Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa Nocą 2017. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa Nocą 2017. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 grudnia 2017

Na ślepo po Kępie

Nadrabiam zaległości sprawozdawcze

Właściwie to znam Gocław. Tak myślę, że znam. Przynajmniej wiedziałem gdzie jest baza drugiego etapu Warszawy Nocą. Co z tego, że wiedziałem, skoro nie idzie tam dojechać z mojej pracy? A jeszcze gorzej zaparkować! Po długiej walce wreszcie się udało.
Po rejestracji zadanie specjalne: znaleźć tego, co sprzedaje okulary sportowe i dokupić „jedynkę” dla Pawła. Bo swoje gdzieś zgubił. Co to za zwyczaje gubić okulary? Znaczy, nie są mu wcale potrzebne! Pomarudziłem, ale udało się nabyć co trzeba.
Start masowy. Tego nie lubię. Bo zawsze biegnę za tłumem i ląduję…. No, nie wiadomo gdzie ląduję. Mam taki uraz po pierwszym starcie masowym – obiegłem wtedy Bibliotekę Narodową (dołączając się do profesjonalistów) szukając pierwszego PK który był może 50 metrów od startu. Jakby ktoś nie wiedział – ta Biblioteka Narodowa to całkiem duży budynek!
Tym razem start był na boisku, a wybieg przez wąską bramę z zaparkowaną w niej Skodą. Właściciela auta nie znaleziono, ale to jego strata, bo dobrze wiadomo jak wygląda auto gdy przebiegnie przez niego kilkaset osób;-)
Ruszałem w 2 turze o 19:10. Na początku do przodu wyrwała młodzież, która gdy zobaczyła kałużę, nagle stanęła. Próbowałem rozdeptać jakieś dziewoje, które przed akwenem wodnym bez znaczenia strategicznego nagle stanęły, ale w ostatniej chwili skręciłem i przebiegłem przez środek owego akwenu. Chyba co nieco je ochlapałem.
Dalej ciągle w tłumie. Przed pierwszym PK (takim z długim przebiegiem) przegoniłem Mariusza G.  Niestety, już w drodze na drugi PK lekko się zakręciłem (nie dowidzę w nocy, więc czytanie mapy w biegu nie zawsze wychodzi sprawnie) i Mariusz mnie dogonił, a nawet przegonił. Dalej biegłem praktycznie tuż za nim, aż do PK 8. Postanowiłem przyspieszyć i mu się urwać i oczywiście się zgubiłem. Jak zwykle, że tak powiem. Co tu dużo pisać, to nie był jeden raz gdy się zgubiłem ;-( Najgorzej zakręciłem się przy przebiegu na PK 14. Miało być tuż obok licząc z PK 13, a trafiłem … w okolice PK 12. Zamiast 30 sekund wyszło ponad 2 minuty. Wstyd.  Pocieszam się, że gdy mi dziecko zrobi nowe okulary, to wtedy wygram jakieś nocne bieganie! Bo co z tego, że nogi niosą, skoro oczy nie widzą dokąd biec?

czwartek, 16 marca 2017

Warszawa Nocą - pot i krew

Zasadniczo można ogłosić już pełnowymiarową wiosnę. Zarzekałam się, że zimą nie biegam, a skoro wczoraj wystartowałam w Warszawie Nocą, to widomy znak nowej pory roku. Co prawda jedna jaskółka nie czyni wiosny, ale już jedna Renata - owszem.
Całą zimę spędziłam na kanapie pogryzając czekoladę lub inne tuczące rzeczy, a kilkukrotne wybryki w postaci krótkich MnO właściwie można pominąć. Jak powszechnie wiadomo jest to niezawodny sposób na zbudowanie formy i właśnie miałam się o tym dogłębnie przekonać.
Ponieważ w tej edycji zawodów przepadły mi trzy starty (a wszystkie opłacone), to żeby mi się skalkulowało nie mogłam się przepisać do niższej kategorii, a właściwie powinnam wręcz pobiec w profesjonalistach. Na szczęście trasy były dość długie i zuchwali mieli ponad cztery kilometry. Zresztą długość zawsze można sobie samemu wyregulować.
Mapa była wielkości obrusu na stół i już to utrudniało mi poruszanie się, bo jak trzymałam tę płachtę przed oczami, to nic więcej nie widziałam, a jak nie trzymałam, to nie wiedziałam gdzie biec. Ponieważ start był masowy, wiedziałam przynajmniej jak ruszyć, bo założyłam, że PK 1 wszyscy mamy wspólny, a dopiero potem zaczyna się wariantowość.  W międzyczasie nawet udało mi się znaleźć na mapie start i stwierdziłam, że nawigacyjnie będzie raczej dobrze, bo teren mały i konstrukcyjnie przyjazny. W związku z tym już tak nie pędziłam za innymi na złamanie karku, tylko potruchtałam swoim tempem. Tylko dwóm osobom nie udało się mnie wyprzedzić. Za to do PK 2 (na drugim rogu budynku) już chyba dotarłam ostatnia. Kolejny punkt był poczwórny, co dla niektórych jest ułatwieniem, bo już wiedzą gdzie go szukać, ale przecież nie dla mnie. Nawet za czwartym pobytem musiałam dobrze się rozglądać.
Póki biegaliśmy po centralnej części kampusu, jeszcze spotykałam innych biegaczy, ale gdy nadeszła pora na te bardzie poboczne części, okazało się, że biegam zupełnie sama. Szczególnie w drugiej części trasy zaczęło mnie to niepokoić, bo z mapy wynikało, że wcale się nie zgubiłam, a niemożliwe przecież żeby zgubiło się pozostałe kilkadziesiąt osób! W limicie czasu wciąż się mieściłam, bo lampionów jeszcze nie zbierali, więc gdzie cała reszta??? Ale nic to. Skupiłam się na mapie i cały czas truchtając zbierałam kolejne punkciki. Nawigacyjnie było prosto, łatwo i przyjemnie i nawet już przestałam sprawdzać kody, bo nijak nie dawało się wziąć niewłaściwego. Lekki problem miałam ze znalezieniem mety. To znaczy wiedziałam, że jest przed wejściem do budynku, gdzie była baza zawodów, ale przed budynkiem kręcili się ludzie i zasłaniali widok. Okazało się, że część tych ludzi to mój komitet powitalny i fotoreporterzy w postaci Tomka, Barbary, Ani i nie wiem kogo tam jeszcze. A w bazie znaleźli się też wszyscy zagubieni biegacze, co to ich na trasie nie było. Jakoś im się tak szybciej pobiegło niż mi i kiedy ja zaliczałam drugą część trasy, oni już wypoczywali.

Kiedy już nacieszyłam się szczęśliwym powrotem na metę, wreszcie zwróciłam uwagę na Tomka i co zobaczyłam? Stał ociekający krwią, z wyłupanym (prawie) okiem - istna ofiara napadu. Okazało się, że tak zaciekle walczył o zwycięstwo - aż do krwi. Jego przeciwnikiem był krzak, który rzucił się na niego i siekł gałęziami po twarzy nie chcąc przepuścić dalej.
Nie czekając na część oficjalną zakończenia imprezy pognaliśmy do autka, bo Tomek był mało wyjściowy wizualnie, a ja marzyłam tylko o kąpieli, kolacji i łóżku. Wsiadamy, a tu chała - auto stoi na feldze i jechać się nie da. Jako porządni i przewidujący kierowcy, w bagażniku mieliśmy oczywiście koło zapasowe, tylko zapomnieliśmy wziąć do niego powietrze. Nie pozostało nic innego jak dzwonić do szwagra z prośba o przywiezienie z domu kolejnego koła. Dobrze, że na strychu mieliśmy ich cztery. W domu byliśmy tak późno, że nie wiem, czy szybciej nie byłoby przybiec ....

czwartek, 9 lutego 2017

Z górki na… 4 litery, a pod górkę na czworaka!


4 etap Warszawy Nocą. Forty Kortyńskiego. Kawałek pustego terenu z wyraźnym kilkumetrowym wałem ziemnym i fosą. Latem - ładna trawka, zimą biała górka zamieniona w tor saneczkowy lub wręcz lodowy.

Do bazy dotarłem odpowiednio wcześniej – bo start wspólny. Odbieram chipa, sprawdzam kieszenie – jest dobry kompas, rękawiczki, czapka. Czegoś mi jednak brakuje. Ciekawe czego – zastanawiam się. Patrzę wokoło po innych uczestnikach: czapka – mam, rękawiczki mam, buff- mam, a to coś co mają oni na czapkach i co błyska białym światłem? Czołówka! Zapomniałem!!! No tak, bez latarki raczej ciężko będzie. Ale zostaje „telefon do przyjaciela”, tuż obok mieszkają nasze klubowiczki, które częściowo zresztą na bieg się wybierają. Udaje mi się załatwić czołówkę. Uff. Można więc spokojnie oddać się towarzyskiej konwersacji z całą masą znajomych przygotowujących się do startu.
Start niestety tym razem nie jest ogrzewany. Mamy przemieścić się po panującym na zewnątrz mrozie dobre 600 m aż na koniec fortu. Zuchwali – czyli ja startują tradycyjnie o 19:10. Część „profesjonalnych” znajomych leci już o 19 – postanawiamy ich odprowadzić na start odpowiednio wcześnie, bo a nuż się zgubią i wstyd będzie?

Jak się idzie lub podbiega te prawie 10 stopni mrozu nawet nie dają się specjalnie we znaki. Gorzej gdy przychodzi czekać na nasz start. Wszyscy dzielnie przebiegają nogami, podskakują lub podbiegają w miejscu. A wszystko na rzęsiście oświetlonym boisku w połowie ogrodzonym siatką. Siatka, poza odgradzaniem startujących od oczekujących, pełni ważną rolę dystrybutora map.
Czas mija, nadchodzi 19:10. Odliczanie i start. Łapię mapę. Znowu „obrus” formatu A3. Udaje mi się zorientować , iż mam lecieć na wprost, przez wał ziemny i fosę do budynków na brzegu fortu. Na wał są schodki – ciut z boku może, ale niewiele – widząc innych ześlizgujących się w tył z wału wybieram te schodki. Jestem na górze. Teraz zbieg do fosy, więc trochę większe przewyższenie. Wokół słyszę okrzyki, słyszę radosny śmiech i widzę sporą część towarzystwa leżącą na śniegu lub próbującą utrzymać równowagę na stromym zboczu, zjeżdżającą w różnych pozycjach i w różnych kierunkach z wału – stanowczo dobrze się bawiącą! Mi o dziwo udaje się zbiec szybciej niż ślizgające się nogi, czyli w pozycji pionowej. Wydostanie się z fosy już częściowo na czterech łapach, ale także się udało. Wbiegam pomiędzy budynki. Kolejka do pierwszego PK. Oglądam na spokojnie mapę – dużo PK i wiele wielokrotnych. Aż ciężko dojrzeć który opis do którego punktu. Niestety, powoduje to szczególnie na początku długie kręcenie mapą i szukanie gdzie autor zapodział następny PK. Nieprzyzwyczajony do nieswojej czołówki nie mogę jej dobrze ustawić i mało nie rozdeptuję Bogu ducha winnego przechodnia (no cóż, gapienie się w nocy w mapę w czasie biegu tak się kończy). Na początku pracowicie odwracam mapę i sprawdzam numery lampionów. Dalej jest łatwiej – gdy trzeci raz podbija się ten sam lampion i przebiegi robią się ciut dłuższe, ale nie na tyle by się zasapać. Także przeluźnia się przede mną, bo jest kilka wariantów trasy i nie lecimy jedną grupą. Pod koniec znowu PK na wale. Tzn. myślałem, że na dole więc zbiegłem o jednen raz za daleko. Musiałem potem wdrapywać się niepotrzebnie na górę. Potem zjazd do fosy. Na tyle stromy, że nogi uciekły – zjechałem na czterech literach. Nawet całkiem szybko! Przy ostatnich PK widzę konkurencję z którą zwykle walczę i zwykle przegrywam – tym razem są o jeden czy dwa PK za mną. Przyspieszam. Gdyby nie samochód przy końcu, wyprzedziłbym na dobiegu do mety jednego zawodnika, ale zabrakło kilka metrów:-(
Teraz zgrać wyniki z chipa. Nie jest źle 2 na 3! Konkurencja (ta co na końcówce widziałem) ma gorszy czas i… BPKi! Nawet z profesjonalistą, który się zmienił kategorię wygrałem! Jak widać nasze Stowrzyszone treningi dają wyniki!



czwartek, 12 stycznia 2017

Warszawa Nocą

Znowu ominęła mnie Warszawa Nocą, ale nie z niechęci do biegania, tylko z niechęci do uchodzenia za patologię, co to się własnym dzieckiem nie interesuje i na wywiadówki nie chodzi. Ale jak mi Tomek opowiedział jak było i pokazał mapę, to jednak wyszło, że wybrałam lepszy kawałek tortu:-)


Panie – za czym ta kolejka?
Warszawa Nocą. A konkretniej AWF nocą. Pomimo wszechogarniającego społeczeństwo amoku smogowego - tłum dopisał.
Przy wejściu spotkałem już Pawła R., z którym zaliczyłem kilka PK do TRInA na terenie AWF. Zmarznięci dotarliśmy do bazy.

Zapewne z powodu bitych ostatnio rekordów zimna zafundowano nam luksusowy start w ogrzewanym pomieszczeniu.
Potem wybieg przez drzwi, które było trzeba otworzyć, rozminąć się w nich z osobami statecznie wchodzącymi do budynku, a potem zbiec po całkiem sporych, szerokich, betonowych schodach. Oczywiście oblodzonych. Z perspektywy obserwującego wyglądało to fajnie – opisane powyżej utrudnienia powodowały, że start wcale normalnego startu BnO nie przypominał, gdy wszyscy statecznym i ostrożnym spacerowym krokiem pokonywali pierwsze metry po „wybiegnięciu” z boksu startowego;-). Tym razem miałem start pod koniec stawki, ok 19:30. Gdy dostałem mapę już niewiele osób zostało na starcie. Najpierw ostrożne wyjście. Potem obieganie jakichś taśm, którymi drogę na skróty do lampionu START nam zagrodzili. Jak zwykle dla mnie początek najtrudniejszy. Nie dość, że mapa wielkości dobrego obrusu (A3) niczym żagiel łopotała na wietrze i nie szło jej złożyć, to zanim ogarnąłem gdzie jest ten start, zeszło mi ponad dwie minuty. Dalej powinno iść lepiej. Ale wcale nie szło. Na śliskich uliczkach którymi próbowałem biec nogi rozjeżdżały się na boki. Ale nie tylko moje nogi - większość „sunęła” niczym łyżwiarze po śliskiej nawierzchni. Po pewnym czasie odkryłem, że lepiej biegać poza drogami, ale do tego czasu kilka razy dałem się wymanewrować mapie na manowce (a bardziej innym zawodnikom, który ślizgali się przede mną, a ja jak głupi za nimi biegłem) i lampionom, które zręczni ukrywały się w krzakach. Fajnie zaczęło być dopiero w lesie. Tu można było pobiec. A PK z elementami odblaskowymi to to, co lubię – w porównaniu z nocnymi treningami na słupkach ZPK – ideał. Wreszcie udało mi się oderwać od depczącej po piętach konkurencji na tym najdłuższym przebiegu, który zafundowali nam organizatorzy. Wszystko byłoby idealnie gdybym nie zgapił się na przedostatnim punkcie i zaliczył bliższy kontakt z lodem pokrywającym uliczkę. Jednak się pozbierałem i dotarłem do mety.
A na mecie….. kolejka jak do mięsnego w latach mojej młodości. I to kolejka wcale nie wyglądała na zmniejszająca się. Wręcz przeciwnie - ogonek coraz bardziej zakręcał. A całkiem niedaleko przed sobą widziałem osoby startujące prawie 30 minut przede mną! Wreszcie głuchy telefon przekazał, że „system padł” i są problemy z wydrukami. Praktycznie zdążyłem wyschnąć, zanim kolejka się rozładowała. Oczywiście wyników on-line brak i nie wiadomo czy dobrze, czy źle mi poszło. Ma to swoją zaletę, bo gdy nic nie wiadomo to jestem potencjalnym zwycięzcą!;-)