niedziela, 31 maja 2015

10xsolo

Ponieważ na sobotę mieliśmy plany na różne czynności "w domu i zagrodzie", postanowiliśmy przejść etap raz, dwa i wracać. Kiedy zobaczyłam mapę, poczułam jak raz, dwa ulatuje z wiatrem.
- Szarość! Widzę szarość! - mogłam sparafrazować film.
Mapa lidarowa nie jest moją ulubioną mapą, a nawet bardzo nieulubioną. Na szczęście T. miał do niej całkiem przyjacielski stosunek, a nawet jakby się ucieszył na ten widok. Dziwak jakiś.
A może i nie dziwak, bo jak już mi pokazał o co w tym wszystkim chodzi, to szybko udało sie dopasować wycinki we właściwe miejsca.
Zaczęliśmy od końca, czyli od dwunastki, bo stała przy asfalcie i trudno byłoby jej nie znaleźć. Przy okazji ustaliliśmy sobie skalę mapy, bo na prostym najlepiej. Do jedenastki droga tak łatwa, że sama bym trafiła. Z jedenastki na ósemkę też bez problemu, ale chwilę zajęło nam znalezienie lampionu, bo mapa mówiła o górce, a rzeczywistość o dołku na górce. No, chyba że wzięliśmy stowarzysza.
Na dziesiątkę pomknęliśmy grzbietem, licząc dokładnie parokroki, więc trafienie nie było żadnym wyczynem. Co prawda po drodze widzieliśmy osoby z naszej trasy podbijające jakieś dziwne punkty, ale nie daliśmy się zwieść na manowce. Przy dziewiątce doszło do krótkiego spięcia, bo każde z nas obstawiało inny lampion i każde miało swoje racje. Lampion T. okazał się lepszy. Do tego stopnia lepszy, że ktoś bardzo chciał go mieć na własność i wziął sobie. Została tylko samotna, smutno dyndająca kredka.
Po dziewiątce coś mi się zacięło i T. musiał mnie doprowadzić do kolejnego PK, bo nijak nie mogłam połapać się w kierunkach. Po sczesaniu kawału lasu w celu ustalenia który rów jest który, podbiliśmy szóstkę i ruszyli na czwórkę. Znów odnalazłam swój wewnętrzny kompas i mogłam lecieć przodem.
A przy czwórce ruch jak na Marszałkowskiej, z krzaków nagle powyłaziło tyle luda, że aż dziw, gdzie oni się chowali do tej pory. W stronę siódemki szliśmy już za tłumem, bo inaczej się nie dało - szeroka, prosta droga. A za siódemką tłum poszedł w rozsypkę, bo każdy dalej przedzierał się według własnej koncepcji.  Pomysł pójścia drogą (trochę naokoło, ale wygodniej), od razu odrzuciliśmy, bo przecież nie byliśmy tam dla wygody, poza tym brzydzimy się łatwizną. W związku z tym weszliśmy w krzale, bruzdy, dziury i inne kłody pod nogi. Nasz punkt miał być w drobnym zagłębieniu, w otoczeniu dołków. Jak na złość w okolicy nie było ani pół dołka. Jakaś grupa młodzieży czesała teren równolegle. Dzieląc się wrażeniami:
- Macie coś? - przesuwaliśmy się to w prawo, to w lewo, to w górę, to w dół mapy. Z krzaków wyłonili się B. S. i D. W. Ponieważ byli na trasie TZ, szukali innego dołka niż my, ale stowarzyszonego z naszym. Szukali równie bezskutecznie, jak i my. Po chwili do grona poszukiwaczy dołączył D. M. Już nie wiem, kto natknął się na te upragnione dziury, ale skorzystali wszyscy.
Przy PK 3 znowu natknęliśmy się na B. i D., bo ich okop był tuż obok naszego. Do kolejnego punktu, dla przyzwoitości poszliśmy równoległymi ścieżkami. A właściwie my to już pobiegliśmy, bo czas zaczął się nam gwałtownie kurczyć. T. wykazał się lepszą kondycją (a coś marudził o skręconej kostce) i zostawił mnie daleko w tyle. Za to PK 1 musiał podbijać w samotności! Dobrze mu tak!. Na metę wpadliśmy chyba w ostatniej minucie, ale z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku:-)

sobota, 30 maja 2015

Majaczki Magdalenki

Ponieważ zbiórkę na Majaczki zarządzono tuż przy Ogrodzie Saskim, nie mieliśmy wyjścia - trino "Pamiątka Osi Saskiej" musiało zostać zrobione. W efekcie, kiedy dotarliśmy na start byłam już zmęczona i marzyłam o powrocie do domu. Oczywiście nie miałam odwagi zaproponować tego T.
Pobierając kartę startową, tak się zastanawiałam z kim by tu dzisiaj pójść, bo z T. to już mamy prawie całkowitą rozdzielność trasową (poza TMWiM). Jakieś licho podkusiło mnie iść samej. Ostatecznie na trasie zawsze mogłam się do kogoś podłączyć, a w razie zgubienia się w mieście, jest kogo spytać o drogę.
Tuż przede mną ruszyły Leśne Dziady. Zaczęłam się łamać, czy nie iść z nimi.
- Idziecie na szóstkę? - zagadnęłam?
- Zaczniemy od siódemki.
- O, nie! Nie będę zmieniać planów! - pomyślałam i bohatersko oraz samotnie ruszyłam przed siebie.
Już z daleka zobaczyłam dorodny lampion na drzewie. Co prawda nie wisiał tam, gdzie powinien, ale uznałam, że na stowarzysza się nada. A poprawić ewentualnie jeszcze będę mogła. Jak mi się zachce.
Za pomocą lupy odszyfrowałam, co kryje się pod dziesiątką. Byłam tam z godzinę temu!
- No to przynajmniej jeden punkt będę miała poprawny - ucieszyłam się jak głupia. Pytanie do PK brzmiało: komu dedykowany jest pomnik? No, żesz! Po pierwsze to nie pomnik, po drugie nie jest nikomu dedykowany, tylko upamiętnia.
- Może jednak źle trafiłam? - pomyślałam z żalem. Wpisałam w kartę odpowiedź mieszczącą się w granicach szeroko rozumianego błędu i ruszyłam dalej.
Trochę brakowało mi skali mapy, ale jej wyliczenie wciąż odkładałam na później. Trafienie do jedenastki wydawało mi się łatwe - iść przed siebie, zostawiając za sobą dziesiątkę. Tylko ile iść? Niby jakiś skwerek był w sensownej odległości, ale wydał mi się mały i zbyt niepozorny. Postanowiłam zobaczyć co jest dalej. Granicę tego "dalej" wciąż przesuwałam o parę metrów i niewiele brakowało, a zatrzymałaby mnie dopiero Wisła. Zawróciłam. Zaczął we mnie narastać bunt.
- Głupie InO! Głupie! Nie bawię się!
Postanowiłam wrócić na start/metę i poczekać na T. Przy ponownym mijaniu skwerku nabrałam pewności, że to ten właściwy, ale co z tego? Pod wytypowanym przeze mnie drzewem siedziała jakaś parka i namiętnie się całowała. Przecież nie będę przeszkadzać. Zresztą i tak już zrezygnowałam z zabawy.
W okolicach PK 6 niespodziewanie natknęłam się na Dziady. Z obłędem w oczach szukali właściwego lampionu. No proszę, ile biegania sobie zaoszczędziłam biorąc stowarzysza!
Byłam już blisko mety, kiedy coś mnie podkusiło sprawdzić jeszcze tylko jeden PK. Bo ta siódemka, co to Dziady od niej zaczęły, taka prosta się wydawała. Trafiłam, ale doszłam tam możliwie najdłuższą drogą i najbardziej naokoło jak się dało. No bo kto by przypuszczał, że każda dziura, w którą weszłam próbując skrócić drogę, kończy się płotem lub budynkiem??? Obleciawszy więc pół Warszawy zdobyłam wreszcie siódemkę. Skonstatowałam, że koło ósemki też już byłam idąc na te "skróty", więc wróciłam po nią. Z ósemki to właściwie jakoś by się dało może tę dziewiątkę namierzyć. Lupa powiedziała mi, że mam szukać pomnika Kopernika. Gdybym znała Warszawę, pewnie wiedziałabym gdzie to jest i mapa byłaby mi niepotrzebna....
Żeby znowu nie przesadzić z odległością, ustaliłam wreszcie przybliżoną skalę mapy i ruszyłam. Kiedy zaś zobaczyłam idącą z naprzeciwka A. K. wiedziałam, że na pewno jestem jeszcze na terenie zawodów, a kto wie, może i we właściwym miejscu. I tak faktycznie było. Pytanie do punktu oczywiście mnie dobiło, bo licho wie jak to się fachowo nazywa, to co on tam sobie trzyma. Teraz już wiem, że to sfera armilarna.
Z dziewiątki postanowiłam jeszcze raz pójść na ten nieszczęsny skwerek, bo może wreszcie skończyli z tym całowaniem. Ufff.... skończyli. Spisałam kod i kolejny raz dzisiaj przemaszerowałam przez Ogród Saski. Na pewno już się w nim nie zgubię.
Zaczynało się robić późno i przemknęła mi przez głowę myśl o mecie, ale postanowiłam zaliczyć jeszcze PK 2, bo wydawał się blisko.  Byłby blisko, gdybym wiedziała gdzie jest najbliższe przejście przez ulicę. Oczywiście, że poszłam do najodleglejszego. Kiedy już wróciłam prawie spod Łomianek i znalazłam potrzebny pomnik, znowu musiałam odpowiedzieć na kolejne bzdurne pytanie, co postać trzyma w dłoni. A kto go tam wie, co on trzyma? Kawał betonu, marmuru czy z czego tam robią te pomniki. Na jakiś rozwinięty papier to wyglądało. Teraz to sobie doczytałam, że to plan fortyfikacji West Point, ale kto normalny wie takie rzeczy z marszu????
Ponieważ trójka była dość blisko, ruszyłam w jej kierunku. Tak mi się te ścieżki średnio zgadzały względem budynku, co to tam jego kawałeczek się na mapę załapał, ale spisałam jedyny napotkany lampion, bo zawsze to coś. Jedynki szukałam długo i namiętnie. Na mapie jak wół "Teatr Praga", a w terenie Centrum Kultury. Obleciałam wszystkie ulice w promieniu siedmiu kilometrów - teatru ani widu, ani słychu. Zagadnięta ludność tubylcza na wszystkie świętości zaklinała się, że absolutnie nie ma tu takiego teatru, a najbliższy to Teatr Capitol. Wobec powyższego olałam, zwłaszcza, że na stylach i tak się nie znam.
Zaczęłam przemieszczać się w okolice mety. Trochę żal mi było dwóch punktów, do których jeszcze nie dotarłam i zaczęłam po cichu kombinować, że w sumie to nie jest daleko i jeśli na skrzyżowaniu skręcę w prawo, a nie w lewo na metę, to raz, dwa je zgarnę. Zanim doszłam do skrzyżowania mój telefon zaczął rozpaczliwie dzwonić.
- Oho, T. mnie szuka. Nici z czwórki i piątki.
Faktycznie, na mecie czekali już tylko na mnie. Odpuściłam. No, ale przecież na pewno bym je znalazła, więc tak dla sprawiedliwości, to nie powinni mi wlepiać za nie po 90 punktów kary. Nieprawdaż? A za bohaterskie samodzielne przejście powinnam dostać nawet jakieś dodatnie punkty!
Wraz z wynikami okaże się, czy jest jakakolwiek sprawiedliwość na tym świecie!

piątek, 29 maja 2015

Tappabuchino czyli Mokotek trójzębnokątny.

Jako, że Tappa sprzężone było z urodzinami autora tej imprezy, zostałam podstępnie namówiona do wyprodukowania tortu. Samo wyprodukowanie nie jest wielkim wyczynem, podstęp zaczynał się w kwestii ozdobienia tegoż. Zupełnie zapomniałam, że w kategorii wzornictwa jestem  na poziomie malowideł naskalnych (albo i poniżej tego poziomu). Jednakowoż wspólnym wysiłkiem rządu i całego społeczeństwa udało się spreparować obiekt biało-różowomajtowy, który może piękny nie był, ale smaczny raczej tak.



Po odśpiewaniu tradycyjnego "Sto lat" i sprawdzeniu, czy aby na pewno tort jest zjadliwy, trzeba było zacząć myśleć o wyruszeniu na trasę. Nie byłam nastawiona na chodzenie wyczynowe, weszłam więc z towarzyski związek z A. M. i D. M. Ruszyliśmy. Trasa TP, więc na szczęście nie wymagała większego wysiłku intelektualnego. Szybko wyczailiśmy, że punkty są podwójne i opracowaliśmy strategię "jak najwięcej, jak najmniejszym kosztem". Ale wiadomo, jak się idzie i gada, a nie pilnuje mapy, to nie zawsze wychodzi najmniejszym kosztem. Te kilkanaście nadmiarowych kroków jakoś jednak odżałuję.
Polegliśmy na zadaniu. "Jakiego koloru Kamień występuje na trasie?"  Kamień, to kamień... Skoro mieliśmy nim rzucać z PK D, to i w okolicach PK D szukaliśmy. Kamieni, takich poręcznych do rzucania, było multum. I wszystkie szare. Kto by tam zwracał uwagę, że w zadaniu słowo "kamień" było z wielkiej litery?  A swoją drogą, to ciekawa jestem, jak też autor wyobrażał sobie rzucanie ulicą?????
Przy zadaniu drugim zaplątaliśmy się w piętrowe układy równań i całe szczęście, że A. wpadła na pomysł wykorzystania kalkulatora, bo do dzisiaj chyba przeliczalibyśmy parokroki na rzuty kamieniem.
Ale wreszcie wiem ile wynosi ten osławiony rzut kamieniem:-)

czwartek, 28 maja 2015

Wkręcona w Puchar Bielan

Dałam się wkręcić, bo wkręcona trasa miała być krótka. Tym razem ubrałam spodnie z porządną gumką, buty zawiązałam na dwa supły i byłam gotowa zwyciężyć.
Schody zaczęły się już na starcie, bo jakiś sadysta wymyślił, że po mapę trzeba wbiec na górkę. Niby wysoka nie była, ale pierwsze zasapanie zaliczyłam. Ponieważ z górki nikt nie wracał, więc i ja przeleciałam ją na wylot i dopiero wtedy zajrzałam do mapy. Jedynka kawałek za blokiem, nawet ją od razu namierzyłam. Do dwójki chyba mało optymalnie poleciałam, bo co chwilę coś pozagradzane, ale na szczęście kopczyk z lampionem widać było z daleka. Przy dwójce dostałam od nóg pierwsze ostrzeżenie. Moje piszczele zawołały wielkim głosem:
- Za dużo chodziłaś w ostatnim tygodniu, odmawiamy współpracy!
Udawałam, że nie słyszę i ruszyłam na trójkę. Nogi nie dawały za wygraną. Do akcji wkroczyła prawa łydka.
- Stój, albo się skurczę!
Ponieważ nie chciałam stanąć, wykonała swoją groźbę. Zwolniłam i spacerowym krokiem przemierzyłam skwerek. Do czwórki udało się trochę przetruchtać, bo blisko, ale między czwórką, a piątką zbuntowała się druga łydka.
- P.....lę, nie idę - zakomunikowała i .... tak zrobiła.
Aż do szóstki ją przekonywałam, że da radę i nawet spróbowała podbiec kawałek, stąd na siódemce nie miałam dużej straty, ale dalej już nie chciała współpracować.
W drodze na ósemkę i dziewiątkę (spokojny spacerek) reszta człowieka dołączyła do strajku i załapała mnie kolka.. Tego już było za wiele! Wściekłam się i aż do czternastki biegłam, nie zwracając uwagi na nogi i kłucie w boku.
Przy jedenastce zastałam jakieś zamieszanie bo lampion nie stał we właściwym miejscu. W biegu oznajmiłam to pilnującemu go człowiekowi i pokazałam palcem gdzie ma być. Pognałam dalej nie patrząc co z nim zrobi.
Za to bieganie oczywiście mnie pokarało i do piętnastki już się czołgałam. A potem było już tak blisko mety, że wstąpiły we mnie nadludzkie siły i po raz ostatni zerwałam się do lotu.
Kiedy odebrałam wynik, wszystko we mnie śpiewało z radości:
- Nie będę ostatnia! Nie będę ostatnia!

wtorek, 26 maja 2015

WiMnO - cz.3

Po drugim etapie padliśmy i nawet nie chciało nam się jechać do domu, mimo że to tylko kawałeczek. Siedzieliśmy więc do ostatniego uczestnika, udzielaliśmy się towarzysko i głodowaliśmy (bo ile można zjeść słodyczy). A organizatorzy kusili. Kusili nas dodatkowym etapem TP i trzema punktami za niego. Ale tak naprawdę to chodziło im o zebranie "przy okazji" lampionów.
Oczywiście, że daliśmy się na to złapać. Musieliśmy tylko poczekać aż wszyscy wrócą z lasu, a oni jak na złość zbierali i zbierali te swoje PK.
W międzyczasie z drugiego etapu wrócił sympatyczny i jak się okazalo niesamowicie ambitny harcerz i zrobił na nas piorunujące wrażenie. Zaliczył już pieszo dojściówkę z Rembertowa, dwa swoje etapy i postanowił jeszcze przejść zejściówkę do Zielonki i przynieść kartę startową tej zejściówki na metę. Czyli praktycznie przejść ją jeszcze raz, tylko w odwrotnym kierunku. Zrobił to! A po chwili odpoczynku pomaszerował robić trino na AONie. Zostaliśmy na mecie z opadniętymi szczękami.
Wreszcie B. odfajkowała na liście powrót ostatniego uczestnika, dała nam mapę z zajączkami i wzorcówkę TU i TZ i po raz kolejny poszliśmy w las. Ja zbierałam TP, T. resztę. Na początku to nawet przyjemnie było, ale w połowie trasy TP zaczęłam wymiękać, bo przypomniałam sobie ile mam już kilometrów w nogach. T. też zaczął dojrzewać do przyjazdu rowerem następnego dnia po resztę lampionów. W końcu zebraliśmy tylko to, co wisiało w pobliżu i na trasie TP, a pod koniec już mi się nawet kodów nie chciało spisywać. Zresztą i tak szliśmy poza klasyfikacją, więc motywacja jakby mniejsza:-) Jeszcze samochodowo zebraliśmy część zejściówki i wreszcie koniec.
Tegoroczny sezon na WiMnO uważam za zamknięty!

poniedziałek, 25 maja 2015

WiMnO - cz.2

Mapa etapu drugiego nie wywołała we mnie paniki. Może dlatego, że chemia jest mi bliższa niż fizyka i wiem co to atom i wiązania. Poza tym na terenie tego etapu rok temu T. robił mi ćwiczebne InO i wydawało mi się, że tam to już się raczej nie zgubię.
Moja naiwność jest jednak wielkiego kalibru.
Ruszyliśmy bez analizowania mapy, jedynie po drodze wyliczając skalę, no bo wiadomo gdzie. To znaczy ja i T. wiedzieliśmy, dla D. był to teren dziewiczy i musiał wierzyć nam na słowo, że dobrze idziemy.
Niespodziewane problemy zaczęły się już na pierwszym punkcie. Weszliśmy w las jak po swoje, a tam zero lampionów. W terenie wszystko się zgadzało - jeden rów, drugi, dołki, odległości, azymuty, tylko PK brakowało. Po chwili do poszukiwań dołączyła ekipa z trasy TP. Po konsultacjach doszliśmy do wniosku, że ktoś musiał już zajumać lampion. Trudno, wbiliśmy bepeka i ruszyli dalej.
Po dojściu na skraj kolejnego wycinka, od razu było wiadomo, że to musi być PK D. Do następnego prosta droga. Postawiliśmy na obrócone C, tylko pytanie - w którą stronę obrócone? Po burzy mózgów i sprawdzeniu terenu wzięliśmy jedyny słuszny i pomaszerowali po E, które wyjątkowo miało nie być ani zamienione, ani obrócone. Ja dałabym się nabrać na stowarzysza, ale T. jak zawsze obleciał teren w promieniu kilku kilometrów i wybrał ten właściwy. Wrócił jakiś taki obszarpany i zakrwawiony, ale zadowolony z dobrze wypełnionej misji.
Na PK E nastąpiło rozwidlenie trasy i musieliśmy zdecydować - bardziej w prawo, czy bardziej w lewo. D. i T. chcieli iść na punkt oznaczony na mapie G, mi było obojętne bo i tak w punkt G nie wierzę. Męskie wymysły. Oczywiście, że miałam rację, bo wcale nie było tam G, tylko H. Ustalenie tego chwilę nam zajęło, bo na trzech wycinkach były podobne dołki i musieliśmy dobrze pobiegać po terenie żeby ustalić ich wzajemne położenie. W takiej sytuacji zespól trzyosobowy dobrze się sprawdza.
Na tym punkcie zaczął mnie dopadać kryzys. Cały tydzień łażenia i biegowa końcówka poprzedniego etapu dały mi się porządnie we znaki. Wyłączyłam się na moment i od razu straciłam kontakt z mapą. Szłam więc za chłopakami i tylko pilnowałam, żeby nie zostawać za bardzo w tyle.
Na PK L na chwilę się odnalazłam, ale nie na długo. T., jako głównodowodzący, zaczął wybierać coraz mniej przyjazną trasę, najeżoną jeżynami i innym dziadostwem. Przy jednym punkcie litościwie panowie zezwolili mi poczekać na drodze, ale potem ciągali mnie ze sobą w każde napotkane krzaki.
Gdzieś po drodze dwukrotnie spotkaliśmy ekipę radomską - z psem i dzieckiem we wózku. Nie sądzę żeby w tym zestawie przedzierali się przez chaszcze, czyli jakaś alternatywa musiała być. Mi niestety nie było dane jej doświadczyć.
Byliśmy gdzieś w połowie trasy, czas zaczął się nam niebezpiecznie kurczyć, a ja myślałam już jedynie o tym, żeby dotrwać na nogach do mety. Jeszcze przez chwilę pomagałam szukać rowów, dołków i co tam było potrzebne, ale szybko popadłam w totalną apatię. Mam wrażenie, że przez dłuższą chwilę byliśmy nawet zgubieni, bo bezradnie i chaotycznie miotaliśmy się w różnych przeciwległych kierunkach.
Kiedy myślałam, że w lesie spędziliśmy już z tydzień, naszym oczom ukazał się asfalt. Cywilizacja! Ponieważ mieliśmy już komplet punktów, za to nie mieliśmy czasu, T. rzucił hasło:
- Biegiem na metę!
Na hasło: "meta" poderwałam się do biegu i niczym perfekcyjna maszyna, idealnie równym tempem, bez zatrzymywania się, pokonałam maratońską odległość dzielącą nas od upragnionego celu. Po drodze jeszcze T. wyratował z opresji Paprochy, znajdując pod krzaczkiem ich karty startowe i oddając prawowitym właścicielom.
Na metę wpadliśmy niemal w ostatniej chwili przed ciężkimi minutami.
I tym sposobem udowodniliśmy, że znajomość terenu zawodów jest psu na budę, kiedy trasę robi D. W.
c.b.d.u.
c. d. n.

WiMnO - cz.1

Niedzielnym świtkiem T. rozstawił moją zejściówkę (widzicie, jakiego mam dobrego męża?!), wpakował do autka ciasto, grabie i mnie i pojechaliśmy na start. Całe dwa kilometry.
Na początek sobie nagrabiliśmy u organizatorów, a jak już mieliśmy nagrabione, to pojechaliśmy zrobić dojściówkę, no bo jakoś na start trzeba było się uczciwie dostać.
Kiedy dotarliśmy w okolice AONu, już z daleka widzieliśmy zbliżających się ze wszystkich stron osobników z mapami. Kumulacja nastąpiła na rondzie. Wspólnym wysiłkiem policzyliśmy literki, bo wiadomo - każdemu wychodziło inaczej i trzeba było jakoś ustalić zeznania. Jeszcze tylko kody z lampionów, policzenie znaków drogowych i wreszcie można było legalnie wrócić na start.
Na początek, żeby wzmocnić szanse na wygraną, dokooptowaliśmy do zespołu D. M., bo wiadomo - co trzy głowy, to nie jedna. Jak tylko pobraliśmy pierwszą mapę, już było wiadomo, że to słuszna decyzja, bo tym razem wyszło - co dwie głowy, to nie jedna. Moja odpadła po pierwszym rzucie oka na mapę. Na widok słów: dioda, obwód drukowany, schemat zamknęłam się w sobie, zatrzasnęłam drzwi na głucho, a klucz połknęłam. Chłopaki usiłowali wytłumaczyć mi jak wygląda dioda i jakie to ma przełożenie na naszą sytuację, ale im bardziej tłumaczyli, tym większe robiły się moje oczy i w końcu groziło to ślepotą na skutek ich wypadnięcia z oczodołów.
Tak na przyszłość dla autorów tras - jak będą jakieś "techniczne" etapy, to mój zespół od razu powinien dostawać dodatkowy czas na tłumaczenie tych zawiłości. Tak dla wyrównania szans.
Ponieważ pierwszy wycinek, ten ze startem, był aż trzypunktowy, więc przez trzy punkty wiedziałam gdzie iść, mogłam więc się wykazać i kawałek poprowadzić. Żeby nie było, że na sępa idę. Co prawda panowie w okolicach każdego PK usiłowali pójść gdzieś w bok, no bo różowa kropka, ale jakoś to przetrwałam. D. wciąż, z uporem godnym lepszej sprawy, usiłował wytłumaczyć mi dlaczego to robią; T. od razu sobie odpuścił - w końcu zna mnie dłużej.
W PK C moje możliwości nawigacyjne się skończyły, no bo dioda. Chłopaki ustalili, że idziemy na diodę z PK O, a potem na diodę z PK N. Nie protestowałam, bo i po co? Na PK N jakoś im się koncept skończył. Popatrzyłam w końcu na trzymany w ręku świstek papieru i usiłowałam wyobrazić sobie, że nie ma tu żadnych diód, tylko zwykłe wycinki mapy. Pomogło.
- Moim zdaniem teraz będzie J - zawyrokowałam, ale kto by mnie tam słuchał.
Pamiętałam z map na pierwszą Nieposlipkę, że w prawym dolnym rogu są rowy, a wyżej wydma. Wszystko pasowało.
Jako, że moja opinia nie zrobiła na nikim żadnego wrażenia, postanowiłam się nie wcinać, a potem najwyżej triumfalnie obwieścić:
- A nie mówiłam?!
Po męskiej naradzie, T. i D. ustalili, że sprawdzimy organoleptycznie, co jest na końcu diody. I co było???? J oczywiście.
- A nie mówiłam??!!!!
Udawali, że nie słyszą.
Odkryty wycinek zaowocował punktami J, I i H. Potem, znowu diodą, przedarliśmy się na kolejny wycinek. Przy E-paśniku, na dużej otwartej przestrzeni aż mrowiło się od inowców. My dla odmiany poszliśmy drogą, trochę naokoło, ale wygodniej. Na kolejnej diodzie, z PK G, doznałam olśnienia. Wreszcie wiedziałam gdzie oni sobie te diody wtykają i co z tego wynika. Mi wynikało, że diody to tylko taki pic na wodę dla zmylenia przeciwnika i równie dobrze można by to nazwać ogonkiem, linką, czy jakkolwiek inaczej. W każdym razie opis zrobił mi wodę z mózgu.
Ostatni wycinek pokonaliśmy już biegiem, bo czas zaczął się kończyć. Z tym biegiem to może trochę przesadziliśmy, bo T. musiał wracać po pominięty w pędzie punkt.
Wreszcie z kompletem PK dobiegliśmy na metę. To znaczy ja i D. dobiegliśmy, a T., chyba z przyzwyczajenia po Hubal-InO śledził nas z pewnej odległości.
c. d. n.

niedziela, 24 maja 2015

Wstępne wyniki.

Wstępne wyniki wyborów, przeprowadzonych w całej Polsce są, a wyników  WiMnO, przeprowadzonych na  Mokrym Ługu nie ma!
Granda!

sobota, 23 maja 2015

Wokół Francuskiej

Trzy punkty do odznaki na Saskiej Kępie piechotą nie chodzą, więc mimo zmęczenia po Hubal-InO, ruszyliśmy na kolejną trasę. Tym razem do zaliczenia było TRInO - drobne trzy kilometry.
Z racji festynu i tłumu żądnego atrakcji, oczywiście nie było gdzie zaparkować. A jak już się udało, to daleko od startu. Na szczęście T. był przewidujący i sam zrobił wydruk trasy i w drodze na start już zaliczaliśmy punkty.
Na Francuskiej kolorowy zawrót głowy, oczopląs gwarantowany, przedrzeć się trudno, zgubić się łatwo w tłumie. Wypełniliśmy kartę zgłoszenia i ruszyliśmy robić dalszą część trina. Niektóre punkty były zaznaczone na mapie dość niefrasobliwie, ale wiedzieliśmy już o tym i braliśmy poprawkę na spodziewane błędy. Zaskoczyły nas natomiast PK 11 i PK 16. Nigdzie nie udało nam się znaleźć informacji o autorze popiersia Prusa. Szukaliśmy w kilka osób, bo i inne zespoły doszły w to miejsce. Ja to się nawet specjalnie nie dziwię, że autor się nie podpisał, bo wyszło mu tak sobie, mówiąc bardzo, bardzo delikatnie.
Natomiast pomnik Żeromskiego miał stać na Placu Przymierza, a plac zdążono w międzyczasie zabudować. Pomnik został przeniesiony kawałek dalej niż wskazywało miejsce na mapie, ale nie takie rzeczy już widywaliśmy na mapach, więc i pomnik udało się zlokalizować.
W "Masce" i "Baobabie" musieliśmy odpytywać właścicieli lokali, co mieściło się tam wcześniej i od razu radziliśmy im, żeby wystawili tabliczki z odpowiedziami w widocznym miejscu, bo co mają co chwilę powtarzać kolejnym zespołom.
Jeszcze tylko odwiedziliśmy Leśne Dziady w bibliotece przy Meksykańskiej, gdzie prowadzili kiermasz z tomikami poezji, jeszcze wata cukrowa (jak festyn, to festyn) i wreszcie do domu.
Nogi po całym tygodniu wchodzą mi już w (d...) miejsce gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.

Hubal-InO

Na Hubal-InO znowu postanowiłam się wyemancypować i nie iść z T. Tworzy nam się nowa świecka tradycja - on chodzi na TZ, ja na TU.
Czekając na start dogadałam się z D. M., że pójdziemy razem - do tego stopnia razem, że z jedną kartą startową. Warunkiem jednak było spełnienie przez niego jednego drobnego wymogu - nie gadać! D. czasem jak włączy nadajnik, to umarł w butach - nie wyłączysz. A ja albo myślę, albo słucham - jednocześnie nie da rady. Taki defekt. Uznałam, że myślenie na trasie ma większą przyszłość niż słuchanie.
Ruszyliśmy. Mapa wyglądała na raczej prostą. Co prawda nie mieliśmy pojęcia gdzie mogą się znajdować wycinki, ale uznaliśmy, że gdzieś je wypatrzymy.
Z poprzedniej imprezy na tym terenie pamiętałam jak dojść na PK1, więc zaczęło się dobrze. Ledwo uszliśmy kawałek, dogonił nas A. K. Okazało się, że (o dziwo) nie idzie w tezetach, tylko tak jak my, w TU. D. zaproponował mu dołączenie się.
- A nie, spieszę się, bo mam zaraz następną imprezę - odparł i pognał przed siebie.
Nie wiem jak u niego z bieganiem, ale już na pierwszym punkcie spotkaliśmy się ponownie. No dobra, on odchodził, my dochodziliśmy - taka różnica.
Nad kanałkiem mieliśmy liczyć kładki dla pieszych. I od razu pojawił się problem z definicją kładki, no bo były kładki tylko dla pieszych, kładki tylko dla pieszych w budowie, kładki dla pieszych i aut (w sumie mosty) i mała, drewniana kładka dla budujących kładki duże. Jak się okazało na mecie, nie tylko my mieliśmy ten dylemat.
Na pierwszej lopce znowu spotkaliśmy A. K. Jakoś dużo od ostatniego spotkania nie naspieszył, ale podbił punkt i znowu pobiegł.
Udało się znaleźć jeden z wycinków. Bez szukania. Sam się na nas rzucił. Żal byłoby nie wziąć, to wzięliśmy:-)
Tak idąc przyuważyliśmy, że od jakiegoś czasu za naszymi plecami czai się T. Czy on nas aby o coś nie podejrzewa? - nasunęła się nam taka myśl. Zazdrosny, czy co? Ewidentnie nas śledził. Postanowiłam udawać, że tego nie widzę, ale jednak obciach....
Między PK 7 a PK 9 mieliśmy mierzyć odległość od uschniętej topoli do topoli z hubą. Od razu powstał dylemat - jak wygląda topola? Na szczęście nad kanałkiem rósł jeden gatunek drzew i założyliśmy, że właściwy. Huba oczywiście była za PK 9, ale ostatecznie za coś trzeba bić autora.
Aż do drugiej lopki wszystko szło normalnie - czyli T. czaił się za plecami, a A. K. spieszył się tuż przed nami. Początek lopki zbił nas z pantałyku, bo niby się zgadzało, ale jednak nie bardzo. Uznawszy, że znaleziony lampion jest zmyłką, weszliśmy na puste pole. Doszliśmy do jedynego drzewa - pewni, że wreszcie zbierzemy coś z lopki, zwłaszcza, że A. K. też kręcił się koło niego. A na drzewie nic. Trochę nas to zastanowiło, zwłaszcza, że powinniśmy już iść nad kanałkiem, a tu wszędzie sucho. W końcu zasięgnęliśmy języka u tubylców. Okazało się, że kanałek, owszem - jest, tyle, że kawałek od tego miejsca, tuż przy blokach. Bloków na naszej mapie, jako żywo, nie było. Ale ostatecznie nikt nam nie obiecywał, że mapa będzie aktualna i w sumie powinniśmy się cieszyć, że nie przedstawia li i jedynie ornego pola po horyzont.
Postanowiliśmy wrócić na początek lopki, bo może jednak coś tam gdzieś wisi. Szukając lampionu co znaleźliśmy? Oczywiście A. K. Rany! Jak jemu się dzisiaj spieszyło!
Jednego z dwóch punktów na lopce nie udało się znaleźć, ale za to trafiliśmy na drugi z wycinków i ten problem mieliśmy już z głowy. A na lopce wpisaliśmy bepeka.
A. K. spotkaliśmy jeszcze na ostatnim punkcie, ale potem on pobiegł na metę, a my spokojnie, z zapasem czasu poszliśmy wolnym krokiem.
A na mecie - na bogato! Losowanie fantów i kilka rodzajów ciasta. Wylosowałam  film, a T., który przyszedł zaraz po nas (nie mógł przed nami, bo nas śledził) dla odmiany wylosował ... film. Od razu jeden przehandlowaliśmy za koszulkę. Jeszcze szybko coś na ząb i można było jechać na kolejną imprezę.