. Jedyny problem, że nie wiedziałam w którym miejscu tej drogi się znajduję. Nie pozostało mi nic innego jak udać się na skrzyżowanie i stamtąd się porządnie namierzyć. Metoda okazała się zarówno bardzo skuteczna, jak i czasochłonna. Od startu do PK 1 wędrowałam ciut ponad 11 minut.

W poszukiwaniu PK 1

Do dwójki poszłam jak po sznurku, ale na trójkę znowu mnie zniosło w prawo. Solidnie zniosło. Na szczęście teren był z rzeźbą, a nie plaskaty, więc po rozejrzeniu się dookoła, udało się skorygować i trafić między górki, gdzie wisiał lampion. Lampionów to nam organizator trochę pożałował i rozwiesił takie małe, a przecież wiadomo, że po tygodniach posuchy każdy spragniony jest widoku lampionu i najlepiej jak największego.
Do czwórki ile się dało biegłam drogą, a kawałek przed punktem spotkałam Sylwię. O matko! Ile czasu się nie widziałyśmy przez tę zarazę. Ale jeszcze rozpoznałyśmy się:-)
Bezpośrednio z czwórki trafiłam na szóstkę, bo była na prawo od piątki, a ja znowu miałam dzień ściągania w prawo. A już myślałam, że mi to ściąganie przeszło, bo w kilku poprzednich biegach nie miałam z tym już żadnego problemu. A może po prostu lasy dzielą się na proste i prawe? Albo lewe - to dla Tomka:-)
Po ogarnięciu tej piątki przez kilka punktów miałam dobrą passę. Dopiero dziewiątki chwilę szukałam, ale mam wrażenie, że lampion trochę źle stał i to dlatego. Przynajmniej moje odczucia i mój ślad tak wskazują.
Dziesiątka i jedenastka przeszły ulgowo, a zamiast dwunastki znalazłam ósemkę. Oczywiście, że zniosło mnie w prawo! Dobrze, że mam nawyk sprawdzania numerków i nie podbijam wszystkiego, co napotkam po drodze. Trochę się zdziwiłam tą ósemką, ale przynajmniej wiedziałam gdzie jestem i w którą stronę biec na dwunastkę.

Gdzie jest dwunastka???

Trzynaście i czternaście wyjątkowo bez żadnych atrakcji, a potem znowu w prawo. Jak zaczęłam kombinować z dojściem na piętnastkę, to w pewnym momencie zgłupiałam i nie wiedziałam, w którą stronę się ruszyć. Akurat na ten moment nadbiegł starszy Paproch, który też miał zawahania gdzie szukać, ale był bardziej przytomny i wykoncypował, że jesteśmy górkę za wcześnie. Udało się.
Ostatnie dwa punkty przeszły ulgowo, a na końcówce tradycyjnie Tomek uwieczniał. O tak:

 Odbieg od PK 17...

... i dobieg do mety.

Chwalić się za bardzo nie mam czym - zrobiłam dodatkowe dwa kilometry, a całość zajęła mi aż 81 minut. W zasadzie to nawet trochę wstyd, ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz....