Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sudety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sudety. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 listopada 2025

Górskie Ekstremalne Zawody na Orientację - etap 1 - dla mnie z naciskiem na EKSTREMALNE

W tym roku odważyłam się pojechać na GEZnO. Chwilowo nie miałam nic zepsutego w kończynach dolnych, nie chorowałam ostatnio, a kondycja choć słaba, to nie beznadziejna. Uznałam, że jakoś to będzie. Mimo wszystko bałam się tak bardzo, że aż nasz samochód chciał mnie ochronić przed tym stresem i zepsuł się po przejechaniu jakiś 60-70 km. Musieliśmy zawrócić, wstawić go do warsztatu, przepakować się do drugiego autka i ruszyć od nowa. Drugie autko nie było tak empatyczne i dowiozło nas na miejsce bez żadnego zawahania.
W sobotę rano czułam w sobie taką moc, że mogłabym góry przenosić, ale zrezygnowałam, bo potem by się na mapach nie zgadzało i byłby problem. Za to z kwatery do bazy zawodów poszliśmy piechotą, tak na rozruszanie stawów.
 
Z mapami w rękach czekamy na start.

Po otworzeniu map trzeba było wybrać wariant, ale tak na szybko to wcale nie jest takie proste. Bo to trzeba uwzględnić i drogi między punktami, i przewyższenia, i ewentualne podmokłe tereny, i sposób odejścia od punktu i inne rzeczy, o których w pierwszej chwili nawet się nie myśli. I oczywiście każde z nas miało nieco inny pomysł. W końcu zdecydowaliśmy, że zaczynamy od PK 32, potem 31 i 33.
Szłam jak burza, nawet jeśli było pod górę, a było co chwilę. Na początku trochę przeszkadzały mi kije, bo musiałam od nowa nauczyć się ich używać, ale z czasem zaczęły być pomocne. Jedynym problemem był brak dodatkowych rąk do trzymania mapy i kompasu i w końcu kompas wylądował w kieszeni, a mapę niósł mi Tomek. Tym sposobem poczułam się zwolniona z obowiązku nawigowania, choć dla pewności co jakiś czas prosiłam o możliwość wglądu w mapę. Ufam Tomkowi, ale tak na 99,9%.
Po tych trzech punktach wciąż czułam moc, może z lekka przywiędłą, ale niezachwianą. Punkty 31 i 33 były dla mnie atrakcyjne, no bo skałki, a na Mazowszu przecież tego nie mam.
Z 33 porządną, utwardzoną drogą pomaszerowaliśmy na 67 do zakrętu strumyka. W sumie dość lajtowy przebieg, bo niemal po równym.

Przez strumyki przeprawialiśmy się tego dnia kilkukrotnie.

Ze strumyka przy 67 poszliśmy do strumyka z punktem 52 - hura, hura - w dół. Moja radość była zupełnie nieuzasadniona, bo jak jest w dół, to potem będzie jeszcze bardziej pod górę, no i było. Najpierw dość łagodnie drogą, a po zejściu z drogi już stromo do kolejnej skałki. To było pierwsze tak strome podejście, na szczęście dość krótkie. Ani razu nie musiałam siadać po drodze, ani nawet zatrzymywać się. Tyle, że dreptałam sobie powolutku, w tempie wyścigowego ślimaka.

Stromo i tłumnie.

Według pierwotnego planu teraz mieliśmy iść na PK 66, ale postawiliśmy na wygodę i ruszyliśmy do 62, bo prowadziła tam porządna droga i dodatkowo nie było mocno stromych podejść. Ale fakt - było daleko. W orienteeringu niestety z każdej drogi trzeba wcześniej czy później zejść i zacząć przedzierać się przez krzaki, tak jak poniżej:

 Chwilami tylko głowa wystawała.
 
Punkt 62 był najdalej położony od bazy zawodów i był też najbardziej malowniczy. Wiele osób zrobiło sobie tam dłuższy postój, żeby nie powiedzieć wręcz - piknik. Widok rozciągał się niesamowity i aż się chciało tam zostać.
 
Już jestem z lekka wykończona.
 
Wydostanie się z PK 62 graniczyło z cudem, przynajmniej jeśli wybrało się taki wariant zejścia jak my - stromo w dół, przez największe krzaki, leżące gałęzie i drzewa. Kiedy tylko udało nam się natrafić na pierwszą drogę, odpuściliśmy azymut i poszliśmy drogami - naokoło, ale na pewno szybciej i bezpieczniej.
 
Prawda, że lepiej drogą?
 
