Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skałki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skałki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 listopada 2025

GEZnO - etap drugi, czyli droga przez mękę.

Bałam się, że drugiego dnia zawodów nie będę w stanie nawet wstać z łóżka, a tymczasem nic takiego się nie wydarzyło. Owszem, tu i ówdzie coś pobolewało, ale nawet po schodach udało się zejść bez problemów. Gór co prawda już nie byłabym w stanie przenosić, jak poprzedniego dnia, ale to już ustaliliśmy, że i tak nie powinnam. Rano, dla większej stabilności, Tomek otejpował mi kolano, a do bazy zawodów pojechaliśmy samochodem, bo i tak musieliśmy się już wymeldować. 
Znowu startowaliśmy na końcu, bo z dużą stratą czasową nie łapaliśmy się na start handicapowy. Tym razem na trasie kolejność podbijania punktów była obowiązkowa, więc nie trzeba było główkować w jakiej kolejności najlepiej zaliczać kolejne punkty. Po starcie wszyscy ruszyli niczym zorganizowana wycieczka turystyczna, dopiero dalej każda kategoria ruszała w swoim kierunku. Ogólnie to mieliśmy mniej PK niż w sobotę, trasa była ciut krótsza (choć  rzeczywista długość to już całkowicie zależy od zawodników) i mniej przewyższeń. 
 
Proszę wycieczki, idziemy dalej.
 
Jedynkę zaliczaliśmy sami, bo niedaleko przed nią potężna grupa uczestników zaczęła się dzielić na mniejsze pododdziały, a ostatecznie wszyscy sobie poszli gdzie indziej. Trochę mnie to zdziwiło, ale przynajmniej nie było tłoku przy lampionie.
 
PK 1
 
O ile do PK 1 było troszkę pod górę, to do PK 2 było już zdecydowanie bardziej pod górę, przy czym przecinaliśmy trzy razy porządną drogę, której niestety wcale nie mogliśmy wykorzystać, bo nijak się to nie opłacało. Takie marnotrawstwo. Punkt drugi był bardzo malowniczy- majestatyczna skała i widok na góry. Tylko pogoda trochę nie dopisała, bo słonko nie chciało się pokazać i było buro i nijako. Ale i tak warto było się tam wdrapać.

PK 2

Skoro wleźliśmy na górę, to oczywiście potem trzeba było z niej zejść. Obawiając się o moje kolano nie poszliśmy na azymut, choć byłoby najłatwiej, tylko naokoło drogami.  Kolano nie protestowało. A PK 3 oczywiście na kolejnej górce. W końcu gdzieś te przewyższenia twórcy trasy musieli upchnąć.
Niewielka skała, przy której wisiał lampion była tak obrośnięta mchem i krzakami, że wypatrując poważnej skały bardzo łatwo było przeoczyć taki zielony pagóreczek. Dobrze, że lampion był widoczny z daleka. Chociaż... może od drugiej strony ta skała prezentowała się okazalej? Nie wiem, nie sprawdzałam.
 
PK 3

Kawałek za trójką, dość niespodziewanie, wyszliśmy na elegancką, sporą drogę i cieszyliśmy się tym do momentu, kiedy okazało się, że na mapie nie ma takiej drogi. Są różne ścieżki, ale szerokiej, utwardzonej drogi nie ma. Poszliśmy nią kawałek. Napotkany inny zespół też nie wiedział skąd ta droga i przez chwilę wahaliśmy się - iść nią, czy nie? W końcu stwierdziliśmy, że to jednak ryzykowne, a najbezpieczniej będzie zbliżyć się do azymutu i podążać nim. Idąc dalej natknęliśmy się jeszcze na trzy kolejne drogi, ale te już były zaznaczone na mapie. Przy punkcie zaś kłębił się tłum zawodników, więc już z daleka wiadomo było gdzie szukać. 

Na skałkach za mną jest lampion.

Przy piątce spotkaliśmy Zuzę z Bartkiem, więc chwilę nam zeszło, bo zaimprowizowaliśmy całą sesję zdjęciową, co przy okazji pozwoliło trochę odpocząć. To była znowu bardzo malownicza skałka i aż żal było stamtąd iść. Szkoda, że u nas takich nie ma.

Fajnie spotkać znajomych.

Chociaż kolejny punkt mieliśmy wspólny z Zuzą i Bartkiem, to jednak każdy z naszych zespołów poszedł dalej innym wariantem. Kiedy już udało nam się zejść ze skałek (baaardzo uważając na nogi) zrobiło się nawet lajtowo, bo nie było pod górę, ale moja radość trwała krótko, bo potem zaczęło się kolejne podejście - długie i coraz bardziej strome. Cierpiałam. Fizycznie i psychicznie, bo już powoli zaczynałam mieć dość. A to dopiero była połowa trasy. Oczywiście Tomek pognał przodem, a ja to sobie przystanęłam, to przysiadłam - na szczęście nie było aż tak źle, żebym musiała się po drodze trochę zdrzemnąć:-)

Szóstka przy potężnych skałach. Znowu zacny widok.

Skoro wleźliśmy na tę wielką górę, to oczywiście teraz trzeba było z niej zejść i choć w dół zasadniczo jest przyjemniej, to znowu trochę bałam się o kolana. Taśmy jednak dobrze trzymały i do następnego punktu, przy strumieniu, dotarłam bezboleśnie. Tam po raz kolejny spotkaliśmy ekipę pod nazwą Starsi Panowie Dwaj. Wyglądało jakbyśmy się wzajemnie śledzili, bo spotykaliśmy się już kolejny raz i zapowiadało się, że nie ostatni, bo kolejne punkty mieliśmy takie same. Ale oczywiście każdy zespół poszedł dalej po swojemu.

Tych kolegów wciąż spotykaliśmy.

Kolejny punkt to drzewo przy ruinach zamku. Jakoś tak wyobraziłam sobie, że jak był zamek, to musiała być też dobra droga, żeby karety mogły podjechać. Jakież było moje rozczarowanie kiedy okazało się, że nie dość, że nie ma drogi (przynajmniej od tej strony, z której nadchodziliśmy) to jeszcze jest pod górę (a to niespodzianka!) i po krzakach (na szczęście nie cały czas). Na tym podejściu to już miałam ochotę położyć się i umrzeć, ale byłam ciekawa tych ruin i bardzo chciałam je zobaczyć. W sumie ruiny okazały się takie sobie i spokojnie mogłam sobie była zostać na zboczu.
 
Taka sobie ta ruina.

Dziewiątka miała równie fascynującą nazwę. Nie były to co prawda ruiny, ale "północna kupa kamieni" też brzmi interesująco. Na tyle, że zdecydowałam się iść dalej, żeby tę kupę zobaczyć. W sumie zachęcało i to, że znowu mieliśmy iść w dół. Powiedziałabym nawet, że to przeważyło:-)

I rzeczywiście była kupa kamieni:-)

Opis kolejnego punktu już brzmiał całkiem zwyczajnie - rozwidlenie dróg. Tylko dlaczego od razu nikt nie ostrzegł, że to rozwidlenie jest na szczycie kolejnej góry??? To już była droga przez mękę i jedynie świadomość, że to przedostatni punkt pozwoliła mi przeżyć. A żeby dopełnić dramatu sytuacji w międzyczasie zaczęło padać i trzeba było wyjąć przeciwdeszcz. Przy punkcie spotkaliśmy kolejnych znajomych  z Klubu - Anię i Marka. W sumie to mignęli nam już na podejściu, ale na szczyt doszli przed nami, co i nie dziwne.
 
Ania i Marek przy PK 10.

I znowu - skoro byliśmy na górze, to trzeba iść w dół. Udało się wykorzystać jakieś fragmenty ścieżek a ostatnia z nich nawet doprowadziła nas do ścianki skalnej, tyle tylko, że nie tej co trzeba. Ja to nawet już się przestałam interesować gdzie idziemy, ale Tomek trzymał rękę na pulsie i od razu nas zlokalizował, po czym doprowadził we właściwe miejsce, czyli (huurrrra!!!!) na ostatni punkt.

Tu widać jaka już jestem wykończona.
 
Powrót to już sama przyjemność. Wstąpiły we mnie nowe siły i pędziłam do bazy, żeby wreszcie zakończyć trasę. Po dekoracji zwycięzców zostało jeszcze podium, więc cyknęliśmy sobie fotkę na przynależnym nam trzecim stopniu. Wiem - nie ma się co chwalić trzecim miejscem na trzy zespoły w kategorii, ale ja przecież wcale się nie chwalę, tylko dokumentuję:-)
 
Szczyt naszych możliwości:-)
 A tak wygląda nasza marszruta:
 

 

poniedziałek, 17 listopada 2025

Górskie Ekstremalne Zawody na Orientację - etap 1 - dla mnie z naciskiem na EKSTREMALNE

W tym roku odważyłam się pojechać na GEZnO. Chwilowo nie miałam nic zepsutego w kończynach dolnych, nie chorowałam ostatnio, a kondycja choć słaba, to nie beznadziejna. Uznałam, że jakoś to będzie. Mimo wszystko bałam się tak bardzo, że aż nasz samochód chciał mnie ochronić przed tym stresem i zepsuł się po przejechaniu jakiś 60-70 km. Musieliśmy zawrócić, wstawić go do warsztatu, przepakować się do drugiego autka i ruszyć od nowa. Drugie autko nie było tak empatyczne i dowiozło nas na miejsce bez żadnego zawahania.
W sobotę rano czułam w sobie taką moc, że mogłabym góry przenosić, ale zrezygnowałam, bo potem by się na mapach nie zgadzało i byłby problem. Za to z kwatery do bazy zawodów poszliśmy piechotą, tak na rozruszanie stawów.
 
Z mapami w rękach czekamy na start.

Po otworzeniu map trzeba było wybrać wariant, ale tak na szybko to wcale nie jest takie proste. Bo to trzeba uwzględnić i drogi między punktami, i przewyższenia, i ewentualne podmokłe tereny, i sposób odejścia od punktu i inne rzeczy, o których w pierwszej chwili nawet się nie myśli. I oczywiście każde z nas miało nieco inny pomysł. W końcu zdecydowaliśmy, że zaczynamy od PK 32, potem 31 i 33.
Szłam jak burza, nawet jeśli było pod górę, a było co chwilę. Na początku trochę przeszkadzały mi kije, bo musiałam od nowa nauczyć się ich używać, ale z czasem zaczęły być pomocne. Jedynym problemem był brak dodatkowych rąk do trzymania mapy i kompasu i w końcu kompas wylądował w kieszeni, a mapę niósł mi Tomek. Tym sposobem poczułam się zwolniona z obowiązku nawigowania, choć dla pewności co jakiś czas prosiłam o możliwość wglądu w mapę. Ufam Tomkowi, ale tak na 99,9%.
Po tych trzech punktach wciąż czułam moc, może z lekka przywiędłą, ale niezachwianą. Punkty 31 i 33 były dla mnie atrakcyjne, no bo skałki, a na Mazowszu przecież tego nie mam.
Z 33 porządną, utwardzoną drogą pomaszerowaliśmy na 67 do zakrętu strumyka. W sumie dość lajtowy przebieg, bo niemal po równym.

Przez strumyki przeprawialiśmy się tego dnia kilkukrotnie.

Ze strumyka przy 67 poszliśmy do strumyka z punktem 52 - hura, hura - w dół. Moja radość była zupełnie nieuzasadniona, bo jak jest w dół, to potem będzie jeszcze bardziej pod górę, no i było. Najpierw dość łagodnie drogą, a po zejściu z drogi już stromo do kolejnej skałki. To było pierwsze tak strome podejście, na szczęście dość krótkie. Ani razu nie musiałam siadać po drodze, ani nawet zatrzymywać się. Tyle, że dreptałam sobie powolutku, w tempie wyścigowego ślimaka.

Stromo i tłumnie.

Według pierwotnego planu teraz mieliśmy iść na PK 66, ale postawiliśmy na wygodę i ruszyliśmy do 62, bo prowadziła tam porządna droga i dodatkowo nie było mocno stromych podejść. Ale fakt - było daleko. W orienteeringu niestety z każdej drogi trzeba wcześniej czy później zejść i zacząć przedzierać się przez krzaki, tak jak poniżej:

 Chwilami tylko głowa wystawała.
 
Punkt 62 był najdalej położony od bazy zawodów i był też najbardziej malowniczy. Wiele osób zrobiło sobie tam dłuższy postój, żeby nie powiedzieć wręcz - piknik. Widok rozciągał się niesamowity i aż się chciało tam zostać.
 
Już jestem z lekka wykończona.
 
Wydostanie się z PK 62 graniczyło z cudem, przynajmniej jeśli wybrało się taki wariant zejścia jak my - stromo w dół, przez największe krzaki, leżące gałęzie i drzewa. Kiedy tylko udało nam się natrafić na pierwszą drogę, odpuściliśmy azymut i poszliśmy drogami - naokoło, ale na pewno szybciej i bezpieczniej.
 
Prawda, że lepiej drogą?
 
PK 59 i 58 też były przy skałkach, ale już nie tak malownicze jak 62. Zresztą nawet gdyby były, to z każdym kilometrem mój entuzjazm do podziwiania świata jakby z lekka przygasał i jedyne na co uważnie patrzyłam to podłoże - po pierwsze z powodu bezpieczeństwa, po drugie: głowa coraz bardziej opadała mi w dół ze zmęczenia.
 
PK 59

Z PK 60 mieliśmy problem. Drzewo na polanie niby nietrudno znaleźć, ale już właściwą polanę to i owszem. Z PK 58 ruszyliśmy na azymut, bo za bardzo nie było innej możliwości, ale kiedy natknęliśmy się na drogę, której za nic nie dało się przypasować do żadnej wrysowanej w mapę - trochę zgłupieliśmy. Poszliśmy nią do skrzyżowania i tam, po konsultacji z zespołem schodzącym z PK 59, ustaliliśmy gdzie jesteśmy. Musieliśmy wrócić na azymut i podejść jeszcze kawałek i dopiero tam była właściwa polana.
 
PK 60 zdobyty.
 
Do PK 66 to już myślałam, że nie dolezę. Niezbyt udane forsowanie strumyka z przyległościami było niczym w porównaniu z podejściem, które nie dość, że strome, to jeszcze było długie i jak dla mnie nie miało końca. Na tym podejściu już musiałam przysiadać, że nie wspomnę o zatrzymywaniu się. W końcu Tomek zostawił mnie w połowie zbocza, a sam poszedł zlokalizować punkt, żebym już nie nadkładała drogi przy poszukiwaniach. Przez chwilę to nawet myślałam, że spisał mnie na straty, bo długo nie wracał, ale w sumie musiał mnie ciągać ze sobą, bo regulamin zawodów jasno mówił, że na metę muszą wrócić obie osoby z zespołu.
 
Jakoś doczołgałam się do lampionu.
 
Do kolejnego punktu mieliśmy daleko, bardzo daleko, ale przynajmniej w dół i po płaskim i co najlepsze - drogami. Próbowaliśmy pobiec, żeby trochę podciągnąć się czasowo, ale niestety moje kolano zaprotestowało, więc wróciliśmy do marszu.
 
PK 37.
 
Kolejne dwa punkty były blisko, ale przy zejściu z 37 moje kolano całkowicie odmówiło współpracy i o ile wejść pod gorę jeszcze mogłam, to zejście stanowiło już duże wyzwanie. Wlekliśmy się więc niemiłosiernie, a ja dokonywałam różnych dziwnych akrobacji próbując stawiać nogę w jak najmniej bolesny sposób. PK 35 podbijałam już na siedząco i tylko silą woli.
 
Czy to już granica moich możliwości?
 
Został nam jeszcze ostatni punkt i dojście do bazy. Choć na azymut byłoby bliżej, to jednak postawiliśmy na luksus i wygodę, czyli wersję drogowo-ścieżkową. Perspektywa zakończenia trasy  od razu dodała mi sił i nawet kolano postanowiło ciut odpuścić. Jakaż to była radość przy wzięciu do ręki perforatora po raz ostatni tego dnia. Przy punkcie na zawodników czyhał fotograf i uwieczniał tę wiekopomną chwilę.
 
Od radości to chyba bardziej rzuca się w oczy zmęczenie, ale co tam.
 
Powrót do bazy to już sama przyjemność przerywana walką z roślinnym żywiołem, bo po drodze natknęliśmy się na poprzeczne pasy jakiś gęstych nasadzeń, które okazały się nie do przejścia. W końcu obchodząc je wydostaliśmy się na betonową platformę, od której prowadziła już porządna droga. Już mieliśmy odejść, kiedy usłyszeliśmy jakieś znajome głosy w krzakach, z których niedawno cudem się wyplątaliśmy. Zaczęliśmy krzyczeć do Ani i Basi jak mają obejść tę pułapkę i po chwili i one wydostały się na platformę. Ale zamiast zatrzymać się przy nas, pognały jakby je stado diabłów goniło. A to tylko czas je gonił, bo startowały niemal godzinę przed nami, więc i limit kończył im się tyle wcześniej. My na metę dotarliśmy spokojnym truchtem, jeszcze z zapasem czasu.

Na mecie odcinali nam karty (paski) startowe, a nie ręce:-)
 
Od słodyczy zjedzonych na trasie już mnie mdliło i marzyłam o ogromnym, tłustym schabowym, więc od razu poszliśmy na przysługujący zawodnikom obiad. A tam... otrzymaliśmy maleńkie miseczki z odrobiną ryżu i kilkoma kawałkami kurczaka. Pochłonęłam to w sekundę i potraktowałam jak przystawkę czy jakieś czekadełko. Nie było wyjścia - coś musieliśmy sobie dokupić, żeby mieć siłę dojść na kwaterę. I po co  w ogóle było robić ludziom smaka?
Na wieczór Organizatorzy zapraszali jeszcze na ognisko, ale woleliśmy raczej odpocząć i w łóżkach regenerować nadwątlone siły. W końcu następnego dnia czekał nas kolejny etap zmagań.
 
Nasza trasa.

środa, 13 lipca 2022

Wawel Cup - Etap 1, czyli jak się zakręcić dookoła zamku.

Nadszedł pierwszy dzień zawodów. Ponieważ start miał być dopiero po południu, więc rano postanowiliśmy zrobić sobie rozgrzewkę w Skałkach Rzędkowickich. Pogoda była taka na dwoje babka wróżyła - albo popada, albo nie, ale postanowiliśmy zaryzykować.Oczywiście było trochę słońca, trochę deszczu, a skałki jak za każdym razem zachwycające. Zresztą zobaczcie sami:

Skały Rzędkowickie

Skały Rzędkowickie

Skały Rzędkowickie - Okiennik

Etap pierwszy rozgrywany był na Zamku Olsztyn (z przyległościami oczywiście) więc już sam początek zapowiadał się niezwykle emocjonująco. 
 
 Baza zawodów pod zamkiem i najważniejsze - niebieskie budki:-)
 
Dla większości kategorii przewidziano start masowy, ale my załapaliśmy się na interwałowy - ja w 51 minucie, Tomek w 116. Ponieważ dojście na start było stosunkowo krótkie - marne 400 metrów, więc Tomek miał czas odprowadzić mnie, wrócić do bazy, ponudzić się i pójść ponownie na start.
 
W drodze na start.

Na liście startowej było nas raptem 7 sztuk w mojej kategorii, z czego jedna zapisała się tylko na ostatni etap, Brigitte w ogóle nie dotarła na zawody, a przesympatyczna Olena z Ukrainy okazała się najgroźniejszą rywalką.
Startowałam jako trzecia - przede mną Becia i Dorota.

Dla pewności można sprawdzić minutę startową.

 
I w drogę.
 
Pierwsze trzy punkty okazały się łatwe, szczególnie, że po startach masowych były już wydeptane inostrady i wystarczyło tylko wstrzelić się we właściwą. Punkt czwarty był za wielką dziurą, która trzeba było obejść albo z prawej, albo z lewej. W pierwszym odruchu oczywiście chciałam drzeć na azymut, ale jak zobaczyłam wysokość skarpy, to od razu mi przeszło. Planowałam więc obejść dziurę od wschodu, wstrzelić się w ścieżkę i wygodnie dojść nią prawie pod czwórkę. Tak się jednak jakoś złożyło, że ze ścieżką się nie spotkałam. Postanowiłam więc iść po poziomnicy, bo jak powszechnie wiadomo, one są świetnie widoczne na ziemi i doprowadzają gdzie trzeba. Mnie doprowadziły do piątki, co nie było żadnym zaskoczeniem, bo taki był mój chytry plan - najpierw piątka, potem czwórka. Między piątką, a czwórka były już wydeptane inostrady i to w takich ilościach, że w każdą stronę szłam inną.

Co się działo między trójką, a szóstką.

Z kolejnymi punktami nie było większych problemów, a z dziewiątki na dziesiątkę to nawet dawało się dolecieć ścieżką. Prawdziwa zabawa zaczynała się od jedenastki, czyli na wzgórzu zamkowym. Skał, skałek, skałeczek było ci tu pod dostatkiem, a na otwartej przestrzeni widać było zawodników biegających we wszystkich kierunkach. Pierwszym wyzwaniem było przedostanie się za ogrodzenie okalające zamek. Kto sobie wcześniej poszedł pozwiedzać, ten wiedział, gdzie jest wejście, ale nam się nie chciało. Na szczęście wypatrzyłam na mapie wejście i to na ścieżce, którą biegłam od dziesiątki. Ufff.... Teraz pozostało jeszcze wybrać właściwą skałkę i znaleźć lampion. Patrząc bacznie na mapę, na wydeptane podłoże i na innych zawodników znalazłam. Gdzieś tam w międzyczasie koło mnie znalazła się Dorota i na kolejne dwa punkty biegłyśmy razem. Ale wiecie - takie razem, ale osobno, no bo w końcu - umówmy się - konkurencja. Trzynastka była w jaskini, choć ja mam bardziej wspomnienie piwniczki, ale ja czasem widzę rzeczy, których nie ma, więc nie będę się upierać. Oczywiście nie doczytałam na mapie o tej jaskini i gdybym nie pobiegła za tłumem, to pewnie długo bym tej trzynastki nie znalazła, szczególnie wyglądając skałki. Tak mnie ta jaskinia wzruszyła, że jeszcze przez chwilę nie mogłam dojść do siebie, ale co gorsza - nie mogłam także dojść do czternastki! Jakoś mi się pokićkały ścieżki, murki i kierunki świata i odchyliło mnie tak ze 45 stopni z azymutu. Nawet jakieś tam lampiony znalazłam na skałkach, ale niestety kody nie te. Przez chwilę tak się trochę głupio kręciłam biegając to tu, to tam, zamiast stanąć, rozejrzeć się, umiejscowić, czy nawet wrócić do poprzedniego punktu. Słusznie mówią, że lepiej mądrze stać niż głupio biegać. Z opresji wyratował mnie dopiero Grzesiek, który pokazał mi mniej więcej kierunek, a tam już trafiłam za ludźmi.
 
Trudny przypadek czternastki.

Pitoliłam się z tą czternastką tak długo, że przy piętnastce dogoniła mnie Olena, która startowała 8 minut po mnie. Razem pobiegłyśmy na szesnastkę, a potem każda kombinowała jak najmniej boleśnie przedrzeć się na drugą stronę wzgórza. Ja oczywiście zaczęłam mozolną wędrówkę pod górę po prostej, Olena też, tylko rozsądniej - ścieżką, ale w pewnym momencie zawróciła i przebiegając koło mnie zawołała, że najlepiej dołem. Do biegania w dół zamiast w górę to mnie nie trzeba długo namawiać, więc od razu odwróciłam się i pobiegłam za nią. Nawet nie dociekałam, czy to ma sens, starałam się tylko nie zostać za bardzo w tyle. Biegłyśmy wzdłuż ogrodzenia, które wydawało się nie mieć końca. Niby pamiętałam, że ten koniec gdzieś tam jest, bo przecież wbiegłam jakoś do środka, ale Olena chyba zwątpiła w niego i przelazła przez ogrodzenie górą. Nie byłam pewna, czy takie ogrodzenie wolno nam przekraczać, poza tym było nowiutkie i nie miałam sumienia go nawet pobrudzić, a co dopiero zdeptać, więc biegłam dalej. Śmiesznie to wyglądało - ja po jednej stronie płotu, Olena po drugiej, a i tak biegłyśmy do tej samej drogi. 
 
Neverending płot:-) A gęsto rozsiane mróweczki, to zawodnicy.
 
Ponieważ siedemnastka była ostatnim punktem, więc każdy biegł do niej i już na drodze nie było potrzeby zawracania sobie głowy mapą. Jeszcze tylko szybki finisz i meta. A na mecie niespodzianka -  drugie miejsce, za Oleną. Byłam pewna, że Dorota mnie wyprzedziła, ale nie. Na metę wpadłam tak ledwo żywa, że sczytywałam się na klęczkach, bo nie miałam siły wstać. No, ale w końcu trzeba mieć szacunek do uprawianej dyscypliny.

piątek, 1 kwietnia 2022

Wawel Spring (?) Cup - Model Event

Przyjechaliśmy na Wawel SPRING Cup, a tu wali śniegiem, zimno i w ogóle to ja protestuję. Tak się nie robi! Albo SPRING, albo WINTER. Jeszcze kiedy wyjeżdżaliśmy we środę, było wiosennie i ciepło, więc wybraliśmy się w cienkich kurteczkach i letnich adidaskach. Na szczęście pakowałam się z rozmachem, więc nawrzucałam do auta całą masę ubrań, które co prawda nie za grube, ale użyte warstwowo dadzą radę.
Wczorajszy trening zaczynaliśmy jeszcze dość wiosennie, choć nienachalnie gorąco. Pogoda miała się pogarszać z każdą chwilą, więc pojechaliśmy jak najwcześniej się dało. Oboje wybraliśmy trasę długą, bo co sobie będziemy żałować. Na miejscu startu, przez okienko z samochodu dostaliśmy mapę i ruszyliśmy - ja pierwsza, za mną Tomek.

Przed startem.
 
I ruszam pierwsza.

Już do pierwszego punktu było pod górkę, ale na szczęście łagodnie. Trochę bałam się jak sobie poradzę w nowym, nieznanym terenie, ale jakoś trafiłam. Już oddalałam się od punktu, kiedy na jedynkę dotarł Tomek i sfotografował moje plecy.

PK 1.

Nie minęła dłuższa chwila, a Tomek mógł już fotografować moje przody, bo wyprzedził mnie i pognał w siną dal.

Między jedynką, a dwójką.

Do dwójki już trzeba było wspinać się po większych pochyłościach, co dla mnie zawsze jest problemem. Nawigacyjnie wyglądało spoko - na górkę, przeciąć drogę, minąć duże skały i znaleźć mały kamolek. Poszło dobrze.
Do trójki nie trafiłam.  Nie dość, że było pod górę, to ciągle coś trzeba było omijać, w ogóle nie mogłam wyczuć odległości, a ponieważ dodatkowo zniosło mnie w prawo, to minęłam moją skałkę nie zauważając jej i odbiłam się dopiero od grupy większych skał. Wtedy już wiedziałam, gdzie jestem i mogłam się namierzyć na swoją trójkę. Za to do czwórki trafiłam bezbłędnie. Piątka poszła jako tako, ale schodzenie i podchodzenie już mocno dało mi w kość. W międzyczasie wyprzedzał mnie kto chciał, ale ponieważ były to wyłącznie bardzo młode osoby, więc uznałam, że takie są prawa natury i nie ma sensu z nimi walczyć. Za to i na czwórce i na piątce ci, którzy mnie wyprzedzali, byli świetnymi znacznikami od której strony należy atakować punkt.
Przed szóstką zaczęłam się z lekka załamywać. Wydawało mi się, że punkt już powinien być, szczególnie gdy minęłam drogę, a tu nic. Nawet teren jakby przestał mi się zgadzać, co i nie dziwne, bo znowu ściągało w prawo. W końcu zaczęłam nerwowo rozglądać się za innymi zawodnikami i wreszcie wypatrzyłam jakąś dwójkę biegaczy. Oczywiście wcale nie miałam pewności, czy bieg w ich kierunku jest dobrym posunięciem, czy wręcz przeciwnie, ale zaryzykowałam. Przybliżyło mnie to do punktu, aczkolwiek nie naprowadziło całkowicie i lampion musiałam wyczesać sobie sama. Skubaniec był z lekka schowany w powalonych (ściętych) drzewach. Kumacie - skałka przykryta gałęziami.
Tak mnie ta szóstka zdenerwowała, że do kolejnych dwóch punktów poszłam po kresce i to bez względu na ukształtowanie terenu. Chociaż w zasadzie miało to nawet sens. Dziewiątki chwilkę szukałam, bo omijając grupę skał zeszłam na nisko i musiałam wspiąć się do "mojej" skałki i jeszcze poszłam ciut za daleko, mijając lampion. Zmęczenie mocno dawało już znać o sobie. Dziesiątka była tożsama z szóstką, więc na wszelki wypadek trochę się jej obawiałam i oczywiście najpierw zawędrowałam do sąsiedniej skały, ale przynajmniej wiedziałam gdzie jestem.
Zupełnie nie zauważyłam, że jedenastka, to to samo co jedynka, a wyjątkowo pamiętałam dołek z jedynki. Niestety byłam już tak zdegustowana, że przestawałam logicznie myśleć i w sumie to tak tylko lazłam i lazłam. Dodatkowo od jakiegoś czasu zaczął padać najpierw deszcz, potem deszcz ze śniegiem i ogólnie do bani. Kręciłam się jak głupia przy skale poniżej jedenastki, a wystarczyło popatrzeć na mapę i wyciągnąć wnioski. W końcu to zrobiłam. Po podbiciu punktu zaczęłam namierzać się na metę, tylko zastanowiło mnie dlaczego inni biegną gdzieś na południe zamiast na wschód. Okazało się, że w ogóle nie zauważyłam punktu dwunastego. Gdybym była sama w lesie, to na pewno pominęłabym go. Do dwunastki poczłapałam idealnie po kresce, a potem podobną metodą na metę zaliczając po drodze jar, który spokojnie mogłam sobie darować. Nawet ostatniej prostej do mety, już po płaskim, nie chciało mi się podbiec, tak miałam wszystkiego dość.

Wreszcie meta.

No i wyszło, że kompletnie nie umiem poruszać się po niepłaskim terenie, gdzie trzeba omijać, obchodzić, kalkulować czy lepiej spadać w dół i podchodzić, czy lepiej obiec bokiem. Powrót na azymut po obchodzeniu przeszkody też wcale mi nie wychodził, a przy dłuższych czy bardziej stromych podejściach musiałam co chwilę przystawać, żeby zebrać siły do dalszej drogi. Żeby chociaż pogoda była ładna, to przynajmniej podelektowałabym się pobytem w pięknych okolicznościach przyrody, a jak śnieg walił po oczach, to i z tego nici.
Cóż, trening nie był dobrym prognostykiem przed zawodami, ale zobaczymy jak pójdzie dalej. W sumie najważniejsze to w ogóle ukończyć etap i to zanim organizatorzy zaczną zbierać lampiony. 
I tego się trzymam:-)

Ślad może nie wygląda aż tak tragicznie, jak moje odczucia na trasie.