niedziela, 9 sierpnia 2026

WMOC - dzień zerowy, czyli "atrakcja" goni "atrakcję".

Mistrzostwa Świata Weteranów w BnO tak dumnie brzmi, nie? No, może z tymi weteranami trochę słabo, ale i tak jest światowo. 
Do Rzeszowa przyjechaliśmy w czwartek po południu, z lekkimi problemami zakwaterowaliśmy się i ruszyliśmy  odebrać pakiety startowe. W hali było jeszcze w miarę spokojnie, ale nawet gdyby ruszyły tłumy, to odbiór dobrze zorganizowany, według kategorii wiekowych..
 
Odbieramy pakiety.
 
W piątek rano, kiedy powoli zbieraliśmy się na trening, telefon od właścicielki obiektu, że musimy się wyprowadzić, bo nasz pokój ma zarezerwowany kto inny. Nastąpił overbooking i jakoś trzeba było rozwiązać ten problem. Tomek skontaktował się z bookingiem, przez który robiliśmy rezerwację i najgroźniejszym głosem zażądał natychmiastowego rozwiązania problemu, tak w try miga, bo mamy mistrzostwa świata i za chwilę wychodzimy na zawody. Nie wiem, czy to ton głosu, czy magia mistrzostw świata zadziałała, ale w efekcie z gorącej klitki z dwoma piętrowymi łóżkami i cuchnącym kiblem trafiliśmy do hotelowego luksusu z dużym pokojem, elegancką łazienką i klimatyzacją. Tak to można się mistrzostwować.
Rozwiązawszy problem zakwaterowania, w końcu ruszyliśmy na trening - samochodem, z całym dobytkiem, bo doba hotelowa w nowej miejscówce od 14-tej. 
W piątek od rana padało - niby nie bardzo i z przerwami i mieliśmy dylemat - startować, czy przeczekać? Na początek przetestowaliśmy sobie procedurę startową, minimalnie różniącą się od znanej nam z innych zawodów, a potem tak z rozpędu ruszyliśmy. Razem, bo tak.
 
Taki udawany start.
 
Wybraliśmy dłuższą wersję trasy - jakieś 2,5 km. Już przy pierwszym punkcie złapał nas deszcz, więc schowaliśmy się pod daszek, bo może zaraz przejdzie. Czas biegu nie był liczony, a w terenie stały tylko lampiony, więc przeczekiwanie nic nam nie psuło. Deszcz niestety coraz bardziej się nasilał, a chmury zasnuwały niebo po horyzont. W końcu decyzja - lecimy dalej. Trasa łatwa, choć chwilami proponowane wersje przebiegu mieliśmy rozbieżne, bo jak ja chciałam obiegać z prawej, to Tomek z lewej i odwrotnie. W terenie zdziwiły nas trochę otaśmowane niektóre skwerki, które i tak na mapie były oliwkowe. Może tak dla przypomnienia. 
Najbardziej uciążliwy był jednak brak na mapie kresek pomiędzy punktami i konieczność najpierw sprawdzania na jaki punkt mamy biec i potem szukanie, gdzie on się znajduje na mapie.
Tymczasem deszcz nasilał się z każdą chwilą. Przed punktem 109 musieliśmy znowu się zatrzymać i schronić pod drzewem, ale i drzewo wkrótce zaczęło przeciekać. 
 
Nawet zaopatrzeni w przeciwdeszcze woleli się schronić.

Ponieważ w sumie i tak byliśmy już przemoczeni do szpiku kości, postanowiliśmy ruszyć dalej. A dalej to już było oberwanie chmury i totalny armagedon. Tomek nie widział mapy, bo zalewało mu okulary, ja nie widziałam mapy, bo rozmazał mi się od deszczu tusz (no co? na mistrzostwach trzeba wyglądać) i piekły i łzawiły mi oczy. Zresztą przez ścianę deszczu pewnie i tak nic nie było widać. Jakimś totalnym cudem trafiliśmy na metę i wreszcie mogliśmy schronić się w hali. Po chwili tam gdzie staliśmy utworzyła się taka kałuża, że aż serwis sprzątający zjawił się najpierw z mopem, a potem z maszyną zbierającą wodę. Ta maszyna to nie tylko na naszą cześć - wszyscy wracający z trasy byli w takim stanie jak my.
Orientacji i biegu to tam dużo nie natrenowałam, ale przetestowałam nasiąkliwość swojego ciała i wodoodporność kompasu. Zawsze coś.
Kilka dni wcześniej, z okazji rocznicy ślubu Tomek sprezentował mi nowy zegarek do biegania, oczywiście z myślą o WMOC-u. Poustawialiśmy wszystkie parametry zgodnie z instrukcją i moim zapotrzebowaniem i przez jakiś czas zegarek chodził jak w zegarku. A potem nagle wrócił do ustawień fabrycznych, takich bez BnO. Tomek powtórzył procedurę jeszcze raz, bo może coś poszło nie tak. Zegarek powtórzył psikusa. Na to Tomek - miękki reset. Na to zegarek - bez jaj, będzie po mojemu. No to Tomek - bach: twardy reset. A zegarek - a wuj, nikt nie będzie mi mówił co i jak pokazywać. 
Póki trenujemy, możemy się tak bawić, ale co zrobić kiedy zacznie się prawdziwe bieganie, a ten wariat powie, że ma to gdzieś i nie zapisze trasy na przykład. Dobra, wiem, że mój wynik i tak nie od tego zależy, ale relacja z biegu już jakby nieco tak. Tak, że tego - trzymajcie też kciuki za zegarek:-)
 
My wybraliśmy course 1.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz