Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieg na orientację. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieg na orientację. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 maja 2024

KOSowa Majówka - niby Niewiadoma, a wiedziałam jak trafić.

Majówka zapowiadała się pracowicie. Co prawda nie wybraliśmy się na Bukowa Cup, ani nawet na UNTS Cup - zapisaliśmy się na KOSową Majówkę. 1-go maja biegaliśmy na mapie Niewiadoma II. W sumie to dla mnie każda mapa, to jedna wielka niewiadoma, nawet jeśli biegnę na niej dwudziesty raz.
Pogoda upalna, tak że nawet leżenie męczy, ale chciało się do lasu, to nie ma zmiłuj.
 
Gotowi.
 
Start!
 
Już na dzień dobry trafił mi się dłuuugi przebieg, bo jedynka była za górami, za lasami i za dwoma przecinkami (no, prawie za dwoma). Na szczęście niemal na samo miejsce można było dobiec drogą, może i ciut naokoło, ale też bez przesady. Kolejne punkty były już w ludzkich odległościach i choć początkowo mapa mocno mnie niepokoiła, to na każdy punkt wychodziłam idealnie, lub najwyżej z lekkim rozejrzeniem się dookoła. Za czwórką spotkałam Tomka. i wesoło sobie pomachaliśmy.

Machu, machu.
 
Machałam może i wesoło, ale z każdym kolejnym punktem coraz mniej było mi do śmiechu. Pić chciało mi się niemiłosiernie, czułam się wyschnięta na wiórek i gdyby w lesie była jakakolwiek kałuża przyssałabym się do niej bez względu na wszystko. W sumie może i dobrze, że nie było, bo jakoś mało higienicznie by to wyszło. 
Biec nawet nie próbowałam, zwłaszcza kiedy w połowie trasy skonstatowałam, że do mety jeszcze w ciul daleko, a sił nie miałam nawet na podrapanie się. Powolny spacerek miał też i swoje zalety - mogłam dokładnie pilnować azymutu, rozważnie planować trasę, namierzać się precyzyjnie. I to dało efekt - ten poniżej. Prawda, że ładnie to wygląda. Może powoli, ale za to elegancko.
 

 
Ku wielkiemu zaskoczeniu mój mizerny wynik czasowy wystarczył do wyprzedzenia jedenastu osób i ośmiu osób nieklasyfikowanych. Widać upały im też dały się we znaki.
 

piątek, 3 maja 2024

WOM - sztafety bez sztafety.

Drugi dzień WOM przewidywał bieg sztafetowy, a my nie zorganizowaliśmy sobie sztafety. Jak za każdym razem do tej pory, choć zawsze sobie obiecujemy, że za rok to już na pewno... Na szczęście organizator miał też propozycję dla niezesztafecionych i pod koniec imprezy mogliśmy pobiec indywidualnie. Tym razem jednak tak bardziej treningowo, bo bez minut startowych i bez medali. Ale dobre i to.
 
Gotowi do startu.
 
Moja trasa miała nominalnie prawie cztery kilometry, co w połączeniu z panującą temperaturą nie rokowało dobrze. 
Na start przyszliśmy jeszcze przed organizatorem i w oczekiwaniu na jego przybycie spokojnie dokonaliśmy procedury clear i check.

Czekamy.

Rozdawanie map.
 
Kiedy w końcu pojawił się organizator zebrani uczestnicy wymusili szybkie rozdanie map (choć chyba nie taki był plan) i można było ruszać. Na hasło: kto chce startować w maniaku? szybko krzyknęłam: ja! i pognałam do lampionu startowego, żeby się organizator nie rozmyślił. Tak się szybko zebrałam do tego startu, że zanim Tomek się zorientował i włączył kamerkę, ja byłam już daleko, daleko...
Tak daleko, że dobiegłam do jedynki. Dobrze, że bezproblemowo, więc radośnie poleciałam dalej. Trasa była tak skonstruowana, że praktycznie cały czas trzeba było biec na azymut, czyli to, co najbardziej lubię. 
Już od początkowych punktów jak duch pojawiała się przy mnie co chwilę jakaś dziewczynka biegnąca tę samą trasę. Czasami trzymała się za mną, a kiedy zwalniałam, ona zatrzymywała się, czasami (na widok lampionu) biegła przodem, a po podbiciu długo wpatrywała się w mapę, aż ruszyłam na kolejny punkt. Z jednaj strony rozumiałam ją i nie miałam za złe, ale z drugiej obawiałam się dekoncentracji i tego, że się w końcu zgubimy jak zamiast patrzeć na mapę, będę obserwowała jej poczynania. Tak biegłyśmy razem chyba aż do PK 9. Po dziesiątce byłam już pewna, że uciekłam i zmyliłam pogonie, że tak powiem Mickiewiczem. Tak mnie to podjarało, że z dziesiątki wiałam już na oślep, byle dalej. No i pokarało mnie, że chciałam być takim nieużytkiem i porzucić biedne dziecię w lesie. Zniosło mnie trochę w prawo, wypadłam nie na tę drogę co trzeba i... zgłupiałam. Przez chwilę nie mogłam ogarnąć dlaczego droga biegnie w złą stronę i co się tu w ogóle odpiernicza. A kiedy w końcu już ogarnęłam sytuację, okazało się, że moja "podopieczna" ma już podbitą jedenastkę i gna dalej (tym razem za Hanią), a ja jestem w lesie. Dosłownie i w przenośni.

Troszkę mnie zniosło.
 
Resztę punktów zaliczyłam bezbłędnie, aczkolwiek z niechęcią, zbulwersowana, że sama siebie tak wystrychnęłam na dudka i w efekcie zostałam daleko w tyle, bo też i sił na pościg już nie miałam. Wydawało mi się, że w klasyfikacji będę całkiem ostatnia, co zresztą niespecjalnie mi przeszkadza, a tymczasem uplasowałam się w połowie stawki, co też mi nie przeszkadza:-) Bo grunt, że pobiegane.

Cały przebieg.

czwartek, 2 maja 2024

Warszawska Olimpiada Młodzieży w kategorii K55.

Warszawska Olimpiada Młodzieży to jest to, co mi najlepiej wychodzi w życiu. Zawsze załapię się na jakiś medal, a trzeba pamiętać, że jestem już mocno zaawansowana młodzież. Tym razem w mojej kategorii wiekowej na bieg średniodystansowy było nas zapisanych 5 kobitek. Tomek w swojej kategorii miał tylko trzech konkurentów. 
Wystroiliśmy się w nasze nowe koszulki klubowe (co to po latach wreszcie udało się je zrobić) i pojechaliśmy na podbój Dąbkowizny.

Ładnie wyglądamy?

Na starcie jakoś nie zauważyłam żadnej z moich konkurentek, ale też skupiałam się na czym innym. Już od dawna nie startowaliśmy według minut startowych i aż mnie w żołądku zakręciło z przejęcia kiedy weszłam do boksu. Co za emocje! :-)

Będzie się działo!

Start!

Zaczęłam dobrze, to znaczy znalazłam pierwszy punkt. Bo najgorzej to jak z tym pierwszym są problemy. Wtedy człowiek traci całą motywację i ma wrażenie, że już nie warto się starać. No, ale skoro znalazłam, to postarałam się i idąc za ciosem (oraz linią azymutu) odnalazłam dwa kolejne. Z kolejnym miało pójść równie dobrze, szczególnie, że na mapie wyglądał banalnie, tylko że coś z lekka nie pykło. Zaczęłam dobrze, ale jak zobaczyłam ścieżkę u podnóża wydmy, to nie wiedzieć czemu zbiegłam na nią i już żadna siła nie była w stanie oderwać mnie od wygodnego traktu. Był wygodny, to prawda, tylko nie prowadził na punkt. Zaczęłam się z lekka miotać po ścieżce raz w jedną stronę, raz w drugą, przy czym najpierw sama, a potem w towarzystwie jakiegoś młodzieńca. W sumie fajnie było, tylko w żaden sposób nie przybliżało do osiągnięcia celu. W końcu zdecydowałam ustalić gdzie jestem, następnie namierzyć się i w końcu wziąć punkt, no bo ile można?

Nieuchwytny PK 4

Uznawszy, że sprawę błądzenia na potrzeby relacji już ogarnęłam, resztę punktów zaliczyłam bezproblemowo i tylko raz głupio - przy PK 6, gdzie zamiast podejść ścieżką, przedarłam się przez żywozielone na mapie. Ale przecież nikt mi nie będzie mówił jak mam żyć! Nawet mapa!
Na mecie dowiedziałam się, że jestem pierwsza na dwie, które dotarły do mety, a tą drugą była Becia. Cały czas oczywiście mowa o naszej kategorii. Pozostałe trzy zawodniczki nawet nie dotarły na start, a co dopiero na metę. 
I tym sposobem zostałam Mistrzynią.

Medal i nagrody dla Mistrzyni.

Tomek miał trochę mniej szczęścia niż ja i został tylko Wicemistrzem w swojej kategorii, ale dobre i to, szczególnie, że jego rywale nie nawalili i jednak przyjechali.

Mój Wicemistrz!


Nasze medale.

Po medalacji biegusiem (tzn. autkiem) wróciliśmy do domu, żeby się regenerować, bo następnego dnia czekał nas ciąg dalszy imprezy. Ale nie uprzedzajmy faktów....

Cały przebieg.

sobota, 14 lutego 2015

InO na Wesoło i terror w domu

A tak to widzi T.:


Dzisiaj zastanowimy się co ma InO do terroru. A ma więcej niż wydawałoby się na pierwszy rzut oka!
Przygotowania to jedno. Wygospodarowanie czasu, podporzadkowanie dnia imprezie… A trzeba posprzątać, ugotować (dobra gotuję rzadziej, ale sprzątanie mnie nie omija) - imprez dużo, a doba ma ograniczoną ilość godzin. Mamy więc wstęp do terroru domowego (przynieś, pozamiataj itp.)
Na samej imprezie jest terror innego rodzaju – terror, który wymusza trzymanie się małoprzebieżnych krzaków, terror gdy jestem zmuszany tłumaczyć gdzie jesteśmy i gdzie mamy iść – szczególnie gdy Moja Druga Połowa (MDP) upiera się na kierunek marszu w stronę zupełnie przeciwną.
W BnO jest trochę lepiej bo z natury startuje się indywidualnie. Dziś właśnie na takiej imprezie byliśmy. Niedaleko i na Wesoło. Niedługo, bo Wesoły Organizator pomyślał także o naszej grupie kondycyjnej i zafundował trasę B w sam raz, tak około 3 km. Dziwiło mnie, że trasa kobieca (BK) jest dłuższa niż trasa męska (BM). Porównując mapy zrozumiałem perfidność organizatora – nam (tzn. męskiej części społeczeństwa) nie dość, że cięższej kazał zdecydowanie więcej razy wbiegać na wydmę! Niby darował 100m na długości, ale zafundował dwie wydmy więcej!
Powiem tak – trasa dla mnie idealna długościowo! Mapa aktualna, że aż chce się biegać, kompas mało potrzebny, bo ścieżki zgadzają się jak trzeba. Podpuchą było umieszczenie lampionów trasy BK tuż obok naszych (w sąsiednich dołkach, tyle ze ciut wcześniej) wiec zwabiony kolorem dwa razy znalazłem najpierw ten konkurencyjny lampion – dobrze że sprawdziłem numerki!. Przy pierwszym z nich  dopadłem MDP (wybiegła minutę wcześniej), przy kolejnym ¼ Pięciu Paprochów, która wyszła na trasę 2 minuty wcześniej. Tak zgadza się – wyszła bo te dorosłe Paprochy chodzą, a nie biegają, choć przy długości ich nóg tempo tego marszu niewiele odbiega od tempa mojego biegu!
Do mety dotarłem jako pierwszy z trasy BM (bo pierwszy wystartowałem!) i zaczęło się oczekiwanie na MDP. Sprawdziłem na mapie i wyszedłem naprzeciw do ostatniego PK by spełnić swój fotoreporterski obowiązek. Czekam, czekam i nic. Śmigają tylko Ci co biegają pod prąd (wiadomo -  trasy C zawsze biegają pod prąd). Po dłuższej chwili pojawia się przedstawicielka Paprochów, a MDP ani widu, ani słychu. No cóż niby Paprochy szybko chodzą, ale MDP biegła (przynajmniej na początku trasy)! Wróciłem do szkoły, jeszcze raz wyszedłem na PK 8, jeszcze raz wróciłem, a tu nic. Dopiero za trzecim podejściem znalazłem zdyszaną MDP, która dotarła do szkoły z zupełnie drugiej strony, i sterroryzowała mnie okrzykiem „WODY”. No cóż znowu uległem…
Grunt, że przeżyliśmy  i ze szczerego serca możemy polecić wszystkim WesolIno.
Miało być o terrorze – wiec dokończę wątek zdradzając pewien rodzinny sekret: Gdy powstają relacje na bloga ja i reszta rodziny jesteśmy „wypraszani” z serca naszego domu (czyli „komputerowni”), izolowani, zamykani, mamy siedzieć cicho i nie rozpraszać. Czy to nie jest terror w czystej postaci? Siedzę tu teraz na wygnaniu z laptopem na kolanach i opisuję swoją wersje wydarzeń cicho stukając w klawisze by żaden dźwięk nie wydostał się poza zamknięte drzwi…

WesolInO

Ledwo otrzepaliśmy kurz z butów po Kusakach, a tu już WesolInO.
Tym razem chciałam się sprawdzić w biegach po terenie leśnym.
Żeby zachęcić mnie jeszcze bardziej do WesolInO,  T. kupił mi nowiutkie portki do biegania i koszulkę. Wiadomo – kobieta w nowym ciuchu musi się pokazać, więc nie będzie ryzyka, że nagle zrezygnuję.
Na starcie już czekała konkurencja w postaci Paprochów w liczbie sztuk cztery. Reszta konkurencji była nam obca.
Teren znałam już z 10xsolo, więc specjalnie przestraszona nie byłam - wiedziałam, że na metę zawsze jakoś trafię.
M. wystartowała pierwsza (zarzekając się, że ona nie będzie biegła), ja kilka minut po niej. Próbując wybiec z boiska szkolnego oczywiście pobiegłam najpierw do zamkniętej bramy, ale druga próba była już udana i pognałam ulicą w słusznym kierunku. Pierwszy punkt łatwy i widoczny z daleka. Prawie w biegu kłapnęłam dziurkaczem i trochę ścieżką, trochę na przełaj przedarłam się do drugiego. Mimo narzuconego tempa, nie udało mi się zauważyć nawet nieopadłego kurzu po M., a co dopiero jej pleców:-(
Za to na dwójce dogonił mnie T., który startował po mnie. Do trójki pod górkę. Biegłam ile sił w nogach, aż nagle zauważyłam, że moje płuca zostały daleko w tyle. Musiałam mocno zwolnić, żeby mogły mnie dogonić. Już razem, na spokojnie zaczęłyśmy szukać punktu. Nie od razu wpadł nam w oko bo był w dołku, więc mało widoczny z daleka.
Nie wiem co mnie podkusiło, żeby do czwórki biec na azymut. Wiadomo - jak chcesz się zgubić, to najskuteczniej za pomocą kompasu! Przy kanałku (rzeczce?) zorientowałam się, że coś nie gra.  Najwyraźniej znowu przyłożyłam kompas do góry nogami:-( Żeby nie tracić czasu na kombinowanie, szybko wróciłam do trójki i od niej, mocno zachowawczo, bo drogami, pobiegłam na piątkę. Łatwizna, tylko znowu na górce i płuca znowu zaprotestowały.
Od piątki do szóstki najdłuższy przebieg. Dla pewności ruszyłam dookoła drogami. Na dobrą sprawę wybierając taki wariant nie ma większego sensu biec, bo z góry wiadomo, że wynik będzie marny, ale przynajmniej można się pochwalić, że się przebiegło, a nie przeszło. Znaczy się - dla własnej satysfakcji. No i kalorie - ponoć więcej się gubi biegnąc:-)
Z szóstki na siódemkę ruszyłam metodą T. - "gdzieś tam". Stwierdziłam, że jak przestrzelę, to namierzę się od cmentarza. Słuchajcie! Ta metoda jest lepsza od kompasu - wyszłam (tak, tak - na tym etapie trasy o bieganiu już nie było mowy) dokładnie na punkt. Do ósemki już bez patrzenia w mapę, bo cmentarz znany, ale za to po trasie najmniej optymalnej, bo nie wiedziałam czy z optymalnej strony jest przejście. Ponoć było.
Po podbiciu ostatniego punktu zawzięłam się w sobie i znowu włączyłam piąty bieg, żeby na metę wpaść pędem jak przystało na biegaczkę. Ale żeby nie było za pięknie to znowu dookoła cmentarza, zamiast przy głównej drodze. Przynajmniej nikt mi nie zarzuci, że idę na łatwiznę:-)
Ostatkiem sił dopadłam mety, chwilę po mnie wpadły moje płuca i oszołomione osunęłyśmy się na ławkę.
T. nie było. Okazało się, że już wyszedł mnie szukać. No bez przesady! Czas może i nie był rewelacyjny, ale do zmierzchu przecież jeszcze daleko!
Po chwili wrócił i T. i mocno wybrzydzał na stronę, z której nadbiegłam, bo on mnie szukał gdzie indziej. Pewnie, jak się nie chce znaleźć, to się szuka w innym miejscu niż trzeba.
Mam wrażenie, że skoro nie udało mu się mnie zgubić na tym biegu, to będzie próbował na jakimś kolejnym. Z czego to wnioskuje? W drodze powrotnej kupił mi kolejną część biegackiej garderoby!

środa, 11 lutego 2015

Warszawa Nocą dla początkujących.

Słowo się rzekło - kobyłka u płota!
Napisałam "następnym razem" i T. ten następny raz wymógł na mnie.
Zaczęłam od przygotowania taktycznego. Najpierw obejrzałam wszystkie dostępne mapy, potem (przy okazji trina) zrobiłam rozeznanie terenu, no - części terenu, a na koniec przeleciałam się po ulicach street viewerem. Wyszło mi, że nawet jak zginę, to nie na wieki, więc panikę będę sobie mogła odpuścić.
Potem postanowiłam nauczyć się tych dziwnych znaczków, co to biegacze sobie do rękawa przyklejają, żeby fajnie wyglądać.Co prawda od wielu osób słyszałam, że w mieście to tak raczej nienachalnie jest to potrzebne, ale postanowiłam pójść na całość. T. dał mi nawet jakiś programik, który miał mnie odpytywać. Te trudniejsze znaczki (trudniejsze według programu) to od razu weszły mi do głowy, za to te najczęściej używane wciąż mi się myliły. No to jednak przyjęłam obowiązującą wersję, że nie jest mi to potrzebne.
W dniu zawodów T. przebrał mnie za biegaczkę. Chyba od dawna o tym myślał, bo okazało się, że tak jakoś powoli (przy jego pomocy) skompletowała mi się cała biegacka garderoba. Jak się zobaczyłam w lustrze, to padłam z wrażenia. Za sam wygląd powinnam dostać pierwsze miejsce! Nawet nową czołówkę mi kupił!
Odradził mi tylko branie mojego "orientalnego" plecaczka, co to robi za reklamę InO i miałam straszny problem gdzie włożyć te moje tysiąc pięćset niezbędnych rzeczy, co to każda szanująca się kobieta powinna mieć przy sobie. No to stwierdziłam, że skoro i tak jestem już bez zasad moralnych (bo ostatnią było, że nie biegam, a jedynie kroczę dystyngowanie) to i szacunek mogę sobie odpuścić.
Tak więc bez zasad i szacunku do samej siebie (ale za to z jakim wyglądem!) stawiłam się na starcie imprezy. Mieliśmy w zapasie dużo czasu, więc spokojnie obejrzałam sobie miejsce startu, oswoiłam się z nową formą chipa i zrobiłam wrażenie na znajomych (na razie samym przybyciem). Wnioskując z ilości znajomych orientalistów, to nie ma zmiłuj - jak się chodzi, to i biegać trzeba!
W końcu nadeszła godzina naszego startu. T. leciał pięć minut przede mną, miałam więc możliwość zorientowania się, w którą stronę trzeba ruszyć. Głupio byłoby wyjść za linię mety, stanąć i kontemplować mapę.
Zegar startowy pipnął i wyrwałam przed siebie. Do najbliższego rogu, bo za nim (kiedy już nie musiałam robić wrażenia na oczekujących swojej kolejki biegaczach) zwolniłam znacząco, żeby sprawdzić na mapie: co dalej? Mapa mówiła, że prosto przed siebie. Już z daleka widziałam gdzie wszyscy zatrzymują się (a co zdolniejsi to tylko zwalniają), więc znowu przyspieszyłam, dopadłam, sprawdziłam czy numerek się zgadza i pipnęłam. No fajnie to pipa!
Drugi punkt blisko i znowu biegacze przy nim, więc łatwizna. Trzeci był mi znajomy z wcześniejszego rekonesansu, więc biegusiem do niego, nie tracąc czasu na mapę. Do czwartego ostrożnie, zresztą już się trochę zdyszałam. Piąty przeleciałam i musiałam wrócić. Zupełnie nie rzucał się w oczy, schowany w kąciku. Kilka osób też wracało do niego, jak przyuważyłam. Szósty bliziutko piątego, a w drodze do siódmego udało się przebiec przez ulicę nie wpadając pod żaden pojazd. Bo jak tak człowiek leci i gapi się w mapę, to różnie się może zdarzyć.... Z siódemki na ósemkę dzieci i młodzież darły równo pod górę po skarpie, ja oszacowawszy swoje siły, poszłam schodami. Może i nadłożyłam drogi, ale bałam się, że skarpa mnie dobije. Do dziewiątki to już biegłam/szłam w jakimś tłumie, bo nastąpiło nagłe nagromadzenie luda. Podbiłam dziewiątkę i w jakimś atawistycznym odruchu ruszyłam za idącymi przede mną. Do tego nie patrząc na mapę! Pół minuty później stałam sama na skwerku i nie wiedziałam gdzie jestem i w którą stronę się ruszyć. Obeszłam więc skwerek dookoła i wreszcie trafiłam na punkt. Pipnęłam sobie i zorientowałam się, że to dziewiątka, przy której już byłam wcześniej. No, ale przynajmniej wiedziałam gdzie jestem. A skoro wiedziałam, to i do dziesiątki trafiłam bez problemu, jedenastka okazała się znajoma z autopsji, a potem już tylko przelot do mety. Jakiś biegacz wyglądający bardzo profesjonalnie minął mnie pędem na tej ostatniej prostej, a we mnie odezwał się duch walki. Co? Ja nie dam rady mu dorównać??? Dałam radę!!! Co prawda tylko na kilku metrach, ale na początek dobre i to!
A na mecie fotoreporterzy (no dobra, jeden), wywiady (no i jak było? jak?) i szczera radość z mojego powrotu (nie trzeba mnie szukać).
A oto dowód rzeczowy, że "następny raz" nastąpił:


sobota, 7 lutego 2015

Marszobieg, czyli rekordowe spóźnienie w BnO

Relacja T.:


Ostatnie w tym cyklu dla mnie FalInO (Ostatnie dwie imprezy kolidują z MnO, a jak wiadomo marsze wygrywają;-) i rekordowe spóźnienie. Właściwie to bałem się, że mi lampiony zwiną zanim dobiegnę do mety… ale po kolei.
Nowa trasa, dłuższa niż poprzednie, więc kolejne wyzwanie. Coś tam boląca z lekka łydka po biegu sprzed tygodnia (człowiek rozsypuje się na starość). Początek jak trzeba – nawet jakiegoś zabłąkanego biegacza udało mi się naprowadzić na właściwy punt. Dalej wszystko jak trzeba… aż do PK 6. Tego zawodnika, którego spotykałem przy pierwszym punkcie zgubiłem gdzieś po PK 4 – miał wyraźne problemy z nawigacją. Chwila euforii i nieuwagi , przyłożony kompas nie w tą stronę do mapy i nagle znalazłem się tam, gdzie nie powinienem. Jeszcze jakoś udało się to skorygować  i po raz kolejny przed ósemką źle przyłożony kompas i gdzie wschód pomylił mi się z północą… i totalne zagubienie. Granica lasu, ale nie tego, droga, ale nie ta, próba korygowania – „gdzieś w tamtym kierunku” i kilka kilometrów nadmiaru. Na dodatek skończyły się siły i bieg zamienił się w marszobieg.  Wielkim łukiem  wychodzącym poza mapę przeczesałem teren i wylądowałem gdzieś koło 9-tki. Pomyślałem (nieregulaminowo) ,że może najpierw 9, a potem zapomniane osiem. Problem w tym, że owej dziewiątki  nie było . Były zgrupowania krzaczków, a lampionu brak. Za to pojawili się jacyś zawodnicy co mnie utwierdziło, że ósemka nie jest mitem i  powinna być gdzieś tam skąd oni nadbiegają!  Odrzucając nieregulaminowe pokusy znalazłem ósemkę. Ósemkę i tego zagubionego biegacza, co towarzyszył mi na początku trasy. Także nie przejawiał wielkiej chęci do biegania. Dojrzałem  ósemkę, ruszyłem na feralną dziewiątkę. Na moje oko była przy zupełnie innych zaroślach niż na mapie, ale się znalazła. Na plecach czułem oddech konkurencji. Teraz szybko na 10 by się „urwać”. Jest wydma ustawiam dokładnie azymut wpadam w młodnik… i nic. Górki z mapy nie ma.  Chodzę szukam, dobija konkurencja. Dobija także 5 Paprochów, a PK zapadł się pod ziemię. Raczej niemożliwe, by tak duża grupa i to z dokładnymi marszowcami  jak Paprochy nie potrafiła znaleźć głupiego lampionu. Wracam na szczyt wydmy, znajduję charakterystyczny wąwóz, bardzo dokładnie wyznaczam azymut odległość i maszeruję licząc kroki. Konkurencji azymut bardziej na wschód wyszedł, ale porusza się gdzieś w zasięgu wzroku. A lampionu jak nie było, tak nie ma.  W miejscu gdzie powinien być lampion idę na zachód i coś tam przebłyskuje. Ale znacząco w innym miejscu niż na mapie, nie na górce, ani nie w siodle jak na opisie PK! No cóż wreszcie udało się na FallIno porządnie skopać ustawienie lampionów (do tej pory niedokładności były nieduże, ale lampiony widoczne na tyle z daleka, że nie było problemu).
11 – znowu dała mi się we znaki – zmęczenie, głupi błąd i szukałem nie tam gdzie trzeba. Prawie dopędziły mnie tu Paprochy idąc krokiem marszowym! Ale za to jakie ładne kółeczko wyszło na śladzie GPSJ https://docs.google.com/file/d/0B8gJA_-6U27oQ2x0ZFk0M29nc0k/edit?usp=drivesdk
Jeszcze ciut nie wcelowałem w 13-stkę, o jedną przecinkę za wcześnie na 12 (stare mapy i zbyt dużo się nie zgadza z terenem wrrr), a dalej  już bez większych  przygód do mety. W efekcie czas „rewelacyjny” prawie 125 minut (wrrr). Dobrze, że choć nie jestem ostatni. Zamiast przepisowych 7 km GPS pokazał ponad 11. Czyli ponad 1o minut/km – prawie jak szybki marsz, a nie bieg;(
Aby się dowartościować po chwili odpoczynku „pobiegłem” jeszcze na TP. Całkiem trudna mapa z ogórkiem. Większość punktów tych samych więc łatwiej, choć nogi odmawiały posłuszeństwa i biec niezbyt chciały. Iść właściwie także nie chciały. W butach mokro (bo buty biegowe, mocno wentylowane, a tu sporo śniegu). Kolano boli, łydki zaczyna łapać skurcz…. Znowu miałem problemy ze znalezieniem PK  z Open-M. Stąd trasa mało optymalna i zamiast 6 wyszło 9 km.
Na metę dotarłem chyba siłą woli. Jednak 20 km marszobiegiem zrobiłem. TP nie wygrałem (pewnie za dobrze mi poszło bo miałem fory po biegach i uzyskałem ponadnormatywny status PK), w klasyfikacji Open-M mocno spadłem. I dobrze, że zdołałem dojść do samochodu!
Jedynie na pocieszenie dostałem zaległy medal i dyplom za 3 miejsce z BnO na Biegu Wedla. Czas chyba zamówić na jakieś  imieniny gablotkę na medale;-)