Ultramaraton Powstańca kusił mnie już od dawna. Kusił, bo niedaleko (w Wieliszewie) i dystans ludzki bo tylko 63 km. Ale..., no zawsze są jakieś ale. 1 sierpnia to upał, 63 km po płaskim – nie ma czasu ma odpoczynek przy podchodzeniu pod górę, tylko trzeba biec i szybko nóżkami przebierać… I jeszcze data - jakoś zawsze wtedy coś było innego do roboty.
W tym roku od 6 sierpnia zaczyna się WMOC i to od biegów sprinterskich – czyli po takim maratonie człowiek do sprintów by się średnio nadawał (z wiekiem regeneracja trwa coraz dłużej). Ale ten ultramaraton ma możliwość biegania w sztafecie. Od 2 do 7 osób. Niezawodna Barbara rozesłała wici i szukała chętnych, by zmontować ekipę sztafetową. Taki układ mi pasował – jakieś 2-3 odcinki, tak ze 20-25 km. Zgłosiłem swój akces.
Udało się zebrać sztafetę 3,5 osobową: Barbara i Monika ostatnio razem biegające w jakiś dziwnych maratonach, ja (nestor ekipy) i Ania, której bieganie idzie gorzej, stąd założenie dla niej tylko jednego, najkrótszego odcinka. Udało się wszystko ustalić, zapisać się, podzieliliśmy odcinki między siebie bez większych dyskusji i rękoczynów. Rozpisałem plan kto w jakim czasie ma przebiec swój odcinek (Monika 6,5 km, ja 9 km, Barbara 9 km, Monika 9 km, ja 10 km , Barbara 13, Ania i reszta ekipy co da radę ostatnie 5 km).
![]() |
| Do Hymnu! |
2 sierpnia, niedziela, godzina 5:30. Dzień zapowiada się upalnie. Odprawa, przemówienia, wciągnięcie flagi na maszt, hymn i start honorowy. Taki z flagami w rękach, wśród dymów z biało czerwonych rac. Miało być 500 m, wyszedł kilometr (plus powrót). Wsiadamy do auta i jedziemy na pierwszy punkt zmian.
Czekamy na pierwszych biegaczy – pierwszy przybiega z jakąś kolosalną przewagą nad resztą peletonu. Jak nie patrzeć, czasy zwycięzców z poprzednich lat to niewiele ponad 4 godziny!
Na punkcie zmian uczestnicy dostają smycze (czerwone sztafety, indywidualni czarne) – po drodze będzie zbieranie potwierdzeń na punktach kontrolnych – prawie jak w biegu na orientację;-)
Niedługo na punkt zmian przybiega Patrycja Bereznowska. Jest to nazwisko, które wszyscy biegacze ultra znają. Patrycja „od zawsze” jest twarzą tego ultramaratonu – od lat mieszka w Wieliszewie, więc to chyba oczywiste. Pati biegnie w wianuszku biegaczy, którzy mają nadzieję, że poprowadzi ich na dobry wynik;-)
Wreszcie dociera Monika, przejmuję od niej „pałeczkę” – czyli smycz i biegnę dalej. Jest jeszcze wcześnie i temperatura dopiero się rozkręca. Wszyscy biegną szybko. Ja także staram się nie być gorszy, choć z założenia miałem truchtać. Ale żyłka rywalizacji jest, więc wyprzedzam kogo się da… To tylko 9 km z kawałkiem.
Przebiegam przez tereny gdzie często biegałem BnO. W lesie lekka górka i piasek – poza tym dobre szutrowe lub kawałkami asfaltowe drogi. Większość w lesie. Dobiegam do punktu zmian i przekazuję kartę na smyczy Barbarze. Nadrobiłem kilka minut w stosunku do planu. Może tempo nie było zawrotne (średnia wyszła 5:30), ale pamiętajmy, że miałem truchtać.
Chwila odpoczynku i ruszamy na kolejny punkt zmian do OSP Krubin. Po drodze podwozimy jednego biegacza, który po swoim kawałku szedł pieszo do głównej drogi, by złapać okazję do Wieliszewa.
W OSP Krubin czeka na zawodników obsługa full wypas- choćby budka z lodami… Wreszcie dobiega Barbara i Monika rusza na swoją drugą zmianę.
My jedziemy do Sikor – to umowna „połowa trasy”, choć obiektywnie to już kawałek za połową.
Fajne przy takim biegu sztafetowym jest to, że na każdym punkcie zmian można obserwować jak biegnie czołówka, jak biegną inni zawodnicy. W odróżnieniu od górskich ultramaratonów wydaje mi się, że jest mniejszy rozrzut czasów pomiędzy zawodnikami. Główna grupa biegnie gdzieś w okolicy 6 min/km.
Dobiega Monika i przejmuję pałeczkę. Dobijam do Wisły, biegnę wałem, potem dziwne zawijasy po lesie. Droga się psuje. Kawałki łąk w lesie ze słabo wykoszoną trawą (nierówno, od góry pali słońce, trzeba biec wolniej i uważać), dużo zakrętów, kilka kawałków wałem, w którym co kilkaset metrów są wyrwy i biega się dół-góra. Pomimo dobrych chęci tempo siadło. Zamiast 5:30 wyszło 5:40. Dobiegam do punktu zmian w Poddębiu.
Po drodze na ostatni punkt zmian w Dyniolandzie ruch zatrzymują żołnierze, bo przecina drogę trasa Ultramaratonu Powstańca. Zatrzymujemy się… i kto wybiega z lasu? Nasza zawodniczka Barbara! Oczywiście głośno dopingujemy.
W okolicach Wieliszewa jest sporo jednostek wojskowych. Trasa przebiega obok nich, i właśnie żołnierze tych jednostek obsługują wszystkie punkty historyczne, dziurkują karty startowe i ogólnie zabezpieczają imprezę. Jest także kilka punktów sołeckich, gdzie mieszkańcy poją i karmią zmęczonych biegaczy. Co jakieś 5 km (a nawet częściej) jest punkt, gdzie można się nawodnić i coś przekąsić. Można praktycznie biec „na lekko”, co najwyżej z butelką wody w ręce.
Do punktu w Dyniolandzie zaczynają dobiegać kobiety. I o dziwo, pierwsza nie jest Patrycja, która te zawody wygrywa z założenia. Wreszcie widzimy Patrycję. Widać, że zaliczyła jakiś upadek, brudna i zabłocona. Biegnie także powoli jak na siebie. Ale nie rezygnuje, rusza dalej na ostatnie 5 km.
Obok nas pojawiają się znajomi na rowerach - Darek i Beata. Zrobili sobie wycieczkę i postanowili odszukać naszą ekipę na trasie. Udało się na przedostatniej zmianie dopaść Barbarę. Już niedługo ma dobiec do punktu zmian.
![]() |
| Czekamy na Barbarę razem z nieoczekiwanymi gośćmi |
Jest Barbara. Pomimo 13 km w nogach postanawia biec do końca. Ruszamy cała naszą ekipą w kierunku mety. Prowadzi Ania, bo ona dzierży w rękach kartę startową, my ją wspieramy i dopingujemy.
Do zaliczenia jest jeszcze jeden punkt historyczny. W samym Wieliszewie, półtora kilometra prze metą. Sęk w tym, że jest to punkt na wieży kościoła. Uświadamiamy o tym Anię, gdy dobiegamy do kościoła…
Dobieg do mety, medale, owacje….
![]() |
| Wbiegamy na metę |






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz