Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marsz na orientację. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marsz na orientację. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 listopada 2025

Nocne Manewry SKPB, czyli jak nabrać awersji do rowów i cieków wodnych.

Wymyśliliśmy sobie, że tegoroczne Nocne Manewry będą gdzieś blisko - najlepiej w Lasach Celestynowskich i kiedy okazało się, że jednak nie, to byliśmy zbulwersowani. Nawet podwójnie zbulwersowani, bo okazało się, że zawody odbędą się tak daleko, że... w ciul daleko - aż w Pionkach. Od nas ponad dwie godziny jazdy. Dodatkowo naszą trasę robił "ulubiony" autor tras (w kooperacji z innym), więc zapowiadało się ciężko, żeby nie powiedzieć beznadziejnie. Bo jak Adam przygotuje mapę, to może kilka osób na świecie jest w stanie gdziekolwiek trafić i zmieścić się w limicie czasu. My do tej garstki geniuszów niestety nie należymy. A trzeba powiedzieć, że zaszaleliśmy i zapisaliśmy się na Himalajską, ale na szczęście krótką, w odróżnieniu od normalnej. Mimo tych "drobnych" niedogodności i tak cieszyliśmy się na myśl o nocy spędzonej w lesie. Ja tak jakby mniej niż Tomek, ale starałam się nie pokazać tego po sobie, choć nie wiem z jakim skutkiem.
 
W bazie zawodów.
 
Tym razem nigdzie nas nie wywozili autobusem (tzn. naszej trasy), co było pocieszające, bo znaczyło, że będziemy się kręcili gdzieś w okolicach bazy i jak by co, to będzie można wrócić. Na start pomaszerowaliśmy więc pieszo, jakieś 2 kilometry. Ot, taka rozgrzewka na początek. Ale prawdziwą rozgrzewką było dla mnie obejrzenie mapy i przeczytanie opisu. Aż pot pociekł mi po plecach. Nie dość, że tradycyjnie mapa była czarno-biała, stara (tak gdzieś z epoki trzeciorzędu), drobnym druczkiem, to jeszcze budowniczowie porombali ją na romby, a w tych rombach to narobili jeszcze kupę bałaganu: a to wycięli część dróg, a to dołki poobracali do góry nogami, to zlustrowali i najgorsze - poobracali o pi/2 i pi radiana. Rozumiecie? Radiana! No, nie mogli poobracać o stopnie? Nawet Celsjusza, jak innych nie było pod ręką. Już chyba szybciej bym ogarnęła niż te radiany. W ogóle, widział ktoś kiedyś radiana? Bo ja nie. Nawet tytuł nadali adekwatny- Zdezorientowana Supernowa.No, może nie do końca adekwatny, bo powinno być Superzdezorientowana Superstara. 
 

Opis naszej mapy.

Tak więc z opisu mapy nie ogarnęłam ani słowa, ale z dołączonych obrazków wywnioskowałam, że wycinki trzeba dopasować na swoje miejsce i tym się postanowiłam zająć. Ale nie zdążyłam. Bo Tomek zarządził, że od razu idziemy na PK 1, a dopiero potem będziemy kombinować. W sumie miało to sens, bo głupio tak stać na starcie jak jakieś niemoty - to już lepiej iść w krzaki. 
Jedynka była łatwa, bo najpierw ścieżką do skrzyżowania, a potem kawałek na azymut. Przy jedynce w końcu przyjrzałam się mapie i wyszło mi, że pierwszy wycinek jest bez punktu i można go olać, a kolejny powinien być z punktem I. 
 
PK 1
 
Postanowiliśmy iść wzdłuż rowu, na szczęście suchego. W końcu natrafiliśmy na jakiś lampion, ale był to tak ewidentny stowarzysz, że nawet ja bym się nie nabrała. Kawałek dalej, na drodze, której oczywiście na wycinku nie było, spotkaliśmy Adama z Arkiem z naszej trasy. Ich wynik poszukiwań był podobny to naszego, czyli żaden. Poszliśmy kawałek razem, ale ponieważ nasze koncepcje były rozbieżne, więc każdy zespół ruszył swoją droga. Z ubolewaniem muszę stwierdzić, że to jednak ich koncepcja była słuszna, a my tylko niepotrzebnie dołożyliśmy sobie dziesiątki metrów do trasy. Summa summarum w końcu znaleźliśmy właściwy lampion, ale zajęło nam to stanowczo za dużo czasu i sił.
 
Błąkaliśmy się bez ładu i składu.
 
 Następna była dwójka na głównej mapie, więc ufałam, że Tomek nas doprowadzi i tak też się stało. Ja to nawet nie zaglądałam jakoś specjalnie do mapy, bo nocą, na czarno-białym i w tak nieludzkiej skali, do tego bez okularów, to i tak przecież nic nie widzę. Powiem Wam, że może i ze znalezieniem niektórych punktów mieliśmy problem, ale za to w drodze na dwójkę,  w tym wielkim, ciemnym lesie udało mi się zauważyć przebiegającą myszkę. Może ja powinnam szukać myszy, a nie lampionów?
 
Zapozowała i pobiegła dalej do swoich spraw.
 
Kolejny wycinek dopasowaliśmy jako D, czyli zakręt rowu. Teoretycznie miało być prosto, bo blisko dwójki i tylko dwa rowy do wyboru. Nie wiedzieliśmy tylko czy wycinek nie został zlustrowany albo obrócony. Zeszliśmy z dwójki, wyszliśmy na otwartą przestrzeń i ruszyliśmy rowem. Szliśmy, szliśmy i szliśmy. Jednym rowem, potem (jak się nam wydawało) drugim rowem, Tomek obleciał okolice zobaczyć czy nie ma więcej rowów. Jakiś lampion niby stał, ale przecież nie ma zakręcie. Ile myśmy się tam nałazili - chyba więcej niż przy poprzednim punkcie z rowem. W końcu wzięliśmy ten jedyny znaleziony lampion, choć już na odwrocie do kolejnego punktu, coś tam jeszcze w trzcinach wyhaczyliśmy równie, a może i bardziej abstrakcyjnego. Jak sprawdziliśmy potem na śladzie i wzorcówce, to nawet za bardzo nie zbliżyliśmy się do właściwego miejsca. Nieźle nam zamieszali tym wycinkiem.
 
Rowy wyjątkowo nam nie szły.
 
 Do trójki znowu Tomek doprowadził nas bezbłędnie i coś mi się zaczynało wydawać, że jedynie punkty z głównej mapy będziemy mieć pewne.
Minęły 3 godziny, a my nie byliśmy jeszcze nawet w 1/3 trasy. Limit podstawowy wynosił poniżej siedmiu godzin, więc już wiadomo było, że nie jest dobrze.
Z dopasowaniem kolejnego wycinka mieliśmy problem. Niby zgodnie z założonymi regułami wyszukiwania powinien by punkt F, tylko tak średnio pasował. W końcu Tomek zagłębił się mocniej w te nieszczęsne radiany i wyszło mu, że wycinki jednak mogą być obrócone, co zupełnie zmieniało naszą koncepcję dopasowań. Dobrze, że te poprzednie cudem pasowały do naszych wstępnych założeń.
Jak ogarnęliśmy kolejne punkty E, J, 4 i B zupełnie nie pamiętam, bo powoli zaczynałam mieć dosyć. Co chwilę Tomek zostawiał mnie samą gdzieś w środku ciemnego, obcego i zimnego lasu i biegał po okolicy namierzając punkty kontrolne, albo usiłując nas zlokalizować.
 
Gdzieś przy punkcie.
 
Punkty 5 i 6 były znowu na głównej mapie, co dawało nadzieję znalezienia nawet jeśli nie właściwego lampionu, to chociaż stowarzysza, ale Tomek doprowadził nas bezbłędnie. Ja z tego odcinka pamiętam tylko ciemność, chrupiące od mrozu podłoże, jeżyny łapiące za nogi, przedzieranie się przez gęstwiny i konieczność uważnego stawiania każdego kroku, bo pod warstewką liści kryły się różne pułapki. Tomek to akurat na to ostatnie wcale nie zwracał uwagi i podczas całej trasy zaliczył chyba z pięć gleb. Za każdym razem skóra mi cierpła ze strachu, bo gdyby za którymś razem nie wstał, to nie wiem co bym zrobiła. Ani zadzwonić po pomoc, bo przecież i tak bym nie wytłumaczyła gdzie jesteśmy (a i to pod warunkiem, że akurat jest zasięg), ani go nieść, ani pchać, ani ciągnąć, bo za ciężki, ani nawet zakopać, bo nie wzięliśmy saperki, zresztą lekki mrozek był, to ciężko kopać. Oj, nie są łatwe te zawody, nie są....
Przy punkcie szóstym byliśmy gdzieś w połowie trasy z czasem 5,5 godziny i ja już wiedziałam, że kilka punktów trzeba będzie odpuścić, a Tomek wciąż się łudził, że damy radę w minutach lekkich. Wieczny optymista. Mnie w tej chwili interesowało tylko dojście do PK 7 - punktu z ogniskiem. Niestety - przed siódemką były jeszcze trzy wycinki do dopasowania.
 
PK 6
 
Wycinki z punktami F i A dopasowałam szybko, ale chwilę nam zeszło zanim je znaleźliśmy. Tak w zasadzie to zanim Tomek je znalazł, bo to on obiegał okolice. Ja stałam tam, gdzie mnie postawił i robiłam za znacznik, gdzie powinien wrócić. Chwilami nie było go tak długo, że już myślałam, że jesteśmy dawno po rozwodzie, tylko nie zauważyłam. Ale nawet gdyby mnie zostawił, to z tych punktów już na ognisko sama bym trafiła. 
Został nam jeszcze jeden wycinek do dopasowania przed siódemką, ale nic tam nie pasowało i uznaliśmy, że to musi być wycinek bez punktu. A nawet gdyby się okazało inaczej, to trudno.
W końcu dotarliśmy do upragnionego ogniska i z wrażenia nie mogliśmy znaleźć lampionu, a głupio byłoby być i nie zaliczyć. W końcu ja poszłam się grzać (bo zmarzłam stojąc w lesie w oczekiwaniu na Tomka), a Tomek szukał lampionu. Potem już tradycyjnie - pieczenie kiełbasy, gapienie się w ogień i konsultacje z innymi zespołami. A, i jeszcze pyszny żurek mieli - taki z czarodziejską mocą stawiania na nogi. Przynajmniej na mnie tak podziałał.
 
Tomek przy ognisku.

Ta czarodziejska moc żurku niestety zemściła się na nas. Czasem nadmiar sił jest zgubny. Według wstępnego planu po ognisku mieliśmy wziąć jeszcze tylko punkty 8 i 11 i wracać na metę, Tymczasem rozochocona przypływem energii ochoczo zgodziłam się pójść jeszcze na dziesiątkę. Wydawało się, że PK 10 to będzie formalność, bo niemal pod sam punkt prowadziły przecinki i tylko na samej końcówce trzeba było wejść w las wzdłuż rowu. Tam, na jego końcu, na granicy kultur miał wisieć lampion. Doszliśmy gdzie trzeba, ale lampionu ani śladu - nawet stowarzysza. Przetrzepaliśmy wszystkie krzaki - nie ma. Tomek uparł się, że wpisze BPK, bo jak nie ma, to nie ma. Ja tam nie jestem fanką BPK, ale na wyniku mi niespecjalnie zależało, bardziej na zakończeniu wreszcie trasy. I oczywiście organizatorzy nie uznali nam tego PBK-a i jeszcze dowalili PM. Został jeszcze jeden, ostatni punkt - jedenastka. Najpierw przecinkami, potem wzdłuż cieku, na którym miał być punkt. Wszystko poszłoby dobrze, gdyby nie woda. Ta pitolona rzeczka rozlewała się coraz szerzej i lawirując między mokradłami coraz trudniej było nawigować. Buty powoli nasiąkały, aż doszliśmy do momentu, że nie robiło różnicy którędy idziemy. Chlup, chlup, chlup. Chodzenie  po rzece w listopadową noc może i ma swój urok, ale jedynie w opowieściach przy kominku i to po kilku latach od zdarzenia. W końcu wspólnym wysiłkiem z Adamem i Arkiem, których ponownie spotkaliśmy namierzyliśmy jakiś lampion, który i tak okazał się stowarzyszem. Ale w sumie było nam wszystko jedno. Najważniejsze, że wreszcie mogliśmy wracać do bazy.
Taki ogólnie mieliśmy niefart, że nawet w szkole nie mogliśmy znaleźć stolika z metą, bo w pobliżu kłębił się tłum uczestników, którzy wrócili przed nami, a do tego Tomek miał zaparowane okulary. Dla nas zaś każda sekunda była ważna, bo byliśmy już w ciężkich minutach. W końcu udało się.  
 
Meta!


 Nasza sponiewierana karta startowa.
 
Już po drodze ustaliliśmy, że nie wracamy do domu, tylko nocujemy, bo niby wygodniej we własnym łóżku, ale dwie godziny dojazdu to trochę dużo po takiej ciężkiej nocy. Poza tym byłam ciekawa jak innym poszło na naszej trasie - zebrali wszystko, czy też mieli problemy? Rano, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, okazało się, że zajęliśmy piąte miejsce na 15 zespołów na naszej trasie, co moim zdaniem jest bardzo dobrym wynikiem, bo spodziewałam się, że będziemy gdzieś w ogonie. W końcu nie poszło nam za dobrze, żeby nie powiedzieć wręcz. Tomek może niekoniecznie podziela moje zadowolenie, bo wolałby być ciut wyżej, ale wyszło jak wyszło. Za to nasze klubowe koleżanki - Ania i Barbara zajęły drugie miejsce na trasie Himalajskiej długiej.
 
Brawo dziewczyny!
 
A przy rozdawaniu nagród wybrałam sobie taką książeczkę:
 
Będę trenować przed kolejnymi Manewrami!
 
A w ogóle to następnym razem nie idę w żadne Himalaje. W najgorszym wypadku Alpy i to tylko latem!
 
Ślad naszej wędrówki (a raczej bardziej Tomka).
 

niedziela, 8 stycznia 2023

Pouczające Nocne Manewry SKPB.

Na Nocne Manewry można (w moim przypadku) nie iść tylko wtedy, kiedy się nie żyje. To, że od kilku miesięcy boli kolano i plecy, a kilkanaście dni przed imprezą dołącza ból kostki nie jest więc żadnym usprawiedliwieniem i iść trzeba. Tak więc nałykawszy się ketonalu i nasmarowawszy większą część człowieka voltarenem wyruszyłam na najdłuższą i najtrudniejszą trasę.
Na starcie dostaliśmy dwie mapy - jak określił sam autor: pierwsza od startu do ogniska, druga od ogniska do mety. 
 
Pierwszy kontakt z mapą.
 
Bardzo mi się ta idea spodobała, szybko schowałam drugą mapę na potem i zajęliśmy się rozpracowywaniem pierwszej. Już na pierwszym punkcie wzięliśmy stowarzysza, ale nie miało to znaczenia, bo Tomek tym razem planował lajtowe przejście (do dziś nie wiem co mu się stało) i stwierdził, że bierzemy wszystko co się napatoczy, jeśli tylko choć trochę przypomina punkt kontrolny. Tak to ja lubię, a nie sprawdzanie dwie godziny czy lampion wiszący 50 metrów dalej nie jest czasem lepszy. 
Szło nam ze zmiennym szczęściem - raz stowarzysz, raz punkt właściwy, a czasem nic do niczego nie pasowało i wtedy to już naprawdę braliśmy, co było. 
 
PK 2.

W lesie było bardzo przyjemnie, cieszyłam się, że tam jestem, delektowałam się tym i było mi całkiem dobrze, zwłaszcza że mokre i zimne buty działały na kostkę niczym krioterapia, wyższe części załatwiała tabletka. 
 
Urokliwe okoliczności przyrody.
 
Do ogniska dotarłam nawet niezbyt zmęczona, ale z lekka zdegustowana problemami z dopasowaniem niektórych wycinków. Za to pełna nadziei, że druga mapa będzie łatwiejsza, bo wyglądała jak zwykła biegówka, czyli to, co znamy najlepiej.
Przy ognisku tradycyjnie kiełbaska, herbata, ciastko i ... znowu w drogę.
 
Ciepło i smacznie.
 
I tu proszę państwa sprawa się rypła. Pierwszego poogniskowego punktu szukaliśmy ponad godzinę i w końcu coś tam wzięliśmy, choć to coś do niczego nie było podobne. Nasz entuzjazm ulotnił się bezpowrotnie, mnie bolała już większa część człowieka, a dodatkowo rankiem czekała mnie trzystukilometrowa podróż. Decyzja mogła być tylko jedna - idziemy najkrótszą drogą do mety. Ponieważ po drodze mieliśmy dwa z kolejnych ośmiu punktów, więc zebraliśmy... jeden. Ale nic więcej. Nastrój zapanował ponury, bo też i tak źle nie było na żadnej edycji imprezy. I wiecie co się okazało? Te mapy to wcale nie były tak, jak mówił autor - do ogniska i od ogniska, tylko niektóre wycinki z jednej mapy trzeba było przypasować do drugiej i odwrotnie. Tak zostaliśmy zrobieni w konia. Nic dziwnego, że nic nam do niczego nie pasowało...
A i tak najgorsze nadeszło następnego dnia, te trzysta kilometrów od domu - kostka spuchła jak balonik i nie pozwalała się używać. I wciąż nie pozwala - już drugi miesiąc. 
 
Pamiętajcie więc dwie rzeczy:
1. nie należy wierzyć autorowi trasy,
2. nie należy nadużywać (a nawet w ogóle używać) bolących części ciała.
 
Summa summarum - Nocne Manewry to bardzo pouczająca impreza!

wtorek, 18 października 2022

Oswój Smoka, czyli powrót do korzeni.

Tak ostatnio ciągle tylko biegi i biegi, a wyobraźcie sobie, że tydzień temu wybraliśmy się na marsze. Na orientację oczywiście. Ale też i okazja była niezwykła - 10-lecie naszego Klubu Stowarzysze. W planach było najpierw Oswajanie Smoka na Polu Mokotowskim, a potem impreza w pubie LOLEK.
Trochę się bałam czy my jeszcze odnajdziemy się w tych dziwnych marszowych mapach, ale na szczęście nie było tras TZ (a Tomek na pewno taką by wybrał), tylko jedna TO, czyli taka nie za trudna, nie za łatwa. Teoretycznie oczywiście. Mapa składała się z trzech głównych fragmentów, które miały wspólne części oraz dwunastu mniejszych wycinków, co to też z czymś tam miały się łączyć lub pokrywać, czy co tam jeszcze.
 
Pierwsza strona mapy.
 
Na pierwszy rzut oka nie bardzo ogarnęłam co i jak, a na drugi rzut już nie miałam czasu, bo Tomek rzucił hasło: idziemy! I poszliśmy. Ponieważ na Polu Mokotowskim były już dziesiątki zawodów, więc nawet nie bawiąc się w dopasowywanie wycinków można było na pamięć trafić w niektóre miejsca. Najważniejsze w sumie okazało się wyłapanie wszystkich punktów podwójnych i potrójnych, bo dawało to większy urobek punktów z jednego lampionu. Z całej trasy musieliśmy przynieść określoną liczbę punktów przeliczeniowych i tu totalny szok - Tomek zrezygnował z ich liczenia. Normalnie cud nad Wisłą, pierwszy taki przypadek we wszechświecie. Nie wiem co mu się stało, ale bardzo ucieszyła mnie ta decyzja, bo dla mnie przeliczanie tych punkcików nie ma nic wspólnego z orientacją, a jedynie z matematyką, a matematyki ja nie tykam (jak nie muszę).
 
O, tu teraz chodźmy!
 
Tak więc szliśmy sobie bardzo rekreacyjnie, na zasadzie - co znajdziemy to nasze, resztę olać. Wbrew moim początkowym obawom, przez większość trasy wiedziałam gdzie jestem i co zbieramy i jeszcze udało mi się zidentyfikować kilka punktów. Czyli jednak nie wszystko poszło w zapomnienie.
Zebraliśmy większość punktów po wschodniej stronie Pola Mokotowskiego, a po stronie zachodniej to już nam się za bardzo nie chciało, szczególnie że o dwudziestej było zamknięcie mety, a potem impreza w pubie Lolek. Coś tam oczywiście zgarnęliśmy, ale ja to już się zbytnio nie angażowałam i głównie szłam za Tomkiem. Do najdalszych punktów w ogóle nie doszliśmy, bo w połowie drogi zawróciliśmy na metę nie mając stuprocentowej pewności, czy idziemy w ogóle w stronę tych punktów. Trochę zmyliły nas ponastawiane ogrodzenia no i ciemności.

Oddajemy kartę startową.

Impreza w pubie odbyła się nie z byle jakiego powodu - świętowaliśmy dziesięciolecie naszego Klubu Stowarzysze. Były przemówienia, wspomnienia, życzenia, dyplomy, nagrody i gwóźdź programu - tort ze stosowną dekoracją. Tort był pyszny, a Pani Prezes kroiła tak wielkie kawały, że zatkało nas zupełnie.
 
Rocznicowy tort.
 
Ciekawe czy na następne marsze wybierzemy się z okazji dwudziestolecia Klubu, czy jednak może uda się wcześniej. W sumie warto czasem pogłówkować, żeby trybiki w głowie się nie zastały.

piątek, 18 października 2019

Rodzinne - finisz!

Przygotowania do Rodzinnych MnO przebiegały z dreszczykiem emocji. To, że mamy nieustający remont i brak czasu na wszystko już nie robi na nas wrażenia. Mapy zawsze jakoś uda się nawet w ostatniej chwili wygenerować. W końcu lata doświadczeń:-) Tymczasem kilka dni przed imprezą powaliła mnie grypa i Tomek został sam z remontem, bieżącym funkcjonowaniem domu, no i mapami. Jedyne co zdążyłam zrobić to rekonesans i wybór punktów. Najbardziej bałam się, że zarażę Tomka, obydwoje polegniemy i imprezę szlag trafi. W czwartek dowlokłam się do komputera i stworzyłam zalążek trasy TF A. W piątek nadal z nią walczyłam, Tomek zaś powoli brał się za TF B. W międzyczasie telefonicznie postawiłam w stan alarmu kogo się tylko dało, żeby tylko nie musieć odwoływać imprezy. W sobotę mapy były gotowe, wydrukowane, a ja zaliczyłam wyjazd do sklepu po zakupy. Da się? Da się!
W niedzielny poranek czułam się już przyzwoicie, ale z obawy przed zarażeniem połowy miasta trzymałam się od wszystkich z daleka i tylko fotki cykałam z oddali. Na szczęście do pomocy przyjechał Darek (na niego to zawsze można liczyć), a i wśród uczestników znaleźli się chętni do pomocy.

 Pomagierzy w akcji.

Wszystko poszło tak sprawnie, że pierwsze osoby na trasę wyruszyły jeszcze przed planowanym czasem rozpoczęcia zawodów. Uczestnicy z mojej trasy brali mapy w garść i oddalali się w teren. A ci, którzy szli na TZ, to znaczy TF B, najpierw oddawali się kreatywnej sztuce rękodzieła, czyli wycinankom:-)

 TF B, więc mapę trzeba pociąć:-)

Tak prawdę mówiąc to ja się im nie dziwię, bo zawsze to łatwiej iść z pełną mapą, a nie co punkt kombinować gdzie dalej.
Po powrocie obowiązkowe uzupełnianie książeczek. Okazało się, że sporo osób ma już spełnione wymogi do odznak, więc Darek siedział i weryfikował, weryfikował, weryfikował. Chyba pobiliśmy rekord przyznanych odznak!

 Będą punkty do odznaki!

Podczas gdy Darek zajmował się książeczkami, my z Tomkiem sprawdzaliśmy karty startowe i usiłowaliśmy ogarnąć końcowe wyniki. Teoretycznie wszystko było proste, tylko co chwilę wychodziło nam inaczej. Na dokładkę długo czekaliśmy na zespół, który wystartował jako ostatni, a że mieli szanse na podium, to musieliśmy czekać z wynikami do ich powrotu. Co wypisałam jakiś dyplom, to Tomek wyskakiwał z informacją, że znowu przeliczył i trzeba zmienić miejsce, bo mają inne. Wrrr... W końcu jednak udało się wszystko zliczyć jak trzeba i mogliśmy przystąpić do najprzyjemniejszej części imprezy, czyli ogłoszenia wyników i rozdania nagród.

Oficjalne podsumowanie.

W przyszłym roku Zielonka świętuje jubileusz 60-lecia nadania praw miejskich, więc o wyjątkowej edycji Rodzinnych MnO chyba musimy już zacząć myśleć. Jakieś pomysły, oczekiwania, propozycje? Musi być przecież wyjątkowo!

piątek, 24 maja 2019

Czarne Stopy i Duża Stopa

Nie mieliśmy czasu odpocząć po WiMnO, bo następnego dnia w Międzylesiu czekała kolejna impreza - Czarne Stopy firmowane przez Anię. Dobrze, że przewidziany był tylko jeden etap, miałam więc szansę także na pobieganie. Ostatnio jakoś przyjęło się, że przy okazji marszów są też organizowane biegi na orientację. Nam to bardzo pasuje, tylko nie zawsze zdążymy z marszów wrócić na czas, no bo te ciężkie minuty...
Imprezy Ani mają to do siebie, że z reguły nie są trudne, czyli takie na moim poziomie. Taka też okazała się otrzymana mapa - wycinek główny (tułów pieska Lesia) i sześć małych kółek (nogi i pyszczek) oraz podpowiedź, że należy zastosować szyfr Cezara. Mi co prawda taka podpowiedź nic nie mówiła, ale na szczęście Tomek wiedział o co chodzi. Całość rozgrywała się na mapie biegowej, w terenie, gdzie było już z milion imprez, więc wydawało się, że możemy lecieć z zamkniętymi oczami. Przy pierwszym naszym punkcie (PK 2) przeoczyliśmy ścieżynkę prowadzącą do niego, ale szybko to skorygowaliśmy.


No to lecimy!

PK B był oczywisty, a jednak nie znaleźliśmy ani lampionu, ani słupka ZPK. Teren dość uczęszczany - mógł ktoś zdjąć lampion. Ostatecznie mogliśmy jeden punkt odpuścić, bo był nadmiarowy. Trójka wpadła bez problemu, a kolejne schody zaczęły się przy dziewiątce. Niby byliśmy we właściwym miejscu, ale ani lampionu, ani słupka ZPK nie znaleźliśmy. Owszem, ścieżkę wcześniej wisiał lampion, ale stowarzyszony. Już nawet zaczęliśmy podejrzewać Anię o pomyłkę przy wieszaniu. Na razie nie wpisywaliśmy BPK-a, ale postanowiliśmy iść dalej. Ruszyliśmy więc na kolejny wycinek z punktami 5 i C. Wykoncypowaliśmy sobie, że musi być zlustrowany i niedaleko od nieznalezionej dziewiątki będzie ścieżka na PK C. Ścieżka faktycznie była, ale miała zupełnie inny przebieg niż na mapie, a w końcu niemal całkiem zanikała. No i żadnego śladu lampionu nigdzie nie było. Wróciliśmy na skrzyżowanie z nieobecną dziewiątką i postanowiliśmy zacząć od nowa. Wciąż natrafialiśmy na tę samą ścieżkę. W końcu postanowiliśmy olać i iść dalej. A dalej była kolejna ścieżka do spenetrowania, a na jej końcu lampion i wszyściuteńko wskazywało, że jest to poszukiwany punkt C. No, faktycznie, w przypadku braku lustrowania, to nawet pasowało. Wbiliśmy i wróciliśmy szukać piątki. Wychodziło nam, że piątka powinna być na skrzyżowaniu drogi głównej z tą zanikającą ścieżką, gdzie poprzednio szukaliśmy C. Tyle, że znowu nie było ani lampionu, ani słupka. Kolejny BPK? Spotkani wcześniej Ania i Marek twierdzili co prawda, że mają wszystkie dotychczasowe punkty, ale jak oni to zrobili - nie mieliśmy pojęcia. Sprawa wyjaśniła się kiedy spotkaliśmy Pawła z jego ekipą. Otóż oprócz słupków ZPK obowiązywały także słupki biegowe z oznaczeniami dystansu, a według interpretacji niektórych osób, nawet słupki przecinkowe. Nooo, tego to byśmy w życiu nie wymyślili. Czyli wcale nie było BPK-ów, a jedynie brak informacji na mapie o jakie słupki chodzi. Tym sposobem początkowy odcinek trasy zajął nam strasznie dużo czasu i niemal doprowadził do rozstroju nerwowego. Kiedy już wiedzieliśmy czego szukać, reszta punktów była już właściwie formalnością, bo nie było się gdzie zgubić lub czegoś nie dopasować.


PK D przy mogiłce.



Gdzieś na trasie.

Pod koniec trasy zobaczyliśmy Chrumkającą Ciemność nadchodzącą z naprzeciwka. Mieli farta, że nas spotkali, bo podobnie jak my szukali tylko lampionów i słupków ZPK i gdybyśmy ich nie uświadomili o jakie słupki chodzi, mieliby pół karty BPK-ów:-)


Chrumkająca Ciemność.

Na mecie okazało się, że organizatorka nie przewidziała problemów ze słupkami i teraz będzie miała zagwozdkę przy sprawdzaniu kart, bo jedni wpiszą słupki biegowe, inni przecinkowe, a inni BPK-i. A przecież każdy organizator powinien pamiętać, że uczestnicy są w stanie wymyślić wszystko i wszystko zinterpretować po swojemu:-)
Mimo, że przez ten nieudany początek trasy znowu na metę przyszliśmy dość późno, był jeszcze czas żeby pobiec na BnO. W jakiejś ułańskiej fantazji zapisałam się na długą trasę i teraz nie było odwrotu, bo taka mapa dla mnie była przygotowana. Trasa długa, czyli "Duża Stopa" miała nominalnie 6,4 km, a wiadomo, że zawsze robi się więcej. Przynajmniej ja robię. Biegaliśmy po drugiej stronie ulicy niż maszerowaliśmy, praktycznie w Starej Miłosnej, gdzie co roku biegamy na WesolInO. I wiecie co? Przebiegłam całą trasę i wcale nie zauważyłam gdzie byłam. Zawsze powtarzam, że mnie można codziennie puszczać na tę samą trasę i codzienni będzie to dla mnie zupełna nowość. Na mecie mam kompletny reset i nie pamiętam trasy. Nigdy też nie potrafię wrócić po śladach i w zasadzie to aż dziwne, że udaje mi się codziennie trafić do pracy i z powrotem:-) I taka to ze mnie orientalistka:-)

czwartek, 23 maja 2019

WiMnO

Po dwóch niepowodzeniach, w końcu udało mi się dotrzeć na zorientowaną imprezę. Nie walczyłam ani z ciśnieniem, ani z komunikacją miejską - pełną sił i energii dowiózł mnie Tomek na miejsce startu. I tak to ja rozumiem...
Jadąc na imprezę wspominaliśmy nasze pierwsze WiMnO, kiedy polegliśmy zupełnie nie ogarniając mapy.  Kiedy teraz dostaliśmy mapę pierwszego etapu od razu mieliśmy poczucie daja vu - też nie wiedzieliśmy co z nią zrobić. Mapa składała się z trzech kiści winogron, przy czym na jednej były drogi, na drugiej ukształtowanie terenu, a trzecia to lidar. I jak by tego było mało, grona zamieniały się miejscami, obracały, a pierwsza kiść była dodatkowo cała zlustrowana. Dodatkowe atrakcje zafundowała nam jeszcze pogoda - naprzemiennie siąpiło, padało, lało i waliło żabami.


Tu akurat tylko padało:-)

Ponieważ warunki były zdecydowanie niesprzyjające kontemplacji, a co dopiero cięciu i składaniu mapy, w pierwszym odruchu postanowiliśmy iść przede wszystkim na punkty z grona z drogami (bo najłatwiej), a co innego spotkamy po drodze i da się w sposób choćby przybliżony dopasować do pozostałych wycinków - bierzemy bez względu na wszystko. Tą metodą doszliśmy do zielono-żółtej kropki oznaczającej miejsce wspólne dla wszystkich trzech gron. Po drodze wbiliśmy abstrakcyjnie punkt, który postanowiliśmy podciągnąć pod L oraz coś co uznaliśmy za PK O i PK P.


A pogoda nic, a nic się nie poprawiała:-(

Na kropce sytuacja poprawiła się o tyle, że na niektóre punkty z wycinków niedrogowych mogliśmy pójść po prostu na azymut. Poza tym, kiedy już pierwszy stres związany z widokiem mapy odpuścił, w końcu udało się mniej więcej dopasować wszystkie elementy do siebie.



Malowniczy punkt na ambonie. Już nie pada!

Ponieważ cała akcja rozgryzania mapy, a potem odnajdywania lampionów trwała dość długo, na mecie zjawiliśmy się w 38-ej ciężkiej minucie, co dawało nam czas przebywania na trasie ciut ponad trzy godziny. W pełni wykorzystaliśmy nasze wpisowe - to się nazywa oszczędność! :-)
A nasza karta startowa wyglądała tak:


Jak na warunki pogodowe - całkiem porządna.

Pogoda, widząc, że się nie poddajemy, odpuściła i drugi etap pod tym względem był już całkiem przyjemny. Mapa powstała na kanwie prawdziwych wydarzeń i przedstawiała samochód organizatorów z wymienionymi oponami, bo poprzednie zostały brutalnie poprzecinane, gdy oni w lesie trudzili się rozwieszaniem lampionów. Cóż, życie to nie je bajka...
Etap wydawał się całkiem przyjazny, tylko zupełnie nie wiem dlaczego Darek tak nam tłumaczył fragment opisu dotyczący kół, że wynikało, że koła są zlustrowane i obrócone, a były przede wszystkim pozamieniane miejscami. Dopiero Andrzej, którego spotkaliśmy miotając się po niepasującym do mapy lesie, uświadomił nas co do wątpliwej interpretacji wypowiedzi Darka. Dzięki niemu udało nam się zaliczyć punkt S. PK T miał być na tym samym wycinku, właściwie blisko. Szukaliśmy go sami, potem z Andrzejem, grupowo, indywidualnie, tyralierą i w kupie, ale przede wszystkim bezskutecznie. W końcu odpuściliśmy, zwłaszcza, że punktów na mapie było więcej niż mieliśmy zebrać.
Z dopasowaniem szyb samochodu nie mieliśmy większych problemów, noże też mniej więcej się udało, klamkę założyliśmy, że albo znajdziemy, albo nie, ale gdzie samochód ma listwę to za nic nie mogliśmy wymyślić. To znaczy wiedzieliśmy, że gdzieś pomiędzy szybami a dolnym końcem samochodu, ale na jakiej wysokości???
Listwą postanowiliśmy martwić się później, a na razie zebrać to, co wiemy gdzie jest.


Niektóre punkty były bardzo malowniczo usytuowane i pięknie oświetlone.

Ten etap w porównaniu do poprzedniego szedł nam znacznie lepiej, a na koniec nawet udało nam się znaleźć rów z PK T. I nawet na klamkę się natknęliśmy. I w ogóle było całkiem sympatycznie. Jedyne co nam nie wyszło, to  zadania. Polegliśmy też na czasie, ale to w sumie u nas norma . Tym razem wychodziliśmy 29 tłustych minut. Tak to jest jak się nie umie liczyć (zadania) i chce się być oszczędnym (czas) :-)


To drzewo było rzeczywiście charakterystyczne - PK B.

Zresztą sami widzicie jak w lesie zrobiło się przyjemnie - żal było wracać.
W sumie na obu etapach wydeptaliśmy koło 25 km. Ja czułam je szczególnie w plecach i bardzo ucieszyłam się, kiedy wracając z drugiego etapu spotkaliśmy Przemka zbierającego lampiony z trasy biegowej. Przynajmniej bieganie mi nie groziło. Okazało się co prawda, że na kilka punktów można jeszcze się załapać, ale odpuściłam. Tomek oczywiście pobiegł. W sumie to mu się opłaciło, bo na trasie krótszej niż 90 minut był jedynym uczestnikiem i tym sposobem zajął pierwsze miejsce:-)
O naszym marszowym wyniku nie ma co mówić - bywało lepiej.

sobota, 7 lutego 2015

FalIno - odsłona czwarta i ostatnia.

Więcej na FalIno nie idziemy. Nie żebyśmy się obrazili - kolejne terminy w żaden sposób nie chcą się wpasować w nasz kalendarz. Trochę szkoda.
Dzisiaj tradycyjnie - T. na bieg, a potem poprawiny marszowe; ja tylko na marsz.
Ciekawa byłam co J. wymyśli z tymi obiecanymi ogórkami, zwłaszcza, że dzisiaj postanowiłam iść sama bez względu na wzgląd. Nic mnie nie poganiało (no, może poza domowymi sprawami) i uznałam, że mogę się gubić do woli.
Mapa wyglądała trochę lepiej niż poprzednio i nawet zrozumiałam opis. Pierwsze rozczarowanie - nie ma punktu w tradycyjnym miejscu w lasku przed szkołą! Jedyne miejsce gdzie trafiałam z zamkniętymi oczami, gdzie punkt zawsze był i wprowadzał element stałości i stabilności.
No, trudno. Na szczęście najbliższy PK był łatwoznajdowalny (komputer mówi, że nie ma takiego słowa) i jeszcze na nieprzekształconym kawałku mapy. Kolejny fragment mapy z punktem był nie dość, że poobracany, to w moim egzemplarzu mapy częściowo się nie odbił. Tego, że jest obrócony to prawdę mówiąc nawet nie zauważyłam i zupełnie nie wiem dlaczego szybko i łatwo go znalazłam. Trzeci był niemiłosiernie porozciągany, ale że stał  koło budynku, to stwierdziłam, że oblecę budynek dookoła tyle razy ile będzie trzeba i w końcu gdzieś go przyuważę. Wystarczył jeden niepełny oblot.
Złapawszy trzy punkty od ręki poczułam się panią świata i po kolejny poszłam jak po swoje. A tu punktu niet! Wróciłam do drogi, namierzyłam od nowa i ... znowu nic. Nie, to nie:-( Postanowiłam zostawić go na deser i szybko zmieniłam koncepcję przejścia na "od drugiej strony". Od drugiej strony to punkt miał być przy budynku, budynek widziałam już z daleka, więc ze znalezieniem czego trzeba nie było problemu.
Dalej były tereny dość mi znajome, bo tak pi razy drzwi na wprost domu, gdzie dawno, dawno temu mieszkałam. Oczywiście, to wcale nie znaczy, że w jakikolwiek sposób ułatwiło mi to zadanie. Krążyłam, krążyłam w kółko i za nic nie mogłam namierzyć prostego z pozoru punktu. Co z tego, że nie czułam się zgubiona, skoro i tak nic z tego nie wynikało. Przy tysiąc pięćsetnym nawrocie wreszcie wlazłam na punkt i byłam gotowa dać sobie uciąć rękę, że tysiąc czterysta dziewięćdziesiąt dziewięć razy go tam nie było. Normalnie ktoś podrzucił w ostatniej chwili.
Kolejny punkt wydawał mi się (patrząc na mapę) banalny. Spędziłam na jego poszukiwaniu chyba z pół godziny i gdybym nie przyuważyła jakiegoś biegacza kucającego przy drzewku, to pewnie krążyłabym tam do tej pory. Nawet przez chwilę pomyślałam, że może jednak załatwia ważne potrzeby fizjologiczne i natknę się na "niespodziankę", a nie na punkt, ale nie. Lampion był sprytnie schowany, nie dość, że w dołku, to jeszcze za drzewem. Chyba opatrzność zesłała mi tego biegacza, bo już byłam gotowa porzucić tę głupią zabawę i wrócić do bazy.
Kolejny PK wiedziałam między którymi ścieżkami stoi, ale do przeczesania był spory kawałek lasu. Bo ja to czeszę wszystko równo, bez dokonania uprzednich przybliżeń. Jakoś jednak tak szczęśliwie wlazłam na punkt prawie z marszu. Morale nieco mi się odbudowało.
Następny punkcik to sama nie wiem jakim cudem znalazłam, bo znowu wiedziałam tylko w ogólnym przybliżeniu gdzie powinien być. W jego poszukiwaniu zniosło mnie aż na wydmę i w zasadzie to tak tylko szłam żeby nie stać, a nie żeby szukać. Ale skoro sam się na mnie rzucił, to go już zgarnęłam.
Potem nastąpił baaaardzo rozciągnięty fragment mapy. Jako, że wszystkie punkty atakowałam z głównej drogi (teraz sprawdziłam, że nazywa się Wiejska) - a to w celu żeby się nie zgubić, postanowiłam iść nią dalej, a potem się zobaczy. Metoda "się zobaczy" zdała egzamin, bo oto zobaczyłam coś, co musiało być osławioną strzelnicą z opowieści T. Poszłam więc wzdłuż niej, bo punkt miał być za strzelnicą, trochę w lewo. Niestety, mapa była już tak zniekształcona, że to trochę mogło mieć dowolną długość. Okazało się, że ma znacznie większą niż zakładałam. Już miałam się poddać i wtedy los zesłał mi kolejnego biegacza. Uznałam, że skoro miota się tam w oddali, to pewnie w jakimś celu i nie zawadzi sprawdzić. Co prawda miotał się nie przy punkcie, ale idąc tam, przyuważyłam wściekły pomarańcz lampionu między drzewami.
W drodze na kolejny punkt spotkałam Paprochy. Okazało się, że ja idę tam skąd oni przyszli, oni zaś tam, gdzie ja byłam przed chwilą. Wymieniliśmy się informacjami gdzie szukać pożądanych punktów, przy okazji wyszło na jaw, że wcale nie jestem tam gdzie jestem, tylko gdzie indziej. Uprzejmie się zdziwiłam, ale poszłam we wskazanym przez nich kierunku, sprawdzić czy mnie tam nie ma. Mieli rację! Byłam tam! Nie wiem tylko gdzie ja ich w takim razie wysłałam!?
Jak już odnalazłam się w nowym położeniu, przypomniało mi się, że jestem szczęśliwą posiadaczką kompasu i postanowiłam sprawdzić, czy jeszcze pamiętam co się z nim robi. Ludzie! Normalnie kompas wyprowadził mnie idealnie na punkt! Co prawda musiałam przedrzeć się przez jakiś wyschnięty młodnik, ale co tam. Kurtkę się upierze, włosy uczesze, a rany się zagoją.
W drodze po kolejną zdobycz spotkałam M. S. Usiłował sprowadzić mnie na manowce, ale twardo trwałam przy swoim. Mimo trudności z komunikacją, przekonałam go do mojej koncepcji i razem poszliśmy na punkt. Tam dołączył do nas jeszcze D. M. i spięliśmy się w tramwaj. Niestety, okazało się to dla mnie zgubne. W momencie kiedy poczułam, że odpowiedzialność za dalszy kierunek marszu rozkłada się na trzy osoby, moja uwaga i czujność spadły trzykrotnie. Na początku, bo po chwili to już do zera.
Tymczasem szliśmy na najdalej wysunięty na wschód przyczółek. Tak szliśmy, szliśmy, szliśmy, w pewnym momencie M. gdzieś zniknął, a ja jak ta sierota wciąż za D. Za, bo on strasznie szybko chodzi. Punktu nie było. Nie wydawało mi się żebyśmy mieli szukać aż tak daleko, jak D. poprowadził, wysiadłam więc z tramwaju i przycupnąwszy na miedzy (ładniej brzmi niż na ścieżce) wpatrywałam się w mapę. Jak wiadomo, z samego wpatrywania się, to jeszcze nikt nigdzie nie zaszedł, wymyśliłam więc ostatnią deskę ratunku. Z braku nożyczek, własnymi ręcamy delikatnie wydarłam ten zobracany fragment mapy i usiłowałam go jakoś dopasować. Nie było opcji. Raz nie pasował w żadnym położeniu, za chwilę pasował w co najmniej trzech kombinacjach. W akcie desperacji postanowiłam iść na wydmę z cichą nadzieją, że może przypadkiem znajdę punkt, a jak nie, to pójdę do następnego. Po drodze znowu spotkałam D., który z uporem godnym lepszej sprawy, szukał lampionu z niemal obłędem w oczach. Znowu połączyliśmy siły i przeszukaliśmy kawał lasu. Kilku napotkanych biegaczy też bezskutecznie poszukiwało tego samego punktu. W końcu poddaliśmy się. Ja to się nawet poddałam bardziej i postanowiłam przestać myśleć.  Szłam sobie luzacko za D. na kolejny punkt i na jeszcze kolejny. Mapę śledziłam o tyle, żeby ogólnie wiedzieć gdzie jestem.
W sumie to miałam już dość i chciałam wracać najprostszą drogą do bazy, ale D. namówił mnie jeszcze na wzięcie kolejnego punktu, co to go miało być widać z wydmy. On już ten punkt miał, więc rozeszliśmy się w swoje strony. Lampion faktycznie rzucał się w oczy z daleka. Zostały mi jeszcze dwa punkciki i nawet były po drodze (w tym jeden z nich, to ten "na deser"), ale moja motywacja spadła już do zera.
- Do domu! Do domu! Do domu! - jedna tylko myśl tłukła mi się po głowie.
Ustawiłam się więc twarzą w kierunku bazy i nawet nie rozglądając się na boki pomaszerowałam przed siebie.
Przyszłam na miejsce i co widzę? T. nie ma, D. "bije" autora trasy i rozstawiacza punktów, a w bazie to w ogóle już same niedobitki.
A potem w końcu wrócił T., odebrał zaległy medal za Bieg Wedla i wreszcie mogliśmy wrócić do domu.
A w ogóle, to dowiedziałam się, że na FalInO TP niekoniecznie znaczy - trasa dla początkujących, a raczej TP - trasa piesza. Dzisiaj TP było zdecydowanie TU.

piątek, 19 września 2014

Limeryk



Pan Jan zamieszkujący Alzację

Pragnął wygrać marsz na orientację.

Choć zapomniał kompasu,

Dziarsko poszedł do lasu

I nie wróci chyba na kolację.
 


 

 

środa, 27 sierpnia 2014

Wakacyjna INO…


…czyli lekko, łatwo i przyjemnie?

Na dzień dobry oszczekały (uff, nie pogryzły) nas psy. Potem organizatorzy usiłowali zastraszyć  nas katakumbami, trumnami, wystającymi z nich piszczelami, wyszczerzonymi czaszkami, a na koniec przegonili po cmentarzu. To się nazywało „atrakcje”.

Po zmroku impreza właściwa.  Okazało się, że pomylili kartki i zamiast mapy dali stronę z poradnika młodego rodzica.  Do tego kiepsko wydrukowaną – obrazki ciemne, małe i do tego porozrzucane bezładnie na stronie. Sprawnie podzieliliśmy się na kilka tramwajów i ruszyliśmy w trasę. Bez mapy trochę trudno, ale zebraliśmy co tam po drodze wisiało (niektóre PK nawet okazały się prawidłowe) i z najgorszym czasem zameldowaliśmy się na śródmeciu. W końcu złotych kalesonów za pierwsze miejsce nie obiecywano.

Atmosfera nieco podupadła, więc drugi etap śmignęliśmy znacznie szybciej żeby mieć to z głowy i nasz tramwaj zameldował się w zajezdni z dobrym czasem, aczkolwiek świt już czaił się za rogiem.

Inwencja organizatorów w wymyślaniu atrakcji przez noc nie wygasła, tak więc na etap dzienny zafundowali nam deszcz. Po deszczu wiadomo, grzyby dobrze biorą. Zbiory się udały – oprócz podgrzybków i kurek zebraliśmy też pokaźną ilość PK. Czas w tej sytuacji przestał odgrywać pierwszoplanową rolę.

Potem, z obawy przed kolejnymi atrakcjami organizatorów, szybciutko zwinęliśmy namiot i zdecydowanie oddaliliśmy się w siną dal.

wtorek, 1 lipca 2014

Orientuj się!

Od jakiegoś czasu chodzę na orientację. Będzie ze 4 miesiące. Chyba zachwyciły mnie opowieści córki, która w ramach kursu przewodnickiego musiała takowe zaliczyć.

- I szłyśmy z tymi pełnymi plecakami całą noc, jakoś grubo ponad 20 kilometrów wyszło, bo się pogubiłyśmy, a zimno było, że .... No i chyba nie zaliczymy...

Nie zaliczyły:-)