W sobotę zaczęła się już prawdziwa rywalizacja - kwalifikacje do sprintu. Kwalifikacje odbywały się w Przeworsku, więc rano spakowaliśmy dobytek na cały dzień i ruszyliśmy w stronę nowej przygody. Po piątkowych deszczach i chwilowym ochłodzeniu, pogoda zaczęła wracać do normy, czyli robiło się coraz cieplej. Mało kto chciał biwakować w pełnym słońcu, więc wszystkie drzewka w obrębie areny miały wielkie wzięcie, nawet jeśli dawały tylko skrawek cienia. Udało nam się rozbić obozowisko pod jednym z nich.
Z dojściem na start to organizatorzy trochę przyszaleli - coś koło 2 km, czyli niewiele mniej niż sam bieg. A wcześniej z parkingu na arenę ponad 700 metrów. Nic się jeszcze nie zaczęło, a ja już byłam uchodzona, a do tego po piątkowym treningu i łażeniu po Rzeszowie trochę pobolewała mnie łydka. Mimo to, czekając na swój start, zrobiłam rozgrzewkę, taką z bieganiem i ćwiczeniami - trochę dla zabicia czasu i stresu, trochę z rozsądku. Wreszcie weszłam do boksów jedną stroną, a po czterech minutach wybiegłam drugą. Trochę z emocji, a trochę przez przeszkadzająca nakładkę powiększającą na kompas źle dojrzałam na mapie gdzie powinnam pobiec i wleciałam nie w tę uliczkę co trzeba. Szybko się zorientowałam i zawróciłam, ale w sprincie każda sekunda się liczy. Nie żebym miała jakieś oczekiwania typu finał A, ale obciachu to jednak nie chciałam doznać.
Przy dwójce niewiele brakowało, a podbiłabym nie swój punkt. Dobrze, że mam już odruch sprawdzania kodów, bo mój lampion stał kilka metrów dalej. Ale przynajmniej wiedziałam już jakiego typu niespodzianki mogą się trafić po drodze.
Trójki, czwórki i piątki nie dało się spieprzyć, choćby kto chciał, bo tak były proste, a szóstkę widziałam już z daleka. Po szóstce było przejście pod drogą, pod mostkiem, prowadzące nad samą rzeczką i kiedy wyszłam po schodkach na poziom ulicy totalnie pochrzaniło mi się po której stronie rzeczki jestem i gdzie mam biec. Do tego jedna z wolontariuszek tak głośno dopingowała zawodników, że własnych myśli nie słyszałam. Oczywiście po chwili ogarnęłam sytuację, ale znowu cenny czas uciekł bezpowrotnie. A miało być tak pięknie...
Po tych okołomostkowych opóźnieniach tak bardzo chciałam nadrobić i pobiec szybciej, że przebiegłam siódemkę. Tak po drodze nawet wydawało mi się, że mój lampion powinien być bliżej i za krzakiem, ale to ten widoczny z daleka przyciągał mnie jak magnes. Jak głupia leciałam do niego, nie patrząc nawet co podpowiada mapa. I kolejne sekundy pooooszły, nie powiem co robić.
Po siódemce już nie robiłam głupot nawigacyjnych, za to zaczęły mi się kończyć siły i chwilami musiałam przechodzić do marszu, żeby nie paść ze zmęczenia. Między PK 10 a PK 12 mieliśmy fragment dzikiego buszu, z powalonymi drzewami, które trzeba było przeskakiwać (jeśli ktoś miał siły) lub przełazić mozolnie nad nimi (to ja).
Reszta punktów to już łatwizna, nie ma o czy pisać. Na dobiegu do mety zebrałam całą resztkę sił i pognałam ile fabryka dała. Przynajmniej na tym odcinku nie odbiegam od konkurencji i ten przebieg zawsze mam dobry:-)
Sprintem na metę.
A jak miał się mój zegarek? Tomek od rana pertraktował z nim i
chandryczył się o każdą godzinę poprawnego działania zmniejszając mu
obciążenia, czyli redukując coraz bardziej wymagania, co od niego
chcemy. W związku z tym zegarek poszedł na ugodę i zarejestrował mi trasę. Wieczorem znowu zaczął marudzić, że mu się nie chce, ale i tak byłam wdzięczna za wyrozumiałość w czasie zawodów.
Po naszych biegach nie wracaliśmy od razu do Rzeszowa, tylko zostaliśmy na ceremonii otwarcia Mistrzostw. Nie powiem, początek był nawet wzruszający, kiedy prezentowano flagi wszystkich 42 krajów, z których przyjechali uczestnicy, a potem rozbrzmiał hymn Polski. Prezentacja gospodarzy terenu (bardzo szczegółowa) oraz sponsorów już nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, ale rozumiem konieczność.
A tak wyglądała moja mapa:







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz