Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XXXIX Ogólnopolski Rajd na Orientację PODKUREK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XXXIX Ogólnopolski Rajd na Orientację PODKUREK. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 października 2016

Podkurek - etap 3 i tort.

Godzinka snu dała mi siłę do dźwignięcia się z łoża (materaca) boleści i doczołgania się do ściany z wynikami. Po dwóch etapach zajmowaliśmy drugie miejsce - całkiem nieźle, ale jednak pierwsze, to pierwsze. Jeszcze mieliśmy szansę na odrobienie strat. W oczekiwaniu na start etapu nocnego zaliczyliśmy jeszcze Wieczorną Grę na Orientację, czyli latanie dookoła szkoły. Byłoby się nam udało wygrać, ale zniechęciliśmy się po nieudanej próbie dostania się do PK za ogrodzeniem. Podobno dało się odczytać kod z odległości, ale my dwie ślepoty nic tam nie widzieliśmy. W tej sytuacji postanowiliśmy olać resztę PK i wrócić na metę. Zresztą siły trzeba było zachować na nocny las.
Mapa etapu trzeciego okazała się typową składanką, czyli w zasadzie tym, co najbardziej lubię. Od razu wyciągnęliśmy zestaw małego majsterkowicza i z wycinków złożyliśmy sobie pełną mapę. To już stanowiło połowę sukcesu.
Postanowiliśmy iść pod prąd, czyli zaczynając od 13 i 14, ale po przejściu paru kroków doczytaliśmy, że PK 1 musi być pierwszy. Dobrze, że zauważyliśmy to wcześnie, bo byłaby wtopa. Etap byłby lekki, łatwy i przyjemny gdyby punkty były rozstawione tam gdzie wskazuje mapa, ale ostatecznie wszystkie mieściły się w promieniu mniejszym niż sto metrów od miejsca właściwego, więc znowu nie będę się tak bardzo czepiać. Za to pogoda przynajmniej się poprawiła - przestało padać i jakby ociepliło się.
Na metę wróciliśmy chyba jako drugi zespół z naszej trasy, mimo że wychodziliśmy przedostatni. Zaczęliśmy mieć nadzieję. Odliczaliśmy czas do powrotu naszego głównego konkurenta do zwycięstwa i kiedy zaczął wpadać w ciężkie, my mogliśmy odetchnąć z ulgą. Wszystkie znaki na ziemi i niebie mówiły, że wygramy.
W czasie kiedy autorzy tras podliczali wyniki zostaliśmy zaproszeni na tort urodzinowy Klubu Trep i wspominkową prezentację. A potem ogłoszono oficjalne wyniki i ... wygraliśmy! I dostaliśmy puchary i dyplomy i nagrody!
Muszę jeszcze  powiedzieć, że nasze warszawskie tezety zachowały się bardzo ładnie w stosunku do przyjezdnych gości. Wszyscy postarali się żeby to goście wygrali swoją kategorię i odjechali zadowoleni. I to się nazywa gościnność!

P.S.
Fotki ze strony Organizatora

wtorek, 25 października 2016

Podkurek - etap 2

Powrót z pierwszego etapu wyglądał tak (fotka ze strony Organizatora):

I mniej więcej tak samo wyglądało wyjście na etap drugi - czyli mokro, mokro i mokro.
W pierwszym odruchu na widok mapy się ucieszyłam, że warstwicówka, to połazimy na azymut, zbierzemy co trzeba i po robocie. Drugi rzut oka na mapę rozwiał jednak moje nadzieje na szybkie i łatwe przejście. Oprócz normalnie zaznaczonych PK mieliśmy jeszcze dopasować wycinki, które owszem - pokrywały się z mapą, tyle, że zawierały tylko drogi i przebieżność. Ponieważ na starcie i tak nie dało się nic wymyślić, od razu ruszyliśmy na trasę.  Najpierw były dwa normalne PK, a potem przyszła pora na pierwszy wycinek. Wytypowaliśmy dwa i usiłowaliśmy coś w terenie dopasować do nich. Razem z nami po okolicy kręciła się konkurencja z naszej trasy i jakieś tezety. O dziwo, udało się znaleźć pasujący lampion, a nawet trzy do wyboru. Kolejne dwa PK proste, ale za nimi znowu wycinek. Jakimś cudem Darek dopasował właściwy. Ja robiłam mądrą minę i starałam się go nie rozproszyć:-)
Trasa była tak skonstruowana, że żadne logiczne przejście nie wchodziło w rachubę - żeby zebrać wszystkie PK trzeba było  z wycinków I, J wracać po śladach. No, prawie po śladach. Na kawałku trasy do I i J co jakiś czas między drzewami widzieliśmy Tomka. Krył się po krzakach, żebyśmy nie widzieli, że nas śledzi, tylko chyba zapomniał, że ubrał się w pomarańczową kurtkę:-) Ten to ma zdrowie - nas pilnuje i swoją trasę zalicza.
Wycinki poniżej G i H dały nam w kość. Błąkaliśmy się bezsensownie tam i z powrotem po wydmie i u jej podnóża kombinując jak konie sołtysa. Nic się z niczym nie chciało zgodzić, mokradła - owszem były - tylko jakoś niedokładnie tak usytuowane, jak nam pasowało. W końcu wzięliśmy to, co było pod ręką i poszli dalej.
Przy tym wszystkim robiło się coraz później, a wiedzieliśmy, że obiad ma być wydawany do 15-tej. Potem to już tylko zimny. Bardzo, bardzo chciałam załapać się na ciepły, szczególnie, że z głodu zaczynało mnie mdlić. Darek ratował mnie batonikami, które specjalnie dla mnie nosił. Nie, wcale nie z dobroci serca nosił. Przekalkulował sobie, że bardziej opłaca mu się nosić pięciodekowy batonik niż sześćdziesięciokilowe zwłoki.
Ostatni PK Darek z premedytacją wziął stowarzyszony, bo właściwy nie stał wcale w dołku, jak autor zaznaczył na mapie. Jak już chciał mieć dołek, to mógł wziąć saperkę i jakiś wykopać, a nie tak bezczelnie wieszać lampion na drzewie i wmawiać komuś, że tam jest dołek. Wynik wynikiem, ale jakieś zasady w życiu trzeba mieć.
Na obiad zdążyliśmy, bo mój protest (złożony jeszcze rano) dotyczący godzin wydawania w stosunku do długości tras został uwzględniony i o pół godziny dało się przesunąć karmienie. A po obiedzie przed oczami pojawiły mi się rozbłyski, głowa zaczęła mi pękać i czym prędzej zaległam na pożyczonym materacu.  Pewnie obiad był jakiś zatruty, bo przecież nikt mi nie wmówi, że InO może tak człowieka wykończyć!

c. d. n.

poniedziałek, 24 października 2016

Podkurek - etap 1

Ja rozumiem, że robiąc imprezę ogólnopolską trzeba dopilnować wielu rzeczy i coś może umknąć, ale na litość - żeby nie załatwić tak ważnej rzeczy jak dobra pogoda, to uważam, że już przesada! Padało. Od rana padało, a w zasadzie to nawet wcześniej. Żeby nie ranga imprezy oraz lecie TREP-a, to pewnie bym sobie odpuściła, no ale w zaistniałej sytuacji zacisnęłam zęby, spięłam pośladki, sprężyłam się w sobie i mimo bólu głowy oraz bólu istnienia, wypełzłam spod kołdry i prawie zorganizowałam się do wyjazdu. Wydawało się, że skoro odjeżdżamy raptem 7 km od domu, to nie trzeba brać tego, tego i tego i w efekcie nie wzięłam wielu potrzebnych rzeczy z żarciem i piciem na czele. A w ogóle to jakoś się nam wymyśliło, że rozpoczęcie ma być godzinę wcześniej niż planowano w rzeczywistości i zamiast tę godzinę spędzić w ciepłym łóżku, pałętaliśmy się po bazie. Na szczęście w miłym towarzystwie, bo byli już organizatorzy, a i uczestnicy zaczęli przybywać. Na samym rozpoczęciu, w konfrontacji organizatorzy - uczestnicy, chyba wygrywali organizatorzy, ale to dlatego, że TM-y w dość licznej grupie skandalicznie się spóźniły.
Na wstępie organizatorzy poinformowali nas, że skończymy na cmentarzu, czego w zasadzie każdy z nas się spodziewał, ale chyba nikt, że to już tego dnia. Co tam dalej mówili to nie wiem, bo zastanawiałam się czy mam co w spadku zapisać rodzinie. W końcu ktoś mnie uświadomił, że to chodzi tylko o usytuowanie mety.
Z racji TMWiM-a zapisałam się na TU razem z Darkiem, Tomek ambitnie na TZ.
Pierwszy etap wyglądał całkiem dobrze, znaczy się - mapa, którą dostaliśmy na starcie. Jedne wycinki udało się nam dopasować od razu, część po poważnych przemyśleniach, a dwa na zasadzie: może tu, a może gdzie indziej. Szło całkiem gładko do miejsca, gdzie na mapie zaznaczyliśmy sobie W7. Skąd nam przyszło do głów umieszczać go w tym miejscu, to nie wiem, bo przecież ewidentnie droga na wycinku szła pod innym kątem niż na schemacie. Prawdziwy W7 został za nami i wcale nie chciało nam się wracać. Jeszcze żeby była piękna pogoda, to owszem - można sobie dodatkowe spacery uskuteczniać, ale w deszczu??? Trudno - odpuściliśmy. W tym momencie cieszyłam się, że nie idę z Tomkiem, bo on na dwieście procent by zawrócił (pominąwszy to, że w ogóle pewnie od początku dobrze by dopasował).
Potem udało się nam jeszcze zgubić W1, ale napotkane tezety uświadomiły nas, że to przy cmentarzu. Co prawda byliśmy już kawał od niego, ale i tak musieliśmy wrócić, bo tam była meta. W4 i W6, które mieliśmy dopasowane na słowo honoru jakimś psim swędem udało nam się znaleźć, reszta była prosta.
Tak gdzieś w połowie trasy nasza karta startowa, pilnie chroniona za plastikową zasłonką i osłaniana parasolem przy wpisywaniu kodów, zaczęła się rozpuszczać. Przezornie na odwrocie spisywałam wszystkie PK długopisem, bo to co działo się po drugiej stronie było do niczego niepodobne. To znaczy, owszem było - do Lilijki sprzed dwóch lat, ale w mniejszym nasileniu. Na szczęście etap skończył się, zanim karta rozpuściła się całkowicie i mieliśmy co oddać na mecie.

c. d. n.