Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Praga Północ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Praga Północ. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 marca 2026

Warsaw City Race, czyli wieczór w Koneserze.

City Race nadszedł nagle i niespodziewanie. To znaczy - niby spodziewanie, bo Tomek co jakiś czas przypominał, że się zbliża, ale nie sądziłam, że zbliża się tak szybko. W piątek po pracy zdążyłam tylko wpaść do domu, przebrać się i niemal w biegu wrzucić coś do żołądka i już trzeba było jechać. To już nawet nie ze względu na start, tylko żeby znaleźć jakieś miejsce parkingowe w pobliżu bazy. W końcu na zawody zapisało się ponad 700 osób. Miejscówkę znaleźliśmy dogodną, a byliśmy na tyle wcześnie, że organizatorzy dopiero kończyli rozstawianie bazy. Ponieważ mieliśmy dużo czasu, poszliśmy obejrzeć miejsce startu i nabyć w Żabce słodkie kalorie, które miały mnie zmotywować do szybkiego biegu.
 
Festiwal głupich min, czyli nudzimy się.
 
Pierwszy z czterech etapów zawodów rozgrywał się na Pradze w okolicy Centrum Koneser. Moje poprzednie doświadczenia z biegania po Pradze, zwłaszcza wieczorem, wywoływały lekką obawę ze względu na element miejscowy, ale przypomniałam sobie, że nas jest więcej:-) Dużo więcej.
Tomek startował jako pierwszy, więc odprowadziłam go, dopilnowałam, żeby pobiegł i wróciłam do bazy czekać na swoją kolej.
 
Tomek gotowy do startu.

Ponieważ odstęp między naszymi startami był spory, to Tomek zdążył wrócić, zanim ja ruszyłam. A ruszałam tak:
 
Start!
 
Czekając tak długo na swój start zdążyłam przyuważyć, gdzie najczęściej biegną zawodnicy po wystartowaniu i założyłam, że i moja jedynka tam będzie. I faktycznie przeczucie mnie nie myliło - za blok, kawałek prosto i na rogu ogrodzenia. Z tej radości zaliczenia pierwszego punktu nie przyjrzałam się dokładnie mapie i zamiast na dwójkę pobiec najkrótszą trasą, to ja pobiegłam najwygodniejszą. Inna sprawa, że po ciemku i bez okularów to ja na mapie niewiele widzę i połowę zgaduję. W miejskich biegach zawsze boję się, że nie zauważę jakiś zakazanych albo fizycznie niemożliwych do pokonania przejść i będę musiała się wracać. To już lepiej od razu pobiec naokoło. Trójka, czwórka i piątka w zasadzie optymalnie i bez problemów, ale z piątki odbiegłam już głupio. Niby niewiele nadłożyłam, ale jak to mówią: ziarnko do ziarnka...
Przy ósemce nie popatrzyłam na piktogram informujący, że lampion jest na dole i oczywiście szukałam na  poziomie bloku zamiast pod kładka.Ale oczywiście szybko zorientowałam się w czym problem.
Między trzynastką a czternastką przebiegaliśmy przez teren Konesera i miałam dylemat: biec przez środek, czy bardziej opłotkami? Większość biegaczy leciała środkiem, więc dołączyłam do nich i na szczęście biegliśmy na ten sam punkt. Powoli ze zmęczenia moja błyskotliwość jakby zanikała i coraz częściej patrzyłam co robią inni, choć to bywa ryzykowne. Przy piętnastce jacyś dociekliwi spacerowicze zaczęli mnie odpytywać co to za impreza z tym bieganiem i w efekcie straciłam wątek. Stałam przy tej piętnastce i nie wiedziałam co dalej. Nagle mapa przestała mi pasować do otoczenia i przez chwilę nie mogłam pojąć co się dzieje. W końcu ruszyłam ulicą mając cały czas wrażenie, że biegnę jakoś bardzo naokoło i że pierwotnie planowałam inaczej. Najważniejsze jednak, że do szesnastki w końcu trafiłam.
Zostały mi jeszcze trzy punkty, a sił prawie nic. Do tego do siedemnastki pobiegłam raczej nieoptymalnie, a przecież teraz liczył się każdy metr. Osiemnastka i dziewiętnastka były bez kombinowania, takie na nadrobienie szybkością, ale u mnie szybkość już się wyczerpała. Jeszcze coś tam próbowałam się sprężyć na dobiegu do mety, a potem padłam.
 
Szybki finisz.
 
I szybkie zejście.
 
Jak nie lubię nocnego biegania, tak ten etap całkiem mi się podobał. Taki nie za trudny, ale i nie za łatwy. Wynik może i niespecjalny, ale gdzie mi tam do czołówki, tym bardziej tak obficie reprezentowanej. Grunt, że zabawa przednia.


Moje mniej i bardziej optymalne przebiegi. GPS trochę wariuje w mieście.
 

niedziela, 3 lipca 2022

Szybki Mózg w zaułkach Pragi

Nie wyrabiam. Normalnie nie wyrabiam na zakrętach, jest za gorąco nawet na pisanie, a do tego zaczął się sezon na przetwory.
"Spieszę" donieść, że dawno, dawno temu, we środę odbył się kolejny - trzeci etap Szybkiego Mózgu i oczywiście  partycypowaliśmy. Fajnie, że mieliśmy blisko, po naszej stronie Wisły, na Pradze Północ.
 
Do bazy zawodów musieliśmy kawałek podejść, bo nie było gdzie zaparkować.
 
Przed startem właściwym można było jeszcze wziąć udział w mikro BnO po terenie Ogniska "Praga" i nie omieszkaliśmy skorzystać. Mogło by się wydawać, że jeśli wszystkie punkty są w zasięgu wzroku, to będzie łatwiej, ale okazało się, że wcale nie.

Start mikro BnO.

Przed startem wypatrzyłam sobie dwa pierwsze punkty i wydawało mi się, że ho,ho jak ja to pobiegnę. Z pierwszym nie miałam oczywiście problemów, ale przy drugim już się zawahałam czy to ten, bo wokół były też inne lampiony.

Malowniczy PK 1
 
Przy kolejnych punktach asystowała mi jakaś dziewczynka, która albo mówiła mi gdzie mam dalej biec, albo czekała gdzie pobiegnę i leciała za mną. Trochę mi z tym było dziwnie, ale nic nie mówiłam. Co jej będę psuć zabawę.
Tomek z kolei to tak się rozpędził, że ominął jeden punkt, a potem pobiegł trasę drugi raz. Normalne oszustwo! Nie gadam z nim!
Potem poszliśmy na start etapu właściwego. Tradycyjnie ja ruszyłam pierwsza, żeby Tomek mógł się wykazać reżyserskimi zdolnościami. Pobrałam mapę, podbiłam start i ruszyłam...

Tak z minuta po starcie.
 
Za linią startu jakoś mnie zamurowało i nie byłam w stanie zrobić ani kroku dalej. Nic, ale to nic mi się na mapie nie zgadzało z otoczeniem. Jak podpowiedział mi już w domu, po powrocie, Tomek - trójkącik startowy nie był jednakowoż w miejscu odbijania startu, tylko kawałek dalej, a ja po prostu nie zbliżyłam się nawet do niego. W sumie więc nie dziwne, że ciut się nie zgadzało. Stałam tak i stałam, w końcu zrobiło mi się głupio i postanowiłam pójść gdziekolwiek

Idę gdziekolwiek, a moje miejsce zajął kolejny uczestnik:-)
 
Kiedy już zeszłam z oczu obserwatorów, wzięłam się w garść i w końcu wykoncypowałam przybliżony kierunek natarcia, a jednocześnie obserwowałam, czy ktoś jeszcze biegnie w tę samą stronę. Biegli, więc uznałam, że jest OK, co po chwili potwierdził wiszący lampion. Ufff... Pierwsze koty za płoty.
Ciąg dalszy był już łatwiejszy, bo nigdzie nie zgubiłam się na amen, ale warianty wiele razy miałam mało optymalne. W plątaninie zaułków ciężko było wybrać najszybsze przejście, bo na tyle rzeczy na mapie trzeba było zwracać uwagę, że w końcu wolałam często lecieć naokoło, ale z pewnością, że nie zatrzyma mnie jakaś ściana, czy zamknięta brama. Specjalną atrakcją były spotkania z rdzenną ludnością, która to ludność bądź rzucała w moją stronę groźby karalne, bądź koniecznie chciała pomóc, nawet wbrew mojej woli.
W końcu udało się zaliczyć całą trasę, a na dobiegu do mety jeszcze ścigałam się z Anią, dopingowana przez Tomka. W sumie jeszcze bym kiedyś pobiegała na Pradze, bo to było bardzo ciekawe doświadczenie.

Ostatnia prosta.

I meta!
 
Przebieg trochę chwilami dziwny, bo GPS gubił się w mieście.