PK 59 i 58 też były przy skałkach, ale już nie tak malownicze jak 62. Zresztą nawet gdyby były, to z każdym kilometrem mój entuzjazm do podziwiania świata jakby z lekka przygasał i jedyne na co uważnie patrzyłam to podłoże - po pierwsze z powodu bezpieczeństwa, po drugie: głowa coraz bardziej opadała mi w dół ze zmęczenia.
 
PK 59

Z PK 60 mieliśmy problem. Drzewo na polanie niby nietrudno znaleźć, ale już właściwą polanę to i owszem. Z PK 58 ruszyliśmy na azymut, bo za bardzo nie było innej możliwości, ale kiedy natknęliśmy się na drogę, której za nic nie dało się przypasować do żadnej wrysowanej w mapę - trochę zgłupieliśmy. Poszliśmy nią do skrzyżowania i tam, po konsultacji z zespołem schodzącym z PK 59, ustaliliśmy gdzie jesteśmy. Musieliśmy wrócić na azymut i podejść jeszcze kawałek i dopiero tam była właściwa polana.
 
PK 60 zdobyty.
 
Do PK 66 to już myślałam, że nie dolezę. Niezbyt udane forsowanie strumyka z przyległościami było niczym w porównaniu z podejściem, które nie dość, że strome, to jeszcze było długie i jak dla mnie nie miało końca. Na tym podejściu już musiałam przysiadać, że nie wspomnę o zatrzymywaniu się. W końcu Tomek zostawił mnie w połowie zbocza, a sam poszedł zlokalizować punkt, żebym już nie nadkładała drogi przy poszukiwaniach. Przez chwilę to nawet myślałam, że spisał mnie na straty, bo długo nie wracał, ale w sumie musiał mnie ciągać ze sobą, bo regulamin zawodów jasno mówił, że na metę muszą wrócić obie osoby z zespołu.
 
Jakoś doczołgałam się do lampionu.
 
Do kolejnego punktu mieliśmy daleko, bardzo daleko, ale przynajmniej w dół i po płaskim i co najlepsze - drogami. Próbowaliśmy pobiec, żeby trochę podciągnąć się czasowo, ale niestety moje kolano zaprotestowało, więc wróciliśmy do marszu.
 
PK 37.
 
Kolejne dwa punkty były blisko, ale przy zejściu z 37 moje kolano całkowicie odmówiło współpracy i o ile wejść pod gorę jeszcze mogłam, to zejście stanowiło już duże wyzwanie. Wlekliśmy się więc niemiłosiernie, a ja dokonywałam różnych dziwnych akrobacji próbując stawiać nogę w jak najmniej bolesny sposób. PK 35 podbijałam już na siedząco i tylko silą woli.
 
Czy to już granica moich możliwości?
 
Został nam jeszcze ostatni punkt i dojście do bazy. Choć na azymut byłoby bliżej, to jednak postawiliśmy na luksus i wygodę, czyli wersję drogowo-ścieżkową. Perspektywa zakończenia trasy  od razu dodała mi sił i nawet kolano postanowiło ciut odpuścić. Jakaż to była radość przy wzięciu do ręki perforatora po raz ostatni tego dnia. Przy punkcie na zawodników czyhał fotograf i uwieczniał tę wiekopomną chwilę.
 
Od radości to chyba bardziej rzuca się w oczy zmęczenie, ale co tam.
 
Powrót do bazy to już sama przyjemność przerywana walką z roślinnym żywiołem, bo po drodze natknęliśmy się na poprzeczne pasy jakiś gęstych nasadzeń, które okazały się nie do przejścia. W końcu obchodząc je wydostaliśmy się na betonową platformę, od której prowadziła już porządna droga. Już mieliśmy odejść, kiedy usłyszeliśmy jakieś znajome głosy w krzakach, z których niedawno cudem się wyplątaliśmy. Zaczęliśmy krzyczeć do Ani i Basi jak mają obejść tę pułapkę i po chwili i one wydostały się na platformę. Ale zamiast zatrzymać się przy nas, pognały jakby je stado diabłów goniło. A to tylko czas je gonił, bo startowały niemal godzinę przed nami, więc i limit kończył im się tyle wcześniej. My na metę dotarliśmy spokojnym truchtem, jeszcze z zapasem czasu.

Na mecie odcinali nam karty (paski) startowe, a nie ręce:-)
 
Od słodyczy zjedzonych na trasie już mnie mdliło i marzyłam o ogromnym, tłustym schabowym, więc od razu poszliśmy na przysługujący zawodnikom obiad. A tam... otrzymaliśmy maleńkie miseczki z odrobiną ryżu i kilkoma kawałkami kurczaka. Pochłonęłam to w sekundę i potraktowałam jak przystawkę czy jakieś czekadełko. Nie było wyjścia - coś musieliśmy sobie dokupić, żeby mieć siłę dojść na kwaterę. I po co  w ogóle było robić ludziom smaka?
Na wieczór Organizatorzy zapraszali jeszcze na ognisko, ale woleliśmy raczej odpocząć i w łóżkach regenerować nadwątlone siły. W końcu następnego dnia czekał nas kolejny etap zmagań.
 
Nasza trasa.

czwartek, 22 sierpnia 2019

Jak zdobyć puchar w tempie 30 min/km.

Na Łapiguza zapisaliśmy się tak z głupia frant, bo wcale, ale to wcale nie planowaliśmy ganiania po górach na dystansie 50 km. Przecież wiadomo, że ja nie daję rady. Ale co? Mieliśmy w długi weekend siedzieć w domu jak jakieś niemoty, co sobie czasu nie potrafią zorganizować?? Zapadła więc szybka decyzja - jedziemy! W piątek wyruszyliśmy dość wcześnie, żeby po drodze zatrzymać się w Legnicy, gdzie jest aż 5 tras TRInO. Warto było i bardzo polecam.

Żywa reklama TRInO:-)

Spotkanie z Julkiem.

To też Legnica.

Łapiguz okazał się imprezą kameralną i w bazie nie było większego tłoku. Bez problemu załapaliśmy się nawet na materac gimnastyczny, więc była szansa na wygodny sen. Jeszcze wieczorem przygotowaliśmy całe wyposażenie, żeby rano zebrać się bez pośpiechu.

Gotowi na wszystko.

Start naszej trasy przewidziany był na dziewiątą rano, a o ósmej startowali rowerzyści. Z rozbawieniem obserwowaliśmy ich konsternację, kiedy zamiast mapy dostali nieduże zalaminowane prostokąciki z wycinkiem jakiegoś terenu i zastanawiali się czy na taką krótką trasę to w ogóle warto jechać.
Źródło konsternacji:-)

Mina nam zrzedła kiedy i my dostaliśmy nasze "mapy" - dokładnie takie same jak te rowerzystów. Okazało się, że to jedynie "dojściówka" do miejsca wydawania prawdziwych map i jednocześnie wstępna selekcja - kto wdrapie się na Górę Szybowcową, ten ruszy na dalszą trasę:-)

Przed startem. (Fot. ze strony Avalanche Sklep Górski)

Na sygnał startu ruszyliśmy biegiem, ale ponieważ od razu było pod górę, po kilku krokach wymiękłam. Coraz więcej osób nas wyprzedzało i już się zaczęłam bać, czy organizatorzy z mapami poczekają na nas.

Lezę pod górę.

Ufff... poczekali. i chyba nawet nie doszliśmy tak całkiem ostatni. Teraz trzeba było podjąć decyzję w jakiej kolejności bierzemy punkty. Nie było żadnej jednoznacznej opcji, bo punkty były chaotycznie porozrzucane po całej mapie. Wyszło nam, że trzeba będzie chodzić zakosami. W każdym razie na końcówkę zostawiliśmy sobie to, co było najbardziej płaskie, bo wiadomo, że wtedy już nie ma sił na wdrapywanie się na górki. Co prawda ani przez moment nie zakładałam, że tam w ogóle dojdziemy, ale uznałam, że jeszcze za wcześnie na mówienie o tym Tomkowi:-)
Zaczęliśmy od najbliższego PK 1 na niewielkiej górce. Ponieważ większość zrobiła to samo, przy punkcie był spory ruch. Po dwójce i trójce wykombinowaliśmy, że pójdziemy na czwórkę, a potem skoczymy za drogę po piętnastkę, żeby nie odbijać po nią na powrocie.
Do osiemnastki, którą wzięliśmy po piętnastce, szło nawet nieźle, bo chociaż było góra - dół, to jeszcze dawało się przeżyć - jakiś wielkich podejść nie było.
W drodze na dziewiętnastkę spotkaliśmy grupę rowerzystów. My zbiegaliśmy z górki, oni prowadzili rowery pod górę. Byli skłonni zamienić się z nami na trasy, ale akurat my mało rowerowi jesteśmy:-) Dziewiętnastka była położona na zakręcie strumienia i wreszcie mogłam zamoczyć czapeczkę, umyć twarz i ręce. Co za ulga!
Zaraz za dziewiętnastką - skalna ściana przy drodze.

Dwudziestkę wzięliśmy trochę głupio w tym sensie, że musieliśmy na nią wytracić wysokość, a potem się wspinać, ale z drugiej strony inny wariant wymuszał nadkładanie drogi. Nie wiadomo co lepsze.
Po dwudziestce nadeszło najgorsze. Wspinaczkę na Lastek zniosłam wyjątkowo źle. Po drodze zaczęłam składać sobie obietnice, że nigdy, nigdy, ale to nigdy w życiu nie wybiorę się już w góry, szczególnie na tak długi dystans i w ogóle, absolutnie nie ma dyskusji! W pewnym momencie spojrzałam na zegarek. Osiemnasta piętnaście????? A my mamy dopiero siedem punktów??? I Tomek taki spokojny??? Kiedy za jakiś czas spojrzałam ponownie, zegarek wskazywał trzydziestą czterdzieści. Zaraz! Nie ma takiej godziny! To nie godzina, to było moje tempo. Trzydzieści minut na kilometr - to cała trasa nam zajmie.... jakieś 25 godzin. A limit tylko do 23-ciej:-( No dobra, chwilami będzie w dół i po płaskim, to można pobiec, ale i tak nie da rady zrobić całości. Jak pokazał potem gps, moje najwolniejsze tempo sięgnęło pięćdziesięciu minut na kilometr. Co prawda na krótkim odcinku, ale wyobrażacie sobie jak to musiało wyglądać. Najwolniejsze zwierzęta świata to ukwiały. Żyją w morzach i poruszają się z prędkością 2 centymetrów na godzinę. Potem już jestem ja.
Dwudziestka dwójka litościwie była w dolinie, a te parę metrów, które trzeba było podejść, jakoś zniosłam z godnością. Przed dwudziestką trójką (wciąż w dolinie) podjęłam decyzję - nie idę na dwadzieścia cztery, bo znowu trzeba się wspinać, tylko od razu z dwadzieścia trzy na siedemnastkę. Tylko jak to powiedzieć Tomkowi???? No, nie odważyłam się. I poszłam dalej.

PK 24 zdobyty - trudny, ale jeden z ładniejszych.

Kolejne postanowienie dotyczące powrotu podjęłam między PK 17, a PK 16. Byłam wykończona i prawie bez wody do picia. Od szesnastki można było wrócić do bazy asfaltem - daleko, ale chociaż wygodnie. Jakoś bym dałam rade, bałam się tylko, że Tomek czułby się zobowiązany wrócić ze mną i zmarnowałaby mu się impreza. Znowu nie odważyłam się zaproponować odwrotu.

PK 17

Na sadzawce z PK 16 bardzo się zawiodłam. Marzyłam, że znowu  zmoczę czapeczkę, schłodzę twarz i ręce, a tu chała - zamiast sadzawki z krystaliczną wodą zastaliśmy zarośnięte rzęsą bajoro:-( Nie można było od razu tak wpisać w opisie punktów? Przynajmniej nie miałabym złudzeń.
Po szesnastce byliśmy już oboje prawie bez wody i nerwowo rozglądaliśmy się za jakimś sklepem. W końcu w oddali zobaczyliśmy jakiś budynek, a przed nim parkujące samochody. Może sklep? Okazało się, że to restauracja, tylko trochę długo trzeba czekać na obiad. Z braku czasu musieliśmy zadowolić się colą i wodą. Dobre i to.

Co by tu zamówić?

Cola trochę postawiła mnie na nogi, a bliskość punktu żywieniowego podnosiła na duchu. Wcześniej jednak musieliśmy się wspiąć na przełęcz między Kobyłą a Ogierem. W sumie to ta przełęcz powinna się nazywać Źrebak:-) Strasznie wysoko robią te przełęcze i znowu moje tempo spadło do 30 min/km.
Czternastka była punktem, który trzeba podbijać bardzo szybko. Dlaczego? Budowniczy trasy wymyślił, że powiesi lampion na ogrodzeniu mrowiska. Wiecie co to znaczy.... Podbiliśmy więc i w nogi. 
A po czternastce wreszcie nastąpiło to, o czym już od wielu kilometrów marzyliśmy - bufet. Na odprawie organizator mówił, że punkt żywieniowy będzie w połowie wariantu, jaki on uważa za optymalny. Nam wyszedł dużo za połową, bo jakieś 10 km przed metą. Baliśmy się, czy będzie jeszcze czynny jak dotrzemy i czy jakieś resztki dla nas jeszcze zostaną, bo różnie to bywa. Tymczasem pod wiatą czekała na nas prawdziwa uczta: arbuz, banany, pomarańcze, cztery rodzaje ciastek i wody ile kto chce. Ja przyssałam się do arbuza i dopiero po pięciu kawałkach poczułam się nawodniona i najedzona. Chciałabym takie bufety na każdej pięćdziesiątce.

Same pyszności!

Jedenastka leżała trochę na uboczu i może lepiej było brać ją przed dwunastką, ale trudno - przepadło. Znowu było pod górę i znowu umierałam na podejściu. Przy życiu trzymała mnie myśl, że to ostatnia góra i potem będzie już bardziej po równym.
Punkt dziesiąty wydawał się łatwy, ale Tomek źle policzył groble, bo na mapie były ledwo widoczne i oczywiście weszliśmy o jedną za wcześnie. Ja nie miałam na tym etapie sił już nawet patrzeć na mapę. Co myśmy się nałazili na tych stawach... Aż nas zastał tam czterdziesty czwarty kilometr, co oczywiście uczciliśmy selfikiem.

Klubowy 44 kilometr.

Podobno na całej trasie mieliśmy piękne widoki, ja niestety nie miałam czasu ich podziwiać, bo przez większość trasy walczyłam głównie o przetrwanie i nie w głowie mi było rozglądać się dookoła. Jedyne piękne jakie zauważyłam, to ogromna łąka żółtych wysokich kwiatów (czy raczej chwastów) przez które przedzieraliśmy się do PK 9. Dodatkowo zachodzące słońce fantastycznie podbijało żółtą barwę. Cud miód.
Po ósemce musieliśmy wyciągnąć czołówki, bo robiło się coraz ciemniej. I tak mieliśmy jasno godzinę dłużej niż się spodziewałam, bo przecież byliśmy sporo na zachód od naszego miejsca zamieszkania. Przy szóstce spotkaliśmy rowerzystę. Jak ja się wtedy cieszyłam, że jestem na trasie pieszej. Zresztą przy każdym takim spotkaniu cieszyłam się z wyboru trasy:-)

PK 6

Wyglądało na to, że weźmiemy wszystkie punkty i jeszcze zmieścimy się w limicie. Nooo, takiej wersji zdarzeń to ja w ogóle nie brałam pod uwagę. Ponieważ warunki na to pozwalały, sporo teraz biegliśmy i na piątce, naszym ostatnim punkcie, mieliśmy aż godzinę na dotarcie na metę. Nawet pełznąc można się wyrobić, a my przecież biegliśmy - wszędzie tam gdzie było płasko lub w dół.

Meta! Meteczka! Metunia!

Na mecie okazało się, że nie jesteśmy ostatni i jeszcze kilka osób jest na trasie. Tradycyjnie zapozowaliśmy do pamiątkowej fotki, a potem pognaliśmy pod wiatę, gdzie dawali jeść. Ja jak zawsze marzyłam o kotlecie z ziemniakami i jak zawsze dostałam makaron z sosem i mięsem. Ale w sumie co to za różnica - grunt, że można się w końcu napchać po kokardę.
Organizatorzy zaczęli szykować dekorację kobiet, bo wszystkie trzy dotarłyśmy już na metę. Kobiety jak to kobiety - brudne przecież na podium nie polecimy, więc najpierw wykąpałyśmy się i dopiero mogłyśmy nadstawiać pierś po medale. I wiecie co się okazało? Tylko ja z żeńskiej trójki zaliczyłam wszystkie punkty. Oczywiście, że nie jest to moja zasługa, tylko Tomka, bo bez niego zeszłabym z trasy najdalej na PK 23. Więc w sumie ten puchar, który dostałam, należy się jemu.

Trzecia koleżanka wyjechała wcześniej. Szkoda.

Po dekoracji padłam jak mucha, tylko musiałam spać bardzo ostrożnie, żeby nie łapały mnie skurcze. Co prawda przed snem nafaszerowałam się magnezem i natarłam wszelakimi maściami od bólu, zmęczenia i zła tego świata, ale to nigdy nie wiadomo.

Podsumowując: zrobiliśmy prawie 59 km, jakieś 2000 m przewyższeń, na trasie spędziliśmy ok. 13 i pół godziny. Ponadto upewniłam się, że góry i ja to nie jest dobre połączenie, ale przy tym satysfakcja, że dotarłam na metę o własnych siłach - bezcenna.
Łapiguz okazał się bardzo sympatyczną imprezą i polecam ją wszystkim na przyszły sezon!

Dla ilustracji dorzucam mapę: