sobota, 7 lutego 2015

FalIno - odsłona czwarta i ostatnia.

Więcej na FalIno nie idziemy. Nie żebyśmy się obrazili - kolejne terminy w żaden sposób nie chcą się wpasować w nasz kalendarz. Trochę szkoda.
Dzisiaj tradycyjnie - T. na bieg, a potem poprawiny marszowe; ja tylko na marsz.
Ciekawa byłam co J. wymyśli z tymi obiecanymi ogórkami, zwłaszcza, że dzisiaj postanowiłam iść sama bez względu na wzgląd. Nic mnie nie poganiało (no, może poza domowymi sprawami) i uznałam, że mogę się gubić do woli.
Mapa wyglądała trochę lepiej niż poprzednio i nawet zrozumiałam opis. Pierwsze rozczarowanie - nie ma punktu w tradycyjnym miejscu w lasku przed szkołą! Jedyne miejsce gdzie trafiałam z zamkniętymi oczami, gdzie punkt zawsze był i wprowadzał element stałości i stabilności.
No, trudno. Na szczęście najbliższy PK był łatwoznajdowalny (komputer mówi, że nie ma takiego słowa) i jeszcze na nieprzekształconym kawałku mapy. Kolejny fragment mapy z punktem był nie dość, że poobracany, to w moim egzemplarzu mapy częściowo się nie odbił. Tego, że jest obrócony to prawdę mówiąc nawet nie zauważyłam i zupełnie nie wiem dlaczego szybko i łatwo go znalazłam. Trzeci był niemiłosiernie porozciągany, ale że stał  koło budynku, to stwierdziłam, że oblecę budynek dookoła tyle razy ile będzie trzeba i w końcu gdzieś go przyuważę. Wystarczył jeden niepełny oblot.
Złapawszy trzy punkty od ręki poczułam się panią świata i po kolejny poszłam jak po swoje. A tu punktu niet! Wróciłam do drogi, namierzyłam od nowa i ... znowu nic. Nie, to nie:-( Postanowiłam zostawić go na deser i szybko zmieniłam koncepcję przejścia na "od drugiej strony". Od drugiej strony to punkt miał być przy budynku, budynek widziałam już z daleka, więc ze znalezieniem czego trzeba nie było problemu.
Dalej były tereny dość mi znajome, bo tak pi razy drzwi na wprost domu, gdzie dawno, dawno temu mieszkałam. Oczywiście, to wcale nie znaczy, że w jakikolwiek sposób ułatwiło mi to zadanie. Krążyłam, krążyłam w kółko i za nic nie mogłam namierzyć prostego z pozoru punktu. Co z tego, że nie czułam się zgubiona, skoro i tak nic z tego nie wynikało. Przy tysiąc pięćsetnym nawrocie wreszcie wlazłam na punkt i byłam gotowa dać sobie uciąć rękę, że tysiąc czterysta dziewięćdziesiąt dziewięć razy go tam nie było. Normalnie ktoś podrzucił w ostatniej chwili.
Kolejny punkt wydawał mi się (patrząc na mapę) banalny. Spędziłam na jego poszukiwaniu chyba z pół godziny i gdybym nie przyuważyła jakiegoś biegacza kucającego przy drzewku, to pewnie krążyłabym tam do tej pory. Nawet przez chwilę pomyślałam, że może jednak załatwia ważne potrzeby fizjologiczne i natknę się na "niespodziankę", a nie na punkt, ale nie. Lampion był sprytnie schowany, nie dość, że w dołku, to jeszcze za drzewem. Chyba opatrzność zesłała mi tego biegacza, bo już byłam gotowa porzucić tę głupią zabawę i wrócić do bazy.
Kolejny PK wiedziałam między którymi ścieżkami stoi, ale do przeczesania był spory kawałek lasu. Bo ja to czeszę wszystko równo, bez dokonania uprzednich przybliżeń. Jakoś jednak tak szczęśliwie wlazłam na punkt prawie z marszu. Morale nieco mi się odbudowało.
Następny punkcik to sama nie wiem jakim cudem znalazłam, bo znowu wiedziałam tylko w ogólnym przybliżeniu gdzie powinien być. W jego poszukiwaniu zniosło mnie aż na wydmę i w zasadzie to tak tylko szłam żeby nie stać, a nie żeby szukać. Ale skoro sam się na mnie rzucił, to go już zgarnęłam.
Potem nastąpił baaaardzo rozciągnięty fragment mapy. Jako, że wszystkie punkty atakowałam z głównej drogi (teraz sprawdziłam, że nazywa się Wiejska) - a to w celu żeby się nie zgubić, postanowiłam iść nią dalej, a potem się zobaczy. Metoda "się zobaczy" zdała egzamin, bo oto zobaczyłam coś, co musiało być osławioną strzelnicą z opowieści T. Poszłam więc wzdłuż niej, bo punkt miał być za strzelnicą, trochę w lewo. Niestety, mapa była już tak zniekształcona, że to trochę mogło mieć dowolną długość. Okazało się, że ma znacznie większą niż zakładałam. Już miałam się poddać i wtedy los zesłał mi kolejnego biegacza. Uznałam, że skoro miota się tam w oddali, to pewnie w jakimś celu i nie zawadzi sprawdzić. Co prawda miotał się nie przy punkcie, ale idąc tam, przyuważyłam wściekły pomarańcz lampionu między drzewami.
W drodze na kolejny punkt spotkałam Paprochy. Okazało się, że ja idę tam skąd oni przyszli, oni zaś tam, gdzie ja byłam przed chwilą. Wymieniliśmy się informacjami gdzie szukać pożądanych punktów, przy okazji wyszło na jaw, że wcale nie jestem tam gdzie jestem, tylko gdzie indziej. Uprzejmie się zdziwiłam, ale poszłam we wskazanym przez nich kierunku, sprawdzić czy mnie tam nie ma. Mieli rację! Byłam tam! Nie wiem tylko gdzie ja ich w takim razie wysłałam!?
Jak już odnalazłam się w nowym położeniu, przypomniało mi się, że jestem szczęśliwą posiadaczką kompasu i postanowiłam sprawdzić, czy jeszcze pamiętam co się z nim robi. Ludzie! Normalnie kompas wyprowadził mnie idealnie na punkt! Co prawda musiałam przedrzeć się przez jakiś wyschnięty młodnik, ale co tam. Kurtkę się upierze, włosy uczesze, a rany się zagoją.
W drodze po kolejną zdobycz spotkałam M. S. Usiłował sprowadzić mnie na manowce, ale twardo trwałam przy swoim. Mimo trudności z komunikacją, przekonałam go do mojej koncepcji i razem poszliśmy na punkt. Tam dołączył do nas jeszcze D. M. i spięliśmy się w tramwaj. Niestety, okazało się to dla mnie zgubne. W momencie kiedy poczułam, że odpowiedzialność za dalszy kierunek marszu rozkłada się na trzy osoby, moja uwaga i czujność spadły trzykrotnie. Na początku, bo po chwili to już do zera.
Tymczasem szliśmy na najdalej wysunięty na wschód przyczółek. Tak szliśmy, szliśmy, szliśmy, w pewnym momencie M. gdzieś zniknął, a ja jak ta sierota wciąż za D. Za, bo on strasznie szybko chodzi. Punktu nie było. Nie wydawało mi się żebyśmy mieli szukać aż tak daleko, jak D. poprowadził, wysiadłam więc z tramwaju i przycupnąwszy na miedzy (ładniej brzmi niż na ścieżce) wpatrywałam się w mapę. Jak wiadomo, z samego wpatrywania się, to jeszcze nikt nigdzie nie zaszedł, wymyśliłam więc ostatnią deskę ratunku. Z braku nożyczek, własnymi ręcamy delikatnie wydarłam ten zobracany fragment mapy i usiłowałam go jakoś dopasować. Nie było opcji. Raz nie pasował w żadnym położeniu, za chwilę pasował w co najmniej trzech kombinacjach. W akcie desperacji postanowiłam iść na wydmę z cichą nadzieją, że może przypadkiem znajdę punkt, a jak nie, to pójdę do następnego. Po drodze znowu spotkałam D., który z uporem godnym lepszej sprawy, szukał lampionu z niemal obłędem w oczach. Znowu połączyliśmy siły i przeszukaliśmy kawał lasu. Kilku napotkanych biegaczy też bezskutecznie poszukiwało tego samego punktu. W końcu poddaliśmy się. Ja to się nawet poddałam bardziej i postanowiłam przestać myśleć.  Szłam sobie luzacko za D. na kolejny punkt i na jeszcze kolejny. Mapę śledziłam o tyle, żeby ogólnie wiedzieć gdzie jestem.
W sumie to miałam już dość i chciałam wracać najprostszą drogą do bazy, ale D. namówił mnie jeszcze na wzięcie kolejnego punktu, co to go miało być widać z wydmy. On już ten punkt miał, więc rozeszliśmy się w swoje strony. Lampion faktycznie rzucał się w oczy z daleka. Zostały mi jeszcze dwa punkciki i nawet były po drodze (w tym jeden z nich, to ten "na deser"), ale moja motywacja spadła już do zera.
- Do domu! Do domu! Do domu! - jedna tylko myśl tłukła mi się po głowie.
Ustawiłam się więc twarzą w kierunku bazy i nawet nie rozglądając się na boki pomaszerowałam przed siebie.
Przyszłam na miejsce i co widzę? T. nie ma, D. "bije" autora trasy i rozstawiacza punktów, a w bazie to w ogóle już same niedobitki.
A potem w końcu wrócił T., odebrał zaległy medal za Bieg Wedla i wreszcie mogliśmy wrócić do domu.
A w ogóle, to dowiedziałam się, że na FalInO TP niekoniecznie znaczy - trasa dla początkujących, a raczej TP - trasa piesza. Dzisiaj TP było zdecydowanie TU.

wtorek, 3 lutego 2015

Wyznaczanie północy - nowa metoda!

Kiedyś pisałam już o metodach wyznaczania północy bez użycia kompasu. Właśnie poznałam nową metodę i myślę, że na pewno przyda się ona wszystkim orientalistom.

Otóż naukowcy z Czech, Niemiec i Zambii obserwowali psy różnych ras w czasie załatwiania potrzeb fizjologicznych. Po około 2 tys. obserwacji zauważyli, że zwierzęta zawsze (o ile coś im nie przeszkodzi, oczywiście) do sikania i robienia kupy ustawiają się w osi północ-południe.

Niestety, nie znalazłam nigdzie informacji, czy na północ zwrócony jest wlot, czy wylot psa.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Albert Einstein w biegu na orientację ...

... czyli T. wykłada fizykę:

Moja Druga Połowa twierdzi, że prądu elektrycznego nie ma. Nie ma – bo czy ktoś widział ten prąd? Właściwie ja także nie widziałem prądu…. choć niby jestem elektrykiem z wykształcenia. No cóż ciężko z taką „argumentacją” się nie zgodzić;-)

Niedawno w ramach „poszerzania horyzontów” próbowałem wytłumaczyć  z rozpędu szczególną teorię względności, dylatacje czasu i te sprawy. Szło co najmniej opornie – utknęliśmy gdzieś tam na rzucaniu piłką w jadącym pociągu, którą cofa pęd powietrza i upada bliżej niż ta rzucona  ze stojącego pociągu (o świeceniu latarką to już nie wspomnę). W każdym razie stwierdzenie „jak jadę pociągiem, to komórka  wskazuje tę samą godzinę, co jak stoję na peronie” zakończyło dyskusję.
Jak okazuje się orientacja ma różne niespodziewane zastosowania – ot, choćby potrafi przekonać niedowiarka do różnych skomplikowanych teorii, chociaż niekoniecznie co do istnienia prądu elektrycznego. Ale po kolei.
Zima na Pradze, bieg na orientację. Chipy systemu SI. Diody LED, pikanie - jak nic tajemniczy (i nieistniejący) prąd elektryczny. I to w dodatku na palcu („czy czasem nie pokopie???”).  Elektroniczny pomiar czasu. Zawodnik dostaje wydruk (ponoć to, co zanotował chip na palcu, a więc w układzie odniesienia poruszającego się zawodnika) – międzyczasy, czas sumaryczny jak na poniższym obrazku:
 

A teraz szybki rzut oka na wyniki, czyli to, co zanotowali sędziowie na swoim laptopie „w nieruchomym układzie odniesienia”:
 


I tak oto BnO posłużyło do udowodnienia szczególnej teorii względności i ostatecznego przekonania mojej Drugiej Połowy o istnieniu dylatacji czasu! Teraz zostaje pokazanie prądu elektrycznego – może kolejne BnO to załatwi?

Jest tylko  jeden problem, który ukrywam przed moją Ukochaną... Bo gdy czas w układzie poruszającym biegnie szybciej niż w układzie nieruchomym?
 
 

 

niedziela, 1 lutego 2015

ZiMnO w Lesie Bielańskim

Wczorajsze wyczyny w postaci biegu, marszu i trino nie tylko mi dały się we znaki.Pojękujących i łapiących się za różne części ciała, było więcej. Myśl o dwóch etapach nieco mnie przerażała, ale cóż było robić? - konkurencja nie śpi, trzeba startować!

Pierwszy etap nawet nas początkowo ucieszył, bo nominalnie miał być dość krótki - tylko 3,5 km, co według naszego przelicznika powinno dać nie więcej niż 5 km. Dodatkowo, szybko udało nam się dopasować wszystkie fragmenty mapy wzajemnie do siebie, a pierwsze dwa punkty zebraliśmy z marszu.
A potem było już tylko gorzej :-(
Ścieżka, którą szliśmy okazała się nie tą, którą myślałam, że idziemy, straciłam więc więź z mapą; T. prowadził mnie swoją metodą "gdzieś tam" (z niezobowiązującym machnięciem ręką w bliżej nieokreślonym kierunku); marsz metodą "na oko" nieuchronnie prowadził do zaniku optymalizacji trasy i w ogóle chciałam do domku, do ciepłego łóżka, czekolady i okładów z kotów.
Na szczęście, w pewnym momencie, udało mi się odbudować kontakt z rzeczywistością i PK 3, 4, 5 i 6 zdobywałam z pełną świadomością co?, gdzie?, kiedy? i dlaczego?
Do kolejnych punktów znowu ruszyliśmy na czuja.Tak sobie szliśmy, szliśmy i szliśmy i komentowaliśmy wiszące na drzewach lampiony:
- To pewnie dla TP.
- A to chyba jakaś lopka.
Im dalej szliśmy, tym bardziej nie było naszych punktów. Doszliśmy do asfaltu i dalej nic. To sobie uszliśmy nim kilkaset metrów w jedną stronę, potem dla odmiany kilkaset w drugą, a w trzecią to już nam się nie chciało.Zaczęło kiełkować w nas podejrzenie (no dobra, w T. tak kiełkowało), że może ta ścieżka  z komentowanymi lampionami to jednak należy do naszej trasy... I faktycznie - "lopka" była naszym punktem dziewiątym, "punkt dla TP" naszym jedenastym, dziesiątka też wisiała w pobliżu.
Został nam ostatni punkcik i teoretycznie wiedzieliśmy gdzie go szukać. Ale wiadomo jak się ma teoria do praktyki. Teoretycznie miał być tuż przy mecie, w praktyce okazał się tak daleko, że T. za nic nie chciał uwierzyć w moje zapewnienia, że "jeszcze dalej tym asfaltem, tam za zakrętem". Na szczęście dał się przekonać, mało tego sam pognał sprawdzić. Ja w tym czasie przeprowadzałam sondę uliczną na temat: "jak nazywa się potocznie fort leżący na terenie mapy?". Jakaś ściema z tą potoczną nazwą, bo na kilkanaście odpytanych tubylców, nikt nie wiedział.
Na metę musieliśmy już biec, bo chude minuty dyszały nam w kark. Za ten PK 2 mieliśmy ochotę zamordować budowniczego, ale... niech tam sobie jeszcze pożyje...

Drugi etap zaserwowano nam w postaci puzzli. Widząc, że konkurencja po odebraniu mapy nie wychodzi, a wręcz siada przy stoliku, postanowiliśmy nie być gorsi. Mało tego! Postanowiliśmy być lepsi! Nie dość, że sobie wygodnie usiedliśmy, to jeszcze rozłożyliśmy sprzęt i zajęliśmy się wycinankami kurpiowskimi. To znaczy bielańskimi. Nauczeni już wielokrotnym doświadczeniem, nie wyszliśmy, dopóki nie mieliśmy całej mapy złożonej co do ostatniego puzzelka. Przejście trasy było już w zasadzie formalnością.
Zauważyliśmy, że modna staje się "mińska szkoła" (vide: "Zdrowa na ciele i umyśle...") stawiania PK - to znaczy wstawianie w trasę (dla urozmaicenia????) długich, pustych przebiegów. Dodatkowo budowniczy porozstawiał w lesie mylne (a może stowarzyszone) drogowskazy. Ten na przykład wskazywał na PK 11:




Na takie zmyłki jesteśmy jednak odporni i bezproblemowo zebraliśmy co było do zebrania, a na metę dotarliśmy sporo przed limitem czasu.
Tym razem planowane 7,5 km obu etapów udało nam się przejść w 11 km.


sobota, 31 stycznia 2015

Zima na Pradze - MnO i TrInO

Bieg nadwątlił moje siły, na szczęście sponsor imprezy przewidział potrzebę uzupełnienia straconych kalorii i częstował pyszną, ciepłą, gęstą czekoladą do picia. Po dwóch porcjach byłam gotowa do marszu.
Wszędzie gdzie stawką w zawodach są jedynie „złote kalesony” zapisujemy się na TZ (żeby ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć), tak też było i tym razem. Udało nam się też przekonać do tych ćwiczeń Leśnego Dziada, co to dziś bez Leśnej Baby występował i po swojej trasie TP chciał chyłkiem, boczkiem umknąć.
To TZ to takie bardziej TU – krótko (tylko 3 km) i na temat czyli bez obrotów, luster, wycinków itp. Jedyna atrakcja to wybraki w mapie, czyli białe plamy. I oczywiście większość PK na tym białym.  No, ale my po biegu, Leśny po TP – do spółki znaliśmy już teren jak własną kieszeń.  Postanowiłam iść na luzie, bo w końcu po biegu należał mi się jakiś relaks. Było mi więc zupełnie obojętne czy bierzemy punkt właściwy, czy stowarzysza, ale T. nigdy nie odpuszcza – zanim cokolwiek wpisał w kartę, musiał dokładnie i precyzyjnie zbadać teren.
Szło się nam dobrze i szło nam dobrze. Punkty wpadały bezproblemowo aż do dziewiątki.  Tradycyjnie T. „obwąchał” teren i wrócił po typowany przez Dziada i mnie lampion. Przy dziesiątce postawiłam na swoim i wpisaliśmy „mój” punkt.  W tej sytuacji sprawa dziewiątki stanęła przed nami w nowym świetle.  Po krótkich dywagacjach decyzja – przebijamy. T. i Leśny polecieli dokonać zmiany, ja zostałam udając, że pilnie studiuję mapę aby doprowadzić nas do kolejnego PK.   Jako, że całość coś się nam przedłużyła w czasie, w stronę mety puściliśmy się już biegiem. I był to znacząco szybszy bieg niż ten mój poprzedni startowy. J
Na mecie czekała na nas cała ekipa chętna na wspólne zrobienie TrInO. Po kolejnym kubku czekolady, grochówce (albo i czym innym – na zupach się nie znam) i herbacie mogliśmy ruszyć. Chcieliśmy mieć TrInO z komentarzami odautorskimi, ale M. dał się przekonać tylko do pójścia z nami na jeden punkt. Dobre i to!
Jak na moja potrzebę ruchu w dniu dzisiejszym, to to TrInO było jakby ciut długie, zwłaszcza, że robione w całości  per pedes.  Staraliśmy się przejść je w miarę optymalnie, ale wiadomo – zawsze gdzieś tam trzeba nadłożyć drogi.  Na szczęście w miłym towarzystwie czas leciał szybko i jedynie moje plecy i łydki  uprzejmie informowały, że dawno przekroczyłam limit kilometrów przewidziany nie tylko na dziś, ale na cały tydzień. Tak mówiąc szczerze do samochodu (który mieliśmy zaparkowany najdalej ze wszystkich) doszłam już na rzęsach, bo reszta człowieka odmówiła współpracy.
Po podliczeniu biegu, marszu i TrInO wyszło mi, że zrobiłam około piętnastu kilometrów. Żeby się nie okazało, że dzisiejsza rozgrzewka jest dłuższa od jutrzejszego startu.J

Zima na Pradze - BnO

„Zima na Pradze” miała być drobną, niezobowiązującą imprezką, w zasadzie lekką rozgrzewką przed jutrzejszym ZiMnO.
Jako, że moje zasady dotyczące udziału w biegach poległy na imprezie „powiatowej”, dałam się namówić na najkrótszą trasę BnO, dla raźności w towarzystwie siostry A. M. Bałam się tych wszystkich chipów, pipaczy na punktach i ogólnego obciachu, ale obciach dzielony na dwoje jest łatwiejszy do zniesienia. J
T. chyba nie chciał mieć z tym wszystkim nic wspólnego, bo przepisał się z kategorii A do B i pobiegł razem z siostrą Z. M. Oni pobiegli, a ja zostałam na starcie w oczekiwaniu na swoją współbiegaczkę. W końcu dotarła.  Szybkie formalności i ruszyły! W stronę pierwszego punktu pobiegłyśmy, żeby to jakoś wyglądało. Inna sprawa, że mój normalny chód jest szybszy od zaprezentowanego biegu, ale co tam. Pierwsze pipanie. Ze strachem wsadziłam palucha do otworu, bo to nigdy nie wiadomo – urwie?, nie urwie? Nie urwało!
Do drugiego PK po śladach małych Paproszków, ale że się zagadałyśmy, to nas trochę zniosło z trasy. Szybka korekta i punkt jest nasz.  Rzut oka na mapę, gdzie ten trzeci.
- A tam jakiś cmentarz jest, że tyle krzyży? W parku? – wyraziłam swoje wątpliwości patrząc w mapę.
- Może jakieś miejsce pamięci? – zasugerowała A.
Cmentarzem okazał się plac zabaw, a krzyże to tylko huśtawki. Muszę popracować nad symbolami na mapie!
Z odnajdywaniem punktów w zasadzie nie miałyśmy problemów, bo po treningach w marszach, punkty biegowe to pestka, bułka z masłem i mały pikuś. Gorzej było z tempem „biegu”. Z każdego następnego punktu jakby wolniej.  Mijali nas kolejni zawodnicy, najwyraźniej bardziej zaangażowani, albo ze zdrowszymi kręgosłupami.  Gdzieś w połowie trasy telefon od Z. i T. – oni swój bieg już ukończyli i idą na kawę.  Takim to dobrze! No, ale w  końcu i my dobrnęłyśmy do mety i żeby wyglądać profesjonalnie wpadłyśmy na nią wielkim pędem, roztrącając zgromadzonych wzdłuż trasy i wiwatujących na naszą cześć kibiców. (To znaczy Z. i T., którzy zdążyli już wrócić po kawie). Ostatnie odpipanie na mecie, zwrot chipa i można obejrzeć wyniki. Zacny czas – 28.53! Obiecuję, że następnym razem będzie co najmniej o sekundę lepiej!
I czy wszyscy zauważyli co napisałam?  Następnym razem!

czwartek, 29 stycznia 2015

26 OrtInO

Ledwo nogi po powiatowym szaleństwie przestały nas nap.... o, przepraszam - boleć (chociaż to wielki eufemizm), a tu już kolejna impreza. Znajomi, którym mówiliśmy, że we środę wybieramy się do Włoch, patrzyli na nas z zazdrością, to już im nie mówiliśmy, że do tych w Warszawie. Niech ich skręca!
Z pełną świadomością i premedytacją zapisaliśmy się na trasę zaawansowaną. A co sobie będziemy żałować?! Zresztą w końcu trzeba pokazać tym tezetom kto tu wkrótce będzie rządził!:-)
W drodze na start usiłowaliśmy jeszcze zrobić parę punktów z ursusowskiego TRInO, ale chała - w ciemnościach trudno było cokolwiek znaleźć, odczytać i w ogóle... Trzeba będzie wrócić za dnia.
We Włochach standardowy zestaw znajomych, typowa oprawa imprezy, z tym, że klimatyzacja aż za dobrze działała i atmosfera raczej chłodna zapanowała. Organizatorzy usiłowali przełamać lody i nawet wręczyli nam nowiutkie legitymacje PTTK (jaką my już mamy wprawę we wstępowaniu do tej organizacji, tyle razy to robiliśmy...) i nawet kasy nie chcieli. Pewnie potem odsetek zażądają:-(

Pobrana mapa na jakąś szczególnie trudną nie wyglądała. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Szybko dopasowaliśmy chmurę i bąble, tylko jęzory lawy średnio się nam układały. Postanowiliśmy zrobić pierwszy jęzor, a potem to się zobaczy.
Jeszcze przed pierwszym punktem dogonił nas K. M. Chyba obrał taką strategię jak ja na FalIno, zgrabnie podłączył swój wagonik i ruuuszyli.
Punkty A, B i C to w zasadzie banał. Przy C nas zastopowało i z racji braku pomysłów, za namową K. wróciliśmy pod mijany wcześniej kościół. Po drodze ustaliliśmy, że J stoi abstrakcyjnie i podchodzi pod bepeka, K za to wisiał przykładnie gdzie trzeba. Zaliczyliśmy H i ruszyli po G. Podświadomość od jakiegoś czasu podpowiadała nam, że obrana przez nas trasa chyba nie jest zbyt optymalna, ale uznaliśmy, że przynajmniej łatwa i pewna. Ponieważ G doprowadziło nas do chmury, to zaliczyliśmy co tam było (czyli N, P, R) i wyszło nam, że znowu musimy wrócić pod kościół, żeby obliczyć zadanie 2. Mus, to mus. T. liczył parokroki, a ja i K. usiłowaliśmy wymyślić jakiś patent na środkowy jęzor. W końcu wypatrzyłam! Oczywiście panowie natychmiast oprotestowali mój pomysł, więc wycofałam się rakiem i czekałam na ich propozycję. I co? I mieli dokładnie taką samą jak moja!. Z tym, że ich była lepsza, bo .... ich:-)
E poszło łatwo, F zaliczyliśmy skrajnie nieoptymalnie, do D już lekkim truchtem, a po D lekka konsternacja, bo nie wiadomo gdzie jest meta:-(
- Biegiem pod kościół - zaproponował K.
Trzeci powrót pod kościół to już jawna kpina z naszych orientalistycznych zdolności, więc  T. usiłował doprowadzić nas na metę jakąkolwiek inną metodą. Jakby to powiedzieć, w efekcie nie dość, że nadłożyliśmy drogi, to i tak wylądowaliśmy pod kościołem:-) No, ale przynajmniej stamtąd już było wiadomo, w którą stronę.
Mety dopadliśmy już w lekkich minutach. K. wziął nas na ostatniej prostej i wywalczył lepszy czas. Niestety, nasze łydki po krótkim zrywie do biegu odmówiły współpracy i wyraziły zgodę jedynie na lekko przyspieszony marsz.
Ponieważ zgarnęliśmy wszystkie punkty i wróciliśmy przed zamknięciem mety odtrąbiliśmy sukces i czuliśmy się prawie jak zwycięzcy. Niecałe cztery kilometry udało nam się przejść w ponad siedem i pół kilometra.
No, ale w końcu klient płaci, klient wykorzystuje do maksimum świadczenia:-)

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Czerwony Kapturek

Wersja tradycyjna:
- Babciu, dlaczego masz takie duże zęby???


Wersja orientalistyczna:
- Babciu, dlaczego masz takie duże łydki???

niedziela, 25 stycznia 2015

Zdrowa na ciele i umyśle ...

Od kłamliwego oświadczenia, że niby jestem zdrowa na ciele i umyśle zaczęłam kolejną sobotnią imprezę - "Orientuj się w powiecie". No bo przecież jakbym faktycznie była zdrowa na umyśle, to by mnie tam nie było - logiczne!
Prawdę mówiąc, do teraz nie rozumiem jak dałam się namówić na przedsięwzięcie, gdzie od razu było wiadomo, że trasa ma minimum 15 kilometrów, a chwilę wcześniej robię trasę na FalIno. Ale słowo się rzekło, kobyłka u płota.
Po FalIno i krótkim przystanku w punkcie masowego żywienia hamburgerami, zawitaliśmy do bazy w Mińsku. Akurat żeby wysłuchać ostatniego zdania odprawy. Przejęty organizator (pierwsza edycja nowiutkiej imprezy) jeszcze na szczęście kilka razy powtórzył, co było do przekazania uczestnikom. Opowiadał o malowniczych kępkach zmrożonej trawy i skrzypiącym, zamarzniętym podłożu podczas rekonesansu, ale ze względu na zmianę pogody od tamtego czasu, zalecał ostrożność w terenie cokolwiek podmokłym.
Dostaliśmy pięknie zafoliowaną , dużą, dwustronną mapę, pobraliśmy przynależne znaczki i batoniki, ustaliliśmy co bierzemy, co zostawiamy w bazie i ... daliśmy się wywieźć w nieznane.
Na dany znak - ruuszyyyliiii!
To znaczy większość grupy ruszyła szybkim biegiem, tylko my i dwóch innych uczestników spokojnym marszem.
- No przecież 15 km nie przelecą takim tempem - podzieliłam się wątpliwościami z T.
Pierwszy punkt widzieliśmy z okien samochodu, w drodze na start, więc bez patrzenia w mapę (a jedynie w oddalające się zadnie części biegaczy) ruszyliśmy. Punkcik łatwiutki, wiadomo na zachętę na początek.
Do kolejnego punktu namierzyliśmy najkrótszą drogę, ale jak się okazało, bynajmniej nie najłatwiejszą. Dopiero teraz dotarła do nas prawda głoszona przed startem - teren podmokły! Nie uśmiechało nam się skąpać na początku trasy i prawie się udało. T. zanurzył w wodzie tylko jedną nogę.
Impreza została skomponowana w konwencji scorelaufu i kolejny punkt, jaki zdobyliśmy, był z tych nadprogramowych, dających bonus. Jako, że to szukanie lampionów jest naszą pasją, a nie samo chodzenie (czy broń Boże bieganie), nie żałowaliśmy sobie tych nadprogramowych i zgarnialiśmy wszystko jak leci jeśli było mniej więcej po drodze.
W zasadzie szło nam jak z płatka, zwłaszcza, że wciąż było jasno, punkty opisane (np. mostek, brzeg jeziora, rów) i rozstawione zgodnie z mapą. Szliśmy na rekord Korzeniowskiego, żeby jak najwięcej znaleźć za dnia. Ciemność w końcu jednak nadeszła. Zaczęliśmy też odczuwać zmęczenie i nasza czujność osłabła. Przy PK 21 pomyliliśmy ścieżki i za nic nie mogliśmy znaleźć punktu. Rozsypaliśmy się w tyralierę, grzebienie w garść i zaczęliśmy czesanie lasu. Oczywiście bezskuteczne. W końcu T. zataczając coraz szersze kręgi znalazł właściwą ścieżkę, więc i punkt w dołku szybko wpadł nam w ręce. Las zemścił się za wydarcie mu tajemnicy punktu i na odchodnym od dołka złapał mnie za nogę. Grzmotnęłam jak długa.
- Ciemność! Widzę ciemność! - pomyślałam klasykiem.
- Może wzrok straciłam od upadku???? - przeraziłam się.
Ale nie, to tylko czołówka zsunęła mi się na oczy i zasłoniła wszystko. Upadek w sumie nie był bolesny - rozmokły teren ma też dobre strony - podłoże jest miękkie.
Pomału kierowaliśmy się w stronę ogniska i stop czasu.. W zasadzie marzyłam raczej o mecie, bo ból bąbli na palcach stawał się coraz bardziej natrętny. Postój ogniskowy zaplanowaliśmy jak najkrótszy, w obawie, że zasiedzenie się uniemożliwi wyjście na dalszą trasę. Kiełbasy odmówiliśmy, ale ciastka z zamarzniętą czekoladą były pyszne. "Ogniskowa" zaproponowała też piwo, tylko zupełnie nie rozumiem dlaczego koniecznie chciała je podgrzać, skoro pot spływał mi po plecach, a kurtkę najchętniej całkiem porzuciłabym w lesie.
Od ogniska trasa była, delikatnie mówiąc, trochę dziwna - kilkukilometrowe przejście i ani jednego punktu do zebrania. Nuda - totalna, obezwładniająca nuda. Doprowadzenie do PK 10 pozostawiłam całkowicie w gestii T., co jakiś czas tylko licząc kroki na żądanie. No ludzie, jakbym chciała wyjść na spacer, to las mam pod domem - po co jechać tak daleko? Punkty! Gdzie są punkty???!!!
Od PK 10 też nie było specjalnie lepiej - długaśnie przejścia nie wnoszące nic nowego do sprawy.
PK 4 nas zbulwersował. Mnie podwójnie: raz, że T. uparł się dojść do niego dłuższą trasą (do tego wciskając mi kit, że wcale nie jest dłużej, a wręcz); dwa, że punkt nie stał tam, gdzie powinien. Bo jak mam w opisie "droga z granicą lasu", a w terenie las po prawej, las po lewej, las z przodu i las z tyłu, to gdzie ta granica lasu, ja się zapytowywuję!
Od czwórki dłużące się kilometry po asfalcie. Co myśleliśmy o budowniczym trasy, to już wolę zmilczeć. Jak przystało na damę, staram się wyrażać parlamentarnie. Ten nieszczęsny asfalt zaliczyłam już wyłącznie siłą woli. Przechodząc obok zaparkowanych w obejściach aut, zastanawiałam się, czy nie zapukać i nie poprosić o podwiezienie. Siłą woli powstrzymywałam się przed łapaniem okazji. Jednym słowem - przedstawiałam sobą obraz nędzy i rozpaczy.
Ostatni punkt - to już "O jeden most za daleko". Zwłaszcza, że punkt znajdował się pod mostem i nie miał kto tam wleźć - ja z racji klaustrofobii odmówiłam współpracy, T. z niezginającą się nogą (awaria z FalInO) miał pewne trudności z wczołganiem się tam.
Na metę doszłam już na ostatnich nogach. Powitały nas gromkie brawa. Nie dziwię się organizatorom, że cieszyli się z każdej powracającej osoby, bo trasa była raczej na wytracenie zawodników. Od razu (pewnie widząc, że zaraz padniemy na pysk) przystąpiono do medalacji i wręczono nam:


Potem podratowaliśmy kiełbaskami nasze nadwątlone siły, oprotestowaliśmy PK 4, dowiedzieliśmy się, że zebraliśmy za dużo PK bonusowych (dla nas nigdy nie jest za dużo!) i w końcu odważyliśmy się sprawdzić jak gps widzi naszą trasę. Przeszliśmy 26,5 km!
https://docs.google.com/file/d/0B8gJA_-6U27oY1RsNmVJRUxWY3M/edit?usp=drivesdk
Jak do tego dodać FalInO to okazuje się, że jestem kobietą po przejściach!
A dzisiaj puchnę! Psychicznie - z dumy, że doszłam o własnych siłach; fizycznie - puchną przetrenowane mięśnie nóg.
Podobno mają się odbyć kolejne edycje tej imprezy - nie wiem, czy nie potraktować tych oświadczeń organizatora jako groźby karalnej! :-)

Z ostatniej chwili:
Właśnie dowiedziałam się, że (chyba przez nieuwagę) wzięłam udział w biegu na orientację, a nie marszu i w ten sposób złamałam swoją ostatnią zasadę moralną.

Do 3 razy sztuka ...

... czyli T. o FalInO


Kolejne podejście do tematu Falenickiego BnO.  Z jednej strony chęć poprawienia się (ostatnio mocno się zdezorientowałem i ponad 20 minut błąkałem się bezradnie), ale z drugiej strony dzień ekstremalny, bo po Falenicy jedziemy do Mińska Mazowieckiego na kolejny „Extremalny bieg na orientację” ale na dystansie nominalnym 15km, więc trzeba się oszczędzać. Tym bardziej, iż w tygodniu coś tam postanowiłem treningowo pobiegać i się dorobiłem -  rzężenie z oskrzeli i mokry kaszel (jak widać treningi szkodzą – obiecuję więcej tego nie robić!;-).
Właściwie to fajnie się rywalizuje po znanym terenie - trzeci bieg na tą samą mapę, więc zawsze łatwiej. Wolny truchcik (by się zbyt nie zmęczyć), ale już na drugim PK zawiodła wbudowana orientacja – zamiast użyć kompasu pobiegłem „gdzieś tam”,  szukając dołka z lampionem i oczywiście dołek ów „zajumali”. Na szczęście nie tylko mnie ten dołek „zajumali” -  konkurencja podobnie bezradnie błąkała się po okolicy, a nawet szybciej bo biegiem, a ja przeszedłem do marszu zerkając przez lupę w mapę by dokładniej ustalić gdzie się pomyliłem;-) Zdecydowanie postanowiłem sobie używać jednak kompasu! – od razu szło lepiej! Pełen obaw dotarłem do „anomalii magnetycznej”. Gdzieś tam na granicy widoczności majaczyła jakaś konkurencyjna grupa biegaczy. Nauczony doświadczeniem trzy razy sprawdziłem czy wybrałem dobry kierunek – bo owej konkurencyjnej grupie wyraźnie spodobał się zupełnie inny kierunek! Przy dziewiątce jednak się odnaleźli (widać znacznie lepiej biegają i lubią robić więcej kilometrów), co chwila spotykaliśmy się przy perforatorach, następnie oni nikli w sinej dali, by spotkać się przy kolejnym lampionie. Na dobre znikli przy przedostatnim punkcie – gdy widać metę, to ciężko się już pogubić;-).  Jak patrzę na ślad GPS (https://docs.google.com/file/d/0B8gJA_-6U27oel9IRE1NV3ZpMW8/edit?usp=drivesdk),  to chyba dość dobrą taktykę obrałem w miarę po liniach prostych od punktu do punktu, las jest dość dobrze przebieżny, a przy moich marnych biegowych zdolnościach tempo biegu na azymut lub po drodze nie różni się znacznie, zaś każdy zyskany metr odległości to mniejsza zadyszka!
Efekt końcowy czas ciut poniżej godziny (czyli akurat na moim poziomie, choć marzę by kiedyś zejść do 50 minut) rekordowe 15 miejsce (no, tak mało zawodników startowało) oraz… zdezelowane kolano. Zdezelowano kolano dało się we znaki gdy w oczekiwaniu na Drugą Połowę poszedłem na kilka punktów trasy TP. Dziś trasa TP była wymagająca! Kolorowa szwajcarka jak się patrzy, tyle, że autor zamiast napisać o wycinkach „ znajdują się w planie mapy” napisał „znajdują się w skali mapy”. Niby jeden wyraz, ale znajomych, którzy wyszli na TP chwilę po moim wybiegnięciu na Open-M wracając z biegu zastałem na ławeczce przed szkołą próbujących „dopasować” wycinki do mapy pomocniczej. Zresztą na TP nie poszedłem od razu (chwilę odpocząłem po biegu), a oni ciągle na tej ławeczce walczyli z wycinkami!
W czasie zabawy  na TP okazało się, ze kolano stanowczo protestuje przy zginaniu…. Ale ze sztywną nogą można chodzić, trochę nakłamię w oświadczeniu przez imprezą w Mińsku (bo tam trzeba podpisywać deklarację,  iż jest się zdrowym lub zaświadczenie lekarskie okazywać) ale sobie nie odpuszczę!