wtorek, 11 sierpnia 2026

WMOC - dzień drugi, czyli życie to nie je bajka...

Na niedzielę zawody wróciły do Rzeszowa. Finałowy bieg miał odbyć się w śródmieściu, czyli praktycznie teren biegu widzieliśmy z okien hotelu (no, przynajmniej część). Poranek był bardzo przyjemny, bez upału, więc spacerkiem, trochę naokoło (bo embargo) ruszyliśmy na teren areny. Zegarek od wieczornego resetu i wyrzuceniu wgranych map zachowywał się przyzwoicie, łydka bolała umiarkowanie, a zacienionego miejsca do rozbicia obozowiska było po kokardę. Wszystko idealnie.
 
"Nasz" kawałek cienia.
 
Wiadomo, że jak jest idealnie, to coś się świeci. Pierwsze ostrzeżenie przyszło kiedy tylko Tomek ruszył z bazy na swój start. Ja biegłam godzinę po nim, więc musiałam czekać. Chciałam sprawdzić ile dokładnie mam czasu do wyjścia, spojrzałam na zegarek, a tam.... strajk. Zegarek sobie coś tam aktualizuje, zaleca cierpliwość i powoli, bardzo powoli robi swoje. Czyli tym razem mamy strajk włoski. Coś tam Tomek wspominał, że w razie czego mogę pobiec z telefonem, więc nerwowo zaczęłam przeszukiwać posiadane aplikacje, ale oczywiście nic nie działało. Ściągnąć też mi się nie udało, bo technologicznie zatrzymałam się przy telefonach, które służyły do telefonowania, a nie do wszystkiego. W końcu poddałam się i jeszcze tylko tliła się we mnie ostatnia nadzieja, że Tomek zdąży wrócić przed moim wyjściem i coś zaradzi. Uffff... Wrócił. Ponieważ czasu było mało, po prostu dał mi swój zegarek i ruszyłam na start. Tym razem dojścia było mniej, coś koło kilometra.
Nadeszła moja minuta, namiot startowy - wlot, wylot i pierwszy rzut okiem na mapę. Jeszcze przed dobiegnięciem do lampionu startowego udało mi się zlokalizować na mapie trójkącik (bo na kwalifikacjach miałam z tym lekki problem) i mogłam od razu pobiec, gdzie trzeba. Tym razem nic mnie nie zdekoncentrowało, zresztą punkt był łatwy. Za to żeby dobiec do dwójki, trzeba było trochę pogłówkować, bo najwygodniejszy dobieg został sztucznie pozamykany i to trzema zagrodzeniami. Na szczęście błyskawicznie znalazłam obejście i dumna, że tak dobrze mi to poszło, ruszyłam najszybciej jak byłam w stanie. 
 
Taki psikus autora mapy.

Aż do siódemki biegłam jak natchniona. Wiadomo, nie na czołową lokatę, ale w porównaniu do samej siebie. Nawigacyjnie szło dobrze, do marszu nie musiałam przechodzić - słowem bajka. Bajki mają jednak to do siebie, że szybko się kończą i przy ósemce przebiegłam obok lampionu nie zauważając go. Lampion stał przy jednym końcu szlabanu, ja pobiegłam przy drugim. Szybko mapa przestała mi się zgadzać z tym co przed oczami, więc zawróciłam i dopiero wtedy zauważyłam lampion.
 
Trochę się rozminęłam z punktem.
 
Ponieważ to był pierwszy błąd i jeszcze była szansa na przyzwoity wynik, więc spod ósemki wyrwałam jak wystrzelona z procy i na dwóch następnych punktach miałam bardzo dobry czas. A przed jedenastką wszystko szlag trafił. Nagle poczułam w lewej łydce silny ból i mało nie wyrżnęłam o glebę nie mogąc oprzeć się na nodze. Zacisnęłam zęby i usiłowałam biec, ale wychodziło tylko rozpaczliwe kuśtykanie. Na szczęście po jedenastce został już tylko jeden punkt i meta. Pierwszy raz na metę "wbiegałam" tak wolno. Choć wyniku jakoś szczególnie nie muszę się wstydzić, to gdybym utrzymała tempo do końca, byłabym wyżej jakieś 5-6 pozycji. Szkoda.

Kuśtyk, kuśtyk...
 
Moja mapa i mój przebieg.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz