Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Puchar Bielan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Puchar Bielan. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 stycznia 2025

Nocna masakra w Lasku Bielańskim, czyli piąty etap X Pucharu Bielan

Lasek Bielański jest specyficzny, pomimo że położony w środku miasta. Sporo odkrytego terenu pośrodku, doły, nasypy i to całkiem wysokie wokoło. Krzaki także całkiem niezłe (nie do przejścia). Do tego należy dodać grudniową noc, bez śniegu i śladów, które ułatwiają nawigację. I tak oto mamy ostatni piaty etap Pucharu Bielan. Niby taki sprint, tylko 3,5 km i 35 PK. 

Centrum zawodów - w środku lasku ale dobrze zaopatrzone
Dojście na start ładnie oznakowane (wstążkami, o których pisała Renata są w pełni odblaskowe). Clear, check, pip-pip i start. 

Mokra droga prowadzi na start
Do PK 1 zachowawczo drogą. Drogą, bo las choć biały na mapie, to w rzeczywistości taki „ekologiczny”, niesprzątany: co się przewróci, to leży, a przewróciło się całkiem sporo drzew. Dobrze, że lampiony świecą z oddali. 

PK 2 za odkrytym terenem. Odkrytym, ale nie znaczy przebieżnym – cała polana jest poryta przez dziki – trzeba uważać na kostki i inne stawy. 

Pomimo przeszkód terenowych idzie dobrze. Przebiegam polanę w tę i we w tę znajdując kolejne lampiony. Lekkie zawahanie dopiero przy PK 9, coś tam omijałem i nie wbiegłem czysto na PK. 

Na końcówce dobiegu do PK 10 próbowałem ominąć krzaki, ale jak się okazało, z każdej strony było równie zarośnięte, szybciej byłoby po kresce;-( 

Kolejne PK dawało się ścieżkami. Aż do PK 18 szło wszystko dobrze. Na PK 19, zamiast ciut (naprawdę niewiele) nadrobić ścieżką postanowiłem na azymut. Niby skala 1:4000 i wszędzie blisko… po chwili znalazłem jakąś ścieżkę – nie jest źle – myślę - zaprowadzi mnie prawie na sam punkt (ma być niedaleko od ścieżki po lewej). Najpierw w oddali widzę lampion po prawej za zakrętem – to może być PK 20. Coś mi błyska po lewej, lekko z tyłu. Lampion. Miał być dołek, a tu coś sporo tych dołków. Jest lampion – w dołku – dobra nasza. I kod chyba dobry, bo kończy się na 9. Lecę w kierunku tej dwudziestki co ją przed chwilą widziałem. Dopadam lampion, pikam chipem, patrzę na kod i coś mi się nie zgadza. Kod 53 to PK 25! Gdzie ja jestem? Już wiem – to co brałem jako PK 19 to był PK 9 –jeden miał kod 39, drugi 49, w nocy to prawie takie same kody! 

Jak wiem, gdzie jestem - lecę dalej. Znowu idzie dobrze do PK 23. Biegnąc do PK 24 po pustym polu nie dostrzegam, że znajduje się on za wałem ziemnym. Szukam przed (tu jest jakaś ścieżka niezaznaczona na mapie) samotnego drzewa, ale nic tu nie ma. Aż zawracam z niedowierzaniem w stronę PK 23 i robię drugie podejście. Przez te moje manewry zaczynają doganiać mnie jakieś światełka. Do tej pory praktycznie biegłem sam – tak jak lubię. Teraz za plecami słyszę sapanie, widzę błyski świateł. 

Na PK 25 już byłem, więc łatwiej mi go znaleźć. Dalej ścieżka na PK 26 - po ciemku nie rozróżniam co to jest. Wydaje mi się, że szczyt górki, więc biegną na szczyt. Ale tam nie ma lampionu! Przyglądam się dokładniej – jednak chodzi o wgłębienie w terenie. W efekcie tego manewru prześciga mnie spora grupa biegaczy;-( 

We znaki daje się PK 29. Zielone na mapie to rzeczywiście nieprzebieżne, a wręcz nieprzechodnie zarośla. Wydostać się z nich po ciemku jest naprawdę sztuką! 

Po doświadczeniach z krzakami końcówkę staram się robić po drogach. No cóż, wynik nie jest rewelacyjny – przy sprintach te kilka minut szukania tu i tam daje wymierne efekty w postaci sporego spadku w klasyfikacji. Najważniejsze jest to, że przeżyłem i w kompletnym stanie mogę wkroczyć w nowy 2025 rok :-) 

Już po biegu. Przeżyłem!

 


 

środa, 1 stycznia 2025

X Puchar Bielan... w Dąbkowiźnie (Etap 2 nocny)

Lubię biegać nocą. Ale nie sprinty, tylko takie „normalne” biegi. Pewno dlatego, że mój pierwszy start w orientacji właśnie był nocny. I nie lubię tłoku, startów masowych. Tylko ja , las, moje światło, a inne to najwyżej gdzieś w oddali, na granicy zasięgu wzroku. 

Drugi etap Pucharu Bielan – Dąbkowizna „od drugiej strony” niż etap dzienny. Bez Renaty, bo ona nocy nie lubi. 

Centrum zawodów - tuż przy przejeździe kolejowym
Start – trudny, bo po terenie wycinki – „kłody rzucone pod nogi” przez leśników. I falstart, bo znowu nie odbiłem checka i musiałem wracać po pierwszym PK;-( 

Start - widać po czym trzeba było "biegać"

PK 1 i PK 2 to mozolne przedzieranie się przez zrąbane gałęzie, dopiero gdzieś koło PK 3 zaczęło się polepszać. Pełne skupienie i bieg praktycznie po kresce, zupełnie „jak Renata”! Może nie za szybko, ale skutecznie. 

Dopiero przy PK 5 pierwsze lekkie zboczenie z azymutu, ale miałem jak odbić się ze ścieżki. I niestety kolejny PK 6 - tu już większa skucha – zniosło mnie na sąsiednie wzniesienie, ale po nocy wszystkie wydmy wyglądają tak samo:-) 

Poszukiwania PK6 - lampionu z PK19 wcale nie widziałem!
Skoncentrowałem się i na kolejny PK udało się już trafić bezbłędnie. Uskrzydlony sukcesem na PK 8 postanowiłem pobiec wygodnie drogą. Znalazłem drogę, górka po lewej zanikła, skrzyżowanie ścieżek, odbijam w lewo i brak lampionu. Jakieś dołki, ale za blisko i jakoś ich za mało. Szukam, krążę, wreszcie dochodzę do wniosku, że muszę być za blisko. Widać zabrakło na mapie jednej ścieżki… Teraz wiem co robić dalej i po chwili docieram do PK 8. 

Wkraczam na fragment mapy do tej pory nieużywany w zawodach. Jedna długa wydma i dwie porządne drogi. Ciężko się zgubić i szybko znajduję PK 9, PK 10, PK 11 i PK 12. 

Ostatni na tym fragmencie mapy PK 13 znowu na wydmie , niedaleko PK 9. Wyznaczam azymut, dobiegam do wydmy i tu nie ufając igle kompasu tylko wydmie, którą widzę w świetle czołówki skręcam w lewo. Okazuje się, że to był błąd: docieram prawie do PK 9 gdy orientuję się w swojej pomyłce. Ale wiadomo – trzynastka ma prawo być pechowa. 

Tu doganiają mnie jacyś inni szybkobiegacze i można powiedzieć, że w tłumie lecę dalej. No, może na końcu tłumu, bo jednak szybkobiegacze (jak mówi sama nazwa) biegają szybciej. PK 15, 16, 17 – prawie dobrze, choć nawigacja w tłumie nigdy nie jest tak dokładna jak trzeba. 

Czas na PK 19. Na azymut. Staram się patrzeć na ukształtowanie terenu: biegnę lewym zboczem wydmy, potem jakaś niecka, przebicie się przez grzbiet i powinien być lampion. Ale lampionu nie ma. Także nie do końca zgadza się kształt wydmy. Szukam lampionu koło karpy, kręcę się… nic. Kolejna karpa i dostrzegam lampion – sprawdzam kod. Jestem przy PK 6! Zniosło mnie! Teraz już dokładnie na azymut odnajduję właściwe miejsce. Jeszcze chwilę szukam lampionu, bo jest sprytnie ukryty w jakiś zaroślach. Z tego co później widzę w wynikach, PK 19 był kilerem dla sporej grupy uczestników. Także PK 20 dał się we znaki, bo był to ciężki do namierzenia dołek „pośrodku niczego”.

PK19 - po raz drugi miotam się pomiędzy PK6 i PK19

 
Na analizie widać ilu osobom PK19 (lub PK20) sprawiły kłopoty

Skupiam się na kompasie i pozostałe PK odnajduję już bezbłędnie. Po kresce praktycznie. Z jednym małym wyjątkiem – lampionem mety, który był schowany sprytnie za drzewem na skraju niewielkiej wydmy – praktycznie wszyscy go przebiegali i dopiero spojrzenie w tył pozwalało dostrzec odblask lampionu. 

Ja i meta w tle;-)
 Pomimo tych kilku błędów wynik nie był najgorszy – sporo dobrych zawodników zaliczyło znacznie większe wpadki w lesie niż ja. Jeszcze trochę popracować nad zaufaniem do kompasu i będzie dobrze. 

Jest jednak jeden feler – postanowiłem wypróbować nowe buty, które znalazłem pod choinką. Pomimo uznanej marki, z którą do tej pory nie miałem kłopotów – zakończyło się to porządnym obtarciem pięty. I to pod koniec etapu. Czy to dodatkowe kilometry: falstart, poszukiwanie PK 19, czy może złe zasznurowanie – w każdym razie będę cierpiał katusze na następnych etapach – szczególnie kiepsko może być na 3-godzinnym rogainingu… 


 

 

sobota, 15 października 2016

Zabójczy Puchar Bielan

Jak dobrze, że nie dałam się namówić na Puchar Bielan! Sam pojechał, sam cierpi!


Jak się wykończyć.
Nie trzeba wcale 50-tki lub 100-tki! Wystarczy Puchar Bielan czyli Mistrzostwa Warszawy w Klasycznym BnO!
W ramach treningu przed kolejnymi ekstremalnymi InO-wyprawami powróciłem do podbiegiwania. Podbiegiwałem na Stałej Trasie na Orientacje w Groszówce (dzięki uprzejmości pani Prezes), podbiegiwałem pod skarpę na Warszawiance w ramach Szybkiego Mózgu, postanowiłem sobie podbiegać w sobotnim Pucharze Bielan. Pogoda niestety się lekko zepsuła (zimno i wietrznie), na szczęście sucho. Dwa biegi - sprint i klasyk z chwilą przerwy „pomiędzy”. Licząc na tradycyjne handlowe sobotnie korki wyjechałem wcześnie i oczywiście przybyłem przed czasem, zanim organizatorzy się ogarnęli. Mając chwilkę czasu udało mi się dopełnić żołądek w pobliskim sklepie. Potem grzecznie zaczekałem witając znajomych, aż wreszcie biuro ruszyło i udało się ogarnąć formalizmy. Co do formalizmów – to w piątek ukazał się Komunikat Techniczny, gdzie ujawniono bazę zawodów i miejsca startów. Wypisano tam jakieś straszliwe dystanse do przebycia z bazy na start.
Na E1 jeszcze znośnie 650m. Poszedłem (podbiegając) tam z Paprochami, bo mieliśmy podobne minuty startowe. Na starcie okazało się, że jest 10-cio minutowe opóźnienie. Wszyscy marzli, więc zaczęło się zbiorowe bieganie w kółko. Już w pełni rozgrzany zaszyłem się za jakąś ścianą czekając na opóźnioną minutę „zero”. Znalazł się nawet Paweł R., który miał biec kilka minut przede mną. Zegar był „nowoczesny”, czyli tablet i telefon, więc co chwila trzeba było dopytywać się, która minuta wchodzi do boksu. Wreszcie przyszła moja kolej, dobieg do mapy, i… konsternacja. Jak zwykle nie mogłem znaleźć trójkąta oznaczającego start! Dobra jest! To biegiem przed siebie. Nie ma co się rozpisywać – trasa „łatwa”, typowo dla tych, co szybko biegają, bo mapa praktycznie nigdzie mnie nie zakręciła. Niestety, na początku nogi jakoś nie chciały nieść, a potem już nie miały siły przyspieszać.  Wynik – jak wynik – w kategorii zbliżonej wiekowo nie ma jakiś kolosalnych rozrzutów w wynikach. Po drodze wyprzedził mnie największy Paproch, ale wiadomo ona ma dłuższe nogi i mniejszy PESEL. Ostatecznie miejsce 20 – więc kogoś wyprzedziłem;-) (Tu małe wtrącenie – musiałem przerwać pisanie na kilkanaście minut z powodu nagłego skurczu w podudziu). Okazało się ze trasa K21 jest tożsama z M40 więc mogłem porównać się z Panią Prezes. Wygrałem!
Oczekiwanie na E2. Poszliśmy szukać jakiejś kawiarni, gdzie można usiąść i uzupełnić stracone kalorie. Pierwsza pełna, druga okazała się sklepem mięsny, dopiero po przejściu kilku kilometrów znaleźliśmy miejsce, gdzie można ogrzać się herbatą. Paweł R. w międzyczasie zaginął (na starcie nie był pewien czy wystartuje w E2, bo coś nie był w formie).
Przed 13-tą dotarliśmy do bazy. Na zewnątrz coraz zimniej i wietrzniej. Gorączkowe narady w szatni – czy jechać na start autobusem? A może samochodem? Tylko jak go potem odebrać z tego startu? Wreszcie zdecydowaliśmy się iść pieszo. Organizator miał zorganizować dowiezienie ze startu do bazy ciepłych okryć, więc ubraliśmy się w co kto miał i poszliśmy na start (opóźniony z założenia o 30 minut). Basia miała minutę 24 jak 43 – jedną z ostatnich. Na starcie pełne drżenia oczekiwanie. Powszechne drżenie wzmagało się gdy kolejny zawodnik wchodził do boksu startowego i zdejmował to, co miał najcieplejszego. Na niektórych aż bolało patrzeć, bo rozebrali się wręcz do rosołu! Oczywiście każdy w tym boksie mówił sinymi od chłodu ustami, że tak jakby było tu (w boksie startowym) o kilka stopni cieplej, ale jakoś dziwnie nikt w to nie wierzył.
Wreszcie wybiła moja godzina – pobiegłem. Mapa A3 więc od razu złożyłem ją do ludzkich rozmiarów. PK 1 przestrzeliłem, ale wiadomo, pierwszy lampion to wstrzelenie się w mapę.
Dalej szło zdecydowanie lepiej. Dużo podbiegałem na azymut – bo to zielone na mapie okazywało się całkiem dobrze przebieżne, jak na moja szybkość poruszania się. Dobrze szło do 7-ki. Owszem, górki lekko zmęczyły, ale co to za górki po środowej skarpie;-) Po siódemce coś mnie zamroczyło. Może się odwodniłem? W każdym razie północ pomyliłem z południem, a potem wszystko mi się przestało zgadzać i wylądowałem na 9-tce. Niby blisko ósemki, ale jednak…. Z tej dziewiątki chyba ze trzy razy wybiegałem na ósemkę i zawsze w złą stronę. Po długich mękach wreszcie udało się zdobyć ósemkę, ale mogłem zapomnieć o podniesieniu swojej pozycji. Choć z drugiego etapu wielu zawodników zrezygnowało – czyli ostatecznie może być lepiej! Z rozpędu męczyłem się jeszcze ponadnormatywnie z 11-tką i 13-tką - jak nic, „prawo serii” dało znać o sobie. Bez problemu dotarłem do 14-tki i rozpocząłem poszukiwania na złożonej mapie 15-tki. Obracam złożoną mapą na drugą stronę śledząc linię prowadzącą do PK 15, a ona idzie na „kolejną stronę” Rozkładam całą płachtę A3. Zgroza. Do 15 jest ze 3 km! I to nie ma prostej drogi, trzeba obiegać teren zakazany Wisłostradą lub ścieżką nad Wisłą. Wybieram wariant nadrzeczny. Biegnę i biegnę…. chyba tyle czasu, ile zajęło 14 pierwszych punktów. Dobiegłem, ale porządnie ten odcinek dał w kość. A dobiła skarpa,  na którą trzeba było się wspinać po 16-stkę. Chwilę potem poczułem pierwsze alarmujące skurcze w łydkach. Kolejne dołki i górki coraz bardziej przenosiły uwagę na bolące łydki i odciągały uwagę od mapy. W efekcie przy wyznaczaniu azymutu na 20-tkę pomyliłem północ z południem i pobiegłem nie tam gdzie trzeba. Potem krążyłem wokół właściwego wgłębienia z PK 20 i nie mogłem dostrzec lekko już zadeptanego lampionu.  Przy 25 dołączył do mnie jakiś zdesperowany zawodnik i o mało nie podbiliśmy jakiegoś punktu mylnego! Już wiem czemu na mecie czekała ekipa medyczna na sygnale. Nie dałem się zgarnąć na nosze i dzielnie podreptałem w kierunku bazy. Uff, przeżyłem. Ale czuję się bardziej wykończony niż po 60-cio kilometrowej pięćdziesiątce! Zresztą co na to powiedział mój zegarek widać poniżej!


czwartek, 10 września 2015

Ostatnia runda Pucharu Bielan.

I znowu nie wygrałam ....  Nie żebym się spodziewała, że będzie inaczej:-)
Najbardziej bałam się, że się zgubię i zupełnie zapomniałam martwić się o sam start. A było o co. Po pobraniu mapy, już w boksie, pognałam pod lampion oznaczający start spodziewając się, że trzeba będzie tam sobie pipnąć, a tu nic - od razu trzeba lecieć dalej. Rzuciłam się więc zachłannie na mapę, żeby zobaczyć w którą stronę pobiec i oczywiście utknęłam. Metę znalazłam od razu, startu za nic nie mogłam znaleźć. Miotałam się więc ocznie po mapie, w końcu znalazłam PK 5 i po liniach cofnęłam się do różowego trójkącika. Mniejszego i cieńszego to już się chyba nie dało wstawić! Wrrrr....
Z tego stresu mój żołądek ścisnął się w kulkę, zrobił woltę, po czym stwierdził, że zaraz wybuchnie. Miałam dwa wyjścia - albo pognać na full żeby zdążyć na metę przed nieszczęściem, albo kroczyć powoli, żeby nie naruszyć jego wątłej równowagi. Zaczęłam powoli, zwłaszcza, że i tak musiałam oswoić się z mapą i przypomnieć sobie co oznaczają poszczególne kolory i symbole. Już na pierwszym PK dogoniły mnie dzieci startujące po mnie. Takiej zniewagi  nie mogłam zignorować. Wyrzut adrenaliny złagodził żołądkowe groźby i pognałam przed siebie. Do dziewiątki pędziłam dorównując im kroku, a chwilami nawet wyprzedzając, ale na dziesiątkę już musiałam zwolnić. Trzynastkę przeleciałam (podobnie jak wiele osób) i musiałam wrócić, na czternastce dogonił mnie T. startujący cztery minuty po mnie, a na piętnastce wreszcie udało mi się zgubić. Rzuciłam okiem na mapę, zobaczyłam, że trzeba biec wzdłuż rowu, tylko nie zwróciłam uwagi wzdłuż którego i oczywiście poleciałam w złym kierunku. Po chwili zastanowiło mnie, że T. mnie nie wyprzedza. Wszyscy biegli gdzieś w oddali, a w moim kierunku nikt. Dokładniej obejrzałam mapę i wściekła na siebie zawróciłam. Piętnastka okazała się wyjątkowo wredna, bo było ją widać za ogrodzeniem, ale żeby się do niej dostać, trzeba było oblecieć pół osiedla dookoła. Ufff...., dałam radę. Na szesnastkę to samo pół osiedla, tylko z powrotem. Jeszcze biegłam, ale na siedemnastkę dotarłam już wolnym truchtem. Od siedemnastki trzymała mnie myśl, że do mety już blisko i tylko dzięki temu nie przeszłam do marszu. Metę usłużnie wskazał mi Młody Paproszek, chociaż i tak w sumie wszyscy biegli w jednym kierunku, więc wystarczyło się podłączyć:-)
Wynik taki niespecjalnie rewelacyjny, ale to chyba pierwszy bno, gdzie faktycznie prawie całą trasę uczciwie przebiegłam.
Może na Szybkim Mózgu za tydzień będzie lepiej.

czwartek, 25 czerwca 2015

Wkręcona w Piaski na Bielanach

Po swoim ostatnim rekordzie świata w biegach liczyłam tym razem na rekord galaktyki. Szanse były ponad pięćdziesięcioprocentowe, bo trasa krótka, więc do przebiegnięcia w całości.
T. dostał trzydziestą pierwszą minutę startową, ja dopiero pięćdziesiątą pierwszą. Zanim wybiegłam na trasę, wiedziałam już, w którą stronę ruszyć i gdzie jest finisz.
No to ruszyłam. Od razu wybiegłam z bramki i skręciłam w prawo. Usiłowałam w biegu wypatrzyć początek trasy na mapie, ale nigdzie nie było startu. Musiałam się zatrzymać i chyba z pół minuty straciłam na oglądaniu mapy. Powinni ten start znaczyć jakoś bardziej oczorzucającosie.
Bieganie było tam i z powrotem, bo obszar mały, a punktów kontrolnych dużo. Ciągle miałam wrażenie, że kręcę się w kółko.
Wciąż biegłam. Co prawda już przy którymś początkowym punkcie złapała mnie kolka, ale postanowiłam ją zignorować. Robiłam to na tyle skutecznie, że obrażona moim brakiem uwagi poszła sobie dokuczać komuś innemu. Długi przebieg z piątki na szóstkę dał mi trochę w kość i musiałam zwolnić, ale przecież nie do marszu. Jakoś przetruchtałam. 
Przy którymś z kolejnych punktów utknęłam przy pipaczu. Wtykałam paluch z czipem i zero reakcji. Za nic nie chciał wejść i pisnąć. Co chwilę podbiegali jacyś wyrośnięci brutale i siłą odrywali mnie od czytnika, żeby wetknąć te swoje paluchy. Ponad minutę walczyłam o zaliczenie punktu, wreszcie za którymś razem się udało.
Trzy ostatnie PK były już na terenie boiska szkolnego. Przyspieszyłam, no bo ten rekord. M.S., który swój bieg skończył sporo przede mną, koniecznie chciał mi pomóc i nakierować mnie na punkty. Tyle tylko, że w tym celu stawał mi na drodze i machał rękami i musiałam go omijać. Ładna mi pomoc! :-)
Między ostatnim punktem, a metą poczułam, że jestem u kresu. Siłą woli dobiegłam, tylko nieznacznie zwalniając, ale po minięciu mety musiałam usiąść i przez chwile zastanawiałam się, czy nie zorganizować zajęć nudzącemu się w pobliżu ratownikowi medycznemu. W końcu T. jakoś mnie pozbierał z ziemi i poszliśmy sczytać moje wyniki.
Gotowa na świętowanie nowego rekordu wzięłam w drżącą rękę wydruk, a tam - NKL!!!!! Brak PK 9. No jakim cudem???? Dopiero analiza mapy pokazała, że trzymając ją do góry nogami wzięłam szóstkę za dziewiątkę:-( Ale dlaczego nie sprawdziłam kodu? Przecież zawsze to robię!
A miało być tak pięknie....
Co prawda i tak byłam wciąż dumna, że całą trasę przebiegłam, a niektóre przeloty miałam nawet lepsze niż T. I w ogóle, żeby nie ta dziewiątka, to na pewno bym z nim wygrała, o!

czwartek, 28 maja 2015

Wkręcona w Puchar Bielan

Dałam się wkręcić, bo wkręcona trasa miała być krótka. Tym razem ubrałam spodnie z porządną gumką, buty zawiązałam na dwa supły i byłam gotowa zwyciężyć.
Schody zaczęły się już na starcie, bo jakiś sadysta wymyślił, że po mapę trzeba wbiec na górkę. Niby wysoka nie była, ale pierwsze zasapanie zaliczyłam. Ponieważ z górki nikt nie wracał, więc i ja przeleciałam ją na wylot i dopiero wtedy zajrzałam do mapy. Jedynka kawałek za blokiem, nawet ją od razu namierzyłam. Do dwójki chyba mało optymalnie poleciałam, bo co chwilę coś pozagradzane, ale na szczęście kopczyk z lampionem widać było z daleka. Przy dwójce dostałam od nóg pierwsze ostrzeżenie. Moje piszczele zawołały wielkim głosem:
- Za dużo chodziłaś w ostatnim tygodniu, odmawiamy współpracy!
Udawałam, że nie słyszę i ruszyłam na trójkę. Nogi nie dawały za wygraną. Do akcji wkroczyła prawa łydka.
- Stój, albo się skurczę!
Ponieważ nie chciałam stanąć, wykonała swoją groźbę. Zwolniłam i spacerowym krokiem przemierzyłam skwerek. Do czwórki udało się trochę przetruchtać, bo blisko, ale między czwórką, a piątką zbuntowała się druga łydka.
- P.....lę, nie idę - zakomunikowała i .... tak zrobiła.
Aż do szóstki ją przekonywałam, że da radę i nawet spróbowała podbiec kawałek, stąd na siódemce nie miałam dużej straty, ale dalej już nie chciała współpracować.
W drodze na ósemkę i dziewiątkę (spokojny spacerek) reszta człowieka dołączyła do strajku i załapała mnie kolka.. Tego już było za wiele! Wściekłam się i aż do czternastki biegłam, nie zwracając uwagi na nogi i kłucie w boku.
Przy jedenastce zastałam jakieś zamieszanie bo lampion nie stał we właściwym miejscu. W biegu oznajmiłam to pilnującemu go człowiekowi i pokazałam palcem gdzie ma być. Pognałam dalej nie patrząc co z nim zrobi.
Za to bieganie oczywiście mnie pokarało i do piętnastki już się czołgałam. A potem było już tak blisko mety, że wstąpiły we mnie nadludzkie siły i po raz ostatni zerwałam się do lotu.
Kiedy odebrałam wynik, wszystko we mnie śpiewało z radości:
- Nie będę ostatnia! Nie będę ostatnia!